greckie BOBRY 2013
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012








tekst można ściągnąć w pliku DOC (60kB) i wydrukować
trasa na GPS jest na sprzedaż

Wracam do Grecji. Tym razem w większej kompanii motocyklowej. Mamy też busa, który będzie nam woził bagaże. Bogdan nie ma motocykla ale też chce zobaczyć Peloponez. Nie da rady jeździć z nami po górach, na skróty, ale spotykać będziemy się na noclegach, na dzikich plażach.
      Tak jak ostatnim razem, zostawiliśmy przyczepę u Adama, w północnej Grecji i po 24-rech godzinach jazdy non-stop samochodem, wsiedliśmy na motocykle. Nie ujechaliśmy daleko, ledwie 90 kilometrów. Ale to wystarczyło abym przypomniał sobie tą atmosferę greckiej maniany, jaką poznałem przed rokiem. Ciepło, słońce, puste drogi, piękne góry, brak zakazów na leśnych drogach. Wioski jakby uśpione. Nieliczne bary wystawiły stoliki wprost na asfalt. Czasami siedzą przy nich mężczyźni, pijąc mocną, grecką kawę i żywo dyskutują. Uliczkami leniwie pełzają pick-upy rolników, a pomiędzy nimi zdezelowane skuterki. Nikt nie reaguje na zator głównej arterii, kiedy kumple ze szkolnego boiska, teraz sędziwe dziadki, długo politykują przekrzykując silnik starej Corsy, zaparkowanej w poprzek ulicy. Jeden wychyla się z plecionego, ratanowego krzesełka, opierając wolną od papierosa rękę o rozchwiany stolik. Drugi gestykuluje dłonią przez otwarte okno samochodu. Dołączył się i trzeci, na zmęczonej Hondzie z rozbitymi światłami. Wklinował się w jedyną wolną szczelinę i oparł łokcie o kierownicę, jakby przygotowany na dłuższą rozmowę. Stoimy z tyłu i kombinujemy jakby tu po chodniku, między wystawionym sprzętem sklepu żelaznego, ominąć greckie próżniactwo. Jednak po chwili, z tyłu, ktoś zatrąbił i zator ospale, ociągając się rozpłynął wlewając kilka samochodów, jak przerwana tama z worków, z piaskiem ustawiona przez powodzian. Nikt nie rzuca inwektyw przez okno samochodu. Prędzej pobłażliwie kiwa ręką, pozdrawia kolegę, zatrzymuje się na chwilę, aby wziąć ognia do wygasłego peta. Wszyscy tu się znają, każdy ma taki sam charakter.
      
      My w końcu też się zatrzymaliśmy. Nie ma nic lepszego na upał jak łyk coli z lodówki w cieniu platana. Zeszliśmy po schodkach do sklepiku. Colę wyciągnęliśmy z mokrej od rosy lodówki. Przemek zauważył butelkę Metaxy na półce z surowej, brudnej deski, a Tomek świeży chleb w drewnianych skrzynkach. Ja przymierzałem się do butelki wina oplecionej pajęczyną na najwyższej półce, tuż pod brudnym sufitem z łuszczącego się, nigdy nie tynkowanego betonu. W drzwiach stanął młody budowlaniec w usmarowanych wapnem i farbą drelichach. Przypomniał sobie trzy słowa po polsku - piłka, młotek, dobrze. Za naszymi motocyklami zaparkował nowy Merc, właściciel restauracji z przeciwka, a skuterem przyjechał cycata kelnerka, bo czas sjesty już się kończy.
      Taką Grecję pamiętam, taką lubię, właśnie taka uwalnia mnie od dręczącego stresem codziennego bytu. Łatwo, szybko i bezboleśnie wchodzę w tryb z etykietą 'wakacje'.
      W nocy i cały, długi ranek lało i to jak z wiadra. Więc i tym razem musieliśmy odpuścić przejazd przez góry Tesali. Pojechaliśmy ostrożnie po mokrym, wapiennym asfalcie, autostradą do Ioanniny. Dalej łykając kilometry jak bocian żaby, w ekspresowym tempie dotarliśmy do mostu na Peloponez. Po drugiej stronie wkorkowaliśmy się w piątkową, duszną, lepką, rozświetloną jedynie lampami kafejek, głośną fiestę w Patra. Ruch uliczny przepływał pomiędzy autobusami, stolikami, zaparkowanymi byle jak samochodami oraz tłumem młodzieży. Przepływał jak woda w górskim potoku omywa nieruchome kamienie, a czasami uda się jej zabrać któregoś ze sobą, bo akurat zechciał przesunąć się nieco dalej, do innego baru. Nie można zaprzeczyć, to TU jest życie, a my walimy na prowincję, w krzaki, na zapomnianą przez turystów plażę. Czasami chciałbym dla odmiany wprasować się w ten miejski harmider. Puścić wodze fantazji i węża z kieszeni na wolność. Zasmakować tego co grecka, roznegliżowana, do przesady głośna i wyperfumowana młodzież, nazywa wolnością i radością życia. Spróbować choć raz, zanim będzie za późno.

