Kaukaz dookoła 2015
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012








tekst można ściągnąć w pliku DOC (150KB) i wydrukować
trasa na GPS jest na sprzedaż

Minęło kilka dni od wyjazdu z Polski. Przemęczyliśmy Europę po autostradach i dotarliśmy do Gruzji. Podróż z zegarkiem w ręku, kiedy brak czasu na odpoczynki bo średnia spada, jadąc naszym samochodem, nie jest to niczym miłym. Przez cały czas powtarzaliśmy - mogliśmy wyjechać dzień wcześniej. Europa jest dostępna w każdą stronę, po dobrych drogach. Dystans nie ma większego znaczenia. W Azji dróg nie ma i ich pokonywanie to trudność. W Europie okazało się dla nas, że walczymy z czasem, a nie z drogą.

      Minęło kilka dni od wyjazdu z Polski. Przemęczyliśmy Europę po autostradach i dotarliśmy do Gruzji. Podróż z zegarkiem w ręku, kiedy brak czasu na odpoczynki bo średnia spada, jadąc naszym samochodem, nie jest to niczym miłym. Przez cały czas powtarzaliśmy - mogliśmy wyjechać dzień wcześniej. Europa jest dostępna w każdą stronę, po dobrych drogach. Dystans nie ma większego znaczenia. W Azji dróg nie ma i ich pokonywanie to trudność. W Europie okazało się dla nas, że walczymy z czasem, a nie z drogą.
      Jednak 7 dni od wyjazdu, a już poczuliśmy smak Azji. Dla mnie Gruzja to Azja, wbrew temu co sądzą Gruzini. Dziś szukaliśmy drogi na skróty z jaskini Prometeusza, do kościoła Gelati. Krążyliśmy po przedmieściach Kutaisi, jak byśmy jeździli po Jankach, pod Warszawą. Ale tu do starych posiadłości z winnicami i walącymi się willami, dojazd jest trudny, po stromych szutrach i kamieniach. Lokalni prowincjusze dojeżdżają po nich z trudem, rozlazłymi Kopiejkami, czyli starymi Żigulakami, często w pięknej w wersji kombi. Drogi jednak prowadzą promieniście, do Kutaisi, a my chcieliśmy jechać po okręgu, wokół miasta. Przedmieścia w końcu ustąpiły miejsca polom uprawnym, krzaczastym stokom gór i utknęliśmy na jakimś podjeździe. Samochody jeszcze dawały radę na redukowanej jedynce, ale krzaki nie puszczały kempingowej zabudowy. Spróbowaliśmy w innym miejscu i po pół godzinie dotarliśmy do opuszczonego lotniska dla helikopterów na szczycie góry. Trudno inaczej nazwać wybetonowany plac o boku 200 metrów. Tafla lotniska porosła już w większości trawą, a droga dojazdowa, zrobiła się wystarczająco trudna, nawet dla dobrych samochodów terenowych. Zawróciliśmy do miasta.
      I tak na koniec upalnego dnia znaleźliśmy się nad zalewem. Popływaliśmy w gliniance, by zmyć z siebie pot 35-ciostopniowego żaru słońca. Nie każdy ma klimatyzację w samochodzie.
      Poprzedniego dnia przebijaliśmy się przez park Borżomi-Karagauli. 3 lata temu zatrzymał nas w maju, na przełęczy Zekaris (2189m n.p.m.), śnieg. Tym razem sami się zatrzymaliśmy by podziwiać panoramy gór i zielonych połonin okolonych świerkowymi lasami. Przycwałował do nas konik, taki niskopienny, hucuł, czy inny quater. Niósł na grzbiecie dwóch budrysów, takich co wakacje spędzają w szałasie pasterskim, na przełęczy i pomagają wujkowi utrzymać z dala od wilków stado krów i owiec. Tacy, od których motocykl WSK, za komuny, przyjął nową nazwę Wiejski Sprzęt Kaskaderski. Takich nie zatrzyma nic, a jedynie najsłabsi i nie mający szczęścia odpadną. Galopowali po wąskich, błotnistych drogach, po trawiastych stokach, jak amerykańscy cowboye. Nie zdążyli obznajomić się z językiem rosyjskim, bo urodzeni po rozpadzie ZSRR. Angielskiego się nie wyuczyli, bo przedkładają konie i wiatr z przełęczy w tłustych, niemytych włosach, nad przykładanie się do nauki. Więc tylko na migi mogliśmy się dogadywać. Lepiej poszło nam z ich wujem. Zaprawiony od rana gruzińskim winem, lanym z blaszanego kanistra samochodowego na paliwo, bez trudu łapał naszą ruszczyznę, ale po zsunięciu się z konia trudniej łapał równowagę.
      Chwilę później przydreptał sąsiad wuja. Na przeciwległej połoninie, ma zbity z desek, waniający końskim łajnem szałas i zagrodę. Ten nie miał fantazji picia od rana. Chwilę pogadaliśmy, w kanonie pytań i odpowiedzi - skąd wy?; kak wam zawod?; czy cały rok tu siedzicie?; jak długo z Polski jedziecie?; ile śniegu/ile owiec macie?; ile stoi wasz samochód?; czym tu dojeżdżacie? Taki gotowy zestaw do konwersacji z napotkanym pasterzem w górach. Jeśli konwersacja się przedłuża, to Gruzin niechybnie zacznie zachwalać swoje wino, albo okolicę w której mieszka. Nacjonalizm w nich jest silny przywiązaniem do tradycji, bo nigdy stąd nie wyjeżdżają. Potem przejdzie na politykę i nie omieszka oskarżyć rasPutina o wszelkie plagi gregoriańskie. Umiłowanie wolności w nich jest potężne, ale takiej wolności do niezmienności. Następnie zejdzie na tematy UE i przyłączenia Gruzji do Unii, bo przynależność geograficzna do Europy jest dla niego oczywistością. Jeśli przyjdzie do degustacji lichego, gruzińskiego wina, to z pewnością dojdziemy do gruzińskich toastów, na przykład - wypijmy za nasze trumny, zrobione ze stuletniego dębu, który posadzą nasze dzieci.
      Jak miło dostrzec wady własnej nacji, w obcym narodzie! Ten model rozmowy sprawdza się zawsze. No chyba, że zamiast spotkać cinkciarza, pracownika stacji paliw, rolnika, pasterza, policjanta, panią sklepową albo restauratora, uda się spotkać inteligenta. Ale to drugie to rzadkość. Osobiście wolę gruzińską przyrodę od spotkań z Gruzinami. Nie jest tak przewidywalna i nie hołubi polskich turystów.
      Udało się nam jednak trafić do obserwatorium astronomicznego w Abastumani. Zbudowano je w 1934 i cały ten czas jest użytkowane, chociaż nie modernizowane. Wiedzie doń czterokilometrowa, stroma serpentyna pośród skał. Wstęp jest płatny 9.96zł/osoba. Początkowo kręciłem nosem, ale było warto. Weszliśmy w towarzystwie pracownika obserwatorium pod sam teleskop. Otworzyła się kopuła i mogliśmy poczuć się astronomami. W pracowni stały krzesełka szkolne, jak z czasów komuny. Na stoliku z paździerzu stał czerwony telefon z tarczą cyfrową. Blaszana lampka pochylała się nad papierami, a drewnianą boazerię pokrywały dyplomy i fotografie mądrych, siwych głów profesorskich, strzelone pewnie gdzieś na raucie u rektora. Zapach uczelnianej stęchlizny i celebrowania tytułów naukowych unosił się pod zakurzone, szklane, nudne abażury lamp. Fachowa literatura murszała za szkłem szafek, a nieśmiały parkiet trzeszczał pod butami. Tylko tych naukowców, jak z powieści Lema, brakowało do pełni obrazu. Fotografii wysublimowanych w formie akademickiej dyskusji o niuansach współczesnej nauki, z tablicą przyrządów, manometrów, wskaźników i brakiem płaskiego ekranu komputera, w tle.
      Następnego dnia zjechaliśmy do Kutaisi, dużego miasta, chociaż w charakterze wiejskiego. Kutaisi jest dużo bardziej przyjazne dla turystów od Tbilisi. Nie siedzieliśmy tam długo, skierowaliśmy się do jaskini Prometeusza. To ciekawe miejsce. Warto zapłacić prawie 13zł aby skorzystać z okazji zobaczenia podziemnego świata. Jaskinię odkryto w 1984, ale do użytku turystycznego oddano ją w 2011. Podziemna podróż to 1400 metrów, ale można ją wydłużyć o pływanie łódką po zalanej części jeszcze o 350 metrów. Piękne wnętrza podświetlono kolorowymi lampami i nagłośniono muzyką poważną. Sam ten opis brzmi tandetnie, a nawet barbarzyńsko. Ale Gruzinom udało się zachować umiar i smak. Jaskinia Prometeusza nie jest mistrzostwem świata, ale w tej części świata jest atrakcją.
      W któryś tam czwartek z kolei, puściliśmy się mało znaną drogą w stronę Rosji. Z Oni wyjechaliśmy dobrym asfaltem, który skończył się w Utsera, dawnym uzdrowisku górskim, ale bardzo małego kalibru. Podobno czynione są starania by odbudować komunistyczną jeszcze świetność tego miejsca, ale my na ślady tych poczynań nie natrafiliśmy. Dalej w stronę skrzących się bielą w słońcu lodowców, prowadziła nas dziurawa droga, z połamanym asfaltem. Tak było aż do Shovi. Tutaj łatwiej można było zauważyć znamiona dawnej świetności kurortów z epoki sojuza. Niektóre już odnowiono, ale droga nadawała się tylko dla samochodów terenowych. Kręcą się tu jacyś turyści z Tbilisi, poustawiano w górach kilka drogowskazów dla piechurów, ale infrastrukturą tego nazwać nie można. Ach gdyby Gruzini nie szukali brata w wujku Samie, a w Putinie, dogadali się jak to zrobił Lukaszenko. To drogą przez przełęcz Mamisonis waliły by tłumy turystów z petrodolarmi, z Rosji. Po co z Moskwy jeździć w Ałtaj, skoro tak daleko i zimno. Łatwiej i bliżej do Gruzji, jak za dawnych lat. Rosjanie zbudowaliby tu swoje kurorty, ale i przy okazji drogi. Gruzini mieli by swoje hotele i wyciągi narciarskie i zarabiali by kapuchę. Ale nie potrafią się dogadać z sąsiadami, a do UE chcą się dostać. Jak będą się dogadywać z sąsiadami z UE?
