Grecja 2012
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012








tekst można ściągnąć w pliku DOC (75kB) i wydrukować
trasa na GPS jest na sprzedaż


Kiedy motocykliści w Polsce dopiero pompowali koła i sprawdzali akumulatory po zimowaniu, my postanowiliśmy wcielić w życie plany sprzed roku i rozpocząć sezon wyprawą na południe Europy. Już pod koniec marca załadowaliśmy trzy motocykle na przyczepę i pick-upa, i pojechaliśmy na południe, do Grecji.
      I w ten sposób znalazłem się w okolicy miasta Lamia, pod namiotem, przy jakiejś bocznej ścieżce, wiodącej na pola uprawne. Właśnie wziąłem ciepły prysznic, grzejąc sobie uprzednio wodę na kuchence benzynowej. A teraz słucham wrzasków Przemka i Tomka. Jest dość zimno i wieje lekki wiaterek, na dodatek woda wyszła za gorąca. Lodowate zimno i wrzątek dla zmycia mydlin. Ale można się przyzwyczaić. Po co tak krzyczeć?! Na pewno w Polsce ktoś nam zazdrości wyprawy do Grecji.
      Trasa z południowej Polski do Grecji, w okolice miasteczka Ptolomaida, przy granicy macedońskiej i albańskiej, zajęła nam dwa i pół dnia. Samochód i przyczepę zostawiliśmy u znajomych, na wsi, a potem puściliśmy się główną drogą na południe. Znajomi to polscy Grecy, potomkowie tych co wyemigrowali z Polski w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Już pierwszego dnia jazdy motocyklami mogliśmy delektować się po pięknymi widokami ośnieżonych szczytów masywu Olimpu i krętymi drogami. Wioski, które mijaliśmy przypominały Serbię. Na pierwszy rzut oka wyglądały biednie, ale to raczej inny styl życia. Tutaj przywiązuje się mniejszą wagę do blichtru, który w Polsce jest obowiązkiem. Obejścia domów, centra małych miasteczek, nie są ani nowoczesne, ani uładzone. Przypomina to nieco Portugalię, pejzaż z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Czas jakby się zatrzymał. Tylko młodsi ludzie są modnie ubrani, a po ulicach jeżdżą nowoczesne samochody kupione na raty. Grecy, w odróżnieniu od Chorwatów, nie muszą już nic udowadniać.
      Poranek, następnego dnia, był dość chłodny. Wiał zimny wiatr z ośnieżonych szczytów, Już o świcie obudziły nas traktory pracujące w polu. Pozbieraliśmy graty i pojechaliśmy zatankować paliwo. Litr benzyny coś koło 7.70zł. Zapomniałem zabrać ze stacji benzynowej plastykową butelkę z wodą na prysznic wieczorny. Więc zawróciłem pod prąd na autostradzie i wróciłem się trzy kilometry. Niemiecki żandarm urwał by mi za to łeb, a w Grecji nikt nie protestuje.
      Przeskoczyliśmy góry pięknymi serpentynami szarego asfaltu. Jest gładki i szeroki, ale śliski bo z domieszką piaskowca. Zakręty nie pozwalały podziwiać widoków w należyty sposób. Zwaliste szczyty oblane były białym lukrem śniegu. Niżej zaczynała się strefa strzelistych cyprysów i zielonej trawy strzyżonej przez kozy. A szerokie doliny zapełniały gaje oliwne i czerwone dachy wiosek. Na którymś zakręcie zatrzymaliśmy się na szerokim poboczu aby zjeść śniadanie. Jajecznica z widokiem na zatokę Koryncką. Tutaj się rozdzieliliśmy. Chłopaki pojechali zwiedzać Delfy, a ja ruszyłem szutrówkami przez gaje oliwne nad morze. Zatrzymałem się na chwilkę w małej, rybackiej wiosce Iteya. Posiedziałem w przystani kutrów i jachtów. Poczułem nieco tej leniwej atmosfery śródziemnomorskich miasteczek okraszonej wrzaskami mew. Jakiś rybak ładował sieci do rozlatującego się kutra. Dwóch staruszków dziarsko dyskutowało w tawernie. Morze powoli falowało. Mury domów z białego kamienia nagrzane były słońcem. Czasami tylko przejechał jakiś samochód. Po prostu cisza i spokój. Tutaj nawet w dzień powszedni nic się nie dzieje. A może to kryzys?
