DOOKOŁA ŚWIATA - etap trzeci 2013
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012








pełny tekst można ściągnąć w pliku DOC - 691kB
Tym, którzy śledzą moją, etapową podróż dookoła świata, należy się wyjaśnienie, tym którzy nie śledzą również. Pomysł etapowej podróży dookoła świata zrodził się w 2007 roku. Polegał on głównie na idei pojechania motocyklem, ale nie w jednej podróży, tylko w kilkunastu etapach. Motocykl miał zimować w obcych krajach, a ja wracałbym do niego po zgromadzeniu funduszy na kolejny etap. Pomysł nie był mój, tak robi wielu podróżników. W pierwszym etapie pojechałem z Tomkiem do Indii, w drugim, rok później dojechałem do Nepalu, gdzie mój motocykl uległ poważnej awarii silnika. Przez cztery lata nie kontynuowałem tej wyprawy i wydawać się mogło, że zarzuciłem ten dość obiecujący temat. Finanse nie pozwalały wyruszyć na dalszy podbój świata i głównie z ich powodu, kierując się maksymą, że podróż jest najważniejsza, musiałem zmodyfikować pomysł na tą wyprawę. Porzuciłem ideę jazdy motocyklem na polskich blachach, jako zbyt kosztowną dla mnie. W trzeci etap wyruszyłem pierwotnie sam, na motocyklu kolegi, z Bangkoku i potem kontynuowałem podróż plecakową z Iwoną. A opis tej podróży macie przed sobą.






