artykuły z Wyborczej z wyprawy Azja 2003
index witryny
strona główna
wstecz
      NOTATKI Z DROGI O Iranie - ukazał się w Dodatku Turystycznym Gazety Wyborczej 21-22 lutego 2004, str. 14-15

      Od wielu lat chciałam pojechać do Indii. Marzeniem Mariusza było dotrzeć tam "na własnych kołach". Razem nam się udało. Ta orientalna wyprawa drogą lądową wiele nas nauczyła, a zakres naszej podróżniczej lekcji wykraczał znacznie poza materiał umieszczony w najlepszych przewodnikach. Jak na pilnych uczniów przystało robiliśmy skrupulatnie notatki z drogi.
      Postscriptum dla miasta Bam
      10.09.2003
      Bam, oaza na pustyni we wschodniej części Iranu. Dojeżdżamy do miasta w środku nocy. Sprawdzonym sposobem szukamy parku miejskiego na nocleg, ale po ciemku to nie łatwa sprawa. Według planu miasta z przewodnika Lonely Planet park ma się znajdować koło "Agr 2000". "Agr" to zabytkowa cytadela, z której słynie to miasto, a "Agr 2000" to knajpa-restauracja, która znajduje się dokładnie po przeciwnej stronie miasta, przy drodze wjazdowej na trasie Kerman - Zahedan, taka niby mini kopia tej prawdziwej. Cóż, w nocy zjeżdżamy chyba całe miasto, wydaje się niewielkie. Pytani o "Agr 2000" na ulicy nieliczni przechodnie kierują nas od razu do głównego zabytku. Gdy wskazuję go palcem na mini planie z przewodnika i czytam głośno nazwę - tubylcy rozpoznają słowo "agr", ale zapisane "po zachodniemu" cyfry arabskie 2000 niewiele im mówią. (tak jak nam ichnie cyfry indyjskie). Nikomu nie przychodzi do głowy, że turyści mogą szukać innego miejsca. Nie o tej porze, w środku nocy. Ze znajomością angielskiego w Iranie kiepsko. Jak ktoś zna kilka grzecznościowych zwrotów, to już chce je z nami "poćwiczyć". Ale to wszystko. Za to życzliwości tu, na wschodzie kraju jakby więcej. Może antyimperialistyczna propaganda ze stolicy już tu nie dociera. A może to duch ludzi pustyni, którzy - jak górale - mają specyficzne zasady. Tradycyjna bliskowschodnia gościnność nie jest przytłumiona atmosferą nieufności wobec przybyszy z zachodu. Stara się nam pomóc jakaś wieloosobowa rodzinka ściśnięta w samochodzie, potem przekazują nas w ręce policji i w końcu pod eskortą radiowozu trafiamy wreszcie do parku. Jest pierwsza w nocy, ale młodzież irańska urządza sobie piknik. Dziewczyny w czarnych czadorach, chłopcy ubrani normalnie, oczywiście nie ma alkoholu, bo strażnicy rewolucji czuwają nad egzekwowaniem ogólnie obowiązującego prawa koranicznego. W Iranie za ponad sto rodzajów przestępstw grozi wyrok śmierci. Zastanawiamy się, czy dotyczy to też śmiecenia na ulicach, bo papierków lub innych śmieci ze świecą szukać! Strażnicy rewolucji strzegą też porządku publicznego, bo nawet w środku nocy na ulicach miast irańskich człowiek czuje się bezpiecznie, jak za komuny w Polsce. Nie, żeby nie było tu kryminalistów. Ale wszyscy mają się na baczności, bo wielki brat czuwa i patrzy oczami tajniaków stojących na każdym rogu. Szybko rozbijamy namiot i kładziemy się spać. Jest początek września. Upał męczy nas niemiłosiernie. W ciągu dnia czterdzieści stopni Celsjusza na pustyni odczuwamy jak żar bijący z otwartego pieca. Teraz w nocy niewiele chłodniej.
      Noc upływa spokojnie. Gdy budzę się rano, mam wrażenie, że ktoś na nas patrzy. Ubieram się (obowiązkowo chustka na głowę), wychodzę z namiotu. Przez cały czas obserwują mnie czarne oczy mężczyzny, który kuca na skraju chodnika. Nagle wstaje i przechodzi koło mnie. Pozdrawiam go tutejszym "salom". Odpowiada. Po chwili wraca. Ojej! Jaki miły gest: wręcza mi garść dojrzałych daktyli. Bo tu wszędzie dookoła rosną palmy daktylowe. WSZĘ-DZIE! Nie tylko na plantacjach na przedmieściach, co widzimy, gdy wyjeżdżamy z miasta, ale też w centrum, na skwerach i w parku. Tak więc na osłodę życia i na deser po śniadaniu zajadamy pyszne świeże daktyle. Są bardzo słodkie i dojrzałe, rozpływają się w ustach. Bam słynie z produkcji daktyli. Teraz już wiem, że to co najczęściej kupuję w Polsce to tylko smętna imitacja tego wspaniałego owocu.
      Znamy już drogę do słynnej cytadeli. Za dnia wygląda jak wielki zamek z piasku na plaży, tyle że bez morza. Cytadela jest ogromna, taki pustynny Malbork, z zamkiem wysokim i dziedzińcami. Podobno za czasów świetności Agr-e Bam zamieszkiwało ją od 9 do 13 tysięcy ludzi. Opuszczona po inwazji Afganów w 1722 roku, jest obecnie częściowo odnowiona. Niektórzy twierdzą, że za bardzo, szczególnie brama wejściowa wygląda dość kiczowato. Cena biletów to 30.000 riali , czyli około 4,3 USD. Cóż, byłoby to obciążenie dla naszego skromnego budżetu wyprawy, więc rezygnujemy ze zwiedzania cytadeli w środku. Postanawiam za to przejść się dookoła - mury w obwodzie mają ponad 3,5 kilometra. Bogatsi turyści pewnie tędy nie chodzą, będzie inaczej. Po drodze mijam robotników budujących drogę wzdłuż murów. Machają do mnie i koniecznie chcą być uwiecznieni na kliszy fotograficznej. Nie ma sprawy. Dalej dzikie psy śpią w cieniu murów. Widać, że są bardzo wystraszone moim niespodziewanym nadejściem. Pewnie niewielu tędy chodzi, a ci którzy znajdą się w okolicy niezbyt przychylnie je traktują. Bo w islamie pies jest uważany za zwierze nieczyste. W końcu dochodzę na tyły budowli. Dalej już tylko pustynia. Na "przedmurzu" widać resztki zabudowań, które kiedyś służyły głównej cytadeli. Mogę się dokładnie przyjrzeć, z czego zbudowana jest ta budowla - glina i zmielona słoma. Nieodrestaurowane ściany budynków ukazują ślady korozji spowodowanej działalnością czynników atmosferycznych. Aura na pustyni nigdy nie jest łagodna. Tu zawsze wszystko jest ekstremalne - latem upały jak w hucie, zimą mrozy jak na biegunie, a jak już pada deszcz - to leje jak z cebra. U podnóża murów cytadeli znajduje się teren, który kiedyś pełnił funkcję "sali gimnastycznej" dla mieszkańców cytadeli. Teraz jest zamieniony w boisko do piłki nożnej. Po drugiej stronie drogo - niczym ogromne piaskowe iglo - rysuje się kopuła domu lodowego, gdzie przechowywano bryły lodu. Nikogo tu nie ma, niewiele widać śladów cywilizacji i już moja wyobraźnia szybuje w przeszłość. Wyobrażam sobie jak to wszystko wyglądało kiedyś, gdy cytadela tętniła życiem. Moje myśli bardzo szybko i romantycznie szybują ku chmurom, żeby nie powiedzieć "obłokom przeszłości", ale na ziemię ściąga mnie brutalnie świdrujący wzrok przygodnego motocyklisty, który "nie-wiedzieć-czemu" zatrzymał się nieopodal i bacznie mi się przygląda. Idę pewnie przed siebie, on jedzie powoli za mną, coś mówi. Może to gest pomocy lub gościnności, ale na wszelki wypadek "nie, dziękuję". Na moje sprawdzone "mersi - hodofis" ("dziękuję - do widzenia") odjeżdża, ale po chwili zawraca. Czuję się nieswojo. Niepotrzebnie. Po kilkuset metrach dochodzę do cywilizacji turystycznej. Jest ulica, autokary z turystami z Teheranu, starszy człowiek sprzedający suweniry przed wejściem, a w małym zagajniku palm daktylowym Mariusz siedzi w cieniu i uaktualnia notatki z ostatnich dni. Zaraz będziemy wyruszać w stronę granicy z Pakistanem. Ponoć ten odcinek drogi jest niezbyt bezpieczny, ze względu na bliskość granicy z Afganistanem, więc mimo upału decydujemy się jechać za dnia. Nitka asfaltu przecinająca pustynię. Nie ma się gdzie zatrzymać, żeby trochę odsapnąć. Wkoło płasko, pusto, gorąco. W końcu widać jakieś opuszczone budynki. Prawie pionowo świecące słońce daje minimalny pasek cienia. Zajeżdżamy na chwilę przerwy na rozprostowanie kości i za potrzebą. Kompletna cisz. Ku naszemu zdziwieniu w cieniu budynku siedzi w kucki starszy mężczyzna. Obok czajniczek z herbatą. Na coś czeka? A może po prostu siedzi. Jak zauważył Mariusz, na pustyni czas płynie inaczej. Tu nie można się spieszyć, bo wtedy nic się nie zauważy. A my spieszyć się musimy, bo goni nas upływający termin wizy tranzytowej. Jutro musimy wjechać do Pakistanu.