      Dalej pojechałem w interior. Skończył się asfalt i wjechałem w kamieniste szutry. Próbowałem się przebić na koniec półwyspu, do latarni morskiej. Ale każda szutrówka kończyła się pod chatą pasterską albo pionowym urwiskiem. Kiedy już prawie dotarłem do celu, znowu zatrzymały mnie skały. Powrót pod górę okazał się trudny. Tylnie koło kopało kamienie a przednie stawało dęba. Taka orka przez parę kilometrów. Ale przynajmniej ustrzeliłem aparatem kilka pięknych widoczków. Dzikich plaż z turkusową wodą, zapomnianych przystani rybackich, a wszystko to z lotu ptaka, z wysokich przełęczy.

      Na chłopaków musiałem zaczekać w sennym Distoma. Uciąłem sobie drzemkę na plaży. Falująca woda szurająca kamieniami zaśpiewała mi kołysankę. Wcześniej chciałem się nawet wykąpać, bo woda miała temperaturę jak Bałtyk w lecie, ale zrezygnowałem. Za to jakiś starszy Grek pływał i nurkował. Starzy Grecy traktują morze jak Sybiracy tajgę. Jakiś malarz, bez wstydu, wypłukał w morzu wałek, którym malował olejną siatkę płotu. W dawnych czasach, kiedy ludzi było mniej, takie zachowanie nikomu nie przeszkadzało. Dziś na tle ogólnego poszanowania przyrody i przeludnienia, jest cokolwiek naganne.
      Było grubo po południu, kiedy ruszyliśmy w komplecie w góry Elikon. Asfalt szybko się skończył. Przejechaliśmy przez opłotki huty aluminium i zaczęliśmy się wspinać kamienistymi ścieżkami pośród gęstego lasu iglastego. Po godzinie zobaczyliśmy pierwszy śnieg. Pstryknąłem zdjęcie motocykla na tle łachy śniegu, a przy okazji też krokusom. Było oczywistością, że czeka nas jeszcze coś więcej niż kamieniste szutrówki. Osiągnęliśmy przełęcz na około 1400m n.p.m., a po drugiej stronie łańcucha gór zaczęła się przeprawa śnieżna. Całe szczęście, że przed nami jechał tedy jakiś samochód terenowy i wyciął w zaspach koleiny. Można było piłować nimi aby przedostać się do błotnistego gruntu. Nogami trzeba było łapać równowagę, a osłona silnika robiła za pług. Długo mordowaliśmy się z zaspami zanim droga zaczęła zniżać się w doliny. Stromymi serpentynami, po kamieniach zjechaliśmy nad samo może, na dziką plażę. Czego można chcieć więcej na koniec dnia pełnego wrażeń. W Chorwacji takich plaż już nie ma, a tutaj mając terenówkę albo enduro można znaleźć kawałek piękna greckiego na własność. Przynajmniej na jedną noc.
      Rano było zimno, a z gór wiał porywisty, lodowaty wiatr. Ale trzeba jechać dalej. Pierwszy postój to stacja benzynowa, pośrodku gajów oliwnych. Kiedy się podróżuje motocyklem pogoda często decyduje o wahaniach nastrojów kierowcy. Na tej stacji było szaro, zimno i przygnębiająco. Wtedy przydaje się dyscyplina, bezmyślny upór, brak refleksji. Tankujesz paliwo, nabierasz wody na wieczorny prysznic i przesz dalej do przodu, prosto w szary krajobraz i deszcz. Czasami ma się szczęście, tak jak my dziś. Wychodzi słońce, cichnie wiatr. Za kolejną przełęczą i kilometrami kamienistych szutrówek zobaczyliśmy ponownie zatokę Koryncką. Zjechaliśmy zakosami na samo wybrzeże, do małej wioski Egostena. W cichej przystani, nagrzanej słońcem i osłoniętej od wiatru zrobiło się całkiem przyjemnie. Trzeba było nawet szukać cienia. Ale czasami ma się mniej szczęścia. Od rana chodzę zgięty w paragraf, jak stuletni staruszek. Korzonki bolą jak diabli. Boję się każdego ruchu bo kosztuje bólem. Stać niedobrze, leżeć się nie da, tylko siedzieć jako tako. Ale na pewno przyjemności z jazdy nie ma. Gdybym był sam, zostałbym w namiocie, na plaży. Więc odpowiedzialność za wakacje kompanów zobowiązuje.