      Skończyliśmy tego wieczoru na betonowym, opuszczonym molo. Potem lokalny restaurator, kafejki której już nikt nie odwiedza, zaprosił nas na trawiaste podwórko, otwarte na ulicę i promenadę na plaży. Ciemną noc rozbijały wyblakłym pomarańczem jedynie sodowe latarnie. Przezroczysta woda była spokojna jak jezioro. Ale po drugiej stronie zatoki Korynckiej, światła Messolongi przydymił deszcz. Siedzieliśmy tak pijąc wino za winem, zagryzając Metaxą, czekaliśmy na Bogdana i nasze bagaże. Podobno sezon się skończył, dlatego promenada była zupełnie pusta, a cafe odwiedzał tylko młodzian na Fazerze, próbujący imponować kelnerce. Mimo to szef polerował srebra i stoliki. Choć dziś utargował jedynie parę euro na winie dla Przemka i Tomka.
      Bobek przyjechał koło północy, zdążyliśmy do tej pory zaprawić się na amen z tęsknoty.
      Kolejny ranek przyniósł poprawę pogody. Na kaca walnąłem sobie kąpiel z płetwami. Chłodna woda i palące słońce, to otrzeźwia jak diabli. Trzeba było w to słońce wyjechać i szukać wiatru ochłody.
      U szczytu półwyspu Araksos natknęliśmy się na słodkowodne rozlewiska. Niskie szuwary czerwieniły się jesiennym listowiem. Od wschodu dolinę zamykały żółte skały, przechadzał się po nich pasterz z kozami. W dole bielał kościółek, a po drugiej stronie stał las piniowy. Iglaste drzewa tworzyły rozłożystymi koronami dach na cienkich, długich nóżkach. W tym cieniu kumulował się pachnący żywicą, spokój sobotniego poranka. Grzechem byłoby opuścić to miejsce przed czasem.
      Podobnie rzecz się miała z ocienioną, mokrą od nocnego deszczu szutrówką. Pojechaliśmy nią szukać kolejnych, dzikich plaż. Droga biegła lasem, potem przez wysokie, szumiące na wietrze trzciny i mokradła, a kończyła się w zapomnianej przystani dla kutrów, okolonej białymi skałami. Dalej był piach plaż i bobrowanie do następnej drogi, do cywilizacji. Dzikie plaże pośród skał, z zalesionym zapleczem... po prostu marzenie. Ale trzeba jechać dalej.
      Dzisiaj skończyliśmy na innej piaszczystej plaży w lesie. Fale jednak uniemożliwiały kąpiel. Wieczorem przyszła mgła i ożywiła zapachy w suchym jak pieprz, sosnowym lesie.
      Na śniadanie była Olimpia, o której można poczytać w innych miejscach. Autokary przyjeżdżały i odjeżdżały. Wysypywali się z nich posezonowi emeryci. Popędzani przez zawsze dziarskich przewodników, dreptali w stronę kas biletowych. Po godzinie wracali pijanym ze zmęczenia kuśtykiem i obstępowali jedyną ławkę gdacząc jak sikorki przy karmniku w zimie życia. Zalatywało od nich naftaliną zmieszaną z potem i starością. Tylko głośna wycieczka z Włoch, wystrojona jak na wesele, waniała perfumą i brylantyną. Grube mammy może trochę rozgotowanym makaronem. Przypominało to wszystko czarno-białe filmy tuż powojenne. Ciekawe kiedy ja zacznę gdakać, zrzędzić i trącić starością.