      26.12.2003
      To dziwne uczucie, gdy w odległych i egzotycznych zakątkach świata wraca się do znajomych miejsc jak do siebie. Nie ma już dreszczyku emocji, niepewności, wiadomo dokąd się jedzie i co nas tam czeka.
      Z granicy pakistańsko-irańskiej wyjechaliśmy dość późno. Środek zimy, wcześnie robi się ciemno, więc do Bam dojeżdżamy już po zmroku. Dziwi nas, że kilkadziesiąt kilometrów przed miastem w mijanych osadach nie świecą się światła w domach, na ulicach brak świateł latarni. Przerwa w dostawie energii elektrycznej? Takie rzeczy zdarzają się w Indiach, ale nie w Iranie. Im bliżej Bam, tym większa liczba samochodów osobowych nadjeżdża z przeciwka. I znów zdziwienie. Fakt, dziś piątek, w islamie dzień wolny od pracy. Może ludzie wracają "po ichnim week-endzie". Tylko dokąd - za nami na wschód nie ma żadnych większych miast, a tu walą setki samochodów. Kwitujemy to tylko optymistycznym stwierdzeniem, że chociaż raz dopisało nam szczęście i korki na drogach są w kierunku przeciwnym do naszego. Tylko dlaczego jeździ tyle samochodów na sygnale? W końcu dochodzimy do wniosku, że to chyba jakieś święto narodowe. Tym bardziej, że na przydrożnych cmentarzach, w świetle reflektorów samochodów widzimy ludzi stojących przy grobach, palą się świece. Może akurat jakieś islamskie święto zmarłych przypada w drugi dzień Bożego Narodzenia. Kto wie...?
      Wjeżdżamy do Bam. Kierujemy się do znajomego nam parku. To był długi dzień, za nami wiele kilometrów. Jest osiemnasta, ale ze względu na półtoragodzinną różnicę czasu z Pakistanem dla nas jest już dużo później. Mimo, że temperatura spada do tylko kilku stopni na plusie decydujemy się spać w namiocie. Ostatnim razem poszło nam tak dobrze. Mijamy rondo ze znajomą "Agr 2000", kierujemy się do centrum. Tylko dlaczego tyle ludzi na ulicach? W świetle reflektorów samochodu widzimy chaos: ludzie chodzą po jezdni, samochody jeżdżą jak w amoku, bez ładu i składu, nie można znaleźć miejsca do zaparkowania. No tak, będzie kiepsko ze spokojem w "naszym parku". Przystajemy na chwilę, aby spojrzeć jeszcze raz na plan miasta i zorientować się o co chodzi. Od razu podchodzi do nas jakiś tubylec. Widać, że jest podekscytowany, jakby ich drużyna narodowa wygrała mecz piłki nożnej. Nie zna angielskiego, mówi coś w języku farsi, udaje się nam tyko zrozumieć, że "Bam finished" i "Go Kerman", 180 km dalej na zachód. Wyciąga przed siebie dłonie i wykonuje falujący ruch. Teraz rozglądamy się uważniej po ciemnych ulicach. Widać porozbijane szyby na chodnikach, leżą cegły, piętrowe budynki stoją popodpierane drewnianymi belkami. Trzęsienie ziemi. Ale przecież o takich rzeczach słyszy się tylko w wiadomościach... Nasze domysły potwierdza drugi z Irańczyków, który podchodzi do naszej Toyoty. Ten mówi trochę po angielsku. Nie ma wątpliwości. Było trzęsienie ziemi, na ranem, jakieś 12 godzin temu. Zawaliło się całe miasto, zabytkowa cytadela, szpital runął w gruzach, rannych samochodami osobowymi przewożą na pobliskie lotniska i transportują do szpitali w całym kraju. Nie ma tu czego szukać, ludzie wyjeżdżają z miasta, trzeba jechać do Kerman.
      Cóż, pewnie więcej się nie dowiemy. Powoli wyjeżdżamy z miasta. Droga wyjazdowa na zachód też zakorkowana. W ciemnościach widać tylko sznur świateł na drodze. Maksymalnie zapakowane samochody osobowe, na pickupach uratowany dobytek i ludzie: telewizory zawinięte w koce, kobiety - w kołdry. Wciąż mijają nas samochody na sygnale. Co rusz ktoś stoi przy drodze i macha pustym kanistrem. Mroźno, temperatura spada do minus 4 stopni. Pustynia i góry. Powoli, chaotycznie posuwamy się do przodu. Po drodze ruch się trochę rozładowuje. Niektórzy zjeżdżają do przydrożnych meczetów. Po ponad dwóch godzinach jazdy docieramy do Kerman. Tu życie wygląda normalnie.
      Postscriptum
      O liczbie ofiar po trzęsieni ziemi w Bam dowiadujemy się dwa dni później w Tabriz od dwóch podróżników, którzy podróżują po Iranie już od kilku tygodni. Pierwsze doniesienia mówią o 20.000. Dziwimy się tak wysokiej liczbie ofiar, gdyż na nas to miasto nie zrobiło wrażenia aż tak dużego. Poza tym z tego, co widzieliśmy w nocy na głównej ulicy, sytuacja nie wyglądała tragicznie. Fakt, w przeciwieństwie do przedmieść, w centrum domy były solidniejsze, z cegły wypalanej, a ta tak łatwo nie rozsypała się pod wpływem wstrząsów. Im bliżej jesteśmy Polski, tym bardziej dramatycznie brzmią wiadomości. Gdy tydzień później przekraczamy granicę w Piwnicznej słyszymy informację o 50.000 zabitych.
      Ludność Iranu od razu ofiarnie przystąpiła do zbierania darów i udzielania pomocy ofiarom. Punkty zbiórki, ciężarówki przed szpitalami i ośrodkami Czerwonego Półksiężyca widać było we wszystkich mijanych miastach irańskich. Tak samo zareagowała społeczność międzynarodowa, bez pytania wysyłając do Iranu wszystko, co mogło zmieścić się pod ogólnym hasłem "pomocy humanitarnej".
      Ale gdzieś w środku czuję niesmak. Każda tragedia jest dobrą pożywką dla żądnych sensacji. Ta w Bam szczególnie, bo egzotyczna sceneria pustyni jest bardziej medialna, bo czarne czadory kobiet dodają dramatyzmu, gdy dziennikarskie obiektywy podglądają je w ich żalu, bo zimowy wiatr rozwiewający pył z rozsypanych glinianych domków odsłania coraz to bardziej rozdzierające dowody utraconego życia. Trzęsienie ziemi o takiej sile w Japonii lub Kalifornii wyrządziłoby mniejsze szkody. To nie naturalny kataklizm jest tu największą katastrofą. Trzęsienie ziemi w Bam zatrzęsło też całą skostniałą porewolucyjną strukturą władzy w Iranie. Z jednaj strony to zaniedbania teokratycznego rządu, że nie przedsięwziął odpowiednich kroków ostrożności, bo przecież te tereny nigdy nie były sejsmicznie bezpieczne. Ale i bałagan w przyjmowaniu pomocy międzynarodowej, panika z powodu rozszczelnienia granic, niekontrolowanego napływu obcokrajowców i braku odpowiedniej liczby "współpracujących" tłumaczy do ich obsługi. A do tego jeszcze nieufność wobec psów, które miały pomagać w odszukiwaniu ofiar.
      Dla nas trzęsienie ziemi w Bam było też kolejną lekcją o względności wszechrzeczy. Byliśmy w Bam zaraz po tragedii, reszty dowiadywaliśmy się z mediów. Teraz wiemy, że z punktu widzenia naszej zachodniej rzeczywistości wszystko, co wydarzyło się w Bam wygląda inaczej. Nie dajmy się łapać w pułapkę subiektywnego odbioru realiów świata. Nad nami czuwa Bóg, nad nimi Allah. To wszak z jego woli zatrzęsła się ziemia w Bam.


