wyprawa motocyklowa po Laosie 2014
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012








tekst można ściągnąć w pliku DOC (49KB) i wydrukować
trasa na GPS jest na sprzedaż

Przez ostatnie dwadzieścia parę dni, co dzień, siedziałem na Hondzie CRF250 L, przemierzając Laos w każdym kierunku. Przez ten czas zobaczyłem inny Laos, od tego który znałem sprzed roku. Nic nie zastąpi własnego środka transportu, w dodatku takiego, który potrafi przedzierać się przez dżunglę setki kilometrów po pieszych ścieżkach.

      W Vientian - stolicy Laosu spędziłem kilka dni i czuję się tutaj tyleż zadomowiony co znudzony powtarzalnością wydarzeń każdego kolejnego dnia. Zacząłem już dostrzegać stałych rezydentów i odróżniać ich od tych, którzy bezustannie migrują. Zapamiętałem twarze Francuzów, którzy osiedlili się tutaj na stałe, prowadzą jakieś biznesy, budują sobie wymarzone restauracje, hotele, sklepy z winami i innymi luksusami. Stworzyli tutaj taką małą Francję. Trochę inną od tej prawdziwej. Zbudowaną z marzeń o lepszym świecie. Z tubylczych zwyczajów zaimportowali jedynie lekkość bytu, reszta została przywieziona z Europy. Z drugiej strony, przesiadują w restauracjach turyści. Ledwie klapną i rozluźnią zmęczone pogonią za atrakcjami miasta nogi, jakże naturalnie przechodzą do wpatrywania się w swój, mały kawałek ekranu, okna na świat z Wi-Fi. Pierwszym etapem powszechnego uzależnienia od bycia on-line, trzymania ręki na pulsie, poczucia bycia w grupie, jak najdalej od jej marginesu. Restauracje są pełne ludzi wpatrujących się w ekraniki. Wpatrywanie czasami przerywają rozmową o tym co wypatrzyli. Rozmowy są tym rzadsze, im młodsi są rozmówcy. Ciężar właściwy poczucia bezpiecznego bycia w grupie, został przesunięty na kontakt z szerszym gronem. Bycie tu i teraz z pojedynczym rozmówcą, siedzącym naprzeciw, po drugiej stronie stolika, przegrał w konkurencji z internetem, a więc większą grupą odbiorców.
      Jednak wieczorem przychodzi taki czas, kiedy zmysły lekko otępiałe upałem, alkoholem, dymem papierosów, głośną muzyką, sięgają po bardziej bezpośrednie bodźce współistnienia z innymi. Wieczorami restauracje tętnią wszelkimi formami socjalizowania się. Mieszanka ras, nacji, kultur, obyczajów, poglądów zapewnia silne doznania towarzyszące wymianom poglądów. Powoli zarysowują się frakcje. Tych, dla których podróż jest odskocznią od codzienności, oraz tych dla których podróż jest codziennością. Pierwsi zbyt mocno uwiązani do tego co na chwilę porzucili, z trudem dostrzegają to co jest dla nich obce, tak inne, że nie dające się wpisać w ramy budowane z mozołem w ich domach. Drudzy zamienili przywiązanie do tradycji, iluzji bezpiecznego trwania, na wyindywidualizowanie się. Odrzucone ramy społeczności z której wyrośli zastąpili egocentryzmem, lekceważącym z poczuciem wyższości wszelkie znamiona stabilizacji, oznak owczego pędu. Takich miejsc gdzie zabawa nigdy nie ustaje, a środku odurzających jest zawsze w bród, jest w Indochinach wiele, a w Laosie kilka.