      Życie na przystani płynie wolno. Jakiś brodaty, siwy dziadek o wyglądzie emerytowanego Odysa, mozolił się z siecią i wiązał minikuter do haka wbitego w kamienne nabrzeże. Potem z celebrą odpalił papierosa i odjechał startym Citroenem długo przyglądając się trzem motocyklistom. Inny dziadzio wytoczył jakieś beczki z VW T3, załadował do łódki i długo pyrkał starym dieselem zanim wyprowadził stateczek z przystani. Zupełna cisza, słońce i chlupot turkusowej wody o burty zacumowanych łódek dopełniał niezmienności tego krajobrazu. Można by powiedzieć, że to stagnacja w porównaniu do ruchliwości powszedniego dnia polskich miast. Ale tutaj życie nigdy szybciej nie płynie. Taktuje je powolny stukot rybackiego diesela, tak wolny, że można liczyć na głos suwy.
      Posiedzieliśmy trochę, Przemek umył włosy pod kranem na przystani i pojechaliśmy dalej. Trzymaliśmy się wybrzeża. Zaczęło się robić turystycznie, takie niekończące się Międzyzdroje. Ale wynalazłem starą drogę przez zalesione zbocza gór, która mogłaby wyprowadzić nas prosto nad kanał Koryncki. W tym krajobrazie komercji trochę endurowania po lesie działa jak lufa bourbona. Niestety plecy ciągle mnie bolą i uśmiech zadowolenia mi nie wychodzi.
      Wreszcie docieramy nad kanał. Poza obowiązkowymi fotkami nic nas tu nie trzyma. Za to droga na południe, do Epidavros była ciekawa. Szeroki asfalt pozwolił nadrobić czas stracony na szutrówkach, a piękne widoki na góry tonące w morzu koiły zmysły estetyczne. Teatru w Epidavros nie obejrzeliśmy bo o piętnastej muzeum jest zamykane. Pozostało przebić się przez góry ponownie nad morze i poszukać noclegu w okolicy Methana. Tomek wypatrzył samotną plażę ograniczoną z trzech stron stromymi wzniesieniami. Zjechaliśmy do niej karkołomną ścieżką by odnaleźć drogę dojazdową, którą wcześniej przegapiliśmy. Na zboczach, na wąskich tarasach, obsadzono drzewa oliwne. Dno kotliny porastała świeża, wiosenna trawa. Śmieci mówiły, że przyjeżdżają tu czasami młodzi ludzie na pikniki na plaży. Wieczór szybko się zbliżał. Więc trzeba było brać się za robienie obiadokolacji, a potem grzania wody na prysznic. Tego wieczoru nie dotrzymałem kroku towarzyszom, skupiłem się na znalezieniu najmniej bolesnej pozycji w śpiworze.

      Rano było zimno i wilgotno, ale słońce szybko wynurzało się zza gór i suszyło ręczniki oraz namioty z porannej rosy. Czekał nas mały off-road w górach aby przedostać się na zachodnią stronę gór Didimon, do Nafplio.
      To malownicze miasteczko przywitało nas typową, śródziemnomorską, leniwą atmosferą turystycznej atrakcji regionu. Niewiele sobie z tego robiąc, pojechaliśmy na nadmorską promenadę aby na ławeczce, pod palmą, zrobić sobie jajecznicę. Przechadzający się Grecy i turyści nie zwracali na nas większej uwagi. Za to czarni imigranci sprzedający souveniry, uśmiechali się pod nosem wspominając swoje koczownicze życie. Przemek wzbudził tylko lekkie zainteresowanie młodzieży, nabierając wody z morza na przystani jachtowej, aby umyć garnki.
      Z Nafplio pojechaliśmy spenetrować masyw górski Parnon. Z daleka widać było ośnieżone szczyty, ponad 1800m n.p.m., tonące w deszczowych chmurach. Żal było opuszczać wybrzeże nagrzane ostrym słońcem. Wspinaliśmy się dość ładną drogą asfaltową wijącą się w sąsiedztwie linii kolejowej przebijającej wzniesienia tunelami, a doliny antycznymi mostami. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, te kamienne wiadukty wyglądały na antyczne. Natomiast szyny, choć dobrze utrzymane, nie nosiły śladów użytkowania.