klasztor












wioska uchodźców birmańskich



Pui

















Kampot



Sihanouville









naklejka w autobusie



psychoplechy





Bangkok





Mekong w Phnom Penh









ośmiornicowy skrytożerca















standardowy kosz na śmieci w Indochinach





owoce lotosu



buddyjskie pieklo wedlug Khmerów



przez Mekong









plywające wioski











Siem Reap



Siem Reap



Siem Reap



Siem Reap



Siem Reap







plywająca wioska





jaskinia Konglor



jaskinia Konglor



transport psów na wietnamskie stoly





nocleg w dżungli







żaby na śniadanie

















bambusowy hamak



autobus sypialny







jaskinia Konglor



poranne daniny



Luang Prabang







amerykańskie bomby





plaskowyż urn



bombowa palisada













Vang Vieng



Vang Vieng



Vientian



Vientian




























      Jestem w Doha, na lotnisku przesiadkowym. Więcej tu białych niż Azjatów, a Polaków całkiem sporo. Teraz jest sezon wyjazdowy do Azji południowej, a Qatar Airlines rośnie na wielkiego przewoźnika. Niedawno uruchomiono bezpośrednie loty z Warszawy i to całkiem tanio.
       Jak wielu oczekujących, włączyłem komputer. Powolny internet jest za darmo. Podniosłem ekran i otworzyło się okno na świat. Drugi ja, ten bezpiecznie zamknięty w plastykowym pudełku zabija poczucie osamotnienia i braku bezpieczeństwa. Tak rozpoczynam trzeci etap podróży dookoła świata. Minęły cztery lata od skończenia drugiego, dość dramatycznego etapu. Wyruszyliśmy z Tomkiem motocyklami, na etapową podróż dookoła świata, w październiku 2008 roku z Polski. Niecały rok później kontynuowaliśmy podróż motocyklami po Himalajach indyjskich i Nepalu. Tam mój motocykl pozostał z dość poważnie uszkodzonym silnikiem. Dwa lata później, będąc w tamtej okolicy świata, próbowałem go reanimować, ale nie zabrałem odpowiedniej ilości części zamiennych, ponadto stacjonowanie pod wiatą, w tropikalnym klimacie dało się we znaki wszelkim podzespołom. Pieniędzy ciągle brakowało na kontynuowanie etapowej podróży dookoła świata, więc porzuciłem motocykl w Nepalu. Jego sprowadzenie do Polski, albo naprawienie w Nepalu, wydawało się pozbawione ekonomicznego sensu. Po kolejnych dwóch latach uzbierałem dziwnym sposobem środki na dalszą podróż, ale bez motocykla. Stać mnie na podróż plecakową, z wynajmowaniem lokalnie motocykli lub skuterów. Wychodząc z założenia, że najważniejsza jest podróż a nie jej styl, lecę oto teraz do Bangkoku, gdzie stacjonuje motocykl Tomka. Tomek odwiedza go co roku i jeździ nim po Tajlandii. Papiery celne dawno straciły ważność, więc motocykl pewnie musi już zostać w tym kraju.
       Lotnisko w Doha zbudowano na końcu cypla, cały półwysep to państwo Katar. Katarczycy pracują tu tylko na stanowiskach kierowniczych. Reszta personelu to głównie Indyjczycy. Ropa sprzedawana na Zachód dała Arabom możliwość bycia lepszym od reszty krajów Azjatyckich. Są obywatelami pierwszej kategorii. Dużo dobitniej zaznaczają swoją wyższość i odrębność wobec imigrantów zarobkowych, aniżeli robią to biali w Europie. Kultura osobista, wolność myśli i przekonań jednostki, wiara we własną, indywidualną odrębność od społeczeństwa, to wszystko na półwyspie Arabskim jest jeszcze obiema nogami w dawnych wiekach. Pod względem mentalności nie różnią się zbytnio od robotników, przyjeżdżających tu z biednych i przeludnionych krajów. Są za to nowocześni stylem i zachowaniem. Na wzór zachodni.
       Lotnisko było budowane przez ludzi przyjezdnych i przez nich jest obsługiwane. To widać. Toalety są brudne i zaniedbane, chociaż w o wiele lepszym standardzie niż te w Indiach. Zdjęcia w folderach reklamowych pokazują Dohę jako panoramę wieżowców, na wzór Nowego Jorku. Chaotycznie poustawiane, w niewielkim stopniu powiązane stylem wieżowce wyglądają na nocnych zdjęciach jak wysokie szklanki z kolorowymi drinkami, na lśniącym szynkwasie baru. A w dzień jak poustawiane na niebieskim stole termosy z gorącą herbatą. Lotnisko jednak nie naśladuje stylem tych zachodnich. Nie jest duże ani nowatorsko zaprojektowane. Taki prosty w formie dworzec przesiadkowy.
       Jeszcze kilka godzin temu byłem w Warszawie, a rano obudziłem się w Poznaniu. Myjąc twarz nad zlewem patrzyłem we własne oczy. Trochę techniki zaprojektowanej dla mas i już tego samego wieczora jestem w innej rzeczywistości. Po drodze obejrzałem dwa filmy science-fiction. Na cztery godziny uciekłem z własnego życia w przygody wymyślonych bohaterów. Pamiętam miejsce, w którym dziś nocowałem, pamiętam urojony krajobraz kosmosu z filmów i patrzę na bezosobowy, obcy tłum przepływający od jednej bramki bezpieczeństwa do drugiej. Na pewno jest w tym magia, ukryty podtekst, a ja jestem tego częścią.
       Dziewięć godzin później wchodziłem na pokład samolotu lecącego do Bangkoku. Tym razem samolot był duży i pełen turystów. Luty to środek sezonu w poludniowo-wschodniej Azji. Polski język był słyszalny na drugim miejscu, po angielskim. Ludzie wymieniali się cenami hoteli, ofert last-minute, nazwami najlepszych plaż do leżakowania. Łatwo mogłem poczuć się kimś lepszym, bo innym. Nie jadę paść brzucha przy barach all-inclusive, ale będę jadł nieregularnie i kończył efektowną sraczką. Nie jadę chwytać brąz na całym ciele, ale na przedramionach i karku. Nie będę odpoczywał od polskiej rzeczywistości, ale trudził się w zbijającym z nóg, lepiej niż Kliczko, upale. Nie będę zamykał się w hotelowej, nowobogackiej realności, ale poszukiwał prawdziwej, pradawnej, albo chociaż tak wyglądającej rdzennej kultury. Nie będę spał w czystej pościeli, ale będę sprawdzał pod siennikiem czy nie biegają pluskwy. I cóż takiego, lepszego będę robił? Podróże wykreowane przez media stały się celem nie dla wszystkich realnym. Poznawanie prawdziwego świata. Od lat powstają ośrodki, biura turystyczne, sposoby na przyciągnięcie klientów na wycieczki fakultatywne, spędzenie ulotnych chwil w dzikim parku przyrody tropikalnej, pośród niezmiennych od stuleci plemion górskich, zażycia prawdziwej przygody na grzbiecie wielbłąda, w kapoku na pontonie, byle nie za długo i nie za daleko. Tak w sam raz aby poczuć się na chwilę podróżnikiem z Discovery Channel. Mogę się więc czuć lepszy bo jestem taki na co dzień, a nie od święta, naprawdę i swoim sposobem, a nie będąc częścią biznes-ukladanki biura podróży. Widząc mniej, ale prawdziwie. Tak... na siłę można czuć się lepszym. Nic tak nie poprawia mi humoru, jak być lepszym od innych. Koślawe samozadowolenie podparte krytyką innych, może urosnąć do rangi samoakceptacji. Zwłaszcza po dwóch wyśmienitych white wine, serwowanych przez muzułmańskie stewardessy na pokładzie Qatar Airlines.
       Lądowanie było twarde. Tylko raz lądowałem miękko w Amritsarze, lecąc zwykłymi liniami indyjskimi. Myślę, że gdybym siedział w kokpicie pilota, to podobało by mi się nawet zrobić beczkę tym Airbusem, ale siedząc w środkowym rzędzie, jak szczur w rurze kanalizacyjnej, to każde pierdnięcie pana domu w sedes, wydaje się zapowiedzią katastrofy.
       Po uporaniu się z papierami i bagażem, wpakowałem się prosto na kolegę Macieja, co tu siedzi już od września, a dziś akurat przedwcześnie wraca do tej (...) Polski. Jak się dwóch Polaków na obczyźnie spotyka, to padają sobie w ramiona, a potem bez flaszki birmańskiej berbeluchy się nie obejdzie. Wtrząchnęliśmy to świństwo w strefie ochronnej dla palaczy, bo Maciej zaczął kurzyć jak parowóz. Flaszka poszła do kosza i milo dźwięknęła, bo widać nie była pierwsza. Zrobiło się przed północą. Maciej jeszcze nie wiedział czy poleci, bo biletu nie miał, a ja nie wiedziałem gdzie zanocuję. Coś tam Maciej namawiał na swój hotel bo opłacony, ale kiepski dojazd z lotniska, że kask motocyklowy mi zostawił i wszystko za free... Przeliczywszy koszta, oczy mi błysnęły w dwa znaczki $. Zaczęły się poszukiwania autobusu co powiezie mą szanowną osobę na ulicę Khao Sun. Wreszcie objęcia na pożegnanie i jadę... ale niedaleko, na jakiś dworzec autobusowy. Tam długo próbuję odgadnąć jak dalej. Ponoć autobusem 555 do centrum. Ale przez pół godziny takowy nie podjechał, a północ wybiła. Myślę sobie - "koziołeczku nie dla ciebie ta przygoda, wracaj lepiej ty..." na lotnisko. Wróciwszy wziąłem taxi za 45zł pod sam hotel. Nie można było tak od razu, jak człowiek. Po co się szarpać z tajskim systemem autobusowym jak podróżnicza, nadęta małpa!
       No i ląduję w sam środek tajskiej, turystycznej fiesty. Dziwki, disco, żarcie na ulicy, piwo w kuflach, dragi w kieszeni za grosze, biały człowiek dokazuje ile wejdzie. W opór ładuje co tylko krew wzburzy, emocje podrajcuje, da iluzję oderwania od własnej rzeczywistości, bycia tu i teraz, na własnych warunkach. Taj kasuje, Taj z tego dostatnio żyje, Taj nigdy się nie obrazi, Taj ma dystans, Taj zawsze na swoje wyjdzie. Spojrzy na ten burdel dla białych z wysokości swojej starszej kultury, dystansu do spraw uwięzionych umysłem, a wolnych ciałem białych, uśmiechnie się z wyższością myśląc o zyskach, wykorzysta ziomali i ziomałki aby dali dupy dosłownie i w przenośni, bo interes jednostki ponad chrześcijańskie współczucie dla cudzej krzywdy. Biały i tak nie zrozumie, biały się nie postara, biały przyjechał tu po inne wrażenia.
       Ano walę ja ci z tym workiem i plecakiem do New Joe Hotel, rozpytuję o drogę, obijam się o zadżumionych Niemioszków i wytatuowane w sam środek tłustego cielska Amerykanki, a pot rosi me czoło, bo wredny sobie Taj klimat wybrał na swą siedzibę. W hotelu wentyla się włączyło i jakoś wróciła świadomość. Trzeba pójść kupić wodę, bo pić się chce a nie ma co. Potem wreszcie sen, po 43 godzinach pełnej świadomości. Ostatni raz kiedy chciałem jechać samochodem po 46 godzinach w samolotach, obudziłem się na latarni.
       Ale tego ranka obudził mnie spokój tej samej dzielnicy, w której do trzeciej zabawie nie było końca. Poszedłem wymienić pieniądze, gotówkę wyłuskałem ze schowka na jajach i pobrałem Batty. Ulica tak pełna życia w nocy, w dzień była jakby zmęczona zabawą ale już obudzona kacem i obowiązkiem pracy. Trzeba posprzątać, przygotować nową noc. Budowlańcy mają czas na konstruowanie nowych disco-barów, śmieciarze wynoszą odpadki, dziwki patrzą w lustro, kalkulując ile jeszcze można, kelnerki masują łydki, bossowie portfele. Turysta wymienia pieniądze, spożywa śniadanie i zastanawia się - "w co się bawić, gdy możliwości wyczerpiemy wszystkie ciurkiem". A podróżnik bieży drogim taksikiem do wymarzonego motocykla, który schowanen na czwartym etażu parkingu, w zupełnie innej dzielnicy. Trzeba to to odpalić i zmusić po rocznej labie do wzięcia sobie garba na plecy. Po drodze widzę w centrum miasta, na skrzyżowaniu długiego na ponad dwa metry legwana, czy coś takiego, co stoi i nie chce zejść z asfaltu. Ludziska go omijają, a on stoi. Widać dla niego stanie jest iluzją bezpieczeństwa. Potem walka z motocyklem. W sumie łatwo poszło. Z czoła kapało, noga od kopania kick-startera bolała, w głowie szumiało od myśli złych, ale odpalił. Kolega Tomek użycza mi, na czas bliżej nie określony, swojego, udupionego w Tajlandii motobike, bo mój własny, poległ w Nepalu i ruszać go nie mam zamiaru. Tak się kończą marzenia o podróży dookoła świata etapami. Człowiek wszystko zniesie, ale sprzęt i papiery na niego, już nie.
       Spotykam Niemca. Znam go z opowieści Tomka. Mieszka tu od czterech lat. Ma jakąś wizę stałego pobytu, predestynowaną dla emerytów. Ma mieszkanie w super apartamentowcu, pewnie za małe pieniądze. Apartamentowiec prawie pusty, budują jak w Hiszpanii, nie wiadomo po co. Niemioszek, nie przedstawił się, ma fioła na punkcie starych motocykli BMW. Całkiem sympatyczny gość. W mieszkaniu ma warsztat mechaniki pojazdowej. Przerobił schludny apartament na kształt szopy na narzędzia, garażu na motocykle, zawalonej brudnymi skarpetkami garsoniery, takiego męskiego raju. I jak gościa nie lubić? Od razu poczułem bratnią duszę. Szkoda, że to Niemiec, flaszki w toaście - za wstrieciu - nie obalimy. Ale pomógł zreanimować hydrauliczne sprzęgło, takie gówno zaprojektował KTM. Potem poopowiadał gdzie warto jechać i pożalił się na swoje dychawiczne czterdziestolatki - BMW. Popchnąłem go aby odpalił swoje R80 i pojechał do dziewczyny. Jeśli zastanawiasz się jaka przepaść dzieli cię od tego Niemca, nie będącego curiosum, to podpowiem, że tylko mentalna. 45 lat komuny zakończonej sukcesem przy współudziale wszetecznego obyczajowo kleru i myślisz jak myślisz - że on na emeryturze to może wszystko, a Polak nic.
       Jeszcze tego samego wieczora poszedłem na Sukhumit Road. Taka wersja Khao Sun ale dla starszych gości, na oko niektórzy to jeszcze odwiedzali te strony za czasów tragicznie skończonej kadencji prezydenta Kennediego. Trochę inny styl zabawy, bardziej konkretny, mniej szumu i pozerstwa, więcej sprytu i determinacji. Dziwki ładniejsze, bo depilują swoje sumienie za większe pieniądze. Porobiłem kilka zdjęć swoim aparatem... Nikon, podpowiem że teraz w Polsce mówi się 'najkon'. Szukałem prażonych na węglach pasikoników w rozmiarze Filipa z wieczorynki "Pszczółka Maja", ale nie było. Serduszek ptasich na rożnie także. Więc w chwili rozpaczy, zjadłem swój pierwszy posiłek tego dnia o 20-stej w pizzeri. Podobno śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Więc nie oszczędzałem, wydałem 28zł na średniej wielkości, ale dobrą pizzę. Na deser poszła flaszka Hong Thong z Pepsi. W głowie się zakręciło i mimo klimatyzacji w pokoju bez okien, zrobiło się jakoś duszno od dalekosiężnych planów, emocji, nowych marzeń, skrupulatnych wizualizacji. Podobno, miedzy innymi, według metody Silvy, szczegółowa wizualizacja to początek sukcesu. Gdyby tak było, to bym przyjechał do Bangkoku własnym Unimogiem. Zwizualizowałem sobie każdą jego śrubkę i każdy metr jego drogi w podróży. Widać jakaś silniejsza energia blokuje wybrany przeze mnie rozwój wypadków. Na los nie ma rady.