      Jest też trzecia strona - tuziemcy. Trudno dostrzec refleksję na ich żółtych twarzach. Z czasem, kiedy długo nie można zaobserwować normalnych, czyli znanych nam reakcji, zaczynamy traktować tubylców jak ekspozycję stałą, część krajobrazu, fragment rzeczywistości będącej przyrodniczą reakcją na naszą akcję. Oni, zwykle dużo silniej przywiązani do tradycji ojców, bo jeszcze nie skażeni tak mocno zachodnim poszukiwaniem osobistej tożsamości, rzadko interesują się przyjezdnymi bardziej niźli tego by wymagał od nich biznes. Ci w dużych miastach już obyci z wizerunkiem turysty, mniej się przejmują jego ekstrawagancjami. Ci z prowincji, ciągle jeszcze sycą oczy nienaturalnym widokiem..
      Ledwie parę dni temu przedzieraliśmy się w szóstkę motocyklami przez dżunglę południowego Laosu, po dawnych szlakach służących zaopatrywaniu armii Ho Chi Minha walczącej z Amerykanami. Dziś to najmniej zaludniony obszar Laosu. Mosty na rzekach, wysadzone przez naloty bombowców, zastąpiono skleconymi przez wieśniaków promami. Dawny szlak bitej, szutrowej drogi, umocniony na terenach podmokłych wysokimi nasypami, a na terenach piaszczystych bity kamieniami, popadł w kompletną ruinę. Zupełnie jak na Syberii, lokalni ludzie radzą sobie po swojemu, tak jak potrafią. Tam gdzie wąską na jeden samochód drogę rozmyły monsuny wyjeździli objazdy w dżungli, torując nowy szlak mopedami i chińskimi ciągnikami dwukołowymi doczepionymi do drewnianych przyczep. Tutaj przyroda silnie zaznacza swoją obecność, ledwie opuszczona przed rokiem ścieżka, zarasta pnączami i krzakami tak, że bez maczety nie da się jej pokonać. Jednak klimat tropikalny jest tu nieco łagodniejszy, ponieważ cały ten teren to płaskowyż. Bardzo nieliczne, maleńkie wioski łączy jedna ścieżka wyjeżdżona Hondami 125ccm, w wersji moped. We wioskach ludzie żyją według dawnych obyczajów, samowystarczalni, rzadko wydostają się z dżungli na otwarty teren, do miasta. Każda wioska, a pamiętam ich ledwie trzy, czy cztery, na 90km trasy, to zaledwie kilka drewnianych domów ustawionych na wysokich palach. Pomiędzy tymi palami parkują chińskie, małe ciągniki i mopedy. Większość domów kryta jest liśćmi. Jednak ludzie wyglądają całkiem normalnie, nie biegają w przepaskach biodrowych, jak z filmów Tonego Halika. Tym niemniej nasz widok wzbudza zawsze małą sensację. Ludzie żółci różnią się od nas pod wieloma względami, ale przede wszystkim mocno skrywają swoje emocje. Dlatego okrzyki zdziwienia, wytrzeszczone oczy, są jedynymi reakcjami na nasze pojawienie się we wsi.



      Szlak przez dżunglę nas rozpędza. Włącza się nieśmiertelność i człowiek gna na crossie jak wariat przez krzaki. Ruch tutaj właściwie żaden, ścieżka wije się pomiędzy drzewami, przekracza w bród strumienie i błota. Czasami trzeba przeskakiwać po skałach i kamieniach poprzedzielanych wąskimi korytami pełnymi wody, czasami asekurować się nogami w głębokim piachu. Enduro wciąga. Ja to znam z autopsji, ale ludzie których wciągnąłem w tą przygodę wsiedli na crossa po raz pierwszy w życiu. Na początku z lękiem, ale po dwóch dniach już nie chcą widzieć asfaltu na oczy. To etap pełnej wiary w swoje mizerne umiejętności. Muszę ich temperować i zwalniać, bo złamana noga w środku dżungli to potężny problem. Nagle człowiek wyrwany ze środka cywilizacji na zwykły urlop, staje oko w oko z wiejską zaradnością ludzi innej kultury. Wszyscy znamy pomysły Rosjan z prowincji, potrafią zbudować spawarkę z kradzionego transformatora, węża ogrodowego i kabla miedzianego zerwanego ze słupów telefonicznych. Laotańczycy żyjący od zawsze w dżungli na pewno im nie odstępują na polu inwencji twórczej.
      No więc rozpędzeni emocjami zmagania się z motocyklem i terenem drogi, wpadamy znienacka do kolejnej wioski i ciągnąc ostro za cugle ryjemy oponami piach. Jak na nas reagują autochtoni? Wyobraźcie sobie zwalających się z nieboskłonu, wprost na nasze podwórko przed blokiem, niebieskich ludków z Marsa. Niby słyszymy wcześniej jakieś dudnienie w niebie, ale kto się spodziewa takiej atrakcji w powszedni, szary dzień. Kiedy opadnie pył, widzimy wycelowane w nas obiektywy aparatów i kamer, oraz pojednawcze uśmiechy. Kto tu może czuć się bardziej jak zwierz w klatce? Oni są u siebie, na olbrzymim terenie, a my z luzacką pewnością białego turysty strzelamy foty, ładujemy pamięć widokiem codzienności wioski w dżungli. Potem podbarwimy ją nieco i podamy w domu, przy piwie znajomym na zakąskę.