      Wreszcie skręciliśmy w interior masywu górskiego i rozpoczęliśmy kilkugodzinną przygodę z górskimi wioskami. Dziś służą już tylko jako bazy wypadowe dla trekingowców na okoliczne szczyty, albo dla zorganizowanych spływów raftingowych po rzekach. Całe zbudowane z kamienia, również dachy mają z łupka. Przypominają w charakterze wioski z francuskiego Masywu Centralnego. Domy udrapowane są tarasami na stromych skałach. Wyglądają niezwykle malowniczo. Droga która je łączy zbudowana jest z samych zakrętów, czasami jest szutrowa, czasami asfaltowa. Poza sezonem turystycznym prawie nikt tu nie mieszka. Nawet zagrody pasterzy kóz nie występują tak wysoko. Ta wysokość sprawiła, że ponownie tonęliśmy w śniegu. W cedrowych lasach, mokry śnieg zalegał półmetrową warstwą na długich odcinkach szutrowej drogi. Przebiliśmy się przez kilka zasp, wahadłowo wbijając się w śnieg i cofając, dopóki nie wyoraliśmy głębokiego kanionu. Kolejny motocykl przejeżdżał już łatwiej. Ale na nic ta robota, bo za następnym zakrętem zobaczyliśmy zaspę tak długą i tak głęboką, że ani jej objechać lasem, ani przebić kołami. Musieliśmy zawrócić, mimo, że do kolejnej wioski brakowało nam 3400m w linii prostej. Zrobiło się już późno, a ciemne chmury zasnuły niebo, ale co było robić, trzeba jechać dookoła asfaltem ponad 70km. I tak nie mieliśmy pewności, czy ta droga będzie odśnieżona. 70km serpentyn i trudno było włączyć trzeci bieg, a większość zakrętów pokonywaliśmy na jedynce. Na przełęczy, prawie 1600m n.p.m. bandy śnieżne wzdłuż utrzymywanej w zimie drogi sięgały ponad metr, ale asfalt był czysty i suchy. Temperatura bliska zera, więc trzeba było uciekać w doliny. Mocno zmordowani wylądowaliśmy na 360m n.p.m., w gaju oliwnym. Ciepło nie było, a nawet mocno mokro, bo dopiero co przeszła tędy ulewa. Jedyne atrakcje na ten wieczór, to ostra zupa ze świeżych warzyw i makaronu ryżowego oraz greckie wino z kapslowanych butelek. Potem ciepły prysznic i do namiotów na dwunastogodzinne leżakowanie. W ten wilgotny i zimny wieczór nie chce się siedzieć, ani gadać, każdy ucieka do namiotu, bo ciemno, a na ognisko nie możemy sobie pozwolić.



      Rano zaświeciło jednak słońce. Pojechaliśmy na szczyt, do ruin bizantyjskiego Geraki. Od dwóch lat restaurują je archeolodzy, ale mimo to wepchnęliśmy się na małe zwiedzanie, a dukający coś po angielsku archeolog oprowadził nas po trzech kościołach i pokazał stare freski. Ze szczytu rozciągał się piękny widok na szeroką dolinę zazielenioną gajami oliwnymi.
      Niedługo potem ruszyliśmy na południowy-zachód w stronę półwyspu Elos. W pierwszej wiosce zatrzymaliśmy się aby uzupełnić zapasy w sklepie. Przez prawie godzinę zażywaliśmy typowo greckiej, małomiasteczkowej atmosfery. Czas płynie tu wolno, a nikt się nie spieszy. Od rana mieszkańcy przesiadują w tawernach, a kryzysu nie widać. Oni nie mają tego typowego dla Polaków przeświadczenia, że należy przez cały czas dążyć do poprawy, do nowego, lepszego. Skoro masz starą Toyotę pick-up i ciągle jeździ mimo że ma 30 lat, to po co kupować nową. Stare jeansy też są lepsze od nowych bo nie zmuszają do pracy aby zarobić na nowe. Niemców kłuje w oczy, że Grecy przesiadują całe dnie w kafeteriach i nie budują lepszej Europy. Ale może im wystarcza ta rzeczywistość, którą mają.

      Dalej serpentynami pomknęliśmy na wschodnie wybrzeże półwyspu Elos, do Monemvisio. To taki mały Dubrovnik, albo Primosten. Na małej, skalistej wysepce, wyrosła kamienna wioska. Kilka wąskich uliczek łączy w całość jednopiętrowe domostwa. Przed motoryzacją chroni je dwuczęściowa, warowna brama, broniąca kiedyś dostępu piratom, dziś jest jedną z atrakcji turystycznych Monemvisio. Typową, grecką manianę łamie trochę tonus komercyjnego krochmalu. Jednak nie jest to taka turystyczna machina jak Dubrovnik, można znaleźć tu swój zaułek i nacieszyć zmysły.