      Na samą przełęcz Mamisonis nas nie wpuszczono. Najpierw spędziliśmy 135 minut w oczekiwaniu na słońcu i z chmarami gzów. Czekaliśmy na pozwolenie wjazdu w strefę przygraniczną. W końcu już chcieliśmy zawrócić, a wtedy pojawił się szef wojaków i wręczył nam pozwolenia. Więc pojechaliśmy w podskokach na lichej drodze, do samego końca drogi. Widoki iście alpejskie, albo kirgiskie. Droga ma z ostatniej wioski prawie 20 kilometrów w jedną stronę. Na piechotę, z gzami, trudno ją przejść. Samochodem terenowym robi się to z przyjemnością, podziwiając widoki zza okien.
      Na końcu czekali nas sołdaty. Do przełęczy brakło 300 metrów w pionie. Dalej rozciągała się strefa czerwona, jak nam wyjaśniono, czyli strefa niczyja, między krzywym barakiem z paroma żołnierzami gruzińskimi, a betonowym budyniem na przełęczy, z ekipą rosyjską. Poszliśmy z naczalnikiem na krótki spacer, nad jeziorko, utworzone z wody spływającej z lodowca i już przez radio nadszedł meldunek ze strony rosyjskiej, z zapytaniem o wycieczkę z gośćmi w strefę czerwoną. Ludzie to takie urządzenia, które łatwo zaprogramować. Jak się umówią między sobą, że lichym strumieniem płynącym z lodowca biegnie granica między Gruzją, a Osetią Południową, a Rosją i Osetią Północną, to umowa wyrośnie jak niewidzialny mur z betonu przekonań i lęków, celebry przepisów i potrzeby świętego spokoju. A gzy nic sobie z tego nie robią i gryzą tak samo po jednej, jak i po drugiej stronie. Dla turysty, ta granica jest tak samo niewidzialna jak strefy wpływów dzieciaków w jednej piaskownicy.
      Następną wyprawę na granicę ruską przedsięwzięliśmy z Zhinvali na tzw. drodze wojskowej, do Shatili. Znaną sprawą jest zachwyt turystów drogą wojskową. Jest dobrze opisana, wyasfaltowana prawie w całości i tam kierują swe kroki odwiedzający Gruzję. Droga do Shatili, doliną rzeki Arnori, jest mało znana, a równie urokliwa, jeśli nie bardziej. Jeżdżą po niej samochody osobowe, ale według standardów zachodnich, jest to dukt dla pojazdów 4WD. Pierwsze 40 kilometrów nie należy do pięknych, a raczej zwykłych. Ale dalej wspinamy się na przełęcz Niedźwiedzią - 2678m n.p.m. i tu zaczyna być ładnie. Ciągle zastanawia mnie dlaczego za sojuza tak dużo funduszy pakowano w budowę dróg na Kaukazie. Zauważyłem to już na północnym Kaukazie w 2013. Podobne tereny w rdzennej Rosji, albo na Syberii, są zupełnie nie doinwestowane. A tu mosty, tunele, asfalt. Pewnie Rosjanie płaczą po stracie zakaukazia.
      Jeszcze piękniej robi się za przełęczą Niedźwiedzią. Zupełnie jak w Ałtaju. Droga zbiega do Shatili wąską doliną rzeki, niejednokrotnie nadążając za spadkiem wody na wodospadach, licznymi, ciasnymi serpentynami, wykrojonymi w stromych zboczach łupkowych. Bezpiecznik lęku wysokości bez problemu rozgrzeje się do czerwoności.
      W Shatili, na wzgórzu, postawiono onegdaj mały zamek z kamieni łupkowych, a niedawno go odrestaurowano, działa w nim nawet mizerny guest house. Prowadzi go Polak, który organizuje wycieczki konne po zakaukaziu. To chyba najlepszy sprzęt do podróżowania po tych trudnodostępnych górach. Warowne miasto Shatili słynie z tego iż nigdy nie zostało zdobyte. Bo walczyło jedynie z sąsiadami, równie zacofanymi, w sztuce wojennej, góralami. Nie dotarł tu zagon wojsk mongolskich, ani Timura, a Rosjanie nie walczyli, tylko zdobywali sprytem. Zwłaszcza mój ulubiony hrabia Woroncow.
      Shatili robi piorunujące wrażenie kiedy wyjeżdża się zza winkla wzniesienia, wtedy powyżej bystrego strumienia rysuje się ciemnobrunatny zarys konstrukcji jak z filmów S/F. Z daleka wydaje się nowoczesną bazą wojsk sprzymierzonych, w barwach maskujących. Z bliska, kiedy wejdzie się między poszczególne domy składające się na warownię, czar pryska i jest tylko bezładną kupą kamieni o ostrych krawędziach. Podobnie rzecz się ma z wieżami sygnalizacyjnymi, budowanymi na całym Kaukazie. Z daleka wydają się przyczółkami obcej cywilizacji i znakomitym dopełnieniem pleneru zdjęciowego. Z bliska już nie.
      12 kilometrów za Shatili jest, właśnie odrestaurowywana, ruina sakralnej wioski Mutso. Znowu na niezdobytym gór szczycie, zbudowano wiele grobowców i świątynie. Trudno się tam wdrapać, ale warto, chociażby ze względu na rozruszanie kości po siedzeniu w samochodzie. Otaczające wzniesienia nie są super malownicze, a same grobowce, z bliska nie robią specjalnego wrażenia, nawet porozrzucanymi kośćmi. Ale skoro Gruzini nazywają Mutso gruzińskim Machu Picchu, to znaczy że trzeba tu być, aby wakacje były udane. Taki zabieg porównania jest popularny, zwłaszcza wśród powracających z wywczasu. Jak umiejscowimy coś w cieniu wielkiego i znanego, to sami staniemy się wielcy i znani. Nie ma lepszego lekarstwa na zaściankowość i maluczkość Gruzinów, jak dodać sobie wielkości przez porównanie się do znanego i wielkiego.
      Na przełęczy Niedźwiedziej spotkaliśmy wycieczkowiczów z Tbilisi - stolicy Gruzji. W wolnym czasie łazikują po górach, a dojeżdżają wynajętym busem. W tutejszych górach rodzi się już infrastruktura turystyczna, a letników nie brakuje. Poopowiadaliśmy sobie nawzajem w jakich górach byliśmy i trochę się dowiedzieliśmy o mniej znanych zakątkach zakaukazia. Trudno jednak rzeczowo rozmawiać z Gruzinami, bo kiedy mowa o ich okolicy, to pieją z zachwytu nad każdą grudką ziemi gruzińskiej i kończy się to fałszowaniem, jak w wypadku śpiewaka, który zaczął zbyt wysoko i potem skali mu brakło.
      Przy okazji spotkania, wysłuchaliśmy jakiejś dumnej, gruzińskiej pieśni. Bo letnicy, podochoceni czaczą (taki napitek wysokoprocentowy z lokalnej tradycji), wzięli w ręce bałałajkę, czy inną fanduri i jęli rzewnie śpiewać, aż echo z przełęczy niosło. Cóż może spotkać lepszego, podróżnika terenowego, jak trafi na taki folklor zorganizowany ad hoc, z darma, nie żeby w muzeum, w ośrodku wczasowym, za biletami, ale tak po prostu w błocie drogi, na końcu cywilizacji. Od razu miszka się śmieje, radość i duma rozpiera, a najbardziej chyba poczucie wyższości nad turystyczną stonką. Niezapomniane wrażenie, porównywalne jedynie do znalezienia atomowego prawdziwka w lesie, na wycieczce jesiennej. Jednakże mój sceptycyzm nie pozwoli mi tak do końca się cieszyć. Od razu widzę rodzinkę na wycieczce niedzielnej w ZOO Gucwińskich. Kiedy, jak na zawołanie, piękny paw rozłoży ogon, albo lew rozdziawi paszczę wyposażoną w rzędy kłów. A my, wtedy, czujemy się jak, nie przymierzając Tony Halik na tropach yeti. Bo to dla nas tylko i obserwator czuje się częścią tego pięknego zjawiska, a więc też piękny i wspaniały. Ja piać na przełęczy nie umiem, więc pozostaje mi tylko zachwyt uwieczniony za pośrednictwem kamery.
      Gdzieś tam po drodze do Tushetii odwiedziliśmy zatopiony w krzakach jeżyn, warowny klasztor Kvetera. Z kamiennych murów niewiele zostało. Metalowa brama zdradzała gospodarcze przeznaczenie tego miejsca za komuny, a prowizoryczne ławy betonowe w nadprożu, próby odrestaurowania, sprzed kilku lat. Po środku dziedzińca stał odnowiony kościółek, z dachem krytym klinkierową, zieloną dachówką, finezyjnie wykończoną, w maleńkie krzyżyki. Kościółek był otwarty i pełen zaufania dla odwiedzających. Kvetera stoi na uboczu, dojazd jest dość karkołomny, tylko dla samochodów 4WD, nie bojących się krzaków. To miejsce ma swoisty klimat odosobnienia, izolacji, spokoju i właśnie zaufania. Otwarte drzwi kościółka i uchylona brama, są dopełnieniem całości. Warto tu zajechać. A jeśli czas pozwoli, zostać na noc, spędzić trochę czasu w cieniu rozłożystego drzewa, rozpalić ognisko i zatopić się w dawnej energii tego miejsca, której nieliczni odwiedzający jeszcze nie zakłócili.