      Dziś dotarliśmy do kolejnej, piaszczystej plaży. Zakole laguny ograniczały skały i niski, iglasty las. W nim właśnie rozstawiliśmy namioty. Ludzi było niewiele. O tej porze roku Grecy już się nie kąpią. Jedynie turyści z dzieciakami ćwiczyli pływanie. No i my pod dyrekcją Przemka ćwiczyliśmy figury wyjęte z tańca synchronicznego. Jakieś piramidy i skoki z barana. Przemek wyciągnął zabawki ze wspomnień dzieciństwa nad jeziorem.
      Kolejny nocleg znaleźliśmy w Methoni. Miasteczko jest sławne z rozległego zamku na skalistym cyplu. U jego podnóża ciągnie się piaszczysta, twarda plaża z tawerną i hotelem. Nieco dalej parkują w lagunie kolorowe kutry, a za usypanym z kamieni molem, można nurkować i na płetwach dopłynąć do tylniej, morskiej bramy do zamku, by za free go zwiedzić.
      Zatrzymaliśmy się pod murami zamku oplecionymi kolczastymi roślinkami nieznanej mi nazwy. Nocowało tu także kilka kamperów. Plaża służyła także za suchy dok dla kutrów na zimę i na czas remontu. Jedną ze staromodnych kryp z uporem leniwca i pietyzmem dzięcioła remontował Grek na emeryturze. Tu wszystko wygląda właśnie tak od niechcenia, dla zabicia czasu, przy okazji. Przyjezdny nasiąka ta atmosferą ospałego poglądu na świat i bezustannie marzy o przeprowadzce na Peloponez. O tym aby chociaż nauczyć się zwolnić tempo, by w wolnej chwili od obowiązku pracy i domu, miast brać się za motocykl, rower, czy kajak, po prostu pójść na long cafe, albo piwo do knajpy, by popieprzyć o niczym, wpatrzywszy się w ruch samochodów i ludzi na ulicy. Bezustannie marzy, jak Syzyf wtacza swój kamień wolności na szczyt marzeń, ale życie jakie wybrał niechcący, spycha go zdecydowanie obojętnie w otchłań obowiązków, jakie sobie wziął na garb.
      Spędziliśmy wieczór w tawernie, w miasteczku. Objedliśmy się do syta suflaków, opiliśmy wina po którym głowa nie boli i bełkotaliśmy, przekrzykując się w opiniach, na temat Grecji. A ona sama nic sobie nie robiąc z naszych pomysłów i z kryzysu, trwała wokół nas przyjemnie kojąc umęczone budowaniem kolejnych szczytów marzeń przyjezdne dusycki. Grecja jak Monika - dziewczyna ratownika, pyszni się swoimi kształtami, a motorzysta marzy, że mu się przydarzy.
      Dzisiejsze bobrowanie po górach dało ciekawe rezultaty. Szutrówka była odpowiednio trudna i odpowiednio urozmaicona krajobrazowo. Objechaliśmy cały półwysep ze szczytem Mawrewuni, przecinając na wskroś górzyste plantacje oliwek na czerwono-pomarańczowych stokach. Zsuwaliśmy się po kamieniach w doliny i zaraz potem wdrapywaliśmy serpentynami po luźnym żwirze na przełęcz. Na zakończenie otrzymaliśmy stawiający oczy w słup widok na błękitną lagunę, a po drugiej stronie wielkiej wody, na półwyspie Mani, tonące w chmurach szczyty Tajgetu. Wyrastały powyżej linii brzegu i unosiły się jak zjawy, lekko tylko bardziej realne od tych białych obłoków, które tworzyły im sukienki i zasłaniały nogi.