      Dalsza część tego dnia nie obfitowała w ciekawe akcenty. Przeskoczyliśmy góry na drugą stronę półwyspu Elos. Potem pięliśmy się wzdłuż wybrzeża na północ, tonąc dla odmiany w gajach pomarańczowych. Sezon zbiorów już się rozpoczął. Nie omieszkaliśmy ukraść paru kilogramów świeżych owoców, zanim je fabryka spryska chemią by przetrwały transport na północ.
      Nocleg znaleźliśmy z trudem na półwyspie Mani. Skały schodzą tu wprost do morza i nie można znaleźć samotnej plaży z płaską łąką pod namioty. Stoki gór usiane są willami, letnimi rezydencjami, pilnowanymi przez ogrodników. Każdy kawałek terenu albo jest ogrodzony albo bardzo stromy. Ale udało się znaleźć jakieś krzaki, które osłoniły nas od ludzi i wiatru oraz dały schronienie na noc. Rano pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża dalej na południe, aż na kraniec Peloponezu. Mijaliśmy kolejne wioski zbudowane z szarego kamienia. Niektóre prężnie się rozwijające, inne turystyczne, a jeszcze inne podupadłe, świecące pustką oczodołów okiennic. Wszystkie one tworzą lokalny koloryt półwyspu Mani. Jest ich tu bardzo dużo. Można znaleźć tą swoją ulubioną, by w niej pozostać na godzinkę lub dwie, w jakiejś kafeterii i pomarzyć o tym, że też by się chciało zestarzeć tak pięknie i bezstresowo jak Grecy przesiadujący tu całe dnie.
      Dotarliśmy także na sam koniec półwyspu, do ruin świątyni Posejdona. Typowo grecki obrazek kilku kamieni rzuconych w stos, który ma przypominać turyście o dawnej świetności antycznych Greków.
      Tego dnia czekała nas jeszcze jedna, off-roadowa przygoda. Zjechaliśmy kilkaset metrów, stromą, wąską ścieżka dla osiołków i kóz, prawie nad samo morze. Zabrakło kilkudziesięciu metrów aby dotrzeć do drogi biegnącej wzdłuż wybrzeża. Drogę zastawiło rumowisko kamieni. W zasadzie od razu było wiadomo, że droga się skończy, ale bezmyślnie parłem naprzód, a za mną Tomek. Nawet Przemek, który odłączył się od nas aby objechać ten skrót po asfalcie, pojawił się w tym ślepym zaułku. Trzeba było zawrócić i wspólnymi siłami wspinać się po luźnych kamieniach obrośniętych wysoką trawą. Nasze bagaże darły kolczaste krzaki, a sprzęgła dawały z siebie wszystko. Tak się płaci za głupotę i wiarę w to co pokazuje GPS. Ale przygoda musi być.
      Wpadliśmy teraz w turystyczny region okolic miasta Kalamata. Mijaliśmy jedna za drugą, malownicze wioski odrestaurowane i żyjące z ruchu przyjezdnych. To bogaty region. Słynie także z najlepszych w Grecji oliwek. Sklepy są tu bogato zaopatrzone, po szosie pędzi dużo samochodów, a o tej porze roku także i przedsezonowe autokary z niemieckimi emerytami. Bardziej to przypomina Chorwację. Inne oblicze Grecji. Nie ma tu tego spokoju u marazmu jaki wcześniej widywaliśmy. Każda wioska tętni życiem, kafejki są pełne ludzi. Ale tu też jest przyjemnie, jest bardziej tak jak byśmy się tego spodziewali.

      Przed zjazdem na nocleg, na bezludną, dziką plażę, Tomek zaprosił nas do restauracji. Niestety mieli tylko drobiowe suflaki, ale z winem i cytryną jakoś weszły. Potem pojechaliśmy na nocleg. Zamieniliśmy się jeszcze z Tomkiem motocyklami. Chciałem sprawdzić jak się prowadzi nowy KTM, no i odżyła moja stara miłość do tych motocykli. Już zacząłem kombinować co zrobić aby sobie taki sprzęt kupić. Ale może trzeba myśleć po grecku, trzymać się tego co się ma i nie marzyć bezustannie o lepszym.