       Następnego dnia, tak gdzieś koło 14-stej cudem uniknąłem wypadku. Dziki kraj to dziki i nigdy się nie zmieni. Żółtek skręcił prosto pod moje koła. A jechałem coś koło 80km/h w podkoszulku i kasku ze skutera. Takie sytuacje mnie nakręcają. Dodałem gazu i zrobiłem unik. Sam zawsze się zastanawiam dlaczego nie hamuję. Chyba jakieś wyrobione odruchy bezwarunkowe z lat śmigania na sportach z bezsensownymi prędkościami. KTM przysiadł na dupę i wywinął się gładkim testem łosia. Problem w tym, że od dłuższego czasu jechał za mną Taj na skuterze. Pewnie za punkt honoru obrał sobie odczytanie mojej, dziwnej rejestracji. Skutery nie hamują, Taj nie ma wprawy w jeździe agresywniej, zagapił się. Zobaczyłem w lusterkach jego nogi powyżej dachu pick-upa. Skuter poszedł do rowu, a klapek z prawej stopy pacnął w ciężarówkę z boku. Gość chyba wpadł na pakę od pick-upa. Bez kasku i ubrania marnie go widzę. Takie sytuacje mnie nakręcają, powtarzam się, teraz poszło lepiej, niżej 90km/h nie schodziłem. Na los nie mamy wpływu. Gdyby nie sytuacja rodzinna to Tomek by jechał za mną na swoim KTMie i być może to on by fiknął do pick-upa. W sumie to nie jest źle. Gość załadowany i można od razu walić do szpitala, albo kostnicy. On się tam w Polsce wije z zazdrości, że ja jadę a on nie i nawet nie przypuszcza, że trzecie dzieciątko w zagrodzie, uratowało mu życie.
       A zacząłem tego dnia około 9-tej. Wyjazd z Bangkoku to minimum 20km korka. Wentylator chłodzi silnik i wali gorącym powietrzem prosto w stopy, w sandałach. Teraz wiem dlaczego zawsze na KTMie było mi gorąco w obute, w enduro buty, stopy. Mam wrażenie, że gorący olej, albo płyn chłodzący znalazł dziurę w sparciałych rurkach i chce wyjść na świat, no i kapie mi na stopy. Spoglądam z niedowierzaniem, ale nic prócz czerwonej skóry nie widzę. Przeciskam się jak mogę, ale Taja na skuterze nie zatrzymasz, ani nie dogonisz. W Bangkoku mieszka oficjalnie prawie 7 milionów ludzi i jest jednym z najgorętszych miast świata. Jeszcze 70 lat temu mieszkało to dziesięć razy mniej ludzi, a dwa wieki temu nazywano tą osadę Wsią Drzewek Oliwnych. No i gdzie, teraz, w Tajlandii są gaje oliwne? Przez to, że Bangkok nie posiada centralnej części, spełniającej takie funkcje jak rynek i okolice w naszych miastach, potworzyło się tu kilka zagęszczeń, spełniających różne, kompletujące się nawzajem, funkcje miejskie. Ciekawy jest też skład narodowościowy mieszkańców: 250 tysięcy to Chińczycy i ich język łatwo można usłyszeń, zwłaszcza w China Town; mieszka tutaj też 35 tysięcy Sikhów, podobna ilość co Japończyków; ale już Europejczyków jest 45 tysięcy, a Amerykanów tylko 6. Ale Bangkok to przede wszystkim miasto rozpusty, oblicza się, że pracuje tu kilkanaście tysięcy prostytutek. Jest więc w czym wybierać.
       Tylni hamulec się blokuje. Trzeba mu spuścić juchę, znaczy trochę płynu, aby wypuścił ze swych chciwych objęć gorącą tarczę. Robię to na przystanku autobusowym pod jakimś centrum handlowym, w samym środku Bangkoku. Całe szczęście Tajowie są zupełnie nie zainteresowani takimi obrazkami. Myślę sobie, że wstydzą się, albo boją zapytać, skąd ja tutaj się wziąłem. Reszta, nieżóltej Azji taka jest. Ale to nie wstyd, ani poczucie wyższości. Oni się po prostu nie interesują, tak z obojętności. Nie pozwolą mi poczuć się tym jedynym w tłumie innych. Ale dziś nawet nie mam na to ochoty. Nienawidzę gorąca. Marzę o Syberii w puchowej kurtce. Wolę zimno i deszcz. Las świerkowy, bagna, meszki i komary. Pustkę i ciszę. A jestem w przeciwnej rzeczywistości. Niech tylko podejdzie jakiś biały turysta i powie, że jestem - cool, a dam mu kopa. Czuję się jak frytka we frytownicy, jak zwłoki kurczaka na grilu, jak tybetański mnich w akcie samospalenia. Komuś wszedłem na świętość... no i dobrze, u mnie nie ma zmiłuj się. Jestem wnerwiony na siebie i cały świat, za to słońce i duchotę. Niech się wreszcie coś stanie.
       W końcu odblokowuje hamulec i wciskam się w korek. Na przedmieściach nareszcie mogę jechać tak około 40km/h. Dopiero po 150km od centrum widzę pierwsze pola uprawne i wieś. To nie Indie, tu nie ma śmieci, ani smrodu. Rzeki są czyste, może lekko błotniste, ale nie czarne jak w Indiach, no i nie cuchną na dwa kilometry zanim się je zobaczy. Pachnie jakieś słodkie kwiecie. Co chwilę inne, aż mdli. Zapach słodki i urzekający, miesza się z wonią suchych liści opadłych na pola ryżowe w wodę. Zapach jesieni, ognisk z liści i mojej ulubionej pory roku. Coś jak wczesny październik, ale 39st.C i duchota. Zauważyłem też dwie ciekawostki. Ze strażackiej sikawki oblewano izolatory na słupach wysokiego napięcia. Nie wiem po co. W innym miejscu naprawiano grube kable na słupach. Włazili po słupie i dalej od słupa do słupa po kablach, jak po tyrolce.
       Jadę autostradą aby w jeden dzień wyrwać się z nizinnej, nijakiej Tajlandii w góry. Tam chłodniej, tam ciekawszy krajobraz, tam mniej ludzi i więcej przyrody. Tylko liczenie czasu do cogodzinnych postojów na zregenerowanie dupy, odmierza jakoś tą drogę. Siedzenie KTMa to majstersztyk. Tylko te wredne Austriaki potrafią tak zaprojektować fotel motocykla podróżniczego, abyś miał dość podróży. Piję wodę, leżę na ławeczce pod plastykowym daszkiem - takie, gęsto naustawiane, miejsca postojowe dla kierowców - potem palę moto i jadę godzinę dalej. Mam serdecznie dość. Zastanawiam się kto mnie namówił do tej przygody, a po skonkludowaniu, że to ja sam, mam jeszcze więcej złości. Mijają mnie luksusowe autobusy dalekobieżne z klimatyzowanym wnętrzem, malowane w dziecinne wzory, a z wyglądu karoserii przypominają kolorowe cukierki. Czy ci ludzie, patrząc na mnie, też myślą, że jestem głupi? Najbardziej dobijające jest to, że za dziewięć dni będę wracał tą samą drogą do Bangkoku.
       Dopiero przed miastem Tak, krajobraz zaczyna zmieniać się na lepsze. Każdy bowiem pagórek, jest lepszy od płaskiej jak Wielkopolska krainy, co ją przemierzam od rana. Powoli wjeżdżam w góry. Przełęcz 872m n.p.m. to przyjemny chłód i zakręty. Wreszcie jakaś odmiana. Nagie liściaste drzewa, podobne do eukaliptusów i fikusów, zastąpiły szerokolistne palmy, ukwiecona trawa i zapach pomarańczy. Asfalt z piaskowca śliski jak diabli, więc trzeba uważać, ale i tak lepiej niż ciągle na wprost. Zatrzymuję się na punkcie widokowym. Ma być ładnie, a jest jakby spojrzeć z przełęczy Okraj na południe. Tyle, że przejrzystość powietrza nijaka z powodu gorąca. Ciesz się z tego co masz człowieku i jedź do Mae Sot na nocleg.
       Nijakie, nowoczesne, dwojga dostępnych kolorów - srebrne albo czarne pick-upy, mijają mnie raz po raz. Tajlandia to kraina pick-upów, jak inne w tym regionie. Nikt tu nie lubuje się w starych samochodach. Nikt nie rozumie, że stare lepsze. Nowe z klimatyzacją jest najlepsze. Hilux króluje we wszelkich odmianach. Czasami, na poboczu zobaczyć można złomowiska starych samochodów. Przyciągają mnie niezrozumiałym magnesem. Te piękne kształty, świadectwo dawnych lat świetności formy i techniki. Zastąpił to dzisiejszy kicz masówki.
       No i dojechałem do Mae Sot. Miała być wioska przygraniczna. A jest duże miasto z nijaką zabudową i licznymi hurtowniami dziewiarskimi. Znalazłem hotel za 15zł. Inne były droższe. Już prawie zdecydowałem się spać w lesie pod namiotem. W Mae Sot oficjalnie mieszka około 120 tysięcy ludzi, ale dane nieoficjalne mówią o stu tysiącach imigrantów z Birmy, jako niestałych mieszkańcach miasteczka. Oficjalne dane liczebności populacji w dzikich krajach, niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Na zachód od miasta zbudowano w 1997 most na rzece Moei, który jest najważniejszym przejściem granicznym między Tajlandią a Birmą.
       Teraz prysznic i hajda w miasto szukać sklepu z zeszytami szkolnymi, bo nie mam w czym pisać. Śniadanie dzisiaj zjadłem o 20-stej, współbiesiadując ze zbieraniną turystyczną. Knajpa na modłę zachodnią, przypominała te tybetańskie na uchodźstwie. Tutaj miast walczyć o 'free Tibet' walczy się o 'free Birma'. Najważniejsze, że się walczy, "nie wiadomo o co, ale walczy się" - jak mawiał kiedyś Kobuszewski w Dudku. Na ścianach wizerunki Che Gewary, jako symbolu rewolucji, zmiany stanowisk, jak mawiał Orwell, kiedy to klasa średnia, siłą upadku klasy niższej zdobywa status klasy wyższej. Che symbolizuje też śmierć w poświęceniu ideałom, stałość absolutu, no i podobnie jak Kościuszko, antytalent strategii prowadzenia bitew. Mieli coś ze sobą wspólnego. Wybili się na przewodnika narodów, nieskazitelnego przywódcę rewolucji, mimo że z powodu ich działań więcej te narody straciły żyć ludzkich, zdestabilizowały gospodarkę, aniżeli zyskały wymiernych korzyści. Jednak Kościuszko, jako ten, który ma trudne do wymówienia nazwisko, nie stał się symbolem wolności.
       W knajpie obsługiwali młodzi. Od razu można było poznać kto jest synem szefa. Birmańczycy na uchodźstwie osiedlili się w takich przygranicznych mieścinach i handlują, budują restauracje dla turystów i swoich. Trzymają się razem, pytanie ile czasu zajmie im wtopienie się w tajską rzeczywistość? Czy doczekają i będą chcieli wrócić kiedy komuna w Birmie padnie?
       A tymczasem ja mogłem pobrylować. Ktoś mnie zapytał jak tu przyjechałem, a ja tylko na to czekałem. Motocyklem mówisz, a gdzie go wypożyczyłeś - a ja na, to zgodnie z prawdą, że - w Polsce. Niby tak od niechcenia, z udawaną skromnością, dystansem do tych wszystkich spraw, które to skutecznie uniemożliwiają. Może dukam po angielsku, ale słuchaczy znalazłem. Gęby porozdziawiali, a ja miałem chwilę sławy i zadośćuczynienia za te skwierczenie cały dzień na słońcu.
       Na wysokiego konia wlazłeś i spaść musisz. Nic tylko flaszka Hong Thong może zalać ognisko żalu wyrosłego z pychy. Samochwalstwo - marność nad marnościami. Przywiązanie do sukcesów nie pozwoli zacząć od nowa, rzucić tą całą iluzję bycia kimś na rzecz bycia znowu nikim. Zamiast marzeń mam dokonania. Tak czterdziestoletni faceci marzą o "trzeciej miłości i drugiej młodości". Z kieratu wyrwą się tylko odważni albo głupi. Będą dumni z siebie, albo podkulając ogon zawiedzeni.
       Za ścianą mam bar dla lokalesów. Nie słuchają India-disco ani Russia-disco, ani też disco-polo. Leciały całkiem dobre kawałki zachodniej muzyki. Minęły dwie godziny i głosy pijanych mężczyzn zaczęły górować nad muzyką. Sam tak czasami ryczę, jakbym był lwem ogłaszającym granice swojego terytorium. Oni hałasują po swojemu. Nijak to przyporządkować do znajomych dźwięków. Przywołują tylko na pamięć epizody z amerykańskich filmów o wojnie w Wietnamie, o bezdusznych jak kosmos i żółtych jak ufoludki oprawcach. Tak innych i odległych, że nikt nie poświęci im chwili zastanowienia. Skwitowanie ich mentalności - dzicy - jest łagodne. Zwykle są dla nas tak niezrozumiali w namiętnościach, jak odlegli są od naszych wzorców. Szukałem i szukam nadal celnych opracowań wschodniej mentalności tak społecznej, jak i indywidualnej. Ale nie znajduję, albo nie trafiam, na nic rzeczowo bezstronnego w sądach i logicznie racjonalnego w uczuciach. Taoizm i konfucjanizm nie do końca tłumaczą, są zbyt ogólne i mało konkretne według zachodnich kryteriów oceny. A może oni są po prostu normalni, a my skrzywieni przez proto-socjalistycznych chrześcijan, wynoszących prawa jednostki ponad potrzeby ogółu.
       Rano ruszyłem naprzeciw bieżącej ku mnie wolności. Z początku było nawet chłodno. Zastanawiałem się czy nie wyciągnąć kurtki przeciwwiatrowej. Ale chciałem jak najszybciej wyjechać z wielkomiejskiego Mae Sot. Zatankowałem paliwo i ustępując z drogi rozpędzonym pick-upom ruszyłem na północ, w kierunku Mare Sariang. To typowa, turystyczna droga przez tajskie góry, wiodąca do Złotego Trójkąta, u zbiegu granic tajskiej, laotańskiej i birmańskiej.
       Mae Sot leży na wysokości 200m n.p.m. ale silny zapach jesieni, połączony z nagimi drzewami i lekkim chłodem przypominał zupełnie inną strefę klimatyczną. Miasto ciągnęło się długo. Dopiero po godzinie wyjechałem w prawdziwą wieś. Często można tu spotkać birmańską w stylu, zabudowę mieszkalną. Drewniane, jedno lub dwukondygnacyjne domki, stawiane są na palach, tak że parter jest przeznaczony dla zastosowań gospodarskich. Domki są w różnej kondycji, ale zdarzają się też nowe, bogate i w doskonałym stanie. Większość z nich kryta jest strzechą z liści. Liście opadłe z drzew zbiera się przy drogach, zagina na cienkich, bambusowych łodygach i kryje tym dach w sposób jaki pokazuje to Bear Grylls w TV. Nieco dalej, ale bliżej granicy birmańskiej, napotkałem całe wioski otoczone drutem kolczastym i pilnowane przez wojsko, zbudowane w tym stylu, tarasowo na zboczach, ponad rzeką. Być może to wioski uchodźców z Birmy. Twarze ludzi przypominały bardziej rysy chińskie aniżeli tajskie. Krajobraz wiosek i skalistego pogórza, w stylu skały Narożnik w Górach Stołowych, to idealne plenery zdjęciowe. Powiesiłem więc aparat na szyi aby mieć do niego stały i łatwy dostęp. Zwolniłem i już zaczęło mi się podobać. Droga zwężała się coraz bardziej, aż w końcu poczęła się wkręcać serpentynami w zbocza gór. Asfalt czasami się urywał, czasami był dziurawy. Ale widać już było postępujące prace budowlane, mające na celu jego poszerzenie i wyprostowanie. Tymczasem jednak robiło się coraz ciekawiej. Jak to w slangu off-roadowców z Polski się mówi - to co tygryski lubią najbardziej. Wyświetliło mi to w wyobraźni grubasa siedzącego pod pantoflem żony, ale o ambicjach Lessa Strouda, czy przywoływanego już Beara Gryllsa. Nie ma to jak uśmiechnąć się do samego siebie jadąc na motocyklu i próbując nie wypaść z drogi w przepaść. Chociaż przepaście tutaj gęsto zarośnięte przez 'ancient forest', jak głosiły znaki przy drodze. Może rain forest z Sri Lanki to nie jest, ale i tak pięknie. Oznakowanie atrakcji jest dość dobre, większość w angielskim. Natomiast krytyka ich jakości merytorycznej, poczyniona przez kolegę Macieja, jakoś skutecznie mnie zniechęcała do zjechania z głównej drogi, aby piąć się serpentynami, wiele kilometrów pod jakiś wodospad o uroku Kamieńczyka. Widziałem wodospady Norwegii i nie spodziewam się znaleźć nic lepszego w Tajlandii.
       Zrobił się upał, a potem zelżał, na wysokości. Nie pokonywałem zbyt wielkich przełęczy, co najwyżej 830m n.p.m., ale długi rękaw i sandały to idealne ubranie na dziś. Rzuciło mi się w oczy, że nie spotykam tutaj w ogóle zwierząt. Poza tym dużym legwanem w Bangkoku, dopiero dziś zobaczyłem parę krów i kóz. Ale tyle to można zobaczyć w pięć minut na obwodnicy Tbilisi. Nie widzę ani małp, ani nie słyszę ptaków, ba nawet nie ma komarów. Nie żebym narzekał, ale jest to dziwne. Na podobnej wysokości ponad równikiem, w Indiach, w podobnych lasach, aż trzęsie się od zwierząt. Może Chińczyki wszystko zjadły? Ta pustynia zwierzęca podobna jest do syberyjskiej. Tam zwierzęta przy drogach i siedzibach ludzkich już wytrzebiono.