      Po południu przedefilowaliśmy truchcikiem przez nowoczesną Kalamatę. W mieście etos Grecji, która kusiła nas swoimi wdziękami w Methoni, gdzieś przepadł. Zastąpił go młodzieżowy lans na motocyklach i w kabrioletach. Wystudiowany luz strojów i póz jak z francuskiej riwiery. Głośne tłumiki wybajerzonych skuterów miały podnieść rangę męskości mężczyzn. Dudniące w nosie perfuma dziewczyn, zaznaczyć powab. Tu i ówdzie spostrzegłem grupki czarnych imigrantów handlujących na chodnikach popeliną. Trudno było uwierzyć, że nie kradzioną. Pod Lidlem byle jak zaparkowany tuż przed wejściem pick-up, wypluł tłumek rozwrzeszczanych albasów. Koczują tu, niedaleko, w szuwarach, na plaży, w miasteczku namiotowym. Nie pamiętam takich dzikusów z wizyty w Albanii. To chyba albańska wizytówka, jak kiedyś handlarze i złodzieje samochodów budowali polską wizytówkę na zachodzie. Przed albasami spod Lidla odjechał Subaru emerytów ze Szwajcarii. Kupili kwiaty doniczkowe na promocji, pewnie do swojej letniej rezydencji, na stokach gór, powyżej Kalamaty. Jedni i drudzy realizują swój plan na 'nowe życie w przyjaznej Grecji'.
      Kolejnego dnia przeskoczyliśmy góry Tajget. Jest tu taka dziurawa szutrówka, wysypana luźnym kamieniem. Spodziewaliśmy się pięknych widoków na jedną i potem drugą stronę nasady półwyspu Mani i tego otrzymaliśmy w nadmiarze. Oprócz widoków morza u styku gór, były nagie skały kanionów i otwarte panoramy połonin z rzadka porośnięte drzewami. Niestety nie trafiliśmy ładnej pogody. Po wschodniej stronie przełęczy 1563m n.p.m., pod górą Mawrowuna (1908m n.p.m.), wpadliśmy w deszcz, który nie chciał się skończyć nawet kiedy dotarliśmy wreszcie nad morze, w Githio.
      Zła pogoda nie odstraszyła myśliwych. Mimo iż dziś środa, wałęsali się całymi tabunami po dzikich górach. To popularny sport w Grecji. O ile zabijanie można nazwać sportem. To pewnie zależy od tego, kogo się zabija. Psy w klatce, na małej przyczepce, ciągnięte za samochodem terenowym w góry, to normalny obrazek w weekendy.
      Deszcz postanowiliśmy przeczekać w opuszczonym ośrodku wczasowym, na plaży. Wjechaliśmy motocyklami do potężnej rotundy, na kształt schroniska na Śnieżce. Kiedyś była tu restauracja. Na stoku klifu zbudowano kilkanaście blokhauzów z pokojami dla gości. A na plażę można było zejść po zacienionej, pachnącej dusznym, śródziemnomorskim kwieciem ścieżce. To musiał być jeszcze dziesięć lat temu piękny hotel, dziś mieszkają tu zwierzęta, głównie ptaki, a czasami włóczędzy, jak my.
      Udało się nam jednak wstrzelić w okienko pogodowe i pojechaliśmy szukać naszej plaży. Wieczór zaś spędziliśmy we wioskowej tawernie, spożywając tani posiłek i hektolitry wina. W sumie wyszło taniej niż w Polsce, a przy okazji przeczekaliśmy wieczorną burzę. Rozmiary ulewy przypominały monsun w Indiach. Obawialiśmy się czy nasze namioty i motocykle nie spłyną do morza. Nawet po burzy trudno było przejść przez wioskę, bo ulice blokowały rozlewiska deszczówki. Nasze domki jednak wytrzymały nawałnicę. Mała przestrzeń osobista, z cudem zachowanym w suchości śpiworem, czekała na powracających z imprezy, uszczęśliwionych greckim winem turystów.