      Żółci zawsze byli zdystansowani do białych. Nigdy nie otrzymali od nich nic dobrego. W Wietnamie do dziś można dostać bęcki za turystyczne wścibstwo. Ale Laotańczycy są bardziej spolegliwi. Najczęściej otwarci i pomocni. Może dlatego, że ich gęstość zaludnienia jest porównywalna ze Szwecją, czyli około 6 razy mniejsza niż w Polsce. W Indochinach nie ma innego tak słabo zaludnionego kraju, wszystkie inne są mocno przeludnione. Od dawna wiadomo, że mniejsza ilość ludzi to wyższy poziom kultury kontaktów międzyludzkich. Doskonale widać to w Laosie. Kiedy Piotrek łapie gumę pośrodku... niczego, nagle odnajdujemy szałas, który jest zajazdem na szlaku przez dżunglę. Raz na jakiś czas, ktoś potrzebuje wody, bo upał jak diabli, albo strawy w długiej podróży. My gnamy na złamanie karku, ale lokalni ludzie jadą swoimi mopedami wolniej niż Korzeniowski chodzi. Więc podróż do miasta, czy nawet sąsiedniej wsi, zajmuje całe dni. Z szałasu wychodzi niepewnie człeczyna, takich klientów się nie spodziewał. Ale ma coś czego my potrzebujemy - dętkę. Niestety na inny rozmiar felgi. On by to wcisnął w oponę, ale Piotrek kręci nosem na takie rozwiązanie. Trzeba użyć rąk aby dowiedzieć się, gdzie tu jest najbliższy wulkanizer. Wioska przed nami to kilkanaście kilometrów. Ta za nami jakieś ponad dwadzieścia. Ale jest jeszcze jedna w bok od naszego szlaku. Zarzucam dziurawą dętkę na plecy i naładowany wskazówkami rysowanymi na piasku, ruszam w nieznane. Kocham taką przygodę. Ledwie dwa tygodnie temu samotnie wyznaczałem trasę przez całą tą dżunglę. Pamiętam te emocje, kiedy tuż przed ciemnościami udało mi się wyjechać z dżungli na asfalt. Powiedziałem sobie wtedy - nigdy więcej bez przewodnika w dżunglę nie wjadę. Ale teraz łyk adrenaliny smakuje świeżo i przyjemnie.