      NOTATKI Z DROGIO Kajuraho - w Dodatku Turystycznym Gazety Wyborczej 17-18 kwietnia 2004, str. 14-15
      23.10.2003
      "Indyjska kolej rzeczy"
      Do Kadżuraho zjeżdżają turyści, aby podziwiać słynne płaskorzeźby erotyczne, którymi ozdobione są mury tamtejszych świątyń. Mi podróż do Kadżuraho dała więcej niż tylko przegląd bogactwa pozycji seksualnych proponowanych przez indyjską Kamasutrę.
      Mariusz nie chciał wyjeżdżać z Varanasi, więc do Kadżuraho zdecydowałam się pojechać sama. Coś, co na mapie wydawało się krótkim odcinkiem okazało się 10 godzinną trasą. Ale podróżować lubię, więc nie było problemu.
      Jazda indyjskimi pociągami doskonale ilustruje moją teorię chaosu, panującego w tym kraju. Ludziom z zachodu trudno to pojąć, ale generalnie to działa. Indie mają doskonale rozwinięty system komunikacji kolejowej. To "dobre" dziedzictwo okresu kolonialnego, tak jak infrastruktura pozostawiona w Polsce po dawnym zaborze pruskim. Jest to środek transportu bardzo popularny i powszechnie stosowany. Wystarczy popatrzeć na tłumy w pociągach, ludzi śpiących na dworcach, w poczekalniach, na peronach. Całe rodziny, wiele z nich w kilkunasto godzinnych lub wręcz kilkudniowych podróżach. Indyjska kolej ma efektywnie funkcjonujący system komputerowej rezerwacji miejsc - w tym specjalne pule biletów przeznaczone dla turystów oraz wydzielone dla nich biura rezerwacji miejsc. Za 30 rupii można nabyć rozkład jazdy pociągów, co doskonale pomaga w planowaniu podróży. Na długie trasy najlepiej jechać nocą. Klasa "sleeper" z kuszetkami w wagonach bez przedziałów zapewnia minimum komfortu, a przy okazji daje możliwość podglądania indyjskich współpodróżnych. Ale nie wolno zapominać o łańcuchu i kłódce, aby nasz bagaż nie wywędrował na cudzych nogach podczas naszego snu.
      Varanasi jest w Indiach miejscem szczególnym - ze względu na pielgrzymów. Hindusi przynajmniej raz w życiu przyjeżdżają tu by zażyć ożywczej i oczyszczającej kąpieli w wodach Gangesu. Nic więc dziwnego, że tutejszy dworzec kolejowy zawsze pęka w szwach. Jako, że w Indiach nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, na dworzec przybyłam godzinę przed planowym odjazdem pociągu. Zbyteczna przezorność, gdyż wkrótce okazało się, że pociąg ma półtorej godziny opóźnienia. Nic nie szkodzi. Poczekam.
      Siadam wśród tłumu na peronie. Od razu zostaję "zaadoptowana" przez hinduską rodzinkę. Rozmowę zaczyna córka klasycznym zestawem pytań o kraj, wiek, stan cywilny, zawód, itd. Dziewczyna mówi dość dobrze po angielsku, za to jej mama po angielsku nie mówi wcale. Ale od razu się interesuje, czy aby jadłam kolację. Tak, jadłam, dziękuję. W takim razie muszę przyjąć od niej przynajmniej jabłko, w końcu jestem gościem w ich kraju. Dziękuję i podarunek przyjmuję. Przyjechali do Varanasi na pielgrzymkę. Teraz wracają do domu, na południe. Przed nimi 28 godzin jazdy, a ich pociąg ma już 4 godziny opóźnienia. Ale nikt tu z tego powodu się nie denerwuje, to normalne. Pomyślałam sobie, że gdyby w Indiach pewnego dnia wszystkie pociągi zaczęły jeździć zgodnie z rozkładem jazdy, to doszłoby do kilku poważnych katastrof. A tak - wszystko jakoś działa.
      Gdy mój pociąg w końcu nadjechał, udało mi się znaleźć właściwy peron i wagon. Nie miałam problemu, aby jeden ze współpasażerów pomógł mi wyprosić dwóch osobników śpiących na moim miejscu. Również rano pomocni podróżni dali mi znać, gdy zbliżaliśmy się do mojej stacji, bo z powodu spóźnienia nic oczywiście się nie zgadzało z rozkładem jazdy. Jednak mimo opóźnień wszystko zadziałało jak w zegarku. Z dworca kolejowego w Satnie, razem z dwójką koreańskich podróżników bierzemy autorikszę na dworzec autobusowy, gdzie w pośpiechu musimy przesiąść się do autobusu, który właśnie odjeżdża do Kadżuraho. Teoria chaosu znów się potwierdza - wszystko działa jak w zegarku!
      W Varanasi dziwiłam się, dlaczego wszyscy z taką determinacją odradzają podróż autobusem bezpośrednio do Kadżuraho. Po ponad 4 godzinach "przejażdżki" z Satny zdecydowanie skłaniam się za rozwiązaniem: pociąg plus "tylko" 4 godziny autobusem. Jazda kursowym autobusem na tej trasie to przede wszystkim tłok i kurz. Ba, kilogramy kurzu! A do tego podskoki na wyboistej drodze, po której kierowca pędzi, jakby mu się bardzo spieszyło. Cud, że te autobusy w takich warunkach w ogóle jeżdżą i wszystkie śrubki się nie rozkręcają. No, może niektóre poddają się wstrząsom, ale na to jest sposób. Nic dziwnego, że Hindusi wolą coś związać sznurkiem niż dokręcić.
      W Kadżuraho okazuje się, że moi nowi koreańscy towarzysze są tu doskonale znani. Znajomy rikszarz zabiera nas za darmo do "ich" hotelu. Na pierwszy rzut oka to super luksus. Nie jestem pewna, czy na moją kieszeń. Ale dzięki temu, że mało tu teraz turystów mam dla siebie pokój dwuosobowy z gorącą wodą, czystą łazienką i nawet czystym ręcznikiem za 80 rupii (utargowane ze 100 rupii). Szczególnie ten gorący prysznic jest bardzo zachęcający. Od kilku dni wieczorami męczy mnie dziwna gorączka. Właściciel chce sobie na mnie "odbić" i proponuje wynajęcie za 150 rupii autorikszy, która ma mnie obwieźć po dalej zlokalizowanych świątyniach w Kadżuraho. "Są bardzo daleko", argumentuje. Ale ja nie daję się zwieźć i, kierując się radą z przewodnika i zaleceniami mojej koreańskiej znajomej, wypożyczam rower. Jest już po południu, więc udaje mi się wytargować cenę za pół dnia (czyli 10 rupii). Przewodnik do plecaka, wsiadam na rower i jadę - ze spodniami podwiniętymi do kolan, a z kolanami zadartymi pod brodę ("Indian size, madam" tłumaczy mi Hindus wypożyczający rowery, gdy proszę o jakiś większy model.) Kieruję się w stronę świątyń północnych i wschodnich. Choć widok turystów na rowerach nie należy tu do rzadkości, od razu przykleja się do mnie tuzin przewodników-pomagierów. Cóż, nie wierzę w altruistyczną pomoc w miejscach turystycznych w Indiach, więc w dość stanowczy, wręcz nieuprzejmy sposób dziękuję za oferowane usługi. Jednak jeden młody rowerzysta jest wyjątkowo nieustępliwy. Zatrzymuję się i wyjaśniam - nic nie zapłacę, dziękuję za twoją pomoc. Na to on - udając urażoną dumę - odpowiada, że nie potrzebuje moich pieniędzy, że jest studentem, że chce uczyć się angielskiego i "ćwiczy" z turystami, że jestem gościem w jego wiosce i pomaga mi "z dobrego serca".
      Po wyjaśnieniu sytuacji przyjmuję (bez przekonania) jego zapewnienia o bezinteresownej pomocy i dalej jedziemy razem. Najpierw obok dość zniszczonej świątyni Brahmy, ponoć jednej z dwóch takich w Indiach (druga świątynia Brahmy jest w Puszkarze). Dalej według standardowej trasy turystycznej. Droga na skróty do grupy świątyń wschodnich prowadzi przez "starą wioskę" (nazywaną tak w przeciwieństwie do nowego centrum turystycznego). W murach tutejszych domostw można zauważyć wbudowanych wiele elementów starych świątyń. Praktyczne podejście - po co się było męczyć, skoro budulec był pod ręką. Zawsze można "zwalić winę" na Muzułmanów lub innych najeźdźców. Dla Hindusów "stare" nigdy nie miało znaczenia jako relikt przeszłości. To przybysze z zachodu zaszczepili tu kult "starego". Tu liczy się to, co jest teraz. Nieskrępowana nowoczesność wdziera się do miejsc zabytkowych. Niedbale zainstalowany wentylator nad głównym zabytkowym ołtarzem nie należy tu do rzadkości. Dla tych ludzi to, co zrobiono w Warszawie na Starówce musi wydawać się kompletnie bezsensowne!