      Rano trzeba było jechać dalej. Wyskrobaliśmy się z dzikiej plaży pięć kilometrów pod górę, na główną i popruliśmy w stronę Sparty. Przemek pojechał asfaltem przez Kalamatę, a my szutrem przez ośnieżone szczyty. Zdobywaliśmy Spartę z mozołem, od dupy strony, jak Kserkses pod Termopilami. Najpierw windowaliśmy się na jedynce stromymi jak ściana szutrówkami usianymi luźnymi kamieniami. Tylnia opona zrywała przyczepność, łańcuch szarpał, a przód uskakiwał na boki. Trzeba było ostro się trzymać, bo ścieżka była wąska, a przepaść głęboka. Wielkie połacie lasu przed rokiem wypalił ogień i otworzyła się piękna perspektywa na masyw Tayget, ponad 2400m n.p.m. Oczywiście cały był w śniegu, my też po dwóch godzinach wiercenia serpentynami po zboczach gór, dojechaliśmy do strefy śniegu. Co i rusz musieliśmy przejeżdżać zaspy, jak na razie niewielkie i nie zmuszające nas do bobrowania w śniegu. Między zaspami pojawiło się błoto, więc nasze bagaże już się zabrązowiły od gliny wyrzucanej spod tylniego koła. W śniegu i błocie odcisnęły ślady trzy albo cztery crossy. Musiały jechać tędy niedawno. Im było łatwiej, bez bagażu i nadwagi miło sobie bzykali po dziurawej drodze.
      Aż tu ni z tego ni z owego zaczął się asfalt. Natchnieni nadzieją, na lepszą drogę zrobiliśmy sobie dłuższy odpoczynek. Międzyczasie obok nas przejechała Łada Niva. Teraz byliśmy pewni, że droga przed nami jest przejezdna. Ale nic właśnie. Łada wracała bo się nie przebiła przez śnieg. Białe łachy zaczęły się tuż za pierwszym zakrętem asfaltowej drogi. W końcu na 1550m n.p.m. droga była zasypana na ponad stu metrach. Tutaj Łada zawróciła, a crossowcy poszli po wierzchu, jak Legolas w drodze na Kharadras, bo śnieg był lekko zmrożony. Jednak moje Suzuki zawiesiło się na osłonie silnika i trzeba było je szarpać aby wyszło z zaspy. Potem urządziliśmy sobie bieg z motocyklem po śniegu. Jeden pchał, a drugi gazował na jedynce i biegł z boku. Takie zawody sportowe dla rozprostowania kości. Tylko w ten sposób motocykle nie zapadały się w śniegu na tyle głęboko aby ugrzęznąć.
      Kiedy wreszcie dotarliśmy do głównej, którą wcześniej jechał Przemek, spotkaliśmy rzeczonych czterech crossowców. Stali przy barze i delektowali się zasłużonym piwkiem. Wytrzeszczali na nas gały, jakbyśmy spadli z kosmosu. My jednak pojechaliśmy w dół do Sparty. Droga pięknie wiła się w kanionie, a jego skaliste ściany wspinały się coraz wyżej. Nie przeszkadzały nam serpentyny, ważne że śnieg się skończył, a wokół tak pięknie.



      Dłuższy postój zrobiliśmy sobie w Mistra, gdzie się rozstaliśmy z Przemkiem. On pojechał zwiedzać Ateny, Mykeny i inne Meteora, a my przez nowoczesne, owładnięte przez motocyklistów Sparti, na północ w stronę Megalopoli.
      Próbowaliśmy jeszcze przebić się na powrót przez góry, nad morze, ale śnieg i powalone drzewa w poprzek leśnych duktów zawróciły nas. Skończyliśmy dzień w lesie, nad rzeką, przy ognisku, w pobliżu Megalopoli. Droga ze Sparty jest nabita pięknymi wioskami z kamienną zabudową jak dobra kasza skwarkami. Życie w górach, na niskich obrotach, zmusiło mnie do refleksji, mimo że ani razu się nie zatrzymaliśmy. I tak trzeba było we wioskach zwalniać do pierwszego biegu, bo droga zwężała się do dwóch metrów i wiła stromymi serpentynami pomiędzy zabudowanymi tarasowo na zboczach domami. To inna Grecja niż Sparti. Nie widać młodych, chyba że w pick-upach dowożących produkty na farmy kóz i owiec. Staruszkowie żyją tu z inną perspektywą, to i wioski wyglądają inaczej niż te w dolinach. Niekiedy można jeszcze spotkać samotną staruszkę drepcącą boso po drodze z chrustem na własnych plecach, albo plecach osiołka. Czasami trafi się pasterkoza jak z dawnych lat. Taki co ma więcej czasu niż rozumu, albo własną, lepszą od naszej filozofię życia. A czasami ładna pasterka różniąca się od babci z chrustem tylko funkcją czasu.