       Mimo, że jechałem niespiesznie i często się zatrzymywałem, czas miałem dość dobry, a do zachodu słońca daleko. Jednakże za miejscowością Ban Sop Ngao zauważyłem znaki kierujące na parking leśny. U zbiegu dwóch rzek, na klifie zbudowano wiaty, postawiono czyste kibelki, prysznice, doprowadzono wodę, wyrównano teren i zasiano trawę. Jedyny mankament to parking dla samochodów 100 metrów ponad wiatami. A wszystko to czyste, dobrze utrzymane, pachnące kibelki, nic nie zwandalizowane, chociaż nie nowe, ani nie prywatne. Poczułem się jak w Skandynawii. Mimo, że obok jest wioska, mieszkają tam ludzie na różnym poziomie mentalnym i finansowym, ale nikt nie kradnie wyposażenia parkingu leśnego nad rzeką. Być może przeznaczonego dla raftingowców. Jakimi ludźmi są Tajowie? Nam już się nie chce być porządnymi, nawet w Skandynawii są wandale (pewnie z Polski). W takich Indiach nawet w centrum Delhi nikomu jeszcze się nie chce utrzymać podstawowego porządku, że o zapachu nie wspomnę. A tu, w żółtej Azji taki porządek i dbałość o dobro publiczne. Podobne to do policyjnej, irańskiej rzeczywistości. Ale tam jest trochę jak za komuny w Rosji - czyn społeczny i szacunek dla społecznej własności. W Tajlandii nie ma zamordyzmu, nikt nie wzbrania edukacji płynącej z amerykańskich filmów w TV, a jednak społeczeństwo tak na wsi, jak i w mieście czuje się jednością i konfucjańską częścią całości. Czyż to nie piękne, ale z drugiej strony ta sama mentalność potrafiła bestialsko likwidować współobywateli w kambodżańskiej dżungli i zupełnie odmienne ocenia takie akty jak rozjeżdżanie czołgami studentów na placu Tian An Men. Inaczej usytuowany ciężar właściwy poczucia wolności jednostki i myślenia o samostanowieniu. Zupełnie jak w przypadku motocykli. Jeden jest idealnie wyważony do terenu, a drugi do rozkoszowania się route 66 w siodle cruisera. Inny ośrodek ciężkości i zupełnie inne społeczeństwo.
       Wzdłuż dzisiejszej drogi spotykałem wielu wieśniaków. Pracują w lesie i na małych polach. Wszystko robią ręcznie i dźwigają na własnych plecach. Nie mają twarzy przydeptanych ciężarem obowiązków, ani upadkiem moralnym, jak u post-kouchozowych robotników w Rosji, albo post-PGRowskich w Polsce. Wydają się całkiem naturalni w swej roli. Z pewnością pragną czegoś więcej, ale nie umierają z pragnienia. Widok zachodniego motocyklisty, na ewidentnie innym motocyklu niż tu się widuje, nie sprawia na nich wielkiego wrażenia. Większość nawet nie zawiesi na chwilę oka, nie poświęci uwagi. Na zaczepkę reagują uśmiechem i machaniem ręki, jakby chcieli powstrzymać, do nich skierowane, angielskie słowa. Młodzież nie ma na twarzy tej malującej się zazdrości, a czasami zawiści, jak w przypadku Indyjczyków, czy na przykład obywateli republik postradzieckich. Bardziej przypominają młodzież mongolską, dla której inny, wcałe nie musi być lepszy. A może to po prostu brak oceniania. Z punktu widzenia rosłego, białego faceta, mali, żółci ludkowie wydają się trochę śmieszni, nie do końca poważni, jak dzieci wykonujące na niby, codzienne prace dorosłych. Zwłaszcza dzieci są malutkie. Po drodze widziałem kilka zastępów tajskich harcerzy, w mundurkach, z plecakami. Szli gęsiego na jakąś, swoją przygodę do lasu.
       Gdzieś w okolicy Mae Salit zjechałem na plażę, nad graniczną rzekę Moei. Można by ją przejść w poprzek, ale nie widziałem ani śladu pograniczników. Za to po drodze jest sporo posterunków wojskowych. Białych jednak nie zatrzymują. Nad rzekę przyszli też młodzi chłopcy strącający kamieniami, strzelanymi z procy, jakieś orzechy z drzew. Nad potok przyjechał pick-up wziąć do beczek nieco wody oraz pani praczka z córką. Taka wiejska sielanka. Nowy Hilux full wypas, ze zderzakiem ARBa, a obok kobieta pierze w rzece, rozmawiają ze sobą jak sąsiedzi, podczas kiedy synowie kierowcy ładują wodę do starych beczek. Nikt się mną nie interesował. Być przezroczystym, kolejne zrealizowane marzenie. Trzeba było tylko wyjechać przez potok i stromy, kamienisty podjazd do asfaltu jak przystało na enduro-podróżnika.
       Teraz, w tym zielonym gaju, nad szumiącą rzeką wydaje mi się, że warto jednak tu przyjechać z odległej Europy i poświęcić ten pot w upale. Wcześniej rzadko bywałem w krajach, gdzie można znaleźć tropik i spokój jednocześnie. Tutaj, w górach przeludnienie jest ukryte, a turysta dla tubylców jakby przeźroczysty. W innych krajach Azji jakie dotąd odwiedzałem, turysta jest jak kij wetknięty w mrowisko, nie może być obojętny na to, co się dzieje wokół niego i na pewno nie zazna spokoju, nawet w nocy.
       Godzinę później dojeżdżałem do Mae Sariang. Duża wioska, miejskiego typu - jak mawiają Rosjanie - rozłożyła się w szerokiej dolinie rzeki Mae Nam Yuam. Mając na zachodzie Park Narodowy Salawin oraz Birmę, a na wschodzie Park Ob Luang. Mieszka tu ponad 50 tysięcy ludzi. Dopiero w samym centrum wioski znalazłem hotele. Jest ich tu parę. Białych turystów jak na lekarstwo, widziałem zaledwie straszą panią na piątkowym rynku. Sam nie wiem dlaczego podobają mi się takie wioski bez białych. Jakbym się czuł jakimś odkrywcą czy co. Raczej pojedynczym rodzynkiem w kiepskim keksie.
       Piątkowe, późne popołudnie ściągnęło rzesze ludzi z okolicznych wsi na targ. Sprzedawano wyszukane płody rolne, obstawiono to wszystko chińską tandetą, kramami z lodami i innymi łakociami dla najmłodszych, no i obowiązkowi patyczkowcy, z wszystkim co mięso przypomina, a da się wetknąć na kijek i uwędzić na grilu. Od razu zapodałem sobie trzy takie patyczki: dwa z kurzęcymi wątróbkami i jeden z czymś na kształt gołębich żołądków, albo usmażonej moszny pekińczyka. Wszystko smaczne i nawet po trzech godzinach nadal pozostało we wnętrzu mego ciała. Ale przysmaku - serduszek kurcząt nie było. Smażonych pasikoników też nie, one chyba tylko dla turystów w Bangkoku. Sprzedawano także grzybki. Różne, takie jakieś jak opieńki i jakieś większe, białe. Owoców w takich gatunkach co ich nawet nie znam, chociaż widywałem na drzewach w różnych, tropikalnych krajach. Przechadzałem się bez krępacji i zaczepek ze strony tubylców. Miast bezmyślnego namawiania na wszystko co może wyłudzić pieniądz od turysty, w stylu indyjskim, były co najwyżej przyjazne uśmiechy.
       Następnie poszedłem na śniadanio-kolację do lokal-baru "Smakosz". Menu jak książka, nie wiadomo co do czego, wszystko spisane robaczkami. Dziś mam dobry humor, więc strzeliłem z pewnością znawcy, coś za 8zł, a na drugie, coś jednak opisane po angielsku - fryty. Na zapitkę dostałem East Cola o smaku Coca Coli. To za 8zł okazało się ryżem lekko zapiekanym z jajecznicą, krewetkami, masłem, liśćmi mięty, czosnkiem, pietruszką, szczypiorkiem. To rozpoznałem, reszta tylko smakowała i to jak... Przynieśli też coś na poprawę smaku. Jakaś octowa zalewa z mikroskopijnymi papryczkami. Znam to z Indii, taka zaprawa na super ostro. Zwykle biorę trzy-cztery papryczki i sypię tego octu. Tu jednak się nie dało. Mój język zaprawiony indyjskim żarciem na ostro, tym razem się poparzył. Obok usiadł jakiś turysta, chyba z Bangkoku. Próbował czytać menu, ale pani kelnerka ciągle go poprawiała, widać może to lokalny slang, albo birmański. Wreszcie zamówił po angielsku ryż i gotowane warzywa.
       Wydałem 14zł i nie skonsumowałem wszystkiego. Może żołądek się zawęził po tych tajskich śniadanio-kolacjach. Tanio nie jest, ale czysto, pachnąco, smacznie i pod dachem. Na ulicy można najeść się za połowę tej ceny.
       Nie skoro świt, ale skoro tylko przestałem śnić poranne, realistyczne, na wpółwyreżyserowane sny tylko dla dorosłych, ruszyłem na wschód, tym razem naprzeciw przeznaczeniu. Znowu trochę zmarzłem, zanim słońce nagrzało te niskie góry. Zdążyłem dojechać do skrętu na północ, w szutrówki, na skróty. Tak planowałem pojechać, więc skręciłem. Odechciało mi się po 25-ciu kilometrach. Nie była to najbardziej kręta droga jaką jechałem, ale trochę nudna. Nie mogłem się jednak zdecydować zawrócić. Jechałem, skręcałem, zmieniałem biegi z dwójki na trójkę i tak na abarot. Dojechałem do zjazdu na 'hot spring'. To była dobra wymówka aby zjechać z dziurawego asfaltu w szuter. Minąłem kilka klimatycznych gospodarstw wiejskich. Tak się teraz mówi i pisze w przewodnikach. Po prostu było tak wiejsko, że aż pięknie. Opisywałem już drewniane domostwa tych rejonów. Tutaj pokazały się w pełnej krasie. Minąłem pick-upa, a jakże, z którego gość sprzedawał wiejskim ludziom miejskie produkty. Uraczyli mnie jednym spojrzeniem. Dzieciaki wolały przebierać w kolorowych opakowaniach. Jakoś tak dziwnie, nie mogę się do tego przyjemnego stanu przyzwyczaić. Być turystą i być przeźroczystym.
       Ze dwa kilometry dalej zjechałem nad rzekę i zaparkowałem przed wiszącym mostem. Po zgaszeniu austriackiego klekota, co z wibracji sam chodzi stojąc na bocznej podnóżce, zrobiło się tak miło cicho, że chciałem zostać tu na cały dzień. Wspaniałe to miejsce, tylko czemu ja muszę jechać dalej. Czas mnie goni, bo sobie go tak zaprojektowałem, jakbym miał ograniczony nakazem szefa urlop, a nie mam.
       Jakaś młodzież stała opodal, pokazując sobie nawzajem komórki, jakby chwalili się który ma dłuższego. Ale to nie taka młodzież jak nasza. Nie hałasowali, nie zaczepiali, jakby ich w ogóle nie było. Poszedłem przez wiszącą kładkę. Okazała się całkiem skrojona dla Indiana Jonesa. Młodzież patrzyła, w głowie mi się kręciło od lęku wysokości, trzeszczały cienkie klepki mocowane na stalowych drutach. Trzeba było grać do końca. Najwyżej rypnę w te kamienie, trzy metry niżej, ale za to z fasonem. Tak gdzieś w połowie zrozumiałem, że trzeba iść jak pijany żołnierz Wietkongu, a nie jak powstaniec kościuszkowski aspirujący do miana sołdata. Nierównym krokiem, bo rozbujałem most, że hej. Po drugiej stronie stał zafrasowany staruszek z kozią bródką i miotłą na której się podpierał. Ja na jego miejscu myślałbym - ech te turysty, fajtłapy jedne, jak oni tam w tej Europie żyją. Doszedłszy do staruszka, pozdrowiłem go sztucznym - hallo. Staruszek uśmiechnął się usłużnie i wskazał dojście do źródeł siarki w 76-cio stopniowym płynie. Wyczynu przejścia po tej kładce nie załączę do port folio.
       Tajowie ciągle mnie zaskakują. Można zagospodarować gorące źródła tak aby było czysto, pachnąco i ładnie. Baseny aż zachęcają do kąpieli, ścieżki w góry, do sprawdzenia skąd płynna siarka wypływa. Co chwilę biega pomiędzy bungalowami staruszek zbierający suche liście i podlewający trawę. Nie ma głośnej muzyki raniącej uszy, ani stuku opróżnianych z alkoholu flaszek. Nie ma mieszczan co w sobotni poranek odreagowują codzienność, która ich więzi. A wszystko to za free.
       Trzeba jechać dalej, wrócić przez kładkę, bojąc się bardziej o aparat kupiony na raty, aniżeli o własne nogi, a potem do głównej i dalej na wschód. Na głównej mija mnie pierwsza, a potem druga i dziesiąta wataha turystów na nowiutkich, wypożyczonych super motocyklach typu BMW GS, Yamaha nowa super ciężarna Tenerre, nowy plastyk-Transalp, a nawet Harley bardziej wyglądający niż jeżdżący. A jakże pomachałem ręką. To nic, że gołą, a klata w podkoszulek odziana, KTMa bardziej wyglądającego niż sprawnego nikt nie miał, nikt też nie zauważył, że ma rejestracja jest z Europy. Każdy gość z przeciwka był odziany w moto-kombinezon full wypas, pewnie przywiózł z Europy. Ja też bym przywiózł gdybym był ostrzeżony przez kolegę Macieja, co to na motocyklach zna się jak koza na fizyce kwantowej, że tu w górach jest na tyle chłodno, że w cienkim kombinezonie, albo zbroi można jeździć. A tak z duszą na ramieniu jeżdżę w sandałach, T-shircie i gołymi ręcyma manety kręcę. No ale zakrętów dzisiaj było tyle, że w końcu przestałem myśleć o wywrotce. Dałem po garach, a konkretnie po jednym i puściłem wodze fantazji. Kolega Tomek, co motocykla mi użycza, pewnie by powiedział - nieśmiertelność mu się włączyła - ale co tam raz się żyje, a życie jest dla przyjemności, jakkolwiek ją postrzegać.
       Nie chciały się skończyć krajobrazy żywcem z polskich gór wyciągnięte. Zjechałem z głównej na Mae Cheam i wkroczyłem na płaskowyż, z którego widać już było najwyższy szczyt Tajlandii - Inthanon (kiedyś znany jako po prostu Wielka Góra, albo Staw Wron na Górze) - 2565m n.p.m. Jest centralną atrakcją wielkiego Parku Narodowego, o którego zachowanie walczył jeden z ostatnich królów Chiang Mai i od jego imienia, szczyt nosi teraz nazwę.
       Lasy spuściły swe listowie na ziemię i lekko się przerzedziły. Pomiędzy drzewami widać było białe skały. Poczułem się jak w centralnej Hiszpanii. Wioski i kurorty dla tajskich mieszczan wynajdywały dolinki i kotlinki pośród tego bajkowego krajobrazu. Kwiecie najdziwniejszego sortu obwieszało się z nagich drzew i cisnęło się słodko-mdłą wonią pod kask. Ani nawet nie zauważyłem kiedy minęło 60-siąt kilometrów krętej drogi. Zawsze to dziurawy asfalt gorszy niż szuter, ale jakoś nie zwracałem na to uwagi. To jedyna, no nie... jeszcze uroda, zaleta KTMa - zawieszenie. Jedziesz i nie zwracasz uwagi na dziury, nawet głębokie na 15-20cm. No i który BMW tak potrafi? Jeśli ktoś myśli, że lekki GS Dakar co go już nie produkują, to jest w dużym na jakieś - 10cm błędzie. To jest wada dzisiejszego rynku motocykli podróżniczych. Nie ma motocykla z dobrym zawieszeniem, tylko ten gównolit KTM.
       Rozmarzyłem się o podróżach w siodle patrząc na pejzaże górskiej Tajlandii. Ale dojechałem do Mae Cheam. Tam zatankowałem, chociaż niepotrzebnie. Wypiłem też zimny napój pomarańczowy odbijający się po pół godzinie zgagą chemii. Czułem go aż w nerkach. Średniowiecze miało feudalizm, a era atomowa ma chemiczne żarcie.
       Krętą drożyną za Mae Cheam wspinałem się na przełęcz 1360m n.p.m. Tam zaskoczył mnie strażnik na jakiejś bramce, żądając 20zł za przejazd. Takiego gościa jak ja najlepiej brać przez zaskoczenie. Zanim się zacznie pultać i krzyczeć, to zapłaci. Zapłaciłem i pojechałem we wskazanym kierunku. Okazało się, że droga prowadzi do jakiejś super pagody, co ją wszyscy odwiedzają w sobotnie popołudnie. Nie potrafiłem się zmusić do wstąpienia w tłum, mimo że widoki zza płotu były dość obiecujące. Pojechałem dalej, aż na 2565m n.p.m., na najwyższy szczyt Tajlandii. Mają tam jakieś urządzenia wojskowe, stąd asfaltowa droga, wykorzystywana również przez turystów, głównie tajskich. Parking oblegają młodzi, niewielu wchodzi sto metrów wyżej pod starą stupę pośród cienia drzew. Widoków na około szczytu nie ma, bo różnica temperatur względem tego co na dole jest tak duża, że wszystko spowija mgła. Zimno nie jest, ale powietrze rześkie, jechałem wolno aby nie zmarznąć.