      Wkroczenie do Tushetii nie jest przyjemne. Wioski i miasteczka na przedgórzu majestatycznych gór, wyrastających z płaskowyżu zapełnionego winnicami, nie są przyjazne. Upadek jaki przyniosła pierestrojka, aż bije po oczach. Mimo, że mieszkańcy nie są bardzo biedni, potrafią zadbać o swoje domostwa, to jednak dobro publiczne jest w opłakanym stanie. Stare domy partii, świetlice wiejskie, sklepy typu SAM w miasteczkach, upadłe zakłady pracy, wszystko to wygląda jakby przetoczył się tędy walec wojny domowej. Co się dało ukraść lub zniszczyć w pijackim amoku, to świeci ruiną od 25 lat i nikt z tym nic nie robi. Puste oczodoły rozbitych okien, wyłamane i wykradzione drzwi, zdemolowane fasady, brakuje tylko dziur po pociskach moździerzy i obraz jak sprzed lat w Mostarze. Ile musi upłynąć lat aby zaczęło to komuś przeszkadzać?
      Wjazd do Tushetii jest uwolnieniem się od przygnębienia upadku tych wiosek i miast, od buńczucznych i tępych twarzy łobuzów w czarnych BMWicach, prężących muskuły swych wozów, pośród szarej codzienności typowo ruskiej wsi. Tushetia to przede wszystkim wykwit piękna przyrody górskiej i świat wakacjuszy. To zdecydowanie popularny kierunek dla wszystkich odwiedzających Gruzję, a w ostatnich latach bardzo popularny dla Polaków. Tushetia kraina pośród gór i będąca jej więźniem, zamknięta wysokimi przełęczami i dostępna tylko za pośrednictwem jednej drogi o dość karkołomnej nawierzchni. Do tej krainy wjeżdża się jakby do innego świata, zapomina się o problemach politycznych Gruzji, o tym co ważne w zwykłym świecie, wjeżdża się mozolnie, w skupieniu i z miękkimi kolanami od lęku wysokości balansując na krawędzi osypujących się w przepaści serpentynach. Ta śluza, w postaci brawurowej drogi, wyłącza myślenie i przywiązanie do normalności. Podobnie jak drogi himalajskie, przez stres powodowany trudnością utrzymania się na drodze wyciętej w skale albo w gigantycznych, żwirowych osypiskach, podróżni są bardziej tu niż gdziekolwiek indziej. A tuż za przełęczą Abanos wkraczamy w piękny krajobraz alpejski, ale bez europejskiej industrializacji i tych drogich kurortów. Toczymy się szutrowymi szlakami od wioski warownej, typu 'skalne miasto' do śmierdzącej krowimi plackami i zatęchłymi, owczymi skórami, osady pasterskiej, a wokół piękne panoramy, wydające się na wyciągnięcie ręki, ale w perspektywie odległe jak Księżyc.
      W Omalo drogi rozbiegają się w czterech kierunkach, a każdy zabiera dzień mozolnej jazdy, by dotrzeć do końca możliwości trasy dostępnej dla samochodu terenowego. W czasie kanikuły pełno tu turystów. Łażą pieszko z plecakami, konno z tobołami, samochodami wynajętymi, upakowani jak sardynki w puszce, samochodami prywatnymi, łamiącymi miejskie zawieszenie SUVów na dziurach i kamieniach, motocyklami enduro, a pośród nich niewielka liczba podróżników. Przyjeżdżają na weekend, na tydzień, albo na miesiąc. Tak jak my, na dwa dni, to nikt tu się nie pcha, bo szkoda czasu i kosztów.
      Dziś Robert powiedział dwie ciekawe rzeczy. Pierwsza, to że gdyby odwiedzić Tushetię, to by wystarczyło za całą Gruzję, bo reszta nie jest tak piękna. A drugie, że podobno droga do Tushetii jest piątą co do trudności na świecie, w jakimś rankingu turystów-zdobywców, kolekcjonerów wszystkiego co naj- na świecie. Wielu podróżuje by kolekcjonować wrażenia i odhaczać w pamiętniku, na mapach, takie trudnodostępne miejsca jak Tushetia. Skoro nie potrafią znaleźć innej motywacji, to dobre i to. Ale z drugiej strony co robią himalaiści, tak gloryfikowani, którzy zdobywają tzw. 'koronę świata'? Trudno się więc z Robertem, który z nami podróżuje, nie zgodzić. Ma podwójną rację, chociaż nie jest mi to w smak.
      Dziś prócz walki z drogą, mieszania biegami i reduktorem, los dał nam także inne przygody. Ot chociażby spotkanie z konnym, który opowiedział nam o pięknych zakątkach Tushetii. Trudno oddać na piśmie emocje, energię takiego spotkania. Równie trudno wierzyć w każde słowo, zakochanym we własnym kraju Gruzinom. Ale dla przykładu inne spotkanie, z Czechami restaurującymi dawne wsie warowne, zbudowane z układanych jeden na drugim, płaskich łupków kamiennych. Albo poświęcone pół godziny na wyciągnięcie Jeepa Grand Cheeroke, który zawisł nad przepaścią i tylko krzak powstrzymał kierowcę i jego pełną rodzinę, od odnalezienia odpowiedzi na pytanie czy istnieje życie pozagrobowe. Wytaszczenie Jeepa znad kilkusetmetrowej przepaści dało nam potwierdzenie wiary w nauki jakie pobieraliśmy w ciężkim terenie w Polsce. Sprzęt wożony bezustannie po świecie, przydał się wreszcie, a Gruzini jeżdżący w pośpiechu i z fantazją, ocalili poobijane pudło od zagłady i głowili się po co turystom tyle sprzętu, skoro zamiast walczyć na ścieżkach dla osiołków, jeżdżą szutrówkami. Pamiętam jak 9 lat temu dziwiliśmy się Szwajcarowi, który miał w samochodzie wszystko, a tego nie wykorzystywał. My mieliśmy nic, a porywaliśmy się na najtrudniejsze. Dziś szwajcarskość zatriumfowała również w nas. Ale to również dowód, że podróże to co innego niż zabawa samochodem w terenie.
      Takich i innych przygód mamy tu codzień bez liku. Ale już jutro wyjeżdżamy z Tushetii i jedziemy na podbój Kahetii.
       Ostatni nocleg w Gruzji spowodował nowe wrażenia. Gruzja wschodnia, przy granicy z Azerbejdżanem, jest zupełnie azjatycka w formie. Twarzy gruzińskich jest tu mało, przeważają islamiści z Azerbejdżanu, Dagestanu i Czeczeni. Zasiedlają wioski ze swoim typowym bałaganiarstwem i hałasem. Nocowaliśmy w górach, gdzie przez całą noc kursowały samochody z ludźmi i towarami. Może to przemyt.
      Rano pożegnaliśmy się z ekipą Alka i z Robertem, i pojechaliśmy dalej na wschód. Granica azerska przeszła nam dość sprawnie, chociaż na tranzyt dostaliśmy jedynie 3 dni. Byłem w tym kraju 7 lat temu. Ale to co pamiętam nie chciało pasować, do tego co widzę. Znikło zacofanie i bieda wsi. Pojawiły się zachodnie samochody w przeważającej ilości. Polepszyły się drogi, a miasteczka prowincji wyglądają schludnie i ładnie. Widać, że ktoś dba o porządek i wygląd ogólny dobra publicznego. To jest to czego nie ma w Gruzji, no może poza Batumi i Tbilisi. Policja używa tu nowych BMW 5, w Gruzji Toyot Hilux. Ale w Azerbejdżanie są Wołgi M24 przerobione na pick-upy i Kopiejki, znaczy Żigulonki z pojedynczymi, okrągłymi reflektorami, jak nowe. Pewnie je tu gdzieś jeszcze produkują. Kolejne wcielenia Łady, także. Jednak rosyjskości tych terenów, nie da się tak łatwo wyrugować. Zapach taniego paliwa niskooktanowego, palonego w Żigulonkach i Wołgach. Stare Kamazy kopcące gorzko i rosyjski jako lingua franca.
      7 lat temu jechałem inną drogą do Baku - stolicy Azerbejdżanu. Teraz jechaliśmy z Iwoną drogą u podnóża Kaukazu. Z soczystej zieleni wjechaliśmy w bezkresne pola uprawne, a na koniec w pofalowany, suchy, szarożółty step, łagodnie schodzący do morza Kaspijskiego. Około 15-stej, lokalnego czasu (+3 godziny do Polski), niekończące się restauracje przydrożne, zapchały się biesiadującymi. Każdy cień drzew wykorzystywały bary, namiotowe jadłodajnie i wybajerzone restauracje, w stylu naszego, wiejskiego 'domu weselnego' z okolic poznańskiego. Wyglądało to tak, jakby ludzie wyjeżdżali z miasteczek, tylko po to aby zjeść obiad w przydrożnej restauracji, w czasie sjesty, w dzień powszedni.
      Postęp jaki dokonał się na azerskiej wsi, był niczym, w porównaniu do stolicy. Pamiętam Baku jako jedną ze standardowych, islamskich, azjatyckich, zakurzonych, kiczowatych, stolic, byłych republik sowieckich. Jednak to co zobaczyliśmy zmusiło nas aby zatrzymać się na noc w jakimś parku miejskim i dokładniej obejrzeć sobie centrum. Wjechaliśmy do miasta szerokimi, estakadami, pełnymi nowych Mercedesów, BMW i Porsche. Ruch nie korkował się, ani nie był tak chaotyczny jak w Istanbule, czy niekulturalny jak w Moskwie. Zaparkowaliśmy przy głównej ulicy, biegnącej wzdłuż morza, zielonego parku promenady i starówki. Zapłaciliśmy 5 azerskich manatów za całonocny postój (18.37zł) i poszliśmy zwiedzać. Czasami podróżnik zmienia się w zwiedzacza. Ale ratuje nas sytuacja, w której jesteśmy prawie jedynymi zwiedzaczami. Strasznie się opaliłem w górach, rysy twarzy mam typowo kaukaskie, jak przystało na rasę białą, więc ratowałem się przewodnikiem Lonely Planet trzymanym w dłoni, aby nie wyglądać jak czarnuch pośród lokalesów. Ratowała mnie też sprana, brudna podkoszulka i zakurzone sandały. Tutaj nikt tak się nie ubiera. Króluje francuski styl, ale można spotkać grupki kobiet, wśród których jedna ma burkę, a druga minispódniczkę. Posiłkuję się wykładnią Wojciecha Góreckiego, aby oddać styl tutejszych ludzi - 'kanon piękna na Zachodzie to umiar, a na Wschodzie nadmiar'. A więc perfum zwala przechodnia z nóg, a wierność aktualnego, zachodniego kanonu mody jest próby 99.99. W kiblu, w ogromnym, nowoczesnym centrum handlowym, mężczyźni stroszą pióra do lustra nad umywalkami, bez żenady, jak by to była zakrystia francuskiego domu mody, który akurat ma pokaz. Gdzieś leci w telewizorze program z azerskiej telewizji. Facet przygruby, w koszuli i spodniach od garnituru, biega w zielonych, damskich szpilkach przez tor przeszkód na czas, a publika dopinguje go brawami. Zupełnie jak w Indiach. Można znaleźć rekordy kiczu, ale nie bije on tak po oczach jak w Rosji, czy Kazachstanie.