      W czwartek puściliśmy się przez najdzikszy rejon Peloponezu - wschodnią Lakonię. Już na samym początku zobaczyliśmy tego efekty. Drogi zaznaczone na mapach GPS okazały się czystą, twórczą kartografią. Nigdy nie istniały. Musieliśmy więc polegać w większym stopniu na głównych drogach, które i tak czasami były szutrowe, a ruch samochodów w ogóle nie istniał. Ale oczywiście warto było zapuścić się w ten rejon, bo dzięki temu znaleźliśmy wspaniałą, dziką plażę, ze skalistą zatoką, żwirową, szeroką plażą i drzewami dającymi cień. Odnaleźliśmy także spokój w Peleta, z pozoru zupełnie wymarłym, ale ciągle żywym. Wietrzna, zimna pogoda zamknęła mieszkańców w domach i tawernach. Wystarczy, że temperatura spadnie do 15st.C i życie ulic zanika. W pięknym Kastanitsa zatrzymaliśmy się aby wypocząć po uciążliwym i długim odcinku leśnych bezdroży. Ręce bolały od trzymania kierownicy na wybranym kursie, kiedy kamienie na ostrych serpentynach rzucają motocyklem we wszystkie strony. Krajobrazy kanionu Dafnon były wspaniałe, ale półtora godziny bez przystanku, na serpentynach, mocno nas wykończyło.
      Dotarliśmy do miejsca, gdzie w 2012 odbiliśmy się od potężnych zasp śnieżnych. Teraz nadjechaliśmy z drugiej strony. Tak samo jak ostatnio, lekko zmarznięci. Postój w tawernie w Kastanitsa był więc wybawieniem. Gospodarz rozpalił w kominku, bo gości było więcej. Pora obiadowa. Przespacerowałem się potem po miasteczku, precyzyjnie rozplanowanym na skalistych stokach gór. Brak przestrzeni skutkuje w takich wypadkach przywiązaniem większej uwagi budowniczych do detali wąskich uliczek, schodków, wykuszy i mostków. Do wkomponowywania ścian domów i dachów w mury podtrzymujące ulice. Gospodarze z uwagą wykorzystują każdy centymetr tarasów by posadzić drzewko oliwne, albo zrobić podjazd na samochód. Można powiedzieć, że brak przestrzeni wymusza większy dla niej szacunek, a więc większą, niż jest to we wioskach na nizinach, dbałość o wykończenie detali, wielofunkcyjność przestrzeni publicznej, kunsztowne wykończenia balkonów, podpór, okapów, drzwi i balustrad. Przechadzanie się po uliczkach Kastanitsa, pośród bielonych, kamiennych domów, przenosi turystę do innego świata, jakby bajkowego domu dla lalek. Wszystko jest takie cukierkowo piękne i niepowtarzalnie delikatne. Poszukiwanie przejść z jednej terasy na drugą, zapomnianych chodników otwierających się nagle na wciśnięty pomiędzy napierające nań domy placyk, wyłożone białym kamieniem, daje satysfakcję godną odkrywcy i poczucie przeniesienia do jakiejś makiety miasteczka w pomniejszonej skali. Czuję to zawsze kiedy odkrywam na nowo te najwęższe uliczki Dubrownika. Kastanitsa jest nieco inne, poświęcone przede wszystkim mieszkańcom, dawniej hermetycznym góralom. Brak tu oznaczeń po angielsku. Jeśli już przyjeżdżają tu turyści, to raczej Grecy, w lecie, dla ochłody, w ucieczce od nadmorskich upałów. Jest tu więcej takich wiosek, na przykład Sitaina, albo Prastos, czy Agios Vasileios.
      Następny dzień obfitował w bobrowanie po lasach. Jadąc na skróty wbiliśmy się w stoki rozległych masywów szczytów Killini (2376m n.p.m.) i Aroania (2341m n.p.m.). Z pozoru centralny i północny Peloponez wydawał się nudny, nie tak spektakularny jak południowe półwyspy, pozbawiony wiekowej struktury zabudowy wiosek, bardziej nijaki bo rolniczy i bez widowiskowych, dzikich plaż. Jednak są tu wysokie na ponad 2000 metrów góry, które zajmują połowę północnego Peloponezu. Pokrywają go piniowe lasy i tylko w głębokich dolinach można znaleźć cywilizację. My jednak celowo jej unikaliśmy. Właściwie to nasz ostatni, bobrowy dzień tej wyprawy. Chciałem maksymalnie nacieszyć się bezskrępowanym jeżdżeniem po bezdrożach Grecji. Udało się to znakomicie, a to przede wszystkim dzięki ładnej pogodzie. Gdyby deszcz zmoczył błotniste, strome ścieżki górskie, rdzawa glina szybko by nas oblepiła na podobieństwo niewypalonej cegły. Gdyby wiał zimny wiatr jak wczoraj, w letnich ciuchach przemarzlibyśmy na kość. A tak jedynym, naszym zmartwieniem był wybór odpowiedniej ścieżki i niepewność, czy aby ta ścieżka zaraz nie skończy się na jakiejś polanie. Oznaczałoby to, że musimy kombinować innymi drogami, albo wracać i objeżdżać góry ze spuszczoną głową, dookoła asfaltem. Wtedy przyjemność odkrywania bezdroży Grecji na własny rachunek przekształciłaby się w pogoń z czasem, by zdążyć na wieczór zjechać z gór i uciec przed chłodem na plażę.