      Wulkanizatora znalazłem, ale co się nakluczyłem po dżungli to moje. Kobita kopniakiem wywaliła faceta z hamaku, a ten ocknął się z letargu po kolejnym kuflu domowego alkoholu. Zabrał się leniwie do pracy i coś tam pokleił kawałkiem starej dętki i jakiegoś lepiszcza, pewnie ściągniętego z kauczukowca. Częstować potem chciał własnym wyrobem domowej gorzelni, ale brunatna zawiesina o kwaśnym zapachu nie wzbudzała zaufania.
      Pamiętam ten dzień dobrze, bo emocje trwały aż do wieczora. W pierwszym miasteczku po wyjeździe z dżungli poszliśmy na obiad do zbitej z desek restauracji. Zostawiłem tam na stole aparat, o którym przypomniałem sobie przy ostatnim promie, 28km dalej. Musiałem wrócić i to szybko, bo zmrok już zapadał, a moja Honda miała problem z reflektorem. Całkiem naturalnie włączyłem podwójną nieśmiertelność i gnałem jak by to były eliminacje do kadry narodowej wyjeżdżającej na Dakar. Lichy mostek, przez który po raz pierwszy przejeżdżałem podpierając się nogami o zewnętrzne belki, teraz wziąłem pełnym pędem coś koło 70km/h. Potrąciłem kozę, nadłamałem mocowanie kamery uderzając kaskiem w gałąź, wjeżdżając do wiosek trzymałem wciśnięty klakson. A pani restauratorka już na mnie czekała trzymając w ręku mój nie spłacony jeszcze w ratach aparat.
      Kiedy się siedzi przy zimnym drinku, w przyjemny, wieczorny chłód w Vientian (stolica Laosu), wspomnienia nabierają kolorów, dystans czasu nadaje im przestrzeni, a emocje które już opadły, pozwalają lepiej zrozumieć kontekst. Nie wszystkie nasze przygody w dżungli kończyły się tak szczęśliwie jak te z dętką i aparatem. W środkowym Laosie Jacek miał wywrotkę. Jechał ostatni i dogonił nas pod wiejską stacją paliw. To 200-stu litrowa beczka z ręczną pompą. Zawsze obsługuje ją kobieta, w tym wypadku trzymała na drugiej ręce niemowlę. Jacek dopadł nas z poobrywanymi lusterkami, złamaną klamką sprzęgła, wyrwanym licznikiem i opowieścią o koziołkowaniu w rowie. Wpadł do wioski zbyt szybko. Zbyt późno dostrzegł dwie dziewczynki i odbił do rowu. Tu nikt nie spodziewa się lądujących z łoskotem Marsjan. Dziewczynka stłukła kolano, co najbardziej przedsiębiorczy mieszkaniec wioski, nie omieszkał wykorzystać na swoją korzyść. Za wioską była przeprawa promowa, tam nas zatrzymali i rozpoczęły się targi spisywane kawałkiem węgielka na desce. Po ustaleniu satysfakcjonującej obie strony kwoty, deska jako niepotrzebny dowód, powędrowała do brązowej rzeki, a my na prom, z którego Piotrek zwalił się na brzeg. Prom to czółno, chybotliwe jak cholera, a wyjazd z niego to jeden strzał po wąskiej desce. Tego dnia czekało nas jeszcze 24km po mokrej dżungli i gliniastych ścieżkach w wąwozach. Nędzny hotel przywitaliśmy z ulgą, a widok umorusanych twarzy, po zdjęciu kasków, ogólną śmiechem. Kurz to naturalny stan tych dróg, pot lejący się jak woda z kranu to naturalna reakcja na tropiki. W połączeniu, po 10 godzinach jazdy, daje brązową skorupę nie tylko na twarzy. Wieczorem i rano, jest za to przenikliwie zimno, więc każdego ranka witamy słońce mimo tropików z radością. Ale przecież nie przyjechaliśmy się tutaj plażować i nudzić. Ma być przygoda, wysiłek i zwycięstwo. Tego wieczoru na pociechę została nam resztka Jacka Danielsa.