      Po drodze mój "przewodnik" opowiada mi o systemie kastowym w Indiach, przedstawia "szefa wioski", który jest lekarzem ajurwedyjskim, niby przy okazji zabiera mnie do szkółki, gdzie uczy się 165 dzieci z wioski. Jeden z chłopców, przełykając z tremy ślinę, odczytuje wierszyk z podręcznika do nauki języka angielskiego. Chwila rozmowy z nauczycielem, potem z dyrektorem szkoły, wpis do księgi pamiątkowej i oczywiście prośba o darowiznę.
      Im bliżej głównych atrakcji turystycznych, tym więcej straganów i handlarzy. "Proszę pani, proszę zrobić mi przyjemność, wejść do mojego sklepu i popatrzeć; patrzenie jest za darmo" ("Please, madam, make me happy, come to my shop, just look, looking free") - tą formułkę znam już na pamięć i sama mogę ją recytować sprzedawcom. Ich nagabywanie staje się bardziej drażniące niż komary, których tu mnóstwo. Także mój towarzysz, niby przy okazji, zaprasza mnie do odwiedzin w sklepie z pamiątkami, gdzie pomaga wieczorami, naganiając potencjalnych klientów. Bo tu cała wioska żyje z turystów. Tubylcy są uzależnieni od dochodów z turystyki. Spadek liczby odwiedzających Indie w ostatnich latach jest tu odczuwany jak kiepskie żniwa z powodu powodzi, suszy lub innej klęski żywiołowej.
      Dojeżdżamy do kompleksu świątyń wschodnich. Tu znajdują się świątynie hinduistyczne i dżinijskie. O dżiniźmie wiem niewiele, dlatego z ciekawością oglądam ekspozycję zdjęć i czytam informacje na temat tej starej religii. W jednej ze świątyń znajduje się imponujący cztero i półmetrowy posąg Adinath'a. Jest tu także dom dla dżinijskich pielgrzymów, którzy czasami zwani są też "sky-clad", czyli "odziani w niebo". Odnosi się to do jednego z ortodoksyjnych odłamów dżinizmu (sekta Digambarów), którego wyznawcy w imię miłości do wszystkich istot żyjących chodzą nago i posiadają jedynie miotełkę do zamiatania drogi przed sobą, aby przez przypadek nie zdeptać żadnego robaczka oraz tykwę z wodą do mycia się.
      W świetle zachodzącego słońca podziwiam misterne płaskorzeźby przedstawiające sceny z życia z czasów dynastii Czandelów z IX-XII w. Od razu widać, że erotyka zajmowała tam ważne miejsce. A może miała zajmować. Jedna z teorii wyjaśniających okoliczności powstania tych płaskorzeźb tłumaczy, że ówczesny władca, zaniepokojony niskim przyrostem naturalnym postanowił wykorzystać świątynie do edukacji seksualnej swoich poddanych i na zasadzie zbliżonej do bodźców podprogowych zmotywować ich do podjęcia odpowiednich działań. A że świątynie odwiedza się tu codziennie, wiec plan okazał się nadzwyczaj skuteczny. Bo dziś, dziesięć wieków później Indie cierpią z powodu przeludnienia!
      Mój lokalny przewodnik w końcu daje za wygraną i żegna się ze mną. Jedną z dwóch południowych świątyń odwiedzam sama. Słońce już zachodzi, więc nie ma sensu jechać dalej. Wracam do "centrum", oddaję rower, jeszcze kolacja ze znajomymi Koreańczykami i idę wcześnie spać. Znów mnie męczy ta dziwna gorączka.
      Pobudka o 6:00 rano wraz ze słoneczkiem. Rano jest przyjemnie, chłodno, mało turystów, można "podpatrzeć" poranne modlitwy Hindusów w świątyniach, które normalnie "pracują", a nie są zamienione w zabytki turystyczne. Poza tym chcę maksymalnie wykorzystać mój czas. O 14:00 wracam autobusem do Satny, skąd wieczorem pociągiem wyjadę do Varanasi.
      Wstęp do głównego kompleksu świątynnego jest płatny: dla Hindusów cena wynosi 10 rupii, dla turystów - 250 rupii lub 5 USD (a było 10 USD!). Trochę dużo, ale trudno... Jest to miejsce dość szczególne, więc płacę i wchodzę na teren zabytkowego kompleksu świątynnego oddzielonego od "reszty świata" drutem kolczastym. Oprócz świątyń są tu pięknie utrzymane trawnik, kwietniki, jest czysto. To też coś wyjątkowego w Indiach. Rano jest niewielu odwiedzających, ci nieliczni to Hindusi. Na terenie kompleksu spędzam 5 godzin, w tym pół godzinna drzemka na ławeczce pod drzewem. Teren świątyń zachodnich opuszczam, gdy słoneczko jest już wysoko, a znakomita większość turystów to obcokrajowcy. Zachodzę jeszcze do zlokalizowanej w tym samym kompleksie - ale po drugiej stronie ogrodzenia - świątyni Shivy z 2,5 metrowym "lingamem" i "joni" o średnicy trzech metrów. Jak na miejsce słynące z erotyki przystało, te symbole męskie i żeńskie są iście nadprzyrodzonych rozmiarów. Specjalna konstrukcja pozwala wejść i zejść na to ustrojstwo, złożyć ofiarę, odprawić modły, dostać tika od rezydującego tam bramina, itd. Obserwuję hinduską rodzinkę, która właśnie weszła do świątyni. Rodzice i dwie córki. Starsza wygląda na szczególnie przejętą. Drogie, jedwabne sarii, świeże kwiaty we włosach, z celebracją przyjmuje "dary" od bramina, pewnie modli się o męża. W tej kulturze w tym wieku to już najwyższy czas, aby wyjść za mąż, a taaaaki lingam może pomóc.
      Na słupie znajdują się symbole Shivy - sylaba om i trzy poziome paski. Tłumaczy mi to bramin. Spontanicznie i bez nagabywania zostawiam tu mały datek. Rzucona moneta, jak w grającej maszynie, rozbudza rozmownego bramina. Opowiada mi nie tylko o świątyni, ale i o wszystkich pokoleniach braminów w jego rodzinie. Swoje "obowiązki" przejął po ojcu, który ma teraz już 100 lat. Mówi o swoich dzieciach, chwali się ich postępami w pracy i w nauce.
      Przed świątynią - mały posąg boga Ganesha, od samego rana bardzo hojnie obwieszany i obsypywany kwiatami. Nie wiem, jak tam słoniogłowy bóg się na takie obrządki zapatruje, ale z tego rytuału cieszą się na pewno sprzedawcy kwiatów i kozy, które skrzętnie owe kwiatki wyjadają.
      Czas wracać do Satny. W autobusie miejsce obok mnie zajmuje młody Hindus. Co chwila stara się zagadać, co jakiś czas udaje mu się wciągnąć mnie w rozmowę. Wraca do Varanasi. Prowadzi mały sklepik z papierosami, lubi podróżować, chciałby zwiedzać świat, ale na razie najczęściej wyjeżdża do Nepalu. Temat naszej rozmowy zaczyna zahaczać o kwestie związane z religią, moralnością i obyczajowością. Vijay poddaje pod wątpliwość swoją religię i tradycję. "Ja w to nie wierzę. Już nie chodzę co rano modlić się do świątyni." mówi. Ale widać, że tradycja jest w nim bardzo silnie zakorzeniona. "Według mojej religii przed ślubem nie ma seksu", mówi. "No to kiedy ślub", pytam. Nie, nie chce się żenić. "Jak to", dziwię się, "a co z życiem seksualnym?" Ale pytanie pozostaje bez odpowiedzi.
      Gdy dojeżdżamy do Satny jest już ciemno i dość chłodno. Rikszą jedziemy na dworzec kolejowy. Vijay nie ma ani rezerwacji, ani biletu na pociąg. A że to przeddzień Divali, hinduskiego Nowego Roku, pociągi pełne po brzegi, dworce pękają w szwach. Ale cóż, Indie to kraj cudów, coś się wydarzy, kwituje Vijay.