      Jednak ze wszystkich petro stolic jakie widziałem, Baku w 2015 ma swój styl. Moskwa przy Baku wygląda jak nuworysz z Warszawy w mokasynach, a Astana jak polski góral w czarnych skarpetkach i sandałach, pod piramidą w Egipcie. Baku nas zaskoczył na całej linii. Oczywiście nowobogacki styl wyziera tu i ówdzie, jak słoma z ciżemek, ale mimo to klasa odnowienia starówki, przestrzeń publiczna parków, jakość informacji turystycznych, organizacja miejskiego trafiku, transportu publicznego, czystość ulic, kultura osobista przechodniów... to wszystko jest na wysokim, europejskim poziomie. Tak wiem... sam w to nie wierzę. Skąd Azerowie wzięli stylistów, architektów, urbanistów, aby stworzyć tak europejskie miasto w Azji? Azjatyckość jest widoczna jedynie w przepychu drogich samochodów i perfum, trudno dostrzec 'nadmiar' Góreckiego, który opisywał Azerbejdżan sprzed kilku lat. Gruzja ma więcej zabytków i pewnie ładniejszą przyrodę, ale Azerbejdżan ma azjatycki orientalizm i powinien być nowym, czarnym koniem turystyki, na jaki warto stawiać. Niech tylko sobie przepisy celne zeuropeizują. Jasno też patrzę w przyszłość polityczną Azerbejdżanu. Amerykanie poczynili olbrzymie inwestycje w tym kraju, więc nie pozwolą aby sytuacja polityczna wymknęła im się spod kontroli, a tym bardziej nie pozwolą Rosji wtykać palców w czarne od ropy wybrzeże morza Kaspijskiego.
      Jeszcze słów kilka o starówce Baku. We wszystkich komunistycznych krajach, w tym również w Polsce, starówki były zasiedlone przez margines i biedotę. W Baku odnowiona, odrestaurowana w stylu europejskim, a nie złoconym, moskiewskim. Starówka, jest zasiedlona przez bogate siedziby firm i rezydencje ludzi władzy. Również przez polską ambasadę. Nie ma tu tanich sklepów, żebraków, smrodu, ani brudu. Zupełnie jak w zabytkowym miasteczku z Francji czy Niemiec.
      Z takich okoliczności trafiliśmy na prowincję, wieś góralską, kaukaską, pod granicą Dagestanu - Rosji. Jeszcze dnia poprzedniego przechadzaliśmy się po bulwarach, nad morzem Kaspijskim, a teraz wdrapujemy się w kurzu, spoceni, bo sobie wymyśliliśmy treking do wioski na 2000m n.p.m. Z miejsca gdzie zaparkowaliśmy Toyotę na nocleg, mieliśmy ponad 600m w pionie do wioski Qats. Wcześniej wjechaliśmy niezwykle widowiskową drogą do wioski Xinalic. Dziś jest już atrakcją turystyczną, głównie dla mieszkańców bogatych miast wybrzeża azerskiego. Ale jeszcze kilka lat temu, nie było tu dobrej drogi, a o niezwykłości obyczajów i języka, górali z Xinalic, rozmawiali jedynie antropolodzy. Kiedy zrobiono drogę, w sezonie letnim, w każdy weekend walą tu tłumy samochodów najnowszej i najwyższej klasy. W ten sposób, zabita dechami, zbudowana z brązowego kamienia, brudna, obsrana przez bydło i kury wioska, została nawiedzona przez cywilizację najwyższego poziomu konsumpcji, jaką nieśmiało podglądaliśmy jeszcze wczoraj w Baku. Umorusane chłopaczyska, wychowankowie surowego klimatu, ciasnej tradycji ojców i kamienistej, stromej, wąskiej uliczki, którym jazda konna na złamanie karku po stoku góry nie jest obca, stykają się nie tylko z bialutkim, nawoskowanym Porsche Cayenne, ale także z córkami łysawego pana dyrektora ze stolicy, które wprost w wyschnięte na słońcu i wietrze, rozjeżdżone łysymi kołami starego GAZa66 łajno krowie na drodze, wstępują cienkimi jak carpaccio zelówkami kwiecistych klapek japonek i rozsiewają duszący, obcy tej krainie zapach francuskich perfum.
      Xinalic nie jest ładne, ani ciekawe. Ktoś zadecydował zbudować tu drogę dostępną dla zwykłych ludzi z miasta i wioska stała się turystyczna tą decyzją. Można bez żenady spacerować ścieżkami pomiędzy domostwami zbudowanymi z kamienia, którym dach jednego domu jest podwórkiem dla drugiego, bo wioska leży na stromym stoku. Można spacerować i podglądać jak zwykłe górali życie płynie. Taki żywy jeszcze skansen. Dla miastowych bomba.
      Na samym czubku wioski znaleźliśmy lokalne muzeum. Prowadzi je z równie wielkim zaangażowaniem, co wrodzoną nieśmiałością, pewien pan, który wypatruje turystów już z daleka, jak majtek, siedzący na szczycie masztu statku, wypatruje lądu i piratów. Muzeum lokalne to dla mnie najlepsza odmiana tego rodzaju instytucji. Ludzie własnym sumptem gromadzą to co już nie jest nic warte dla lokalnych, a zaczyna być coś warte dla przyjezdnych. W muzeum w Xinalic można znaleźć skamieliny zebrane z lokalnych wzgórz, stare rękopisy arabskie, nieużywane już sprzęty domowe, które jeszcze przed stu laty były oznaką bogactwa, pamiątki rodzinne tych co odeszli, stare zdjęcia świadczące o tym jak niezwykłe czasy już są za nami, albo dawną broń zaciętych w swych poglądach na świat górali. Warto odwiedzać takie muzea i warto wspierać datkiem ich twórców. Lepiej dać grosz domorosłemu muzealnikowi, który zapamiętuje w przedmiotach dawną kulturę wypieraną przez jeansy, aniżeli żebrakowi na dworcu. Ten drugi jest tylko ciężarem dla społeczeństwa i zawsze nim pozostanie. Postuluję aby darczyńcy odrzucili litość wrodzoną kulturze chrześcijańskiej, a skupili się na pragmatyzmie społecznym, znanym konfucjańskim Chinom.
      Przy okazji Xinalic. Podobno Ushguli w Gruzji jest najwyżej położoną wioską w Europie. Skoro Gruzja ma być w Europie, to Azerbejdżan też musi. Zrobili przecież miesiąc temu europejskie igrzyska sportowe w Baku. Więc Xinalic leży na tej samej wysokości co Ushguli, no i kto ma palmę naj-pierwszeństwa?
      Dojazd do Xinalic jest w połowie nudny jak szlag. Jedziemy ponad 20km przez wioski przerobione na azerskie kurorty dla wakacjuszy. Kiedy już chcemy zawracać, zaczyna się robić ciekawie. Droga nadal jest stroma tak, że wielokrotnie podjeżdża się na jedynce, ale w końcu wpada w wysoki i wąski, spektakularny kanion. A potem wyjeżdża na rozległe, megalityczne, rozpasane w skali, połoniny jak wyjęte z Ałtaju Gobijskiego, albo z Himalajów indyjskich. Aż się chce penetrować każdą, odchodzącą w bok szutrówkę, by wjechać gdzieś na szczyt i wypasać zmysły tą bezbrzeżną przestrzenią, ciszą i surową bezosobowością potężnych gór. Właśnie dlatego, po przydługiej rozmowie z pasterzami, postanowiliśmy wypuścić się na półdniowy treking, do wioski już nie turystycznej, ale przez to ciekawszej, pociągającej jak Ameryka dla Kolumba.
      Następnego dnia pojechaliśmy na wybrzeże morza Kaspijskiego, do kurortu Nabran. Tak opisywał to przewodnik Lonely Planet już 11 lat temu. Do dziś jednak miejsce to nie nabrało formy tego co Europejczycy znają pod nazwą 'kurort'. Luźno zagospodarowane, lesiste wybrzeże, z niskim klifem, nie jest miłym miejscem. W palącym słońcu można przechadzać się po czarnym, zaśmieconym piasku, twardej plaży, albo wykąpać w brudnej, zimnej wodzie. Po zmroku można dalej spacerować, ale w zupełnych ciemnościach, bo dziurawy asfalt promenady jest nieoświetlony i zatłoczony szybko pomykającymi samochodami, a spacer w ciemnościach po plaży skończy się niechybnie wdepnięciem klapkiem w zdechłą rybę wyrzuconą na brzeg. Przybytki rozkoszy podniebienia mają wygląd tanich jadłodajni wiejskich, a głośne dyskoteki nadają jedynie muzykę turecką. My znaleźliśmy zaciszny kąt pośród niskich sosen na klifie, obok opuszczonego kempingu zbudowanego z pilśni i pomalowanego na zielono.