       Puściłem się teraz znalezionym w GPSie skrótem do Chiang Mai. Nikt tędy nie jeździ. Oprócz lokalnych wieśniaków, którzy nowymi Hiluxami posuwają po dziurach jakby wieźli jaja w szklanych opakowaniach. Nic sobie z tego nie robiąc pędzlowałem ile wlazło wzbudzając kłęby kurzu z szutru. Takie zadupie lubię. Brak wiosek, skonsolidowanych przy drodze zastępami domostw, dziurawa, mało uczęszczana droga, góry, piękne lasy iglaste, miejsca postojowe na wyciągnięcie ręki. Zatrzymałem się na jednym takim. Tak pięknym, że już mnie ręce świerzbiły aby namiot rzucać na suche igliwie. Wyciągnąć flaszkę wody i przygotować upragniony prysznic po całym dniu w upale i flaszeczkę Hong Thonga z... cholera nie ma nic na popitkę. Ach jakby było tu pięknie w samotności pośród drzew i szumu zeschłych liści. Być panem samego siebie. Ale 'ordnung muss sein', planu się trzymać jak katechizmu człeku niewierny. Jedziemy w doliny, do gorąca i duchoty. Do miasta, hałasu, zgiełku, turystycznego świata Chiang Mai.
       Pół godziny później już mogłem żałować. Domy, wsie, miasta, ludzie, i wzbudzające grymas niesmaku napisy 'resort' osaczyły mnie na głównej dojazdówce do farm słoni, tras raftingowych i trekingowych, wszystkiego co można sprzedać białemu mieszczuchowi na wakacjach w tropikach. Tak aby się nie zmęczył, aby nie za bardzo wybiegł przed szereg, ale ziścił swoje marzenia. Pogłaskać słonia, wpuścić co bardziej odważnego męża na jego grzbiet. Popłynąć tratwą z bambusowych belek, jak po Dunajcu, z okrzykiem - o ja pierdolę, jak wspaniale! Zobaczyć wioskę przedstawienie, dawnej, górskiej kultury plemiennej. Zjeść posiłek z lokalnych przysmaków. Pstryknąć zdjęcie z samym sobą na pierwszym planie. Zapłacić za tajską przygodę życia. Zazdroszczę. Gdybym tak łatwo mógł zaspokoić swoje pragnienia, byłbym szczęśliwszym człowiekiem. Ale z zawiści pokrytykuję, tyle mojego.
       Trochę jednak wnerwiony i zawiedziony wjechałem w gorące od spalin korki Chiang Mai. Przedzierałem się przez nie tylko pół godziny. Ale jednak podgrzało to emocje. Pojechałem do dzielnicy poza starą fosą, albo kanałem, jak go dziś zwą. Tam ciszej i taniej. Ale tylko odrobinę. Znalazłem hotel. Upstrzony fantazyjnymi bajerami architektonicznymi wystroju wnętrz. Miało być tak po hipisowsku, jak w XXI wieku, na bogato, ale tanio. Klamki nie działają, wentylator włączany zapałką, kibel ma zepsutą spłuczkę, ale jest stylowo. Jeszcze bardziej zły na siebie, że wziąłem pierwszy hotel bez sprawdzenia innych, poszedłem na miasto. Najpierw zjeść śniadanie. To mnie nieco uspokoiło. Znowu ryż zapiekany z krewetkami, tym razem poprosiłem aby było spiece, znaczy na ostro. Pani kucharka, dwa razy pytała czy aby na pewno. Tak na pewno - z uśmiechem pewności siebie kiwałem głową. Było ostro i smacznie. Humor się polepszył. Spojrzałem na kucharkę innym okiem. Kiedyś musiała pracować z mężczyznami. Umiała złapać klienta na chodniku. Miała wypracowane ruchy, delikatnie muskała ramię mężczyzny, popychała jakby uprzejmie ręką ku stołowi, cały czas nie tracąc kontaktu słownego i szukając wzrokowego. Ta nonszalancja i dystans do obcego białasa, kokieteria i uwodzenie, tego nie uczy się człowiek w kuchni. Miała swoje lata.
       Potem przyjechała do niej koleżanka na rowerze. Tu na północy rower jest bardziej powszechny. Rozmawiały jak dwie bliskie osoby. Patrzyły sobie w oczy, wymieniały spokojnie zdania. Ta na rowerze przyjechała z jakimś problemem. Żółci zwykle dość oschli w emocjach, potrafią być jednak w odpowiedniej chwili kojąco mili. Przytuliła na dłuższą chwilę koleżankę. Tak bez słowa, aby dać dobrej energii, aby zasilić puste akumulatory własnym prądem. Potem uśmiechnęły się do siebie i każda poszła do swoich spraw. Rowerzystka włączyła się w ruch na ulicy, kucharka podkręciła gaz pod wogiem.
       Chiang Mai, ten kombajn przerabiający wakacyjne potrzeby białych na dochody rodzinne żółtych. Dzielnice turystyczne usiane hotelami, a zwłaszcza restauracjami i biurami obsługi turystycznej, zapewniającej wszystko czego zapragnie standaryzowany wakacjusz. W XIII wieku, kiedy południowo-chińskie plemiona Tajów wyparte przez najazdy wnuka Chingis Chana - Kubilaja, przybyły na te tereny, musiały jeszcze wyrwać nową ziemię od jej dawnych właścicieli - Monów. W 1292 Chiang Mai stało się stolicą królestwa Lanna. W XVI wieku zdobyli je na 219 lat Birmańczycy. Dziś miasto liczy sobie prawie 150 tysięcy mieszkańców. Nowe centrum znajduje się po wschodniej stronie rzeki Ping, a stare, z turystycznym, kolorowym światem, po zachodniej.
       Centrum starego Chiang Mai, wygląda jak bieżnia dla sportowców, turystów wałęsających się, ale szybkim krokiem, jak w poszukiwaniu straconej okazji na zobaczenie jeszcze czegoś innego. Czegoś co nie opisano w przewodniku, czegoś co nie można przegapić. Chiang Mai huczące po późnym zmroku zachodnią muzyką. Tętniące życiem dyskotekowym, kawiarnianym, barowym. Świat wypachnionych blond piękności, uwodzących je od niechcenia, zniewieściałych facetów z Zachodu i morświnów wierzących w cudotwórcze możliwości tajskiego masażu stóp. Wszystko to ubrane w ciuszki przyjaznego stosunku do klienta, ambicji stworzenia jedynego w swoim rodzaju raju dla turysty. Jak to się pięknie układa kiedy popyt jest obdarzany miłością podaży. Aby odpowiedzieć na pytanie jakie jest Chiang Mai, wystarczy powiedzieć, że jest takie jak Mae Sot ale z dodatkiem turystów w dużej liczbie i tego czego do życia turyści potrzebują. Albo inaczej. Czym jest motocykl. Ano tym samym czym rower, ale dla tych co nie chcą pedalić.
       Sam do końca nie rozumiem emocji jakie wywołuje we mnie takie centrum turystyczne jak Chiang Mai, więc im więcej o tym piszę tym dalej jestem od prawdy. Grunt, że po 40-stu minutach łazikowania znalazłem internet cafe, podłączyłem się do kabla i załatwiłem nie cierpiące zwłoki sprawy. Potem pepsiak, Hong Thong i Bill Frisell do ucha. Chrzanię te wałęsanie się po sztucznie wyemancypowanym mieście. Wolę swoją wyobraźnię.
       Jeszcze sprawdziłem na internecie 'badget hotels' w Pai. Moim jutrzejszym celu wędrówki. Jest tego sporo, ale 'tani' nie dla wszystkich znaczy to samo. Potem sprawdziłem w przewodniku Lonely Planet - schodzi na psy - i również zdawkowo o akomodacji dla plecakowców piątego sortu. Chyba powinienem kupować przewodniki dla kloszardów, a nie dla podróżników. Dziś podróżnik to inne zwierze niż kiedyś. Niżej standaryzowanego luksusu nie schodzi. Znowu jak te motocykle. Sprzedaje się gówno pod mianem sprzętu dla prawdziwych globtroterów. Ale zaraz... ja już o tym gdzieś czytałem. O spłycaniu wartości. Bodajże we wspomnieniach dziewiętnastowiecznego podróżnika. Jak nic dewolucja.
       Gadu, gadu, a tu już prawie pierwsza w nocy. Kolega Bogdan lubi liczyć, która w Polsce, taki przywiązany. Więc w Polsce jest tera 17-sta. Muszę jeszcze ziółka zaparzyć dla podleczenia zniszczonego zdrowia i do śpiwora. Chiang Mai leży na 315m n.p.m. i zrobiło się chłodno, tak jakoś koło 18st.C.
       Rano planowałem poleżeć, ale najpierw koło 5:40 obudzili mnie jacyś turyści, którzy przyjechali z lotniska, potem śmieciarze za oknem. Zamiast spania miałem półsen. Mój ulubiony stan czuwania... raczej marzenia. W tym stanie najlepiej wychodzą mi marzenia na jawie. Ale potem organizm niewyspany.
       Rano, coś tak koło 9-tej, korków jeszcze w centrum nie było. Łatwo wydostałem się na główną dwupasmówkę, kierującą na północ. Miasto nie chciało się skończyć. Więc w Mae Rim skręciłem na skrzyżowaniu, gdzie cała masa turystycznych oznaczeń kierowała w lewo, w góry. Ot taka improwizacja. GPS zaczął się buntować, coś tam pikać i wyświetlać na ekranie komunikaty ostrzegawcze, ale ja lubię go drażnić. Po dobrych kilkunastu, bezowocnych w atrakcje kilometrów, kazałem mu prowadzić najkrócej do celu, czyli wioski Pai. No... dla mnie bezowocnych, ale widziałem, że było po drodze mnóstwo atrakcji w stylu farma tygrysów, słoni, dumne napisy ze słowem 'resort', i takie tam.
       Nie ma to jak dobra mapa, poprowadził mnie jakimiś opłotkami, czasami przez środek gospodarstwa rolniczego, ale przy tej okazji zobaczyłem kilkanaście, całkiem ładnych pagód. Wszystkie sprawnie działające i pełniące obowiązki codzienne. W większości obsadzone mnichami. Kilka z nich obfotografowałem, chociaż groziło to pogryzieniem przez psy. Tajowie nie reagują kiedy psy dość agresywnie doskakują do łydek. Od dzieciaka nauczyło mnie życie na wsi, jak reagować na agresję psów, ale dziś musiałem się wysilać. Skopać albo obrzucić kamieniami psa należącego do mnicha, pod jego własnym domem, to nietaktowne. Dżentelmen dałby się pogryźć, a Japończyk przeprosiłby jeszcze za komplikacje. Jednak skończyło się tylko na głębokim spojrzeniu w oczy oślinionego z ujadania psa i dużej dawce nienawiści. To naprawdę działa. Trzeba tylko w sobie wyzwolić złość i nienawiść jakby się chciało urwać psu łeb i nasikać do środka. Tego nie można udawać, naprawdę tego trzeba chcieć. Ja nie mogłem sobie jeszcze odmówić płytkiej przyjemności zwycięzcy, aby dać krok dalej i wystraszyć kundla. Sytuacja powtarzała się w kilku obejściach świątyń, w końcu dałem spokój ze zdjęciami.
       Wsie na północ od Chiang Mai to zupełnie inne wsie od tych znad granicy birmańskiej. Tu nowoczesność, tam jeszcze przywiązanie do niektórych tradycji. Tu budownictwo z betonu i blachy falistej w trapezy, tam drewno i liście na dachu. Tu ludzie w jeansach, wyprostowani i dumni, tam w jakichś oldschoolowych szmatach i przygarbieni. Twarze też inne. Inne rasą i inne wyrazem. Tutaj bardziej nowoczesne, zdystansowane, twarde, tam twarz bardziej jak książka życia, ufna i szczęśliwa. Tylko te same Toyoty na podjeździe.
       Były też pola ryżowe wzdłuż systemu kanałów i rzeki. Przypomniał mi się program o Sri Lance, podobno najbardziej groźnym kraju pod względem ilości jadowitych węży. Najbardziej narażeni są plantatorzy ryżu właśnie. No i ze zdziwieniem zauważyłem, że jak dotąd w Tajlandii nie zauważyłem ani jednego węża ani skorpiona. Powinny być chociaż takie rozjechane na asfalcie przez samochody. A tu nic. Wot ciekawostka przyrodnicza. Pewnie Chińczyki wszystko zjadły. Ni stąd ni zowąd przypomniałem sobie, że nie ma tu też hałasu klaksonów. W takich krajach jak Pakistan, Indie, Sri Lanka, Nepal, a więc podobny klimat, choć zupełnie różna kultura i rasa ludzi, hałas jest taki jak na meczu piłki nożnej w Warszawie kiedy Polska wali trzy do zera z Anglikami. Taka hipotetyczna sytuacja wielkiego hałasu. Ale to nie tylko klaksony, ludzie są głośni, wszystko co czynią, robią to z hałasującą pompą. A w Tajlandii nic, cisza jak w normalnym mieście w Europie. Hałas czynią jedynie silniki samochodów i skuterów. Dziwne! Tajowie mnie ciągle zaskakują, ale niestety nie potrafię znaleźć dla nich takiej estymy jak dla Indyjczyków. Nie wiem dlaczego.
       No tak ale minęła nam lekcja historii. Cięgiem piszę o Tajach, ale to przyjezdny naród. Przybyli w te strony i w ciągu X do XII wieku, naszej ery oczywiście, odebrali Khmerom tereny wzdłuż rzeki Menan (taka nasza Wisła). Czyli całkiem niedawno. Wcześniej, przez dwa-trzy wieki wspaniale zarządzali tymi terytoriami Khmerowie. Za naszych czasów kojarzący się jedynie z komunistami khmerskimi z Kambodży. O nich będzie jeszcze później. To była wyjątkowa cywilizacja, wyjątkowo rozwinięta i płodna. Ale przed nimi tereny dzisiejszej Tajlandii zamieszkiwali Monowie, któż o nich dziś pamięta. Wracając do Tajów, przywędrowali na te tereny z południowo-wschodnich Chin. No i zostali do dziś. Ich pierwsza stolica, pierwszej państwowości tych terenów to Ajutthaja. Brzmi tak obco, że nie sposób zapamiętać. Pewnie dla przeciętnego Taja, Gniezno brzmi równie nijako. Przyjęto nazywać tą pierwszą państwowość Tajów, Syjamem.
       Największy okres rozkwitu Syjamu przypada na wiek XV-sty. Ale już w XVI-stym zaczęli pojawiać się tutaj przedstawiciele wszystkich kolonizatorów europejskich, no może poza Niemcami i Polską rzecz jasna. W tym samym okresie silna Birma wypierała Tajów z zachodu na wschód. Dzisiejsze Laos i Kambodża, a nawet kawałek Wietnamu należały do Syjamu. XIX wiek to spokój w regionie zaprowadzony przez kolonizatorów, do których dołączyły USA. Mocarstwa zza wielkiej wody, nie ważne jakiej, podzieliły wpływy i kontrakty handlowe.
       Bangkok już od 1782 roku był stolicą tego kraju. A nazwę Tajlandia wprowadził wojskowy przywódca o imieniu Pibul, w 1938 roku. Od czasu II wojny światowej przywództwo nad koloniami indochińskimi przypadło USA, to oni tu rozdawali karty. Ale zaczątki demokracji datuje się w Tajlandii na 1978 rok. Od tamtego czasu kraj się tylko rozwija.
       Wróćmy na asfaltowe drogi biegnące do Pai. To niezwykle popularny kierunek migracji turystów, głównie białych, ale w weekendy również żółtych. Za szczyt sezonu Pai określa się grudzień i styczeń. Na jedynej drodze (od strony cywilizacji) biegnącej do Pai, motocyklowi turyści niemalże zderzają się ze sobą w tłoku. Czasami mam wrażenie, że jadę na jakiś moto-zlot. Oprócz tego gnają pick-upy i busy pełne ludzi. A wszystko to zdąża do rozrośniętej wioski u podnóża nieciekawego na pozór Parku Narodowego Huai Nam Dang. Pai ma 2300 stałych mieszkańców. W ostatnich kilku latach wioska wiele zyskała dzięki rozrostowi turystyki. Odbudowano lotnisko, gdzie dziś ląduje kilkanaście samolotów dziennie. Pai stało się także miejscem akcji tajskich filmów klasy pop, co dodatkowo je rozreklamowało jako doskonałą destynację zimowych wakacji dla turystów z regionu Indochin i samych Chin. Zauważyłem też swego rodzaju dziwactwo w tym rejonie świata - czarny kamper zbudowany na pick-upie Toyoty. Czarny bo to oznacza tutaj siłę, ale kamper?! Ktoś chyba był w Europie i pozazdrościł, ale kto mu to wykonał?
       Kiedy tylko mapa w GPSie wskazywała na możliwość pojechania boczną drogą, to bez głębszego namysłu skorzystałem. Pustą szutrówką o stromiznach jak na trasie roller-coastera, pojechałem przez prawdziwy las deszczowy. Zwolniłem do pierwszego biegu i zatrzymywałem się często, aby poczuć się jak nie przymierzając Cejrowski co pieszo przemierza dżunglę amazońską. Cud natury, ale jakoś cicho, może po zmroku jest głośniej od różnego zwierza. Podjąłem decyzję, że muszę, w takim buszu, zanocować pod namiotem na dziko. Może dziś.