      Znów mnie bierze gorączka. Na peronie kupuje czaj (herbata gotowana z mlekiem, cukrem i imbirem), wypijam duszkiem, a w plastykowym kubeczku rozpuszczam aspirynę i wapno z witaminą C. Nie lubię brać leków, ale w podróży organizm nie ma za bardzo możliwości dojść do siebie sam. Może to pomoże. Vijay też nie czuje się dobrze. Boli go głowa. Ale on stosuje metody ajurwedyjskie. Wyciąga saszetkę z olejkiem kokosowym i zaczyna go intensywnie wcierać we włosy i w skórę głowy. Ponoć to działa doskonale. Resztą olejku masuje sobie stopy i nogi. Przypomina mi się Poonah, moja masażystka z Riszikesz. Szkoda, że jej tu nie ma. Od gorączki boli mnie każdy mięsień. Chętnie oddałabym swe ciało w jej profesjonalne ręce... No, ale na razie trzeba doczekać się pociągu, który się oczywiście spóźnia. W końcu wjeżdża. Vijay dalej mnie nie odstępuje ani na krok. W zatłoczonym pociągu będzie mu łatwiej znaleźć miejsce w wagonie klasy "sleeper" - a ja jestem dobrą wymówką, żeby tam wejść. Niech tak będzie. Trochę zaczyna mnie męczyć ta obstawa. Odnajduję swoje miejsce. Cholera, dolne łóżko, a tak bym chciała się położyć. A tu siedzi cała rodzinka hinduska. Nie wiem dlaczego zbyt agresywnie zaczynam domagać się swojego miejsca, jak bym się bała, że nie ustąpią... Proponuję zamianę. Ja się położę na łóżku środkowym, a rodzinka może sobie dalej siedzieć na dole. Zgadzają się i po chwili rozkładam się jak królowa na "moim" miejscu. Ale mimo zmęczenia sen nie przychodzi. Kręcę się w śpiworze. Najpierw było mi zimno, teraz jest za gorąco. Jestem spocona, przeszkadza mi ostre światło, drażnią głośne rozmowy, ale chyba przede wszystkim - potok myśli i wyrzuty sumienia. Niby nie ma powodu, ale coś jest nie tak. Przypomina mi się staruszek z Kadżuraho handlującymi wyrobami z mosiądzu robionymi "na stare". Był tak zdesperowany, żeby mi coś sprzedać, że gotów był pobiec za mną parę kilometrów do hotelu, bo nie miałam przy sobie drobnych. Mając dość jego "namolności" po prostu odwróciłam się, wsiadłam na rower i odjechałam. Czy w Polsce potraktowałabym tak starszego człowieka? Dlaczego nie potrafię podzielić się swoim miejscem w pociągu? Czas wyjątkowy, przedświąteczny, więc jest ścisk. Gdzie jest to wspaniałomyślne "dzielenie się" z innymi, o którym tak pięknie się mówi? Skąd we mnie tyle złości, że "oni' są za głośno? Dlaczego mi to tak przeszkadza? Około 2 nad ranem wynurzam się z swojego śpiwora, spocona jak mysz, a mój hinduski kolega (jakim cudem znalazł sobie miejsce na łóżku naprzeciwko mnie?) wita mnie: "Iwona, good mornig! Jak się spało?" A ja ze źle skrywaną złością w głosie odpowiadam, że to nie rano, ale noc, a zasnąć to dopiero próbuję.
      Refleksja przychodzi po chwili. Co to z człowieka wychodzi w takich sytuacjach. Tak chciałam przyjechać do Indii od wielu lat, szukałam "rozwoju duchowego". Nie znalazłam nic takiego ani w Himalajach, ani w aszramach Riszikeszu nad Gangesem. Za to tu, w pociągu, czuję, że coś się we mnie budzi. W tej podróży do Kadżuraho coś się nauczyłam. Przede wszystkim, że tak szybko można dać się zwieść na "łatwą" ścieżkę, tak łatwo poczuć się lepszym i uznać, że coś się nam należy. Taki specyficzny "kompleks wyższości". Szczególnie w miejscach, które dosłownie żyją z turystów. Do turysty każdy się przymila, chce z nim rozmawiać, przebywać w jego towarzystwie - bo to nobilitacja dla tubylca, ale i szansa na zarobek. Każdy przyjeżdżający tutaj jest traktowany jako potencjalny żywiciel rodziny. Ale po pewnym czasie przestaje się sklepikarzy, hotelarzy, rikszarzy i innych traktować poważnie, jak ludzi - szczególnie, gdy się widzi, jak z jednej strony przymilają się do turystów, a z drugiej - warczą na siebie i przepychają łokciami. To walka o przetrwanie, czyli zwierzęcy świat. Jestem zła na siebie, że daję się zwieść, oszukać, wciągnąć w tą grę. Moja złość wynika z niemocy poradzenia sobie z własną słabością.
      O świcie w Varanasi żegnam się z Vijayem. W sumie do końca mnie "pilnował", więc dziękuję mu za opiekę. Teraz jeszcze tylko znaleźć rikszę rowerową, która zawiezie mnie w okolice mojego hotelu. Targuję się ze starszym jegomościem, jest chudziutki jak patyk, kaszle. Kiepsko mówi po angielsku i nie mogę się upewnić, czy dokładnie rozumie, do której ghaty nad Gangesem chcę jechać. W pewnym momencie chcę zrezygnować. Staruszek z determinacją i ze złością wali ręką w siedzenie rikszy i krzyczy do mnie "Siadaj". Od razu potulnie milkną i siadam. Po drodze uśmiecham się do siebie. To chyba była dobra pointa mojej lekcji na temat "indyjskiej kolei rzeczy".


      NOTATKI Z DROGI Indie 2003 - w Dodatku Turystycznym Gazety Wyborczej
      08.02.2006
      "W indyjskich Himalajach"
      Nazwa miejscowości Manikaran, położonej 1700 m n.p.m. w dolinie rzeki Parwati, w prowincji Himachal Pradesh w Himalajach indyjskich, pochodzi od dwóch sanskryckich słów: "mani" czyli klejnot oraz "karan" czyli ucho. Według hinduistycznej opowieści, bóg Shiwa wraz ze swą partnerką Parwati, oczarowani pięknem tego zakątka Himalajów, postanowili zatrzymać się tu na trwającą 11 tysięcy lat medytację. Przez przypadek kolczyk Parwati wpadł do jednego ze źródeł i przepadł. Shiwa natychmiast rozkazał swym sługom szukać "mani", ale bez skutku. Potężny władca wpadł w gniew i przywołał na pomoc króla węży, Sheh Nag. Jego syk doprowadził do wrzenia wody w podziemnych źródłach, które wytrysnęły na powierzchnię, wyrzucając klejnot Parwati, razem z setkami innych szlachetnych kamieni. Dopiero wtedy gniew boga Shiwy minął.
      Gdy wieczorem idziemy na pakorę (czyli warzywa w cieście z mąki z ciecierzycy, smażone w głębokim tłuszczu) i czaj (herbatę gotowaną z mlekiem i imbirem) do naszej ulubionej jadłodajni w Manikaran, żona właściciela skarży się, że zgubiła kolczyk. "Jak Parwati", próbuje błysnąć znajomością hinduistycznych opowieści. Ale nie rozumie: albo nie zna angielskiego, albo nie słyszała tej historii. Dhaba, czyli jadłodajnia, gdzie się stołujemy od kilku dni, odpowiada jak najbardziej indyjskim standardom. Ale chociaż ręcznik do rąk przypomina raczej ścierkę do podłogi, woki nie były chyba myte od nowości, a pani właścicielka jedną ręką wciera sobie we włosy hennę, a drugą przygotowuje nam posiłek, to jedzenie jest tu smaczne, a nasze żołądki jakoś chwilowo nie buntują się. W latach 70-tych okolice Doliny Parwati przyciągnęły duże rzesze hippisów i dzieci-kwiatów. Wielu z nich przyjechało i "zapomniało wyjechać". Ich domy od razu rzucają się w oczy, ozdobione kolorowymi psychodelicznymi malunkami. Dziś masowo zjeżdżają tu przedstawiciele pokolenia "new age". Można ich spotkać szczególnie tłumnie w Kasol, małej wiosce kilka kilometrów przed Manikaran. Na przybyszów z zachodu czeka mnóstwo sklepów z post-hippisowską odzieżą i biżuterią. Jest tu też jedyna w okolicy (i dlatego wyjątkowo droga) kawiarenka internetowa. Jeżeli znudzą się komuś indyjskie chapati, to w Kasol jest "niemiecka piekarnia", gdzie można kupić europejski chleb, a dla wyjątkowo spragnionych jest nawet sklep monopolowy! Zaskakujące, że po angielskim, drugim co do popularności językiem jest tu nie hindi, ale hebrajski. Widać młodzi Izraelczycy szczególnie sobie to miejsce upodobali.
      W przeciwieństwie do turystycznego Kasol, Manikaran jest miastem pielgrzymów. Słynie ze swych gorących źródeł, w których temperatura osiąga do 90 stopni Celsjusza. Podobno mają one właściwości lecznicze na wszelkie choroby reumatyczne. Gorące wody mają też wymiar praktyczny. W świątynnych basenach z gorącą kipielą wędrowni sadu zanurzają woreczki z ryżem, który po kilkunastu minutach jest gotowy do jedzenia, a podziemne wody podgrzewają kamienne podłogi w noclegowniach dla pielgrzymów.