      Ciekawiej zrobiło się następnego dnia. Musieliśmy wyjechać z Azerbejdżanu do 10-tej lokalnego czasu, bo kończył się nam papier celny na wjazd Toyoty. Iwona zagadała strażnika na bramce i wpuszczono nas na przejście nawet z pominięciem długiej kolejki. Dalej był stary most i śluza na rzece Samur. Tam odczekaliśmy swoje i pojechaliśmy spróbować szczęścia na granicy rosyjskiej. Szczęścia, bo mieliśmy wystawione wizy do Rosji dopiero na następny dzień. Ale rzetelnych i sympatycznych celników rosyjskich nie da się wyprowadzić w pole. Wróciliśmy więc na most, gdzie oczekiwaliśmy początku dnia następnego, czyli 13 godzin. Na szczęście dziś słońce mocno nie przypiekało, a od rzeki zawiewał rześki zefirek. Za to karą była rola małp w klatce, jaka nam przypadła. Każdy chłop musiał do nas podejść i bezceremonialnie zagadać, nawet kiedy się zdrzemnęliśmy. Każdy zadawał te same pytania i tak samo kręcił głową z podziwu nad 'domkiem na kołach'. W zasadzie było tylko jedno pytanie, które nas zaskakiwało - czy państwo daje wam środki na takie podróżowanie? Na nic negacje i tłumaczenie, dla ludzi jeżdżących nowymi, zachodnimi samochodami do/z Azerbejdżanu, aby spotkać się z rodziną, zrobić biznes, czy wywczasować się w Kisłowodzku, w głowie nie mogło postać skąd mamy tyle prywatnych pieniędzy aby 25-cioletnim samochodem mieszkać w krzakach i żywić się warzywami, jajkami, przez całe miesiące, w dzikich krajach. Po prostu różnice kulturowe.
      Opuszczamy Azerbejdżan, sami nie wiemy na jak długo. Wjeżdżamy na tydzień w Kaukaz północny. Przy tej okazji warto wspomnieć zapiski Tadeusza Wyganowskiego: "Z mieszkańców zakaukazia najbardziej dodatnie wrażenie robią Gruzini, pomimo wielu wad swoich. Z wielu względów przypominają oni Polaków, ta sama butność, porywczość, zarozumiałość i lekkomyślność, mniej tylko od nas posiadają patriotyzmu, egoizmu i blagi. Plemiona górskie i Azerowie, pomimo swoich dzikich instynktów i zupełnej pierwotności obyczajów, imponowali mi dzielnością graniczącą z szaleństwem i skłonnością do szlachetnych porywów. Ormianie bardzo są niesympatyczni i przez ogół nielubiani ze względu na swoją chciwość i bezczelność." Słowa te zapisał na początku XX wieku. Ja odwiedzałem Zakaukazie trzykrotnie, w sumie spędziłem tutaj prawie dwa miesiące, a jeszcze w drodze powrotnej czeka mnie tydzień, ale podpisuję się pod słowami pana Tadeusza obiema rękami. Z naszej, polskiej perspektywy Zakaukazie i jego mieszkańcy jawią się jednolitą masą za mgłą przesądów, uprzedzeń i niewiedzy. To jednak zlepek wielu, odrębnych, skłóconych narodów. Tak na prawdę jednak po eonach jakie spędzili razem, na tej ziemi, więcej ich łączy niźli dzieli. Aby dowcipnie opisać ich związek posłużę się wspomnieniami Wojciecha Góreckiego i zasłyszaną przez niego anegdotą - "Gruzin pyta Ormianina - skoro tak dobrze żyjecie z Rosjanami, to czemu nie mieliście do tej pory swojego człowieka w kosmosie? - Na co ten mu odpowiada - nie chcemy, bo gdyby jakiś Ormianin poszedł w ślady Gagarina, to cała Armenia umarłaby z dumy, a Gruzja z zazdrości, wtedy na naszej ziemi pozostaliby sami Azerowie, a przecież ani ty ani ja tego nie chcemy."
      Następnego dnia pojechaliśmy zwiedzić starożytne miasto Derbent. Właśnie kończą renowację twierdzy i starówki. Za miesiąc ma przyjechać Putin z wizytacją. Na przedmieściach witają nas jego podobizny reklamujące na wielkich billbordach 'najstarsze miasto Rosji', czyli Derbent. Zgodnie z tradycją ludów Kaukazu, tutejsi archeolodzy pomagają budować jednolitą tożsamość narodową, z tego co jest zlepkiem tradycji najeźdźców i pogmatwanej historii regionu. W Azerbejdżanie dorabia się rzeczywistość do fikcji mówiąc o kilkutysiącletniej kulturze, a na pytanie gdzie są tablice gliniane zapisane przez starożytnych Azerów, odpowiadają - Ormianie przepisali je w swoim języku, a oryginały zniszczyli. W tym duchu można walnąć na plakacie - Derbent, miasto z dwutysiącletnią tradycją - i tak się nikt nie pozna.
      Twierdzę Derbent wpisano do rejestru zabytków UNESCO, ale chyba ktoś tu musiał grubo posmarować. Z twierdzy zostały jedynie liche mury, które ani nie są interesujące, ani historycznie znaczące. Jedyne co jest warte wjazdu serpentyną na wzniesienie twierdzy, ponad miasto, to panorama jaka się roztacza wokół.
      W dole, nad morzem rozłożyło się miasto. Derbent jest drugim, po stolicy - Machaczkale, miastem w Dagestanie. Nie ma tu co zwiedzać, a nawet atmosfera nie jest szczególnie interesująca. Po prostu miasto o znaczeniu regionalnym, tak w handlu jak i administracji. Widać, że prace nad renowacją starych budowli, oraz rozbudową przestrzeni publicznej parków i skwerów, trwają. Ale to Rosja, a nie nowoczesny Baku. Wykonanie na miarę indyjską. Świeżo położone, kamienne kafle już odpadają. Wykończenie niklowanych balustrad przy ziemi jest nie do przyjęcia, umorusane zaprawą, krzywo wmurowane. Kable w nowoczesnych światłowodach i w ochronnych otulinach, nie są wszędzie odpowiednio zamaskowane, czasami wyrastają w najmniej oczekiwanych miejscach, jakby szły na skróty. Generalnie na bogato, ale niska jakość wykończenia i doboru odpowiednich materiałów. W Baku nie mogłem się doszukać takiej fuszerki. Ciekawe dlaczego? Zatrudnili zachodnich fachowców, może Polaków szkolonych w Niemczech?
      W Rosji, przez wojnę z Ukrainą, wreszcie potaniało. Są jednak jakieś plusy tej rozgrywki. Jest tak jak 10 lat temu. Jeszcze w zeszłym roku, w sklepach było drożej niż w Polsce, teraz jest jakieś 30% taniej. Podróżnika stać na wszelkie, rosyjskie dobra i można poczuć się swobodnie. Od razu zanabyliśmy ikrę z mojwy. To taka namiastka prawdziwego kawioru, który nie do końca mi smakuje. Ikra z mojwy, w majonezie i podwędzana, to niebo w gębie, dlatego jest niezdrowa, same sztuczne dodatki. Wraz z prawdziwym kwasem, nie tym z ulicy, z beczek, tworzy w moim imaginarium wspomnienie Rosji. Gdziekolwiek bym zakosztował mojwy i kwasu oczakowskiego, od razu przenoszę się do Rosji, do wspomnień wielu lat podróży po tym kraju. Reaguję dokładnie zgodnie z regułą Pawłowa. Podobnie mam ze smakiem winogronowej fanty albo z butelką aloesu. Wtedy przenoszę się do Mongolii. A zapach rozgrzanego na słońcu igliwia cyprysów to skok do dawnej Chorwacji, tej sprzed komercjalizacji. Zapach curry, którego nie znoszę to z kolei wspomnienie dwunastu podróży do Indii, a zapach koperku z ogródka to 5000km jazdy motocyklem po laotańskiej dżungli. Tamtejszy las tropikalny tak właśnie zapachuje. Niedaleko stąd do wizji science fiction, w której podłączenie komputera do receptorów w mózgu, może zastąpić najwspanialsze podróże, bez potrzeby ruszania dupy z domu. Kiedyś byłbym przeciw takiemu rozwiązaniu, ale wiek chyba wygładził ostre szpice moich poglądów. Już nawet marzę o elektrycznych silnikach zamiast spalinowych.
      Kolejny dzień podróży po Dagestanie zaprowadził nas zupełnie nieoczekiwanym skrótem w tereny chyba nigdy nie odwiedzane przez turystów. Nie ma tu spektakularnych kanionów górskich, ani słynnych, kamiennych, zabytkowych wsi góralskich, znanych z historii walecznej Kaukazu. Za to są winnice, chyba robią tu popularne w diecie Muzułmanów rodzynki. Są pofalowane pagórki i zbudowane z kamiennych bloków rezydencje. Skąpane w słońcu, kręcące serpentyny drogi pośród tych wzgórz, flankują strzeliste topole. Po prostu Toskania. Zaraz, zza zakrętu wyjedzie na nas czarna limuzyna Stinga. Jedno się nie zgadza, jakość nawierzchni drogi. Jest tak wybrukowana polnymi kamieniami, że jedziemy maksymalnie 20km/h.
      Męczyliśmy ten skrót kilka godzin, aż w końcu wyskoczyliśmy na główną, znaczy taką, która ma oznaczenie na mapie, ale jakością wiele nie odbiega od naszego skrótu. Tą drogą R281 dojechaliśmy do wioski Ricza. Dziś jest znana z plenerów zdjęciowych do filmu "Jeniec Kaukazu", jaki podobno dostał kilka nagród, chyba pocieszenia. Ricza ma też najstarszy w Dagestanie kamienny minaret, wkomponowany w kamienną zabudowę wsi, na stromym stoku góry. Pamiętam z naszej ostatniej podróży po północnym Kaukazie, że tutejsze wioski budowało się na szczytach górskich, a nie w dolinie, po to aby łatwiej je było bronić przed sąsiadami. Taką Riczę, w XII wieku, przez dziesięć miesięcy szturmowali Mongołowie. Mimo swojej sławy, Ricza nie jest fotogeniczna, za to warto po niej pospacerować. Zawsze w takich momentach, muszę się zmusić aby wysiąść z samochodu i pójść w gąszcz uliczek wioski. Srogie twarze górali dagestańskich zupełnie nie zachęcają do odwiedzin. Iwona ma sposób i do każdego napotkanego zagaduje. To dobry sposób, przy bliższym poznaniu, te surowe lica rozjaśniają się serdecznym uśmiechem, a na ustach gości przychylność dla obcego.