       Droga wiła się, ale że było pięknie to szybko się skończyła. Wjechałem na jakąś bramkę, a tu płacić. Pytam czy za drogę, gość potakuje i wspomina coś o basenach. W głowie rodzi mi się oportunizm - za co ja mam znowu płacić, kąpać się w basenach nie mam zamiaru, chcę tylko przejechać boczną drogą do Pai. W końcu wydębiłem od gościa, że ja nietutejszy i chcę najprzód sprawdzić co to, a potem jak będę wracał to zapłacę. Pojechałem na parking i drogi dalej niet. Znaczy jest, ale raczej na lekkie enduro, a motorniczy powinien mieć kombinezon i porządne enduro-buty. Poszedłem więc na obchód ścieżki dydaktycznej i znalazłem prawdziwy gejzer. Do Islandii to się nie umywa, ale na Islandii nie ma gejzerów z lasem deszczowym w tle. Było też pole biwakowe z prysznicami, restauracje, hotele, taki kompleks dla weekendowych przyjezdnych z miasta. No cóż, trzeba wracać na główną. Ale czy mam płacić na bramce, w końcu skorzystałem z widoku kipiącej, płynnej siarki ala wielki kocioł z bulgocącymi pyrkami na gazie. Wrodzona uczciwość, albo raczej nieśmiałość kazała mi zapłacić. Jakby był kolega Tomek to byśmy na wydrę przejechali przez blokadę, na wzór ucieczki do Berlina Zachodniego i byłoby po kłopocie, a tak zabrakło odwagi. Za brak tupetu trzeba płacić i to słono.
       Żyzna dolina rzeki Pai od dawna skupiała osady ludzkie. Przejeżdżając przez przełęcz 1390m n.p.m. wjeżdża się w rozsiane po szerokim płaskowyżu wioski nie mające końca ni początku. Trudno znaleźć centrum tego górskiego kurortu mającego w Tajlandii sławę podobną do Zakopanego w Polsce. W dzień miasto, albo raczej rozrośnięta wioska, jest uśpione. Dopiero po zmroku budzi się jak prawem chroniona, sowa pustułka. Pai zaczynało jako miejsce zjeżdżających się na wielką labę, blisko złotego trójkąta obfitującego w dragi, post-hipisów lat dziewięćdziesiątych. Miejsce nie zmieniło swej funkcji przez te wszystkie lata. Zmienili się pewnikiem ludzie tu przejeżdżający. Teraz to głównie wakacjusze, a nie jak dawniej niebieskie ptaki z długimi włosami. Era Rosjan powoli mija, teraz rynek nastawia się na cukierkowaty gust, typu 'hallo Kitty', nowobogackich Chińczyków. Jest ich tu bardzo dużo. Rzuca się w oczy ich kompletnie inna percepcja, inne potrzeby, zaspokojeniu których tu przybyli. Z punktu widzenia Europejczyka wydawać by się mogło, że to ludzie z wiejskiego odpustu, chcący zjeść watę cukrową, kupić kierpce oklejone pazłotkiem i strzelić sobie fotkę pod pagodą. Ale to oni kształtują rynek. Każdy z nich dzierży w ręku wypasionego Nikona. Każdy chce przywieźć souvenir i to taki w jego guście. Nie można ich tak łatwo naciągnąć jak białych, nie można ich odurzyć blagą i pustym pozerstwem. Oni wiedzą co i jaką ma wartość. Nie są wyluzowani, choć sprawiają wrażenie dziecinnych. Ale mają szmal i wielkie potrzeby. Taj musi przestawić się ze stylowej knajpy z Bobem Marleyem w tle, na wystrój ala domek dla lalek własnej córki oraz chińskie disco. Jak pogodzić klientów z Chin z klientami z Zachodu? Na pozór się nie da. Ale czas pokaże wspólny konsensus. Prawdopodobnie nieodporni na pokusy materializmu Chińczycy wejdą w kicz zachodnich wakacjuszy jak w masło. Ale to jeszcze nie dziś. Bardzo byłbym ciekaw opracowań socjologicznych pisanych przez Chińczyków z Chin. Oni to widzą dużo lepiej.
       Wesołe miasteczko - Pai wciąga wielu na wiele dni. To zaledwie kilka przecznic obsadzonych stoiskami z ciuchami w stylu hipi oraz sztuką, niekiedy bardzo ciekawą, rękodziełem, ale przede wszystkim żarcie, pod każdą postacią. Z wózków na kółkach, z kramów, w restauracjach z siedzeniami na materacach, jak u ziomala co zioło wciąga co wieczór, w restauracjach jak z piątej avenue w New Yorkie. Także hotele z klimatem, guest housy, każdy w swoim rodzaju. No i dla okrasy mnóstwo biur turystycznych, gdzie można wszystko, wszędzie i jak tylko się da. Od spływu raftingiem i tyrolki, po treking i quady. Nie ma tylko w ofercie lotów w kosmos, bo nie nawiązali stałej umowy z Kosmodromem. Turysta chodzi w kółko, zjada, pije long drinki i napawa swe zmysły muzą, zapachami, magią blichtru i ułudy, że świat dziś jest tu, a jeśli cię tu nie ma, bo akurat masz sraczkę, to mija cię jedyna w życiu okazja na poznanie cud Tajki o wyzwolonych manierach kokietki, albo mija cię możliwość nawiązania super kontaktów z innymi równiachami, co na co dzień w gajerach, w biurze cudzymi aktywami, w Berlinie czy innym Madrycie obracają. Tak jak hipermarket ma na celu dać wszystko klientowi w sobotnie popołudnie, aby nie musiał nigdzie indziej chodzić, tak wesołe miasteczko Pai ma dać pełną ofertę możliwości spędzenia idealnych wprost wakacji.
       A ja głupi myślałem, że jak pojadę trochę w bok, w góry to znajdę się pośród zadrzewionej wioski pełnej zacienionych hotelików w kształcie ratanu, gdzie na wzór Kathmandu spacerują sobie pomiędzy sklepami i biurami turystycznymi łazikowcy, trekingowcy i podróżnicy. Pai nie ma za grosz atmosfery Thamelu (Kathmandu), ani Varkala (Indie), a na pewno Pushkaru czy Manikaran (Indie). Jeśliby szukać podobieństw, to prędzej w Międzyzdrojach, czy innym Saint Tropez, tyle że w stylu odpustu znanego z dawnych pikników w Mrągowie.
       Nie wiedziałem tego wszystkiego jak tu przyjechałem koło 15-stej. Zastanawiałem się gdzie jest centrum tego Pai, bo było szaro, gorąco i nijako. Wysokość ponad 520m n.p.m. ale upał. Dziwne. Pojechałem więc w góry, w nadziei znalezienia oazy dla górołazów, co to podobno po tutejszym parku się szwendają. Ale licha szutrówka idąca tak stromo pod górę, że skutery miałyby trudności, a po deszczu to gotowy RainForestChallenge, nie zapowiadała nic z tego co oczekiwałem od doliny Pai. Jak zwykle, im człowiek się więcej nasłucha tym potem bardziej się zżyma.
       Wjechałem 500m w górę, czasami na jedynce i miałem dość. Do końca drogi zostało jakieś 14km. A koniec to jakaś wioska, miała być, w mojej wyobraźni taką Szklarską Porębą, ale dojazd wskazuje raczej na Wąchock Górny. Rozejrzałem się w poszukiwaniu miejsca pod namiot i pojechałem do Pai na śniadanie-kolację. Jak już zjechałem, to znalazłem hotel, całkiem miły i dość tani, no i Pai mnie zatrzymało na ten dzień. Poszedłem na śniadanie do zwykłego baru dla lokalesów, przy dudniącym taj-disco. Nadal nie wiem co oni serwują, więc pokazałem palcem na zdjęciach rozwieszonych ponad kuchnią, czego mój żołądek woła. Dostałem to co zwykle, ryż z warzywami, jajecznicą i krewetkami. Na drugie zamówiłem coś zielonego, na mój gust naleśniki z rabarbaru, z nadzieniem z kurczaka. Przynieśli jakieś zielone łodygi w smaku nieziemskim, w sosie nieziemsko ostrym. Bambusy to nie były, raczej jakieś kłącza tataraku, albo sitowia z pobliskiego stawu przeciwpożarowego. Nic to, ważne że smaczne jak diabli. Ryż z warzywami był znowu zupełnie inaczej doprawiony i z zupełnie innymi warzywami niż w Chiang Mai, czy Mae Sariang, albo Mae Sot. Popiłem Colą i poszedłem spiesznie na kibelek, a nie... po drodze kupiłem tajską brandy na odkażenie. Zdążyłem w samą porę aby przepuścić przez rurę mojego przewodu pokarmowego to smaczne pożywienie. Ostre na wstępie i ostre w ustępie. To zasada stara jak E=mc(kwadrat).
       Zaprawiwszy się brandy o smaku cienkiego bourbona za 34zł z Lidla, poszedłem udzielić się towarzysko w uliczki Pai. Polegało to mniej więcej na rozsiewaniu nonszalanckiego i pełnego wdzięku uśmiechu do wszystkich pań jakie napotkałem. Jednakże werbalne uznanie uzyskałem jedynie u starszej pani patyczkarki. Znaczy się... takiej co ma rożen, a na nim patyczki strugane z resztkami kurczęcych bebechów. Pewnie domyśliła się brandy, albo innych dragów i wykorzystała okazję aby wcisnąć mi jeszcze po dwa patyczki z wątróbkami. Dobre były, u nas takich po zecie nie sprzedają, tylko jakieś sushi i inne dziwactwa dla bogaczy.
       Następnie, kiedy nadpłynęły domy... - jak zwykł mawiać nieodżałowany Dudek, znalazłem i trafiłem w drzwi internet cafe. Udzieliłem się na platformie wymiany myśli i emocji zwanej potocznie facetbukiem, a kiedy wstałem od biurka, musiałem znowu usiąść, ale na krześle połączonym z kanalizą. Więc w te pędy do hotelu. I tu pochwaliłem sam siebie, za przezorność znalezienia hotelu w centrum. Zewsząd blisko.
       Spuściwszy wodę, łyknąłem lekarstwa na żołądek w płynie i poszedłem po raz trzeci w uliczki Pai. Teraz już mi się tu baaardzo podobało. Nie zmieniło to jednak biegu wydarzeń. Spacerowałem bez sensu i celu. Robiłem pętelki, aby nie wracać po tych samych uliczkach, ale i tak na nie trafiałem, bo średnica centrum turystycznego Pai ma jakieś 500m. Jeść już nie chciałem, chociaż żołądek pusty. Picie miałem w hotelu. Internet załatwiony. To po kiego grzyba ja tu tak dreptam obijając się o innych mnie podobnych? Późno, ale jednak zadałem sobie to pytanie, a potem skierowałem się do hotelu, gdzie padłem na wygodny fotel na ganku by oddać się w objęcia marzeń. To lepsze od rzeczywistości Pai.
       Rano nie śpieszyłem się z pakowaniem. Dopiero koło 10-tej wyjechałem na szlak. Z początku droga nie była zbyt ciekawa. Obsadzony gospodarstwami rolnymi płaskowyż ciągnął się i nie chciał skończyć. Dopiero po godzinie zacząłem się wspinać na przełęcz - 1411m n.p.m. Wraz ze wzrostem wysokości stoki gór zalesiły się drzewami tropikalnymi. Niektóre wystrzeliwały na kilkadziesiąt metrów ponad splątaną lianami gęstwinę liści. Wyrastały z czerwonej ziemi pooranej przez ciężkie maszyny naprawiające drogę. Widać podczas monsunu ziemia często obsuwa się lawinami tłustego, czerwonego błota. Na przełęczy można było przespacerować się ścieżką dydaktyczną po lesie z widokami na pagórkowaty teren Narodowego Parku Nam Tok Mae Surin. Kolejne wzniesienia zachodziły za siebie jak karty trzymane w ręku pokerzysty. Każda dalsza coraz słabiej widoczna w drgającym od temperatury powietrzu. Wszystko porośnięte lasem tropikalnym. Teraz w południe cichym, a w lutym suchym jak pieprz.
       Droga do Mae Hong Son nie odznaczała się niczym szczególnym. Raz zatrzymałem się w małej wiosce, przy sklepiku. Centrum skupiające wszelkie sklepiki zaopatrujące okolicznych rolników. Rzędem zaparkowane pick-upy przywoziły płody rolne, a wywoziły potrzebny sprzęt i żywność wysokoprzetworzoną. Ot normalny dzień z życia tajskiej wsi. Panuje tu jednak inne, od tego które znamy z Polski, tempo pracy, inne tempo życia. Czas biegnie wolniej i nikt się nie spieszy. Zawsze jest chwila na rozmowę z sąsiadem, zapalenie papierosa ze sklepikarzem, wypicie piwa z kumplami w barze. Na co my, w Europie, zamieniliśmy nadmiar czasu? Drogą śmigają turyści na skuterach i motocyklach, wożą ich także busy i pick-upy. Droga jak kręgosłup tej okolicy trzyma wszystko w kupie, zasila napływem produktów cywilizacji, przynosi napływ ludzi z innego świata... na chwilę. Pamiętam małą, syberyjską wioskę, oddaloną o dwa dni drogi od cywilizacji, samochodem po dziurach. Przecinały ją tory kolei BAM (Bajkalsko-Amurska Magistrala Kolejowa), ale pociągi prawie się tu nie zatrzymywały. Czas tej wioski już nie płynął, zgasł jak nadzieja, dawno temu.
       W Mae Hong Son zatrzymałem się na obiad. Postanowiłem zanocować dziś w lesie, gdzieś przed Mae Chaem, więc trzeba zjeść coś wcześniej, albo nie jeść nic. Miasteczko Mae Hong Son jest stolicą regionu wciętego w Birmę. Niegdyś było tajskim przyczółkiem produkcji Złotego Trójkąta. Po zdecydowanych posunięciach rządu tajskiego przy współpracy z USA, produkcja narkotyków w tym regionie zmalała, a dla przyjezdnego, takiego jak ja, w zasadzie zupełnie znikła. Obszary leśne, trudno dostępne dla zmotoryzowanych, są dość duże. Łatwo ukryć nielegalną plantację pośród gór zalesionych tropikalnym lasem. Ścieżki w takim lesie szybko zarastają, trzeba wydeptywać je na nowo, a dróg dla samochodów prawie nie ma. Podczas pory deszczowej, czyli od czerwca do listopada, góry rozmywają niekończące się deszcze. W błocie przemieszczać można się tylko pieszo i tylko pieszo pokonywać wezbrane strumienie. Miasteczko ma 6 tysięcy mieszkańców.
       Mae Hong Son to niewielka mieścina. Podobna do Mae Sariang, mniej do Mae Sot. Kilka ulic tworzy wrażenie centrum miasta z niską zabudową i kablami wiszącymi na słupach. Partery budynków to sklepy, warsztaty i restauracje. Zatrzymuje się tutaj też trochę białych turystów, ale to nie jest wesołe miasteczko typu Pai. W popołudniowy skwar dreptałem przez te szerokie ulice w poszukiwaniu jakiejś restauracji. O 14-stej normalne restauracje dla tubylców jeszcze nie pracują. Dopiero przygotowuje się posiłki na wieczór. Teraz wszyscy mają swoje obowiązki, a dopiero tak około 18-stej, tuż przed zachodem słońca, wyjdą na miasto. Gdzie te czasy podróży po Mongolii, gdzie baraninkę można dostać już 7-dmej rano i 13-stej i o 22-giej. Znalazłem w końcu, w bocznej ulicy, skrojony dla turystów, mały przybytek rozkoszy podniebienia. Tym razem nie było tak smacznie jak ostatnio, ani tak ostro, ale za to szybko i tanio.
       Wyjechałem na południe, nadal turystycznym szlakiem, w kierunku Khun Yuam. Droga była szersza i z łagodniejszymi zakrętami, jechało się więc dużo szybciej. Tak jak przypuszczałem, dopiero kiedy skręciłem w boczną na Mae Chaem zrobiło się ciekawiej. Wjechałem w bardziej strome góry, nadal zarośnięte lasami. Miejscami były to iglaki, ale częściej ogołocone z liści jesienną porą. Droga wiła się jak sznurek w kieszeni. Co chwilę można było się zatrzymywać aby robić zdjęcia z kolejnych przełęczy. Wszystkie szczyty wokół miały podobną wysokość, na oko tak 1700m n.p.m. Poprowadzenie przez nie drogi wymagało wykręcania holupców, pionowych podjazdów i zjazdów, miejscami jechało się od szczytu do szczytu po grani. Ale asfalt był dość szeroki i tylko miejscami dziurawy. Wiosek było mało, większość z nich to luźno porozrzucane drewniane domostwa kryte liśćmi. Czasami natrafiałem na małe stada krów. Zatrzymałem się raz czy dwa w takich wioskach. Ich świat nie zmieniła moja obecność. Popijając zimne soki z lodówki, spacerowałem i zaglądałem w każdy zakamarek warsztatów i sklepików. W odróżnieniu od podobnych spacerów w krajach centralnej, lub południowej Azji, tutaj nikt się mną nie interesował. Czasami tylko odwzajemniałem uśmiech, pomachałem ręką do przejeżdżającego motocyklisty. W zasadzie nic szczególnego się nie wydarzyło, ale przez chwilę byłem częścią tak odległej od Europy rzeczywistości. A jednocześnie bardzo podobnej do naszej. Bo wszędzie żyje się podobnie. Ta droga zrobiła na mnie jak najlepsze wrażenie. Porównałbym ją do tego pierwszego odcinka z Mae Sot do Mae Sariang. Dalej od szlaków turystycznych i zupełnie dziko. Tak podróżować lubię najbardziej. Ale zwykle to co nam sprawia najwięcej przyjemności, najmniej nas motywuje do rozwoju. Chociaż umysł mami nas wymówkami, że właśnie tego potrzebujemy ponad wszystko i to z racjonalnych powodów.