      Manikaran to miejsce święte dla Hinduistów i Sikhów. Na końcowym przystanku wysypują się z autobusów tłumy kolorowych pielgrzymów i przez wąską kładkę przechodzą do starej części wioski, z bazarami, hinduistycznymi świątyniami i sikhijskimi gurdwarami. Gdy siedzimy w naszej dhabie, obserwujemy przepływający za ladą tłum - kolorowe sarii i turbany indyjskich pielgrzymów, pomarańczowe szaty sadhu, a pomiędzy nimi długie włosy podstarzałych hippisów i "dread-locki" młodzieży "new age". Na straganach, jak na odpuście, można kupić wszelkie dewocjonalia - cały panteon podobizn hinduistycznych bogów, sikhijskich bohaterów i religijnych symboli w formie pstrokatych nalepek, plastykowych obrazków, metalowych i gipsowych figurek, czy miniaturowych rzeźb z rogu. Do tego mnóstwo kiczowatej biżuterii, wisiorki, bransolety, sikhijskie sztylety, czego dusza zapragnie. Są też stoiska z przyprawami i roślinami leczniczymi. Moją uwagę zwracają pęczki równo przyciętych patyczków - to szczoteczki do zębów! A obok równo poukładane wzorzyste szale z koziej paszminy i króliczej angory. Wełniane szale jeden towarów, z których słynie ten zakątek Himalajów. A drugi - to himalajskie jabłka.
      Przez coraz gęstsze tumany pary zbliżam się do sikhijskiej świątyni, gdzie w podziemiach znajduje się "gorąca jaskinia". Zgodnie z obowiązującą konwencją rokokowego kiczu, także tutaj naturalnie gorące kamienie obłożono, niczym w łaźni publicznej, białymi kafelkami i ozdobiono kolorowymi naklejkami: Buddy, Kryszny, Guru Nanaka. Totalny misz-masz religijny! A do tego na ścianie wzrok przykuwa kolorowa mechaniczna scenka: Guru Nanak w otoczeniu swoich wyznawców. Prosty mechanizm porusza ręce wachlujące założyciela sikhijskiej religii, a on rytmicznie kiwa głową i błogosławi wszystkich korzystających z gorącej łaźni. Dookoła błyskają kolorowe światełka jak na choince i rozlega się głośna, egzotyczna muzyka, które może przyprawić o zawrót głowy szybciej niż wysoka temperatura w jaskini.
      Gorące źródła są dość powszechne w całej okolicy. Wybieramy się z Mariuszem na trekking do Kiriganga. Najpierw kupujemy bilet za 12 rupi i z Manikaran jedziemy autobusem ok. 14 km do Barshani. Dalej, mając "koniec języka za przewodnika" idziemy w górę wzdłuż rzeki Parwati. Na początku szlaku przechodzimy przez teren budowy jednego z wielu "hydroprojektów" w Himalajach. To ogromna inwestycja, a przy tym duże wyzwanie, bo himalajskich rzek tak łatwo okiełznać się nie da. A gdy się przyjrzeć, w jakich warunkach żyją i pracują tu robotnicy, to aż dziw bierze, że im tak dobrze idzie.
      Po godzinie marszu w górę trafiamy do małej wioski "na szlaku". Mimo, że faktycznie żadnego szlaku tu nie ma, to turyści muszą zachodzić tu często, bo droga prowadzi wprost do tea stall, czyli herbaciarni na świeżym powietrzu, a jej właściciel od razu wie, jak nas podejść kusząc zimną colą. Obstępuje nas grono dzieciaków; choć brudne i zasmarkane, to "hello" i "chocolate" powiedzieć potrafią! Turyści tu to też nie lada atrakcja. Chichocząc, trzy dziewczynki próbują wylać na nas z góry wiadro wody. Udaje się nam jednak ubiec ich fortel i przechodzimy pod wystającą częścią piętra domu. To typowa zabudowa w tej części Himalajów. Drewniane domy mają dookoła piętra werandę, która ozdobiona jest misternie rzeźbionymi drewnianymi "soplami". Do tego wspaniałe wykończenia drzwi i okien. Na werandach na piętrze suszy się siano, natomiast pod nimi znajdują się zagrody dla zwierząt. Zapach przypomina polską wieś, z dominującą nutą obornika i gnojówki. W kilku domach zauważamy rozstawione krosna. To stąd pochodzą słynne szale. Ale tkactwo to nie jedyne zajęcie i źródło dochodów tubylców. Podchodzi do nas starsza kobieta. Jest tradycyjnie ubrana, ma bransolety na nadgarstkach, kolczyki w uszach i w nosie. Pozdrawia nas i pytająco przykłada rękę do ust. Coś proponuje. Picie? Nie, pyta, czy chcemy coś zapalić. Okolice Manali, Kulu i Manikaran to główne obszary upraw charas, czyli marihuany. Konopne krzaki rosną tu wszędzie, jak zielsko, ale lepsze gatunkowo uprawy są mniej dostępne dla przypadkowych gości. Ponoć indyjska policja stara się coraz bardziej aktywnie walczyć z tym procederem, gdyż zdarzały się przypadki zaginięcia turystów. My wychodzimy z założenia, że jak ktoś nie szuka problemów, to raczej jest bezpieczny. Dziękujemy za propozycję, kupujemy colę za 15 rupi i idziemy dalej.
      Chociaż nie ma żadnego oznakowania, ścieżka prowadzi nas w górę dość jednoznacznie. Ale co jakiś czas utwierdzamy się w przekonaniu, że to właściwa droga. A to hinduska młodzież z miasta zatrzymuje nas, żeby zrobić sobie z nami zdjęcie, gdyż okazuje się, że wśród himalajskich szczytów to my jesteśmy największą atrakcją na szlaku; a to mija nas kilku pasterzy idących z bębnami i "śpiewem na ustach" na festiwal Dushera do Kulu; a to spotykamy wracającą grupę młodych Izraelczyków, których bagaże niosą hinduscy tragarze.
      Po trzy i pół godzinnej wspinaczce dochodzimy do celu. Tu już zimne napoje za 25 rupi - cena idzie w górę wraz z metrami nad poziom morza. Krajobraz jak z reklamówek czekolady Milka: na wzgórzach pokrytych zieloną trawą pasą się krowy, a wokoło ośnieżone szczyty. Kiriganga, położona na 2650 m n.p.m., to mała osada: kilka domów oraz namioty pełniące funkcję restauracji i noclegowni dla podróżników. Mimo niedostępności tego miejsca, trafia tu sporo ludzi i biznes się kręci; menu oczywiście po angielsku i hebrajsku. Ponad osadą króluje świątynia Shivy, a u jej stóp znajduje się główna atrakcja, czyli gorące źródła. Oczywiście zażywamy kąpieli "pod chmurką" - panowie z panoramą na ośnieżone szczyty, a panie, dla przyzwoitości, w drewnianej szopie, ale bez dachu. Przy basenach napisy upraszają o zachowanie czystości, informują o zakazie kąpieli nago oraz w nocy, proszą o niestosowanie mydła, itd. Po trzech i pół godzinach wspinaczki mamy raczej ochotę na zimny prysznic, więc pierwszy kontakt z ciepłą, siarkową wodą sprawia wrażenie zanurzenia się w gorącej zupie. Ale już po chwili uczucie jest niesamowite. Ta woda ma jakieś szczególne właściwości, bo zmęczone ciało przyjemnie relaksuje się w kąpieli. Niestety, musimy szybko zbierać się do powrotu. Raz, że od temperatury, zapachu siarki i wysokości zaczyna nam się kręcić w głowie, a dwa, że musimy zdążyć zejść na dół przed zmierzchem. Już październik, więc szybko robi się ciemno.
      Droga powrotna zajmuje nam dwie i pół godziny. Nie zaskakuje nas fakt, że dziś już żaden autobus z Barshani do Manikaran nie jedzie. Taksówka kosztuje 200 rupi, ale to nie na nasz budżet. Zawsze pozostaje opcja powrotu krętą górską drogą na piechotę, ale próbujemy swojego szczęścia "na stopa". Pierwsze samochód, który się zatrzymał ma trochę miejsca na pace. Kierowca wychyla się przez okienko i pyta: "Are you empty?". Nie za bardzo rozumiemy, o co mu chodzi. "No hash, no drugs?". Aha! Czy jesteśmy "czyści". Oczywiście, no problem. Jednak gdy podaje cenę, również i z tej okazji rezygnujemy. Za to następnym razem mamy szczęście. Zabiera nas nowiuteńka ciężarówka, jedna z tych, które wożą piasek na teren budowy "hydroprojektu". Powoli jedziemy w ciemnościach po serpentynach drogi i w duchu Bogu dziękujemy, że nie musimy drałować tego odcinka na piechotę. Do Manikaran docieramy około 20:00. To był wyczerpujący dzień.