      Większość domów w Ricza, jak i jej podobnych wiosek, daleko w górach, jest opuszczona. Wielu wywędrowało za nowoczesnością i lepszym życiem. Pozostali tradycjonaliści, ułomni życiowo i stariki. Lepiej to widać w kolejnej wiosce na szlaku R281, w Czirag. Ta wioska jest fotogeniczna jak diabli. Shatili z Gruzji może się schować. Już z daleka, z drogi widać ruiny starej części wioski. Wyglądają jak pozostałości zabudowań zamczyska na stoku góry. Niegdysiejsza wioska warowna już opustoszała. Obok powstały nowe, nowoczesne domy, niektóre dość duże, jakby dla wielu pokoleń, albo wielkiego klanu budowane. No i znowu trafiliśmy do najwyżej położonej, zamieszkanej wioski w Europie. Tym razem to na pewno Europa, a wysokość wyższa niż w przypadku Xinalic, czy Ushguli.
      Takich pięknych wiosek spotykaliśmy dziś bez liku. Pamiętam szczególnie Czoh, rozłożony na ostrym szczycie ponad trawiastymi dolinami, na których rolnicy zbierali siano na zimę, dla bydła. Pamiętam rozległe Kuli, oklejone suszonym gównem krowim. Czasami budowano z nich spore mury, przyda się na zimę, jako opał. Była jeszcze Czangoda, zbudowana jakby na przekór rozumowi, na skalistej ostrodze, obrywającej się pionowo 200 metrów do rzeki. W każdej z tych i innych wiosek coś nas spotkało. Poznaliśmy ciekawego nauczyciela, który opowiadał nam o regionie i dziwił się pytaniu o bezpieczeństwo w Dagestanie. Dla niego USA jest niebezpieczne, bo w szkole ktoś tam z karabinu do dzieci strzelał. Było też inne spotkanie przy studni. Zaciekawiony mieszkaniec wsi podszedł się zaznajomić z przyjezdnymi. Opowiadał o czterech Polakach podróżujących tędy miesiąc temu Skodą i o studentach z Karelii, i pytał czy się nie boimy jeździć tak sami, bo w telewizji mówią, że góry są niebezpieczne. Były liczne spotkania z wojskowymi, uciążliwe, bo za każdym razem trzeba się wpisywać do księgi gości, ale ciekawe, bo rozmowa zawsze coś nowego wyjaśni. Było spotkanie z policjantem, który przez pomyłkę podałby Iwonie rękę, ale w porę się cofnął, bo Muzułmanin nie może dotykać obcej kobiety. Powiedział nam, że przed tygodniem spotkał podróżnika na motocyklu z Polski, to z pewnością był nasz znajomy Marcin z Warszawy. Zajechaliśmy też do osławionego, ale nudnego Gunib. Lokalne muzeum uratowało honor tego miasteczka. Stare zdjęcia przeniosły nas w świat dawnego Dagestanu. Cały i długi dzień zakończyliśmy na szczycie góry, noclegiem z widokiem, jak z Giewontu. Biegła tędy po grani stara droga, nowa znalazła sobie inne miejsce. Dzień był ciekawy, ale 13 godzin w trasie, po dziurach i tyle wrażeń, wykończyło nas do cna. Zasnęliśmy szybko, przy dźwiękach orleańskiego jazzu.
      Następny dzień nie był tak udany. Przy próbie znalezienia dzikiej drogi przez góry z Dagestanu do Czeczeni, przechwycili nas oficerowie służb specjalnych i zaprosili w gościnę, jak to sami ujęli, do swojej bazy w Agwali. Zaprzyjaźnialiśmy się przy niewinnej rozmowie o wszystkim i o niczym. Ale z charakteru pytań łatwo było poznać, że szef bazy był szkolony w KGB. Długo trwało zanim pojęli, że my są głupie turysty. A może mało tu takich mają i chcieli czymś wypełnić akta, by przy okazji wizytacji naczelnika z Machaczkali, mieć się czym wykazać. Podobno nadal ścigają po górach łobuzów, fundamentalistów islamskich. Niedawno jakichś pojmali i rozpoczęli nową akcję przeciw terroryzmowi na północnym Kaukazie. Zasiedzieliśmy się u specsłużb prawie pięć godzin. Na koniec pogadaliśmy sobie z szeregowymi o tym jak świat widzi północny Kaukaz i jak Kaukaz widzi Zachód. Dali nam popić herbaty z jakichś lokalnych ziół i podarowali cały worek tychże, aby nam starczyło na długo. Chcieli jeszcze uraczyć obiadem, ale trzeba było nam ruszać w drogę. Z szukania drogi przez góry nici, zrobił się wieczór i zatrzymaliśmy się w nieczynnym kamieniołomie na nocleg. Przez kamieniołom i przez wieledziesiąt kilometrów, doliną rzeki Andijskoje Kojsu biegnie rurociąg gazowy. Razem z nową drogą ma cywilizować region na styku Dagestanu i Czeczeni. Uznany za najbardziej zacofany, słabo zaludniony, gdzie każda wioska ma swój odrębny język i obyczaje, gdzie panuje szariat i gdzie łatwo, po lasach i wysokich, niedostępnych górach, ukrywać się terrorystom islamskim. Inwestycja w stalowe rury doprowadzające gaz do wiosek, to ogromne pieniądze. Nikt nie potrafił nam powiedzieć, dlaczego nie wozi się po prostu gazu w butlach. Za komuny, w tej dolinie egzystował kurort z wodami leczniczymi, jak Borżomi. Po upadku sojuza, wszystko rozgrabiono, a tereny ogarnęła wojna. Jest plan aby przywrócić świetność temu przybytkowi. Czeczenia dostaje z Moskwy o wiele większe fundusze. Mają już swój kurort nad jeziorem Kieżkierdam. Właśnie budują doń asfaltową drogę z Groznego i inwestują w reklamę w mediach, w całej Rosji. Kadyrow, namiestnik czeczeński, stara się ze wszech sił zmienić wizerunek buńczucznej krainy. Ma pełne wsparcie Putina.
      Kolejnego dnia pojechaliśmy główną drogą na zachód. Wyjechaliśmy z gór i zrobiło się cywilizowanie. W jednej wiosce dziewczyny biegają w minispódniczkach, a w innej wyproszono mnie ze sklepu, ponieważ noszę krótkie spodnie, a tego szariat zabrania. Widocznie moje opalone nogi mogłyby zwieść na złą drogę jakąś niewiastę, albo jakiegoś pasterza, co całe życie z owcami przestaje. Nie tylko kobiety mają utrudnione życie w fundamentalnych krajach islamskich, mężczyźni także. Pamiętam jak w Ahmedabadzie, w Indiach paradowałem w krótkich spodenkach, ponad 16 lat temu, i jak nierozumiałem ostracyzmu ulicy.
      Na głównej przybyło patroli policji i wojska. Co chwilę nas zatrzymywali i pytali skąd i dokąd, kazali otwierać wszystkie drzwi i rejestrować się w księdze 'gości'. Byli mili i uśmiechnięci, ale ilość takich zatrzymań już nas zmęczyła. Zapragnęliśmy dojechać jeszcze dziś do normalności, do Osetii Północnej, do Chrześcijan. Pędziliśmy więc na zachód po nowowybudowanej autostradzie z Groznego do Nazrania, stolicy Inguszetii. We Władykaukazie, stolicy Osetii północnej, zasiedliśmy na ławeczce, na centralnym prospekcie i korzystaliśmy do woli z darmowego WiFi. Za jego pośrednictwem dowiedzieliśmy się, że w Polsce, nowy prezydent swoim zachowaniem, również nasz kraj wprowadza na następny stopień fundamentalizmu chrześcijańskiego. Może niedługo i w Polsce nie będzie wolno nosić krótkich spodenek, aby nie drażnić oczu kleru.
      We Władykaukazie nie było korków, z głośników na ulicach sączyła się zachodnia muzyka. Ciekawe czy płacą tantiemy? Kobiety, nawet w podeszłym wieku nosiły kwieciste sukienki, a usta im się czerwieniły. Nie byłem osamotniony ze swoimi krótkimi spodenkami. I ogólnie było tak normalnie.
      Czytamy sobie wspaniałą książkę o przemianach w Rosji - "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka". Akurat wieczorem, nad rzeką Gizel, niedaleko Władykaukazu, wpadł nam w oko cytat "dlaczego żołnierze Armii Czerwonej ginęli, aby uratować sztandar pułku - pyta wnuk dziadka, kombatanta, i jakby nie czekając na wzburzoną odpowiedź, sam kończy - przecież można było uszyć nowy". W Rosji, w latach '90-tych przetoczyła się istna rewolucja w umysłach ludzi i postrzeganiu społecznym. Niezrozumienie międzypokoleniowe nabrało niebywale na sile. Tyle razy jeździłem po nowej Rosji i za każdym razem inaczej patrzę na starików pamiętających czasy radzieckie. Moim zdaniem, dzięki izolacji Rosji przez dziesięciolecia powojenne, przetrwała w tutejszej mentalności społecznej obyczajowość i model emocjonalny jaki w Polsce był znany przed wojną. To co dziś nazywamy rosyjską, romantyczną duszą, to właśnie zupełnie odmienny od zachodniego sposób postrzegania i imaginarium Rosjan. Ale to się zmieni, jak tylko stariki wymrą, noworuskie zamienią romantyzm na materializm w diabelskiej postaci.
      Następnego dnia przejechaliśmy granicę do Gruzji. Na czas wakacji, kiedy do/z Gruzji walą nieprzebrane tłumy samochodów z Rosji, uruchomiono specjalne procedury i wszystkie, możliwe okienka, aby ruch wakacjuszy przepływał bez korków. Do Gruzji obsługiwało cztery okienka, z Gruzji aż osiem. Widocznie teraz jest czas powrotów. My w Polsce, myślimy że Rosjanie i Gruzini to tacy sami zapamiętali wrogowie jak Polacy i Rosjanie. Ale na poziomie zwykłego człowieka, trybika w niedemokratycznym społeczeństwie, liczą się inne priorytety.