      Tak pięknych wiosek już nie spotykaliśmy następnego dnia. Gnaliśmy dalej na północ. Z tysięcy zakrętów tego dnia pamiętam pięknych kanion Fonica i szykujących się do spływu raftingowców. Potem była Dimitsana - turystyczny, nawet poza sezonem, kurort górski, gdzie wzbudzając zdziwienie przygotowaliśmy sobie poranną jajecznicę na głównym placu miasta. Obok nas zaparkowali młodzi motocykliści z gatunku "L" jak lans. Ich moto lśniły w słońcu, nawet po wewnętrznej stronie błotników. Nasze były tak brudne, że prawie śmierdziały. Grecy nie mają łatwości nawiązywania kontaktów z obcymi. Wstydzą się braku angielszczyzny jak Polacy. Patrzyli tylko z niedowierzaniem raczej niż z poczuciem wzgardy.
      Na koniec dnia zmordowaliśmy trudny zjazd po kamieniach do kanionu Fonica, którego dnem, jak przez gigantyczną, piękną, kamienną bramę, wystrzeliliśmy na wybrzeże. Potem były tylko kilometry głównej, zatłoczonej drogi do mostu na stały ląd. W końcu wylądowaliśmy w zatłoczonym niedzielnym, leniwym wieczorem Nafpaktos. Zjedliśmy po suflaku z frytami w picie i dalej w krzaki szukać noclegu, a to niełatwe w pobliżu dużego miasta. Więc nocleg nie wyszedł jak trzeba. Całą noc szczekały psy i śmierdziało jakimś bagnem.
      Za to kolejny dzień obfitował w przepiękne widoki śnieżnych gór Gona. Pojechaliśmy niby widokową drogą w kierunku Lamia, przez góry. Ale z początku widoki były marne. Dopiero w okolicach zbiornika wodnego oczom naszym ukazał się las, a za nim bliskie, na wyciągnięcie ręki, szczyty (ponad 2300m n.p.m.) w śniegu. Prawdziwy widoczek alpejski z Francji, albo Szwajcarii. Tyle, że tu przez ponad godzinę jazdy szerokim asfaltem, nie spotkaliśmy nikogo, zupełna pustka. Cisza i kozy... no tutaj też krowy. Ale ciekawie zaczęło się dopiero za przełęczą, oczywiście w śniegu.
      Za przełęczą pojechaliśmy skrótem do Lamia. Skrót okazał się błotnisty, ale na początku na tyle suchy, że dało się całkiem przyjemnie podróżować w dół, na wybrzeże. Jedyne utrudnienie to głębokie, wyciśnięte w suchym błocie koleiny, które nie pozwalały podziwiać widoków górskich, bo trzeba się było skupić na prowadzeniu motocykla. Ale gdy tylko zjechaliśmy dość nisko, na płaskich halach, strumienie rozmiękczyły błoto i zaczęła się walka z kałużami. Do takiej jednej kałuży wykonałem skok na plecy, kiedy straciłem oparcie pod prawą nogą, a motocykl ugrzązł w błocie. Było trochę śmiechu i robienia zdjęć. Na szczęście zaraz obok płynął czysty strumień i można było się obmyć. Grunt to nie tracić rezonu i nie traktować tej całej przygody na poważnie.
      Kiedy zjechaliśmy nad morze pogoda się zmieniła. Mimo, że świeciło słońce, było dość zimno, a od morza wiał lodowaty wiatr. Długo szukaliśmy miejsca na nocleg. Ale udało się trafić piękną, bezludną plażę na półwyspie Stavros. Bardzo stare drzewa oliwkowe porastały w równych odstępach zbocza gór i dno kotliny z wyjściem na spokojną zatokę. Turkusowa woda spokojnie chlupotała na płyciźnie i aż by się chciało do niej wskoczyć z maską i rurką w zębach, ale trzeba było ubrać dwa polary i kurtkę motocyklową aby powstrzymać zimno. Rozpaliliśmy nawet ognisko z suchych gałęzi. Zimno nie powstrzymało jednak kłusownika. Przyjechał na plażę pick-upem, wskoczył do łódki i popłynął polować z kuszą na śpiące w nocy ryby.
      Następnego dnia skierowaliśmy się na północ, ku zachodniemu wybrzeżu. Z początku pogoda była słoneczna, ale pod koniec dnia zrobiło się ponownie zimno, wietrznie i pochmurnie. Na wybrzeże dotarliśmy na północ od Volos. Mieliśmy w planie trochę off-roadu wzdłuż stromego brzegu morza. Jednak nie mogliśmy znaleźć początku szutrowej drogi wiodącej przez lasy i góry na północ do wioski Keramidion.