      Na przełomie września i października w hinduizmie obchodzone jest święto Dushera, które upamiętnia opisaną w poemacie "Ramajana" historię zwycięstwa wielorękiej bogini Durgi nad demonem przedstawianym jako wielogłowy wąż. Ponoć w Kulu święto obchodzone jest szczególnie hucznie, więc decyduję się tam pojechać. Jazda autobusem to już przygoda sama w sobie. Oprócz podskoków na wybojach i stukotu silnika trzeba się przyzwyczaić do nieustannych odgłosów "oczyszczania gardeł i nosów" przez współpasażerów. Tutaj nikt nie stosuje chusteczek higienicznych, a wszelkie wydzieliny, z charakterystycznym dźwiękiem, usuwane są przez... okno. Do innych odgłosów, które nieustannie towarzyszą mi w podróży należy gwizdek biletera. Bo bileter to nie lada persona w autobusie! Nie tylko musi czuwać z końca autobusu nad tym, kto wsiadł i komu trzeba sprzedać bilet. Gdy autobus rusza - jedno gwizdnięcie, jak ktoś wysiada "na żądanie" w środku pustkowia - dwa gwizdnięcia. Jak trzeba się mijać na centymetry z innymi autobusami na wąskich górskich drogach, to bileter za pomocą gwizdka informuje kierowcę "jak tam z tyłu" (bo lusterek to tu nikt nie używa!). A gdy autobus przejeżdża koło świętego drzewa na ostrym zakręcie drogi, kierowca zwalnia, a przez otwarte drzwi to właśnie bileter ma obowiązek rzucić kilka rupi wędrownym sadu. Niech każdy robi to, co do niego należy: święci mężowie niech się modlą do bogów o pomyślność dla ludzkości, a bileter zadba o swoich pasażerów.
      Po dwóch i pół godzinie jazdy jest przesiadka w Bhuntar. Jeszcze kilkanaście kilometrów i docieram do celu. Już z autobusu widać kolorowe orszaki ściągające ze wszystkich stron do Kulu. Ale najpierw je słychać - rozbrzmiewają kakofonicznie piszczałki, trąby i bębny. Grupy pasterzy schodzą się z okolicznych górskich osad. Niczym dożynkowe wieńce, przedstawiciele każdej wioski niosą kolorowo przystrojone figury bogini Durga. Złote oblicza bogini otoczone są barwnymi tkaninami, wstążkami, kwiatami i pawimi piórami. Najpierw wszyscy paradują przez centrum miasta, potem zbierają się na odpoczynek w cieniu małego parku. Jeden z pasterzy mówi, że przyszli z wioski oddalonej o 21 km od Kulu. Pobędą kilka dni w mieście, spotkają się ze znajomymi z innych wiosek, załatwią wszystkie sprawunki i wrócą do siebie. Podobnie jak Boże Narodzenie na zachodzie, tak Dushera to nie tylko święto religijne, ale i wspaniała okazja handlowa. Wzdłuż głównej ulicy poustawiały się stragany z wszelkimi towarami: są dzwonki dla bydła i mocne sznury dla pasterzy, są gliniane naczynia dla gospodyń domowych, nie brakuje też bel z kolorowymi tkaninami na sari. Na placu targowym dwóch Sikhów ostrzy noże na specjalnie przystosowanych do tego rowerach, obok przyjmuje dentysta "pod chmurką". Dalej jest targ bydlęcy, a na tyłach parku - nowoczesne pawilony handlowe, nad którymi powiewają banery z logo światowych korporacji: Samsun, Toyota, Whirlpool. Staram się nie ulegać nastrojowi komercji. Od siwiuteńkiego sadhu, który rozłożył swój kram na chodniku kupuję tylko mosiężną bransoletę z dwugłowym wężem, na pamiątkę zwycięstwa Durgi nad wężogłowym demonem. Jestem zmęczona upałem, hałasem i tłumem. Czas wracać do Manikaran, które na tych kilka dni stało się naszym domem.

      Jeśli jesteś zainteresowany szczegółami napisz.

Iwona Kozłowiec


NOTATKI Z DROGI Podróże na własnych kołach - Pakistan 2003 - w Dodatku Turystycznym Gazety Wyborczej
      2007.VI.30
      Przekonałam się, że w podróży, jak w seksie, nie ma się co spieszyć do celu, bo po drodze łatwo stracić wiele subtelności i odcieni lokalnego świata, który tak szybko mija za szybą samochodu, czasem tylko utrwalony, uchwycony okiem kamery lub aparatu fotograficznego. Liczy się zarówno każda niewygoda, jak i każdy miły gest tubylców. To wszystko tworzy koloryt i nadaje sens podróży. I zgadzam się z Ursulą Le Guin, że nie o dojechanie do celu, ale o podróż przecież chodzi.
Tranzytem w drodze do Indii
      Do Ziarat dojeżdżamy z Quetty późno. Z trudem udaje nam się znaleźć miejsce na nocleg, a zimna noc skutkuje rozładowanym akumulatorem. Na szczęście Mariusz pomyślał o zabraniu zapasowego. Ale to nie koniec spraw technicznych na dziś. Musimy jeszcze znaleźć wulkanizatora. Podczas, gdy w ulicznym warsztacie wre praca nad naszą oponą, ja przechadzam się po uliczkach. Zachodzę do lokalnej piekarni, do której prowadzi mnie aromat świeżego chleba plackowatego. Obok zakładu wulkanizatora mają swój warsztat szewcy. Przyglądam się, jak trzech wesołych staruszków wytwarza tak zwany "sandał pakistański". Zauważyliśmy, że tak jak w przypadku odzieży męskiej (typowych spodni i długiej bluzy, tzw. pidżamy), tak i w obuwiu obowiązuje tu jeden fason. Jeden z mężczyzn zszywa górną część buta, drugi ostrym wycinakiem wykrawa kanciaste podeszwy według wzoru, trzeci łączy obie części za pomocą dłuta i dratwy. Robota idzie sprawnie. Na półkach stoją rzędy elegancko wykończonych par. Ale to nie koniec atrakcji. Akurat czas przerwy na lunch. Na palniku gazowym coś się gotuje. W duchu mam nadzieję, że to słodka pakistańska herbata z mlekiem. Ale nie, to jakieś danie warzywno-mięsne. Jeden z szewców, ten który w szczerym uśmiechu pokazuje swoje jedyne dwa zęby, przekłada danie do metalowej misy, którą stawia na podłodze na środku warsztatu, na gazecie rozkłada chleb i zaprasza nas do wspólnego posiłku z jednej miski. Chwila zawahania, bo przecież nie jemy mięsa, i te wirusy... Ale przyjmujemy zaproszenie. Drugi szewc podsuwa nam czajnik z wodą do umycia rąk przed jedzeniem. Maczamy chleb w dobrze przyprawionym sosie, starając się omijać kawałki mięsa. "Huri-huri", pokrzykuje wesoły szewc. Kończymy wspólny posiłek, jeszcze pamiątkowe zdjęcie, dziękujemy i odjeżdżamy. Ale niestety, to też nie był koniec atrakcji tego wieczoru. Już za parę godzin nasze żołądki dały nam znać, że posiłek zawierał pewne składniki niezbyt im przyjazne. Dzięki temu przez następne dwa dni oszczędzamy na jedzeniu, bo tylko całkowita głodówka może nastroić od nowa nasz układ pokarmowy.
      Następny dzień to jazda po drodze, która po ostatnich ulewnych deszczach nadaje się w całości do kapitalnego remontu. Po 7 godzinach jazdy off-road'owej mamy dosyć. Na kolejny nocleg postanawiamy zatrzymać się w rekomendowanej przez innych podróżników sieci hotelowej "u wojaków", czyli na jednym z posterunków wojskowych, które znajdują się wzdłuż drogi. Dzięki spotkanym wcześniej nauczycielom z Quetty mam zanotowane w języku urdu dwa zdania: "Czy możemy tutaj rozbić namiot? Ile to kosztuje?" Ta kartka w notatniku nie raz nam pomoże w znalezieniu noclegu, gdyż w Pakistanie język angielski nie jest znany poza dużymi miastami. Jak każe niezwykła pakistańska gościnność, zawsze jesteśmy goszczeni gratis.