      Tuż za granicą, w dawnym Kazbegi, a dzisiejszym Stiepantsminda, mieszają się watahy stonki turystycznej. Rosjanie tylko przejeżdżają, Polacy pyszniący się narodową flagą zatkniętą na plecakach jak wizytówkę, rozdeptują okoliczne góry, bo w Zakopcu już jest za ciasno. Jest też sporo Izraelczyków i zachodnich nacji europejskich. Gruzini przyjeżdżają rodzinnie, by samochodami, łamiąc zawieszenie, wjechać pod klasztor Gereti. My też tam pojechaliśmy, to piękne miejsce na ponad 2100m n.p.m., idealny punkt aby rozbić obóz i połazikować po górach, zobaczyć glacier, pokontemplować ciszę. Rozłożyliśmy więc swoje krzesełka i zakosztowaliśmy świeżo zakupionego, gruzińskiego wina. Z tej okazji, już nie mogę się doczekać kiedy dojedziemy do Grecji, mam dość tego gruzińskiego sikacza. Na tle gór i klasztoru, gdzie perspektywa sięga kilometrów, wyglądaliśmy jak niemieccy emeryci na wakacjach, wyposażeni we wszystko. Obok przepływały grupki górołazów z plecakami i namiotami. Ale ja lubię nasze sanatorium, nasz komfort. Za miesiąc wsiadam na motocykl i będę się gnieździł w namiociku.
      Zrobiliśmy sobie całodniowy treking do lodowca. Niby niedaleko, bo 6.5 kilometra, ale 1100m w pionie i koniec na 3260m n.p.m., więc brakowało tlenu. Trasa na lodowiec spod klasztoru Gereti jest powszechnie znana i uczęszczana. Co chwilę mija się turystów idących na przełęcz, aby zobaczyć szczyt Kazbek w pełnej krasie i równie często spotyka się zapaleńców objuczonych plecakami większymi od nich samych, którzy kierują się dalej niż tylko na lodowiec. Większość tych amatorów alpinizmu to oczywiście Polacy. Aż by się chciało zaśpiewać - nie przenoście nam Zakopca do Gruzji.
      Za przełęczą trzeba przejść wartki strumień w bród. Co nie jest łatwe ze względu na silny nurt, żwir i kamienie. Lodowiec widać już z przełęczy. Nie imponuje swoim wyglądem. Jest poszarzały od pyłu, żwiru i kamieni. Podobno Kazbek był kiedyś wulkanem, więc cała okolica jest jednym wielkim piarżyskiem pyłu wulkanicznego. Wszystkie strumienie wyglądają jak płynna czekolada, a powierzchnia lodowca jest szara. Nie przypomina on lodowców skandynawskich, krystalicznie czystych i turkusowych, ale i tak warto poświęcić osiem - dziewięć godzin aby pójść go zobaczyć. Nam udało się jeszcze zobaczyć dodatkowo lawinę kamieni na przeciwległym łańcuchu górskim. Już od wczorajszego wieczoru słyszeliśmy co jakiś czas jakby dudnienie startującego samolotu. A dziś zobaczyliśmy źródło tych dźwięków. Od kilku dni, spod szczytu Szino (4047m n.p.m.) schodzą lawiny, niektóre tak potężne, że unoszący się z ich powodu pył tworzy chmurę większą od turystycznej wioski Stepantsminda (dawne Kazbegi). Nie wiem dlaczego lawiny schodzą jedna po drugiej, przez tak długi czas. Może to ruchy tektoniczne.
      Wieczorem, zmordowani i wyprażeni słońcem jak kurczaki w kartonie pod lampą grzewczą, ruszyliśmy w doliny, na nocleg pod Zhinwali. Po drodze zobaczyliśmy wielokilometrową kolejkę TIRów, czekających na wjazd do Rosji. Rejestracje były głównie z Armenii i Gruzji, ale zdarzały się także tureckie i kazachskie. Ostatni raz widziałem taką kolejkę na granicy łotewsko-rosyjskiej, miała 8 kilometrów i podobno czekania było na dwa i pół dnia. Tutaj chyba było podobnie. Tzw. droga wojenna, a naprawdę wojskówka, jest teraz, po odłączeniu się Osetii Południowej od Gruzji, jedynym połączeniem z Rosją, dla Gruzji i Armenii. Ta druga nie ma w ogóle innego połączenia ze światem jak przez Gruzję. Abchazja nie chce mieć stosunków granicznych z Gruzją, a inny przejazd przez Kaukaz to tylko przez Azerbejdżan. Za sojuza zbudowano kolej biegnącą wybrzeżem morza Czarnego przez Abchazję, Tbilisi, Armenię, Nachiczewan, Karabach, Azerbejdżan, do Baku i dalej na północ do Kałmucji i Astrachania. Za sojuza wszystko działało świetnie, teraz dzieci w kaukaskiej piaskownicy są skłócone o pierdoły i nic nie działa. Zawsze uważałem kolonializm, w jakiej by on nie był postaci, za kulturotwórczy i cywilizujący regiony dotąd będące ciemnogrodem. W kolonializmie widzę tyle samo plusów co minusów, zresztą jak we wszystkim co wzbudza oburzenie humanistów. Kiedy jednak czyta się historię nowożytną regionu Kaukazu, a następnie przechodzi do historii po rozpadzie ZSRR, to trudno oprzeć się wrażeniu, że kolonializm rosyjski, a potem radziecki był potrzebny temu regionowi jak deszcz na polu po zasiewach.
      Ze swej strony dodałbym jeszcze jedną, scalającą region Kaukazu rzecz. Może, kiedyś w przyszłości, ludzie tutejsi na tyle zmądrzeją, aby zbudować jeden organizm społeczny. Mam dla nich gotowy symbol, godło. Nie żadne tam orły, ani niedźwiedzie, czy inne ikony symbolizujące siłę, ale krzak, albo liść, owoc jeżyny leśnej. Jest to powszechna w całym Kaukazie roślina, a nawet więcej niż powszechna, zarasta wszelkie wolne przestrzenie i wszędzie można kupić jej owoce. Jeżyna jest też krzakiem kojarzącym się z odpornością, silnie zaznaczoną strefą osobistą, przez kolczaste gałęzie, coś jak tutejsza kultura, w wielu wątkach wspólna wszystkim narodom tu mieszkającym.
      Z najnowszej mody ogarniającej Kaukaz, należy wspomnieć o szaleńczym wzroście ilości spowalniaczy na drogach. 'Śpiący policjanci' nagle pojawili się w zastraszającej ilości i na północnym i na południowym Kaukazie. Czy drogowcy tych krain umówili się czy co? W każdym razie męczą kierowców, łamiącymi zawieszenie garbami na jezdni i tak najczęściej dziurawej.
      Pojechaliśmy do Svanetii. Ale od tyłu, z Kutaisi wyjechaliśmy na prawie 1000m n.p.m. i przez przełęcz dostaliśmy się do Tekali, w kanionie rzeki Chencejkali. Gdzieś po drodze urwała się nam jedna śruba w przednim stabilizatorze i trzeba go było zdemontować. Do Polski pojedzie w bagażniku. Wzdłuż rzeki Chencejkali dojechaliśmy do końca asfaltu, gdzieś za Ludżi. Już pierwszego dnia Svanetii odczuliśmy, że to region turystyczny. Przez miesiąc nie spotkaliśmy ani jednego, zmotoryzowanego podróżnika, a dziś już trzech, oprócz nich cała wataha rowerzystów i trekingowców. I tak było do końca naszego pobytu w tym regionie Gruzji. Svanetia nie może się jednak pochwalić aż tak pięknymi panoramami gór jak Tushetia, ani tak fotogenicznymi wioskami jak Dagestan wschodni. Nie ma też tu rozbudowanej infrastruktury turystycznej jak w Tushetii, więc turystyka rozwija się powoli i raczej w kierunku podróżników indywidualnych. Wschodnia pętla drogi przez Svanetię nie jest może urodziwa, ani dramatycznie zawieszona nad urwiskami, ale jest dość trudna. Są odcinki rozmyte przez strumienie i trzeba się trochę natrudzić, aby je pokonać jadąc w górę. Dlatego zwykle wybiera się kierunek zgodny ze wskazówkami zegara, aby przyjemniej pokonać pętlę Svanetii. Dla europejskich turystów, nie mogących sobie pozwolić na wyjazd do środkowej Azji, pętla Svanetii, to prawie jak pętla Pamiru.
      Tak więc asfalt kończy się kilkanaście kilometrów za Tekali, we wiosce Ludżi. Dalej wjeżdża się w zalesioną, zakrzaczoną, wąską, podmokłą dolinę rzeki Chencejkali i tak trzeba brnąć przez krzaki, aż za wioskę Tsana. Czasami uda się wychynąć spoza bujnej zieleni i zobaczyć lodowiec na zboczach granicznego szczytu Dżangutau (5058m n.p.m.), ale to są krótkie chwile. Za wioską Tsana wjeżdża się na strome, trawiaste połoniny i górskie pejzaże prezentują się już lepiej. Za przełęczą Zagar (2623m n.p.m.) wjeżdża się do doliny rzeki Inguri, w której rozłożyło się kilka wiosek, znanych pod jedną nazwą Ushguli. Urokiem tego miejsca są kamienne wieże, jest ich tu ponad 30. Kiedyś pełniły funkcje domu i spichlerza, w formie obronnej. Dziś w większości są ruiną. W centrum Ushguli jest muzeum, my zwiedzaliśmy je jeszcze w starej siedzibie, w wieży, ale obok zbudowano już nową i pewnie niedługo muzeum dostanie godziwe wnętrza. Ma się bowiem czym pochwalić. Ilość prawie tysiącletnich zbirów sakralnych jest imponująca. Pozbierano drogocenne wyposażenie kościółków z okolicznych wsi w jedno miejsce. Zastanawia jakość złoceń i srebra, i zachwyca poziom sztuki zdobniczej, jak na X i XI wiek. Svanetia w przeszłości często służyła różnym najeźdźcom terenów dzisiejszej Gruzji jako sejf na drogocenne łupy wojenne. Tereny były bardzo trudno dostępne, a przez to łatwo opierały się zmasowanym atakom wielkich armii. Jeszcze dziesięć lat temu Svanetia była znana ze swych opryszków, którzy zaszywali się w zalesionych górach i łupili okoliczne wioski, a także porywali dla okupu turystów. Po rozpadzie ZSRR, tereny te przeżywały trudny okres ekonomiczny. Dziś, dawne hultaje przeistoczyły się w biznesmenów związawszy swój los z turystką. Mają podobną naturę jak wszyscy górale na Kaukazie. Z wiosek już dawno wyjechali jedyni rokujący nadzieję na porządnych ludzi. Pojechali za chlebem do wielkich miast. Zostali ci, którzy nie potrafili wyjechać, albo jak oni sami twierdzą - zbyt kochali swoje góry i ziemię ojców. Zamknięci, ciasno upakowani w niedostępnych górach, w obyczajach zdegenerowanych chowem wsobnym prostej mentalności chłopskiej, odizolowani od kolejnych fali cywilizacji, nawiedzających Kaukaz, stali się przez wieki taką formą przetrwalnikową ludzkiej cywilizacji. Dopiero w XXI wieku tak na prawdę zawitał do nich świat. Przyciągają jak magnes turystów tą swoją innością, zacofaniem. Póki się nie ucywilizują, będą dużym atutem Kaukazu w biznesie turystycznym. A cywilizować się będą długo i opornie.