      Wioska okazała się być malownicza aż do przesady. Zjechaliśmy wąziutką ścieżką wykładaną kamieniem, po bardzo stromych serpentynach na sam dół zabudowań. Po drodze minęliśmy mikroskopijny, wciśnięty pomiędzy monumentalne drzewa rynek, a chwilę dalej kamienny mostek spinający dwie kamienice ponad wąską uliczką, w której nie mieściły się nawet motocykle. W końcu, po kilku próbach trafiliśmy na właściwy szlak i ruszyliśmy na północ. Kiedy zaczął się asfalt, zaczęły się też niekończące kurorty. Teraz, przed sezonem, jeszcze ciche i spokojne, wymarłe i wyczekujące, jak zimujące kombajny do wyciskania soków z turystów. Zatrzymaliśmy się tutaj tylko na chwilę, bo to nie były ciekawe obrazki. Trzeba nam było pruć dalej na północ, omijając masyw Olimpu od strony morza. Do Katerini nadrobiliśmy nieco czasu po bezpłatnej autostradzie. Mimo oznaczeń i stacji opłat, nikt tychże opłat nie pobierał. Potem dowiedzieliśmy się, że z powodu protestów mieszkańców dojeżdżających autostradami do pracy, wiele odcinków tych dróg w Grecji, stało się bezpłatnymi. Ale kolejnego dnia pojechaliśmy do Kozani po płatnej autostradzie, a to z powodu deszczu, który nas złapał w górach, a jazda po śliskich asfaltach i na dodatek w deszczu po serpentynach nie należy do ciekawych. Pobrano od nas opłatę 1.80EUR za kilkudziesięciokilometrowy odcinek autostrady przechodzący przez góry po licznych wiaduktach i w tunelach. Dostaliśmy też kwitancję z kasy fiskalnej. Teraz w Grecji, z powodu kryzysu, wszędzie, za byle jaki zakup wydaje się obszerne paragony. Nie można ich od nich uciec ani na stacjach paliw, ani w sklepach, ani nawet w kioskach ruchu. Cała Grecja pokazuje teraz, że płaci podatki.
      Pierwszy deszcz złapał nas ostatniego dnia w Grecji. Dojechaliśmy do zaparkowanego w Anergiri samochodu z lawetą w kombinezonach deszczowych. Przemek oczywiście był już przed nami. Trochę trwało zanim zapakowaliśmy sprzęty i zmieniliśmy ciuchy. Potem pojechaliśmy z Adamem, naszym znajomym, u którego zostawiliśmy samochód, do Ptolomaidy. Zaprosił nas na mały objazd pubów w środku dnia powszedniego. Atmosfera zabawy i próbowania trunków trwała pięć godzin. Cipru, taki grecki samogon z winogron, wprawił nas w dobry nastrój i trudno było myśleć o powrocie do Polski. Jednak Przemek, nic nie próbował i myślami już był w domu. Cały czas lobbował za szybkim powrotem. Natomiast my nic sobie z tego nie robiąc zwiedzaliśmy kolejne przybytki rozkoszy podniebienia, które były także przedsionkami do innych przyjemności. W końcu rozsądek zwyciężył i ku zadowoleniu Przemka wsiedliśmy do samochodu Adama by wrócić do Anergiri. Oczywiście gospodarz prowadził pod gazem. Ale dojechaliśmy bez uszczerbku na zdrowiu i mieniu. Chwilę potem rozpoczęliśmy długi powrót do naszej normalnej, polskiej rzeczywistości. Jakże szybko można zapomnieć o przyjemnym, wolno płynącym czasie w małych wioskach greckich. Nic nie pozostało z tego luzu i rozleniwienia słońcem, kiedy Przemek wyciskał siódme poty z Forda aby jak najszybciej dojechać do Polski. Jechał całą noc, a my z Tomkiem raczyliśmy się greckim winem. Potem krótki nocleg pod namiotami i dalej w galop i kolejna flaszeczka stołowego, jasnego. Jak to dobrze mieć samochód z kierowcą. A jakby tak motocykl z kierowcą?... nie to jakieś babskie gadanie!
mariusz reweda





zdjęcia: Przemek Rychlik, Tomek Cisak, Mariusz Reweda

zobacz opis motocykla Suzuki DR800S
zobacz wyprawę do Grecji w 2013
FWT Homepage Translator