      Było wiele przygód w dżungli, w rzekach i kurzu. Ale Laos to nie tylko jazda przez leśne ostępy. Dziś najprzyjemniej wspominam jaskinie. Tą największą - Konglor, 7km płynięcia motorowym czółnem pod ziemią. Dla kogoś kto nie umie pływać i ma lęk przed zamkniętą przestrzenią, emocje były szalone. Ja do tych osób się zaliczam. Olbrzymie katedry, których sklepień nie sięgały nawet najsilniejsze latarki, łączyły wąskie przesmyki, w których dusiliśmy się wyziewami dwusuwowych silniczków i pulsującym powietrzem, dudniącego hałasu. Niektóre pieczary były podświetlone cukierkowymi, kolorowymi światełkami. Taki wschodni kicz, ale jakby na chwilę przymknąć oko można by poczuć się jak na innej planecie. Brakowało jednak białych kombinezonów z bufiastymi, szklanymi hełmami.
      Ale były też inne jaskinie. Na przykład Phu Kham, niedaleko Vang Vieng. Trzeba się do niej wspiąć na grań jednego z potężnych wzgórz. Warto wziąć latarkę... dobrą latarkę, aby przejść całą jaskinię, aż do gorącego i dusznego końca. Dopiero w jej głębinach można poczuć się jak na innej planecie. Potrzebne są jednak do tego pewne obrazy w pamięci. Te obrazy są dla każdego dostępne, jeśli tylko ogląda czasami amerykańskie filmy S/F. Marsowe, uczesane jak włosy, wapienne, zastygłe w czasie wodospady kamiennej wody przypominały wewnętrzne organy skamieniałego Lewiatana. Zajrzeć do brzucha ziemi. Z punktu widzenia grotołaza to licha namiastka, zupełnie jakby wyjazd do Międzyzdrojów nazwać życiową podróżą. Ale to zmusza do refleksji nad tym, aby szanować amatorów. Najbardziej pochłonięty przygodą odkrywania nowego świata byłem w jaskini Pha Fa. Trzeba było płynąć pomiędzy stalaktytami w ciepłej wodzie, aby dojść do gliniastej brei, utytłać się jak świnia i obejrzeć spektakl łączenia dachu z podłogą przez setki małych, świecących od latarek nacieków.
      Ale do jaskiń, czy wielkich wodospadów południowego Laosu można dotrzeć każdym środkiem lokomocji. My wypożyczyliśmy Hondy aby powłóczyć się po terenach nieznanych turystyce. Odkryć nowe dla nas, a codzienne dla Laotańczyków, szlaki przez góry i dżunglę. Zrobić sobie zdjęcie pod potężnym drzewem, na którego lianach można by powiesić autobus. Poczuć emocje zagubienia się w dziczy. Wciągnąć zapach dżungli w nos i usłyszeć stereo jazgotu leśnej zwierzyny. Tego nie sprzedadzą nam na płycie DVD.
      Patrząc właśnie na pakujących worki na CRFy turystów przed hotelem w Vientian, przypomniałem sobie nasz, pierwszy dzień. Już po wydostaniu się z miasta na główną drogę na północ, mieliśmy dość słońca, duchoty zlewającej z nas litry potu, pragnienia nie do ugaszenia i słabego zgrania w zespole. Dopiero pierwsze przeprawy, następnego dnia. Pierwsze problemy i pierwsze emocje, spowodowały że nasz mały zespół skonsolidował się w sobie, na te 11 dni przeprawy w dzikiej krainie. Byłem z nas dumny, kiedy wyjechaliśmy ubłoceni, szarzy od kurzu, zmęczeni tak, że trudno było zejść z moto, ale napici po brzegi zwycięstwem, które obce było patrzącym na nas turystom z hotelowej restauracji w Tad Lo. Przez jeden wieczór mogliśmy zgrywać bohaterów wracających z enduro wojny. Wypachnieni, delikatni, czyści, turyści w klapkach cienkich jak carpaccio, byli dla nas na ten wieczór publicznością. Szkoda, że ten Laos tak od nas daleko. Nie dziwię się Francuzom, którzy tu przyjechali i zostali. Wolne chwile spędzają na motocyklach, nie zastanawiając się nad tym czy wejdzie przepis na noszenie odblaskowych kurtek. Z tej perspektywy sprawy Europy wydają się tak odległe jak wybuchy na Słońcu.


mariusz reweda

zdjęcia: Karsten Koehne, Artur Majak, Mariusz Reweda

inne nasze podróże po Azji: 2010, 2003, 2005, 2007, 2008, 2008, 2009, 2010, 2011, 2013, 2013, 2014, 2014, 2014, 2016









































FWT Homepage Translator