      Już kiedy wyjeżdżaliśmy z Kutaisi, widać było kolejne opustoszałe wioski. Brak dobrej drogi, to brak autobusów dowożących ludzi do pracy i cywilizację do wioski. Ludzie młodzi więc szybko się wynieśli, a starzy trwają jeszcze na dawnych zasadach. Za komuny był asfalt i była praca w tartaku, kołchozie, przy budowie i utrzymaniu drogi. Wioski szybko się rozwijały. Ale ta dewolucja peryferii, rozwój wsteczny prowincji, to częsty obrazek każdego zakątka dawnego ZSRR.
      Mestia to stolica Svanetii. Po przebudowie wygląda jak bawarska wioska, ale pełna Transitów i Sprinterów. Mają ciekawe muzeum w nowym budynku i wysokie ceny, jak w turystycznej Chorwacji. Trafia tu jednak cały, bez mała, ruch turystyczny jaki zdąża do Svanetii. Obce języki słychać dookoła.
      Trasa z Mestii w niziny, albo inaczej, normalnie, trasa z nizin do Mestii, to serpentyny dziurawego betonu i potem asfaltu. Nocowaliśmy na jednej takiej, którą już w latach '70-tych skrócono tunelem. Stary asfalt pozostał bezużyteczny, ale używają go tutejsi, aby podjechać na szczególne miejsce, pod krzyż, tam gdzie kiedyś stała cerkiew, albo animistycznie/pogańsko - takie niezwykłe miejsce na szlaku, gdzie każdy podróżny powinien złożyć pieczęć pokory przed absolutem. Bój się boga, a on wtedy cię ochroni przed zakosami diabła. Za pokorę i bezmyślne rytuały, kup od boga łaskę. My tu nocowaliśmy, a Iwona nawet zdążyła się nieźle zaprawić czaczą (wódka z winogron) z Gruzinami. Ja leżałem i patrzyłem w sufit Toyoty zdjęty zatruciem i gorączką.
      Ze Svanetii pojechaliśmy nad Morze Czarne. Przejechaliśmy Poti. Wydało się nam zupełnie inne od reszty miast gruzińskich, jakby wyjęte z wyobrażeń o Abchazji. Kilka ulic obudowanych wystawnymi domami - rezydencjami i winnicami na ganku, metalowym, rzeźbionym płotem, blaszanym dachem, po prostu nadmorska Jugosławia, ta lepsza, bogatsza.
      Po drodze z gór mijaliśmy często autostopowiczów. Tych europejskich, z plecakami, wyrazem nowohipisowskiej obojętnej miłości i uniesienia na twarzach, i tych zindywidualizowanych, skoncentrowanych na własnych marzeniach o wolności od wszystkiego. Ja mimo negacji, wychowałem się w kraju chrześcijańskim, owładniętym europejskim duchem humanitaryzmu, więc z jednej strony chciałem dopomóc braciom w podróży i zabrać, podwieźć, a z drugiej strony zwyciężał egocentryzm i samolubstwo. Nie po to tyle czasu i środków ładowałem w ten samochód, nie po to tyle wyrzeczeń kosztowała mnie ta podróż, aby teraz musieć znosić obecność obcego we własnym domu na kółkach. Gdybym chciał się socjalizować z podróżnymi i tubylcami, to bym nie ładował pieniędzy w sprzęt na kołach, ale w samą podróż i jeździł autobusem. Samochód mam dwumiejscowy, więc autostopowicza musiałbym wziąć na łóżko z tyłu. Na łóżko, w które co wieczór wtulam twarz i nagie, bo gorąco, ciało. A ten brudas, co prysznica codzień nie bierze, leżał przed chwilą w cieniu na poboczu drogi, walnie się na moim łóżku razem z plecakiem, jak na ławkę na dworcu i ja nic z tego nawet mieć nie będę prócz gestu 'cool' i - dzięki. Chuj ci w dupę, nygusie jeden. Chcesz jechać to se kup samochód, zobacz jak to jest wszystko co masz ładować w środek lokomocji. Aby złamać ideały jakie mi wpisało polskie społeczeństwo w głowę - pomagać słabszym, nie wywyższać się, równość, przyjaźń, bądź miły i uczynny, kochaj bliźniego - trzeba wejść na wysokie obroty emocji i zanegować te nauki, znaleźć winnego, na przykład tego nygusa niemytego. Nie wezmę cię na stopa, bo mam cię gdzieś, tak jestem burżujem, podróżuję sobie wozem za 25tys.EUR i jadę we własnym towarzystwie, a ty gnij na poboczu. Gdybym urodził się na Wschodzie, po prostu, bezemocjonalnie bym nowoczesnego hipisa zignorował i niezauważył. Miałbym inne programy społeczne wgrane w łepetynę.
      Ostatnie akapity piszę z dalekiej perspektywy. No może nie w kilometrach dalekiej, ale w przestrzeni iluzji. Siedzę na rajskiej, dzikiej plaży w Grecji, tuż za granicą turecką. Mam litra bourbona z wolnocłowego i podroby kurzęce z greckiego Lidla na obiadokolację. Dwa metry ode mnie szumi morze, nade mną pachną zielono poskręcane sosny. Leżę w hamaku, jest cisza, nie ma śmieci, ani wyjącego muezina, ani dudniących muzyką samochodów gówniażerii. Z tej perspektywy, cały ten miesięczny wyjazd wokół Kaukazu wydaje się odległym wspomnieniem. To już było. Dokonało się. Rozdział zamknięty. Mam za sobą kiepskie, gruzińskie wino, dorobkiewiczów w wysłużonych Mercedesach z ciemnymi szybami, policję i wojsko ze swoimi głupimi pytaniami - skąd, dokąd, po co, broń wieziecie? - Muzułmanów patrzących spodełba, tak indoktrynowanych, że wszystko co inne wydaje im się wrogie, nowobogackich w Porsche udających Europejczyków, wymalowane łanie szukające jelenia w chuci, dziurawe drogi, ukrywanie się w lesie na noclegach, odpowiadanie na pytania - ile macie dzieci, skąd macie pieniądze na podróże, a w naszym kurorcie byliście? To wszystko mam za sobą i jedynie pięknej przyrody gór, pozostałości po dawnej cywilizacji, niecywilizowanych Kaukazczyków mi brakuje. Jutro czas zacząć nową przygodę. Jak znam siebie, to obudzę się o świcie i zapragnę czegoś nowego, ta rajska plaża w Grecji już mi się znudzi. Jutro pora jechać na podój nieznanych Bałkan.
      Errata na szybko. Na naszą rajską plażę przyjechali Grecy. Poplażowali, pojedli i zebrali się do wyjazdu. Przynieśli nam resztki fasoli i chleba w plastykowym korytku z Lidla. Iwona umyła korytko i chciała im oddać, ale odmówili z uśmiechem. U nas korytko dostanie funkcję na następne 10 lat. Może w kryzysie, ale posilić siwych hipisów koczujących na plaży, to przecież naturalne. Może powinniśmy się obrazić za jałmużnę bez prośby? Czy przynieśliby resztki z pańskiego stołu niemieckim podróżnikom?
      Na wprost, przez morze, mamy wyspę Samotraki. Wyrasta góra na 1611m n.p.m. jak odwrócona miednica. Tak sobie pomyślałem, że ta Nike z Samotraki miała symbolizować nadmiar potrzeb ludzkich. Miała i ręce, i skrzydła. Zupełnie jak ci co nam zazdraszczają podróżowania. Chcieliby mieć te normalne życie w domu i życie koczownika w podróży, po prostu wszystko na raz. Nike też miała mieć wszystko: skrzydła jak bóg, ręce jak człowiek, piękne ciało jak Afrodyta, jeszcze kurwa może płetwy żeby pływać, wbudowany moduł telefonu komórkowego w łepetynę, bezdenny kredyt w citibanku, Mercedesa w garażu, miłą teściową i najszybszy, najwytrzymalszy, najkultowniejszy, niepsujący się, niezniszczalny samochód/motocykl do podróżowania i lansowania. Zawsze coś jest kosztem czegoś. A ludziska tego nie pojmują i bez to popełniają błędy.
      
mariusz reweda



zdjęcia: Iwona Kozłowiec, Mariusz Reweda

inne nasze podróże po Kaukazie w 2008, 2012, 2013
































































































































FWT Homepage Translator