      Następnego dania mamy problem, żeby przekonać naszych gospodarzy, że możemy jechać dalej bez eskorty. Albo z braku innego zajęcia, albo dla dodania sobie prestiżu, wojacy obstają, że musimy mieć eskortę do następnego "check-point'u". Próbujemy wytłumaczyć się późną godziną i długą trasą przed nami. Szybko wyruszamy w drogę. Dziś trasa wiedzie serpentynami w góry, wąską drogą, którą dzielimy z kolorowymi pakistańskimi ciężarówkami i pędzącymi minibusami, które są chyba robione z gumy, bo pasażerów w nich bez liku. Trasa jest bardzo widokowa, to przedsmak Himalajów, do których planujemy dotrzeć za dwa tygodnie. W miarę zbliżania się do doliny Indusu zmienia się krajobraz. Robi się płasko, zielono i bardzo wilgotno. Na kolejnych posterunkach znów próbują nam wcisnąć eskortę i w końcu jednemu patrolowi udaje się nas dogonić. Może i dobrze, bo dzięki temu nie musimy płacić za przejazd przez most, a i drogi nie pogubimy w mijanych miasteczkach. Samochody nas eskortujące zmieniają się jak w sztafecie. Dowód na idealną komunikację między posterunkami. Za Multanem chyba jest już bezpiecznie i droga się polepsza, więc eskorta nie jest konieczna. Żegnamy naszych przewodników i prujemy do Lahore.
Powrót do kraju.
      Z Indii do Polski wyruszamy pod koniec grudnia. Odprawę na granicy pakistańskiej załatwiamy w pół godziny. To dziwne, że wystarczy przejechać umowną linię jaką jest granica, a świat się może tak radykalnie zmienić. Znikły napisy po angielsku i w hindi, pojawił się w urdu pisane alfabetem arabskim. Widać turyści tu często nie przyjeżdżają, bo dzieci stają przed nami i wpatrują się w nas jak w obrazki. Ale nikt nie żebrze. Nie ma krów na ulicach. Mimo, że jakby tu biedniej niż w Indiach, to czyściej. W tłumie od razu znajduje się kilku "lepszych", co to znają parę słów po angielsku. Podchodzą, zagadują, ale chyba tylko z ciekawości, nic nie chcą sprzedać, nie reklamują żadnego hotelu czy sklepu z pamiątkami. Na drogach pojawiły się nowoczesne samochody, kolorowe ciężarówki, zniknął wszechobecny w Indiach koncern Tata. Po prawie czterech miesiącach pobytu w Indiach bardzo wyraźnie odczuwamy odmienności Pakistanu. Przede wszystkim islamska gościnność. Każdy proponuje nam szklaneczkę "czaju": celnik na granicy, żołnierz na skrzyżowaniu, gdzie pytamy o drogę, a nawet policjant, który nas zatrzymał za przekroczenie szybkości, gdy się już dał udobruchać, od razu proponuje czaj. Islam daje prostym ludziom pewne poczucie porządku i jasnych reguł, które trzeba przestrzegać. Ma to odzwierciedlenie w organizacji życia muzułmanów. Hinduizm, przez chaos istniejący w panteonie bóstw i obrządków, daje może swoim wyznawcom wolność, ale nie uczy dyscypliny.
      Cały dzień jedziemy główną drogą. Jakieś 50 km przed Sukkur zjeżdżamy na dużą stację benzynową Shell'a. To kolejny sprawdzony patent na bezpieczne noclegi w Pakistanie. Rozbijamy namiot na betonie, a ja idę do restauracji na zwiady. Obok znajduje się parking dla ciężarówek. Kilku kierowców zatrzymało się na noc. Rozpalili ogniska, naprawiają samochody. Obok przydrożny meczet, dalej restauracja. Pytam o menu. Kiepsko tu z angielskim, więc kucharz zabiera mnie na zaplecze, żebym sama mogła zajrzeć do garnków. W końcu zamawiam jakąś wegetariańską ciapę, do tego chleb. Kucharz zaprasza, żebym usiadła na plecionym łóżku w kuchni, więc siadam. Kilku mężczyzn siada wkoło mnie (w bezpiecznej odległości) i pilnie mi się przygląda. Najpierw proszę o łyżkę, bo jedzenie bez sztućców, a tylko za pomocą chleba, kiepsko mi wychodzi. Drugi nietakt to to, że jem prawą i lewą ręką. U muzułmanów się tak nie robi. Prawa ręka jest czyta i służy do jedzenia. Lewa, naznaczona jako brudna, służy do innych celów. Od razu pada pytanie, czy jestem nie-muzułmanką. "Tak, a czy to problem?" Ależ nie, wszyscy się obruszają. Teraz kolej na standardowy zestaw pytań o imię i nazwisko, kraj pochodzenia, ilość dzieci, męża, itd. Na koniec, przynosząc mi resztę, właściciel restauracji wciska mi w rękę zwitek papieru ze swoim adresem. "Napisz do mnie z Polski", prosi. Czemu nie.
      Nazajutrz budzimy się wcześnie. Jest jeszcze ciemno, gdy na stacji benzynowej rozlega się śpiew muezina. Gdy otwieram namiot, od razu spotykam wpatrzone w nas oczy tubylców. Ale wszyscy trzymają się na bezpieczną odległość. Przed wyjazdem idę jeszcze do obsługi stacji podziękować za gościnność. Proszę o jakąś książkę, gdzie mogłabym wpisać słowa podziękowania. Nietypowa to prośba, ale po chwili leży przede mną jakaś "Księga kontroli jakości" z logo koncernu Shell'a na okładce. Tamże odnotowuję swój komentarz o profesjonalnej obsłudze i uprzejmej postawie personelu. Mam nadzieję, że słowa pochwały dla profesjonalnych pracowników światowego koncernu mogą im się kiedyś przydać. Idziemy na gorącą herbatę z kozim mlekiem i wraz ze wstającym słońcem wyruszamy w drogę.
      Kolejny dzień jazdy na zachód. Dotarliśmy do Quetty. Na nocleg zatrzymujemy się przy posterunku wojskowym w górach za miastem. Dziś wigilia. Mamy szczęście, bo szefem posterunku okazuje się być sympatyczny młody człowiek. Od razu zaprasza nas na gorący czaj i ciasteczka. Umożliwia również skorzystania z łazienki z ciepłą wodą, a do tego proponuje usługi swojego kucharza. To prawdziwy prezent świąteczny! Pochodzący z Bangladeszu kucharz sam przygotowuje nam posiłek - jajecznica i sałatka warzywna. Ja mam tylko siedzieć i patrzeć. W pewnym momencie do kuchni wchodzi posterunkowy mułła. Zasiadł w kącie i słucha wiadomości z tranzystorowego radia przy uchu. Nic nie rozumiem, bo to w urdu, ale wyłapuję znajomo brzmiące słowa - Afganistan, Taliban, Irak. Naszą wigilijna kolacje spożywamy w namiocie przy lampie naftowej. Na zewnątrz temperatura około 3 stopni, ale w nocy będzie na minusie. Rano wyjeżdżamy wcześnie. Im niżej zjeżdżamy z gór, tym jest cieplej. Stopień po stopniu, powoli temperatura podnosi się powyżej zera. W dzień będzie około 20 stopni.
      Słońce szybko ogrzewa powietrze. Po drodze mijamy osady, gdzie mieszkańcy powoli budzą się po nocy. Wielu po prostu stoi pod ścianami domówi i grzeje się na słońcu. Niektórzy już są w trasie. Przy jednym z przejazdów kolejowych zauważamy staruszka w turbanie. Niczym stosik kamieni, przykucnął przy drodze przy małym ognisku z pustynnych krzaczków. Gdy zwalniamy przed przejazdem, zrywa się uradowany i biegnie w naszym kierunku. Nie, przykro nam, nie ma miejsca. "Jak to nie ma miejsca?", zdają się pytać jego wesołe oczy. Przecież tylko dwie osoby i cały dach wolny. Bo tu się tak podróżuje. Byle nogą stanąć na progu, byle ręką chwycić jakąś rurkę, i można jechać. Tak, ale my podróżujemy inaczej. Szkoda...
      Dziś chcemy przejechać cały Beluchistan, żeby dojechać do granicy z Iranem. Jutro pożegnamy Pakistan. Szkoda, bo coraz bardziej się nam tu podoba. Postanawiamy wrócić, na dłużej, bo tranzytem czasu brakuje, żeby doświadczyć wszystkich smaczków tej podróży.
Iwona Kozłowiec

      Jeśli jesteś zainteresowany szczegółami napisz.

Iwona Kozłowiec

Strona główna wyprawy do Azja2003.
Opis innych podróży do Azji Indie1999, Azja2005, Azja2007, Azja2008, motocyklem 2008, motocyklem 2009, Indie2010 znajdziecie również na tej witrynie.
Artykuł Iwony o sikhiźmie drukowany w Czwartym wymiarze.