       Czymś nowym dla mnie okazał się nocleg w lesie tropikalnym. Nie był to las deszczowy, raczej taki ogołocony z liści, szeleszczący nimi pod nogami, zupełnie jak w Polsce. Zjechałem w boczną, mało uczęszczaną drogę i już po kilkuset metrach musiałem zatrzymać się przed powalonym drzewem. Na trawersie drogi było w miarę płasko , więc postanowiłem rozbić tu namiot. Zmierzchało, więc miałem pół godziny od zachodu słońca, aby uporać się z pracami bez latarki. Miałem nadzieję na znalezienie się tej nocy w prawdziwym lesie deszczowym, ale nie trafiłem takowego.
       Kiedy wreszcie po prysznicu wskoczyłem do namiotu, gwiazdy świeciły już jak o północy, a las zaczął żyć własnymi dźwiękami. Okazało się, że jednak mieszka w nim trochę zwierza. Przede wszystkim ptaki i dużo jakichś pędraków, wijów, pająków. Można było leżeć i nasłuchiwać gadania ptactwa. Takich dźwięków jeszcze nie słyszałem. Czasami przypominały ludzkie nawoływania, śmiechy, albo z kolei brzęczyki z komputera. Nie wiem czy ptaki różnych gatunków odpowiadały sobie krzykami. Ale tak to wyglądało, bo co jeden ucichł z prawej, to drugi z lewej się odzywał. Z początku liczyłem ilość różnych dźwięków, ale pogubiłem się przy trzydziestu. Gdyby pozwolić wyobraźni na tworzenie obrazów do tych dźwięków można by umrzeć ze strachu, a na pewno nie cieszyć się tym koncertem. Siedząc tyle dni w hotelach, w głośnych do rana od hucznych zabaw turystów typu wesołego, wakacyjnych miasteczkach, zamknięty w dusznych, betonowych pokojach słyszałem jedynie szum wiatraka rozpędzającego stojące powietrze. Teraz żałuję, że wcześniej nie znalazłem wystarczającej motywacji aby się zatrzymać na noc w tylu ciekawych miejscach jakie mijałem. Dziś leżę w namiocie i patrzę przez moskitierę na gwiazdy. Słucham lasu i jestem samowystarczalny na ten wieczór. Właśnie tego było mi trzeba. Wolności od przyzwyczajenia robienia tego co wszyscy. Jeżdżenia po turystycznej trasie, razem z turystami na ich wypożyczonych sprzętach i siedzenia w kombajnach-wytwórniach idealnych wakacji. Jakby tak pokusić się o jeżdżenie zupełnie bocznymi drogami i nocowanie tylko pod gołym niebem, to ta górzysta część Tajlandii mogłaby wydać się zupełnie ciekawa.
       Nad ranem zbudził mnie wiatr. Zrzucał suche liście z drzew, a one opadając hałasowały jakby niedźwiedź się skradał. Ale nikt mnie w nocy nie odwiedził. Poczekałem z wyjazdem do 9-tej, aby nie zmarznąć na motocyklu. Ale już około 11-stej było gorąco i duszno. Zjechałem z wyższych gór do miasteczka Hot. Po drodze mijałem skaliste przełomy rzeki Chaem. Droga wiła się wzdłuż nich i można było podziwiać siłę natury przesuwającą skały monsunowymi deszczami. Wyjechałem ze strefy turystycznej. Na południe od Hot nikt nie jeździ wypożyczonymi motocyklami. Niepostrzeżenie skończyła się przygoda w górach Tajlandii. Wioski zrobiły się normalne, drogi proste i nawet bardziej puste, krajobraz nijako-rolniczy. Już nic nie przykuwało wzroku, nie zatrzymywało aby zrobić zdjęcie. Miejsca postoju, dla odpoczynku wybierałem kierując się ilością cienia i brakiem ludzi, a nie jak wcześniej urokliwym krajobrazem. Otaczała mnie teraz zwykła Tajlandia, taka jaką widziałem pierwszego dnia jadąc po autostradzie. Przyrównałbym to do porannego otrzeźwienia po morderczo wesołej nocy. Kolory blakną, pęd zdarzeń wokół zwalnia tempo, cisza zmusza do refleksji nad tym co minęło. Kiedy zwykła zabawa nie wystarczała i odurzaliśmy zmysły, teraz organizm buntuje się kacem. Jak rano w Pai pakowałem rzeczy, za ścianą młode dzieciaki z Izraela wyrzucały z żołądka resztki nocnej zabawy klęcząc nad sedesem. Tak mi się przypomniało, teraz kiedy opuściłem ten ładniejszy zakątek Tajlandii. Ja nie tęskniłem za tym co widziałem na północy, prędzej już spieszno mi było do nowych wrażeń, do realizacji planów podboju Kambodży. Wiedziałem, że jak tylko zjadę z gór zderzę się ze ścianą gorąca i duchoty tropikalnego klimatu. Na szczęście jechałem nieco mniej uczęszczanymi drogami, na skróty. Pozwoliło to na swobodę jazdy, bez ciągłego uważania na tłum samochodów. Wiosek też nie było aż tak wiele, ale skończyły się też lasy, więc znalezienie cienia na cogodzinne postoje było trudniejsze.
       Jeszcze na chwilę poczułem się w górach, przejeżdżając pagórkowaty teren wokół zbiornika Mae Mok. Wcześniej przekraczałem ostrymi serpentynami odnogę Parku Mae Ping, za to w okolicy miasteczka Thung Saliam płaskie jak stół pola uprawne usiane były wysokimi na kilkaset metrów skałami porośniętymi drzewami. Dość niecodzienny krajobraz z takimi stromymi wieżowcami na tle gajów pomarańczowych i plantacji ryżu. Skały miały nieregularne kształty i przypominały Utah w USA, ale były zalesione.
       Wreszcie dojechałem do starego miasta Sukhothai. To dość rozległy kompleks ceglanych ruin z XIII wieku, zbudowanych jeszcze przez Khmerów. Państwo o tej samej nazwie istniało od 1238 do 1438 roku i uważa się je za protoplastę Tajlandii. Teren jest podzielony na kilka fragmentów, do każdego trzeba mieć osobny bilet za 10zł. Pomiędzy odległymi od siebie terenami zabytkowymi biegną dość ruchliwe drogi. Zwiedzać można wypożyczonym rowerem, lub własnym motocyklem. Trudno mi jest zachwycać się urokiem tych ruin. Jak dla mnie są mało wyrafinowane w zdobnictwie, kiepsko zachowane, a stylem architektonicznym sprawiają wrażenie jakby miały dwa razy więcej lat. W porównaniu do podobnych miejsc w Indiach, Sukhothai wypada bardzo mizernie. Coś jakby stworzył je mało zdolny uczeń artystów indyjskich. I pomyśleć, że w tym samym czasie, dużo młodsza cywilizacja Armeńska, tworzyła niezwykle finezyjne budowle w kamieniu. Jeśli Sukhothai jest największą atrakcją historyczną Tajlandii, to ja osobiście mogę sobie podarować resztę. Czyżby tylko plaże i góry w tym kraju mogły choć trochę przyciągać?
       Pokręciłem się trochę po Sukhothai pstrykając zdjęcia z ruinami w tle. Podobnie jak polskie, czy czeskie zamki, najładniej prezentowały się na tle przyrody, z daleka. Teren porastają drzewa z tych deszczowców oraz palmy. Jest tu także kilka zbiorników wodnych. Można znaleźć o zachodzie słońca parę ciekawych plenerów zdjęciowych. Niestety pomiędzy terenami zabytkowymi przebiegają zwykle drogi łączące okoliczne miasteczka, efekt jest taki, że trudno uciec od hałasu samochodów. Ruiny są podświetlane i otwarte dwie godziny po zmroku, więc może i wtedy jest tu pięknie jak w parku miejskim.
       Hotel z wolnymi pokojami znalazłem dopiero w nowym Sukhothai, 12 kilometrów na wschód. Ruiny to obowiązkowy przystanek dla turystów, jest ich tu cała masa. Nad rzeką, w nowym mieście, stworzyła się już mała dzielnica dla białych, z restauracjami, hotelami i sklepami. W innej części miasta trafiłem akurat na jakiś jarmark. Wmieszałem się w tłum tubylców przechadzających się pomiędzy ciasno upakowanymi, samojezdnymi kramami z różnym jadłem. Były nawet tajskie suszi, ryby, przedziwne desery na słodko, jaja jakby gołębie z zieleniną, no i moje ulubione serduszka drobiowe z grila. Taki targ lubię. Trochę duszno i ciasno, trochę hałaśliwie od taj-disco, ale można wytrzymać i napstrykać kilka niezwykłych zdjęć.
       Taj-disco huczało również po drugiej stronie rzeki Yom. W nie do końca dobrze oświetlonym, małym parku, z drzewami bez liści, jak to w zimie, rozstawiono scenę z wysokim na dwa metry podestem. Na tej scenie poruszał się, ustawiony tyłem do widowni przysadzisty człowieczek. Muzyka była wybitnie taj-disco i trudno było złapać rytm, a na pewno nieuchwytnym pozostawał sens słuchania takiego hałasu. Ale nie zniechęcało to kilkunastoosobowej grupki w kolorowych dresach, próbującej nadążyć podobnymi ruchy za wodzirejem podskakującym na scenie i wykrzykującym, do mikrofonu, słowa... prawdopodobnie zachęty. W oddali stało kilkoro białych, zmieniali się po paru minutach obserwacji. Scenka w parku na pewno mogła poprawić humor przyjezdnym, nie rozumiejącym nowego stylu tańca tajskiego, coś jakby 'gwiezdnowojenny' robot 3PO próbował pląsów w takt stukającej panewki na wale korbowym nowego silnika D4D Toyoty. Zastanawiający był upór i zajadłość z jaką prezenter owego break-taj-dance próbował zaszczepić swoim słuchaczom mechanicznie wykonywane, śmieszne i pozbawione wdzięku ruchy. Przez myśl przeszło mi nawet, że to nie taniec ale wersja tańczonego aerobiku. W takim wypadku prezenter pokazywał by dość taneczne ćwiczenia odchudzające. To by miało sens. Jednak muzyka zniechęcała, no i sam prezenter był zbyt gruby jak na trenera aerobiku, kto by mu uwierzył, że jego metoda daje jakieś rezultaty.
       W nocy miałem przeprawę z komarami. Mimo mojej praktyki, takich jeszcze nie widziałem. W ogóle nie było ich słychać, choć wcale nie były takie małe. Gryzły... ale nie na tyle abym znalazł motywację do pójścia po moskitierę do motocykla. Włączyłem za to wiatrak, a jak się zrobilo zimno to się przykryłem śpiworem.
       Ranek nie zapowiadał tak gorącego dnia jakiego oczekiwałem. Miałem do pokonania 435 kilometrów do Bangkoku. Pierwsze sto to zwykła, zatłoczona droga. Aby jechać motocyklem 80km/h, co nie jest normalne dla motocykli w Tajlandii, trzeba się przepychać i mieć oczy dookoła głowy. Żaden, inny uczestnik ruchu nie sądzi bowiem, że motocykl może jechać tak szybko, zwłaszcza na odcinkach dziurawych, na których Tajowie jadą bardzo wolno. To dobry moment aby wyprzedzić zawalidrogi. Na stojąco KTMem można jechać nawet w poprzek kartofliska, więc nie przejmowałem się wyrwami w jezdni tak jak Tajowie.
       Gdzieś w połowie trasy, wyprzedziło mnie kilka wyekwipowanych, samochodów terenowych z Chin. Były oklejone napisami sponsorów, na bagażnikach dachowych wieźli mnóstwo sprzętu. Potem spotkałem ich na stacji paliw. Okazało się, że Chińczyki przyjęli z Zachodu formę podróżowania samochodami. Wymyślili sobie trasę Pekin-Jakarta-Pekin, zakupili japońskie terenówki, stuningowali australijskim osprzętem i pojechali na przygodę życia. Chińczyk ciągle tkwi w naszej mentalności jako ta mróweczka kopiująca wiertarki Bosha za małe pieniądze. Ale lekkie poluzowanie zamordyzmu popchnęło społeczeństwo w kierunku globalizacji i tego nie da się już zatrzymać. Powoli, najpierw ci którzy mają pieniądze, będą chcieli żyć tak jak ludzie biali. Chiński smok, tania siła robocza, zje własny ogon i będzie musiał się zmienić w kierunku, ot chociażby tak cywilizowanego kraju jakim jest Tajlandia. Stanie się mało konkurencyjny na rynku wytwórczym, ale bardzo silny na rynku konsumpcyjnym. Kto wie, może za sto lat, będą żyli na kredyt, tak jak Amerykanie.
       Nieco chłodniejsza pogoda utrzymała się aż do wieczora. Dzięki cienkim, rozmazanym po niebie chmurkom, słońce nie prażyło tak mocno. Dopiero ścisk samochodów na 30 kilometrów przed centrum Bangkoku, dał mi popalić. Skutery przeciskały się wszelkimi dziurami w korku. Wzdłuż i w poprzek. Ja z aluminiowymi kuframi, nie miałem na to szans. Stałem więc jak inne samochody, czasami nawet blokowałem drogę skuterom. Ale to całkiem przypadkowo.
       Pewnie tylko przyjezdnemu do takich miast jak Bangkok, czy Warszawa, wydaje się absurdem mieszkanie w takim kotle wirującego hałasu, ruchu, pośpiechu i bezosobowości. Wcześniej, na jakiejś stacji benzynowej przy autostradzie, oglądałem mrówki idące rzędem po ławce, by potem po gałązce wejść na drzewo. Przenosiły jakieś rzeczy, zderzały się ze sobą, pewnie komunikowały, zawracały. Wszędzie dookoła było tyle miejsca, ale one tłoczyły się na jednej ścieżce. Podobnie, gdy spojrzeć z wysoka na ruch uliczny w Bangkoku wygląda to jak chaos sprzecznych pomysłów na przemieszczenie się z jednego miejsca w drugie. Miałem okazję wieczorem patrzeć na to z któregoś tam piętra wieżowca, goszcząc w apartamencie u znajomego. Samochody zupełnie zapchały ulice w całym kwartale. Wszystkie blokowały się nawzajem zmierzając w przeciwnych kierunkach. Kierowcy cierpliwie siedzieli w ich wnętrzach, silniki pracowały aby mogła działać klimatyzacja. Patrzyłem przez godzinę, nie przez cały czas, ale z przerwami, widziałem jeden oświetlony jak choinka bus, nieznacznie tylko zmienił swoją pozycję przez tą godzinę. Jak złogi cholesterolu, samochody blokowały wszystko dookoła. Jedynie motocykliści z trudem przeciskali się pomiędzy, czasami wracając pod prąd, by znaleźć lukę i przejechać na przeciwny pas ruchu. Ich fale przepływały jak woda pomiędzy kamieniami strumienia górskiego. Ale jaki to ma sens, dla ludzi siedzących w tych samochodach, tak codziennie godzinami w korku, wracając z pracy? Jaką trzeba mieć motywację aby w tym uczestniczyć i znosić to jak codzienny rytuał? Czy inne rytuały, typu religia, narodziny, śmierć, miłość, nienawiść, wyglądają z dystansu wieżowca tak samo idiotycznie?