      Ciągle nie mogę wyjść z podziwu dla Grecji. Brak zakazów jeżdżenia motocyklami po tak pięknych górach sprawia, że mam ochotę tu wracać i szukać nowych wrażeń w dzikich rejonach Peloponezu. Jest coś takiego, że każdy odkrywa na swój rachunek jakieś eldorado, miejsce dlań szczególnie piękne, dające mu przyjemność, którą szukał. Znam wielu, którzy preferują Ukrainę, Rumunię, Albanię, Bułgarię, czy Korsykę. Ja na dobrą sprawę nie wiem tak naprawdę czemu wolę Grecję. Próżno szukać racjonalnego wytłumaczenia. Człowiekowi jedynie się wydaje, że nim się kieruje. To musi być coś głębiej, bliżej serca, uczuć, a może przeznaczenia. Tomek skwitował dziś moją jazdę - włączyła ci się nieśmiertelność, bo gnałeś jak wariat. Może moim przeznaczeniem jest skoczyć w jakąś, grecką przepaść. Ale nie dziś, może jutro.
      Ostatnie dwa dni to powrót na północ Grecji, do miejsca gdzie zostawiliśmy przyczepę na motocykle. I tak w ostatni, długi dzień, po 35-ciu godzinach od momentu przebudzenia na plaży półwyspu Tragowuni, na wschód od Lamii, znalazłem się z powrotem w polskim domu, w zupełnie innej rzeczywistości. Nawet nie pogodowo, bo ostatni dzień jazdy po Grecji był dość zimny, a pierwszy w Polsce dość ciepły. Ale zupełnie innej rzeczywistości społeczno-obyczajowo-kulturowej. Już jadąc nocą swoją wachtę za kierownicą busa przez Serbię, zacząłem baczniej obserwować krzaki i miejsca dogodne do zasadzki, jaką mogą zastawić na nas policjanci. Na Węgrzech już przestałem ignorować budki dla ptaków z fotoradarami i na poważnie zmęczył mnie tłum samochodów na drodze. Wcześniej przeprawy przez granice, zwłaszcza dyskusje z paniami celniczkami, też sprowadziły mnie bliżej realnej, europejskiej ziemi.
      W Grecji puste drogi, typowa maniera spędzania leniwego czasu na piciu kawy, albo jeśli już to spokojnym przemieszczaniem się jakimś gratem do sąsiedniej wioski, zupełnie przeniosły mnie w inny wymiar. Tu kompletnie nie ma policji drogowej! Przejechaliśmy ponad 2100km po różnych drogach, także kawałki autostrad i nie spotkaliśmy radarowców, a wszystkie fotoradary są nieczynne, nikt na nie nie reaguje. To pierwszy kraj, w mojej historii podróżowania po różnych kontynentach, w którym nie odczuwa się tego podskórnego lęku o zawartość portfela, kiedy w sposób niewymuszony nagina się lekko przepisy ruchu drogowego. Tu jest jak dawniej w Polsce, przepisy są po to aby informować i rozstrzygać spory wynikające z wypadków. A tak na marginesie widzieliśmy tylko jedną stłuczkę. Ludzie widząc ograniczenie do 50, zwalniają tak aby było bezpiecznie. Widząc STOP, wiedzą że muszą ustąpić pierwszeństwa i dobrze popatrzeć w obie strony, ale po co się zatrzymywać skoro można upewnić się, że jest się samotnym na skrzyżowaniu, jadąc powoli. Jednocześnie prawie nikt nie ma tu tego cwaniactwa, typowego dla krajów byłych demoludów, aby wykorzystać każdą możliwość by wykręcać najlepsze czasy jak jakiś Kubica. Wszystko to skutkuje pogłębieniem oddechu, poświęceniem większej uważności na dostosowanie prędkości do warunków na drodze, a nie do przepisów na drodze. Większemu zaufaniu do własnych umiejętności, a nie do umiejętności stawiania znaków i przepisów przez do tego powołanych ludzi. Wyjeżdżając z Grecji popadam w delikatnie zduszony oddech obawy o to czy aby chusteczka w którą wydmuchuję smarki jest atestowana, bo jak nie, to mogą mnie pociągnąć za to do odpowiedzialności.
      Wyskoczyłem z ukrycia, z kraju nietranzytowego dla TIRów, o gęstości zaludnienia mniejszej od polskiej o 35%, łagodniejszym klimacie społecznym, obyczajowym i pogodowym, piękniejszym krajobrazowo i dojrzalszym kulturowo, kraju gdzie wolny czas spędza się wolno, a nie wyszukuje nowych czynności aby go wypełnić pogonią za czymś nadanym nam przez kreatorów mody i dobrego wizerunku. Wróciłem na ojczyzny łono. Cóż więc w tym dziwnego, że nie jestem z tego kontent.

mariusz reweda





zdjęcia: Przemek Rychlik, Mariusz Reweda

zobacz opis motocykla Suzuki DR800S
zobacz wyprawę do Grecji w 2012

FWT Homepage Translator