       Tuż przed piętrowym garażem, gdzie miałem odstawić motocykl stanąłem w takim korku. Zgasiłem silnik, bo trudno mi było wytrzymać gorąco buchające spod zbiornika paliwa. Sądziłem, że za pięć, no góra dziesięć minut ruszymy. Na pewno była stłuczka i jakoś się to rozejdzie. Parę godzin później, kiedy obserwowałem tą ulicę z apartamentu w wieżowcu, już wiedziałem, że wszystkie ulice, w każdym kierunku tak wyglądają. Stojąc pół godziny i patrząc jak skutery przepływają pomiędzy samochodami, też spróbowałem. Musiałem uważać aby nie zarysować tych lśniących limuzyn aluminiowymi kuframi, nie mam ubezpieczenia, w ogóle nie mam żadnych papierów. Metr za metrem zbliżałem się do garażu. Według GPSa zostało mi 485 metrów i utknąłem. Musiałem czekać aż sprzedawca szaszłyków zarobi trochę w tym miejscu i przeniesie się z moto-kramem nieco dalej, w głąb bocznej uliczki. Po pół godzinie przesunął swą ruchomość i miałem te kilka centymetrów aby przejechać obok czarnego, nowego Mercedesa S-klasse. Po kolejnych kilkunastu minutach przesuwania się do przodu, odpychania nogami, miałem dzianego gościa w tym Mercu, co na kolację do domu nie zdąży, już ponad sto metrów za sobą. Wentylator chłodził silnik i pchał cały gorąc w moje uda. Pod odzieniem cały płynąłem i było mi już wszystko jedno. Ludzie żyjący na kupie, w jednym miejscu, jak w mrowisku. Jaki można mieć do nich stosunek, kiedy porówna się do tego miejsca, ciszę i bliskość przyrody, sprzed dwu dni, kiedy nocowałem w lesie? Jak oni, tu w Bangkoku, widzą taką dziką przyrodę? Czy tak samo patrzą na prawdziwą dzicz, jak młodzi reagują na prawdziwy szczypiorek od babci z działki zamiast snickersa?
       No ale w końcu dotarłem na czwarte piętro garażu. Tygodniowa pętla zrobiona, 1200zł wydane. Ot taka przygoda w życiu. Akurat napatoczył się znajomy Niemiec i pyta czy sprzedaję KTMa. Ano trzeba by sprzedać moto bez papierów. Tomek - właściciel też był tego zdania. Po godzinie przyjechał drugi Niemiec. Też emeryt co to ma dziewczynę w Tajsku, ale do tego kolekcję siedmiu motocykli BMW. Każdy z tych motocykli, siedzi w Tajlandii na nielegalu, bo papiery celne już dawno straciły ważność. Podróżnicy tu przyjeżdżają i nie kontynuują trasy dookoła świata. Takie życie. A Niemiec skupuje, bo kolekcjonować lubi. Dosiadł KTMa z trudem, bo nóżki ma krótkie. Zrobił minę jak zawodowy handlarz, że sprzęt mu się nie podoba. Jak usłyszał hałas KTMowskiego silnika to chciał uciekać. Ale drugi Niemiec na to, że w całych Indochinach nikt KTMa nie ma bo tu same pokurcze mieszkają, a na KTMa to trzeba mieć postawę męską i długie nogi. Podziałało, oko błysło, pewnie sobie pomyślał - taki KTM w kolekcji to jak dziewczyna z długimi nogami. Może w tańcu głupio wygląda z konusem, ale jak to mężczyznę nobilituje - wysoka kobieta, albo wysoki KTM. Grymasił jeszcze z ceną. Nawet go zniechęcałem, że to enduro, że dla wariatów, ale wziął telefon i ma się w nocy zastanowić. Ano zobaczymy rano.
       Wcześniej, kiedy stałem w korku, przez jezdnię przeczołgiwał się jakiś żebrak. Ciągnął swe zniekształcone, jakby przemielone w betoniarce ciało. Ciążyło mu jak kula u nogi, albo jak ciało ciąży duszy, ale umysł kazał mu trwać przy swoim, zbudować sobie podeścik na kółeczkach i ciągnąć się po mieście w poszukiwaniu dochodu z jałmużny. Dla niego każdy grosz to kolejny dzień. Widziałem dużo gorsze przypadki w Indiach, ale zawsze chodzi o to samo - siłę która napędzi członki do pracy, a umysł do znalezienia nadziei. Słuchając Niemca co ma wszystko, a nawet dziewczynę w Tajsku i kolekcję nielegalnych BMW, myślałem oczywiście o sobie, o tym że jak bym miał siedem BMW to bym badziewie sprzedał i kupił za to długą podróż. A co zrobiłby taki kadłubek czołgający się z uśmiechem na ustach po chodniku i między samochodami?
       Późniejszym wieczorem wyszedłem na miasto w poszukiwaniu jadła, śniadania znaczy się. Wtrząchnąłem na początek dwa patyczki, ostro przyprawionych serduszek kurzęcych. Potem poszła spring-rolka w barze gdzie mówią po arabsku. No właśnie, ta jedna z najdroższych dzielnic Bangkoku, obfituje w przyjezdnych Arabów, ale także w przyjezdnych z Afryki muzułmanów. Niemiec wyjaśnił mi, że przyjeżdżają tutaj, bo tu lepsza opieka medyczna, lepsi lekarze w szpitalach i tańsi. Naprawiają swoje rozdęte ciała i wracają do ojczyzny. Przy tej okazji mieszka tu wielu muzułmanów tajskich i białych, powstało kilkanaście luksusowych hoteli dla muzułmanów, restauracji, sklepów ze złotem, itp. Na niektórych uliczkach można się poczuć jak w krajach arabskich. Ale kobiety okutane czarnymi burkami chodzą ze swymi mężami dalej, również na uliczki z dziwkami i barami dla białych. Można ustrzelić zdjęcie kiedy jedna kultura styka się z drugą. Kiedy dziewczyny tajskie, albo ze środkowej Azji, wystawiają swoje wdzięki na pokaz i na powab leciwych białasów, a środkiem wali bogaty, bo gruby jak szafa, Arab z szanowną małżonką w czarnym worku na głowie. Jednak można współegzystować i nie wadzić sobie nawzajem.
       Dziś skończyłem orkę na motocyklu. Siedem dni, codziennie od rana do wieczora w siodle. Bez zwracania zbytniej uwagi na zmęczenie, upał czasami powodujący lekkie omdlenia, odparzoną na gorącym siedzeniu dupę, pot i brud. To tylko siedem dni. Bywało tak po czterdzieści. Ale dziś też czuję jakby coś się skończyło, jakbym coś utracił na rzecz nowego. Chyba nadaję się do pracy przy taśmie. Mógłbym z uporem maniaka, codziennie dłubać tą samą robotę mimo zmęczenia materiału mojego ciała.
       Następny dzień w Bangkoku spędziłem na załatwianiu spraw organizacyjnych. Ale dzięki temu, że wybrałem się na wycieczkę, na lotnisko, aby odebrać Iwonę, miałem okazję zaobserwować kilka ciekawych sytuacji. Niedaleko dzielnicy Sukhumit zbudowano kolejną kolejkę napowietrzną, łączącą centrum z lotniskiem na peryferiach, a jednocześnie zasilającą wschodnie przedmieścia. W Bangkoku powstało kilka niezależnych od siebie linii kolejowych, jest też podziemne metro. Jednak sprawa transportu publicznego nadal pozostaje nie do końca rozwiązana. Ot chociażby ściśłe centrum obsługiwane jest jedynie przez autobusy, które stoją godzinami w korkach razem z innymi samochodami, podobnie rzecz się ma z zachodnim Bangkokiem i jego przedmieściami.
       City Train - jak nazywa się kolejka jadąca na lotnisko, nie wykorzystuje do końca swoich możliwości. Składy są małe i jeżdżą dość wolno. Nawet podczas zamykania i otwierania drzwi, tracone są cenne, dla wiecznie spieszących się ludzi miasta, sekundy. Stacje są oddalone od siebie o wiele kilometrów. Jest zbyt mało składów, przyjeżdżają co dwadzieścia lub więcej minut. A tłok jaki w nich panuje dobitnie świadczy o tym, że powinno być ich więcej.
       Wsiadłem na stacji Makasan. To olbrzymi teren we wschodniej części miasta, należący do kolei państwowych. Buduje się tu ciągle potężne stacje przesiadkowe, łączące niezależne od siebie linie transportowe. Może od razu trzeba było budować jedną sieć kolei. Miasto poprzecinane jest estakadami, które biegną ponad niską zabudową, mają kilka poziomów, noszą kolej albo trasy samochodowe, czasami estakadami kilometrowej długości można przejść piechotą ponad skomplikowaną zabudową, z małą ilością ulic. Komunikacja ucieka raczej wzwyż, może dlatego, że Bangkok, podobnie jak Petersburg, leży na terenach bagiennych.
       Z hotelu do stacji Makasan jest ponad kilometr drogi. Musiałem przekroczyć kanał wodny, który także został zaprzęgnięty do prac komunikacyjnych. Pływają po nim wodne busy, dobijając co chwilę do pływających przy brzegu pomostów-przystanków. Kolejnym cudem komunikacji Bangkoku są postoje ze skuterami-taksówkami. Jest ich tu całkiem sporo. Odziani w pomarańczowe kamizelki kierowcy mogą zabrać jednego pasażera. W wiecznie, totalnie zakorkowanym mieście, skutery śmigają wszędzie, nawet pod prąd i po chodnikach. I tak naprawdę to jedyny, skuteczny sposób przemieszczania się.
       Za kanałem rozciąga się miasteczko schludnych slumsów. Pobudowano je na terenach państwowych, należących do stacji kolejowej Makasan. Niemiec opowiadał mi, że zbudowano już obok potężny wieżowiec, mający skupić w swym wnętrzu ludzi ze slumsów, a buduje się kolejne dwa. Slumsy są podzielone uliczkami obsadzonymi liściastymi roślinami. Domy zbudowano z drewna i tego co się dało. Nie wyglądają na biedne, większość z nich ma anteny satelitarne. Jest czysto, nie wałęsają się niezliczone zastępy zasmarkanych dzieciaków, ani dzikie psy. Nie ma śmieci, smrodu, ani agresywnej młodzieży. To zupełnie inny obraz slumsów, w porównaniu do tego jaki mam w pamięci z innych państw azjatyckich.
       Ale idę ciągle w kierunku stacji Makasan. W końcu dostrzegam potężny blokhauz, a obok niego drugi z piętrowymi parkingami buforowymi. Całość jest klimatyzowana. Tutaj większość budynków jest klimatyzowana, każda restauracja, każdy samochód. Ludzie żyją w takich sztucznie chłodzonych bańkach kosztem przyrody. Dlatego Bangkok dla mnie to Bańkok. Agregaty z freonem, albo nowszym wynalazkiem, pracują przez cały rok, bez przystanku. Trują więcej niż rury wydechowe samochodów. Z drugiej strony firmy zajmujące się naprawą systemów klimatyzacji muszą tutaj dobrze żyć.
       Po półtorej godziny od wyjścia z hotelu, dojechałem wreszcie na lotnisko. Jest wielkie i nowoczesne. Trochę trudno się połapać jakimi schodami i gdzie jechać. Bo nie ma tu schodów tradycyjnych. W ten sposób, skutecznie można blokować przepływ ludzi w nieodpowiednim kierunku, bo schody jeżdżą tylko w jedną stronę.
       Miałem ponad godzinę oczekiwania. Mogłem posłuchać audiobooka i oddać się ulubionemu zajęciu, jakim jest obserwacja otoczenia. Pośród ludzi kręcących się po wiecznie żywym lotnisku, jest wielu tajniaków, policjantów na samojezdnych dwukółkach jednoosiowych, ale także ludzi zatrudnionych do pomocy zagubionym. Usłużnie wypatrują skonfundowanych przyjezdnych, podchodzą i próbują pomóc. Cały czas bijąc pokłony i składając ręce w namaste. O mentalności Tajów pisałem w poprzedniej książce, więc tutaj sobie daruję.
       Pośród przyjezdnych, dużą grupę stanowią samotni mężczyźni w wieku 55+. Przyjeżdżają z bogatych krajów Europy, nie tylko z Niemiec. Na lotnisku zawsze odbywa się ta sama scenka rodzajowa. Długowłosa, dwudziestoparoletnia, taj-piękność rzuca się im w ramiona. Czasami trzymając potomka na ręku. Obejrzałem kilkadziesiąt takich scenek i próbowałem wychwycić sztuczność sytuacji. Od razu założyłem, że on, starszy bogaty facet, kupił przychylność tej tajskiej piękności, a ona sprzedała swoje ciało. Ale jak każde założenia i te są zbyt sztywne aby pomieścić wszelkie sytuacje. Tajki nie biorą w ramiona swych białych mężczyzn ani ze skrywanym przymusem, ani sztucznością. Nie robią tego jak małe dziewczynki przytulające się do swych opiekunów. Nie robią tego jak większość dziwek, jakich pełne są wieczorne uliczki odpowiednich dzielnic Bangkoku. Są po prostu kobietami czekającymi na lotnisku na swych mężczyzn. Naturalne do granic możliwości. A oni czy wiedzą jak wielką siłę przyciągania mają ich pieniądze, czy nawet będąc po sześćdziesiątce, beznadziejnie wierzą w swój urok osobisty? Nie zauważyłem protekcjonalności z ich strony, ani typowej postawy władcy i pana. Za to najczęściej widywałem nieskrywane szczęście malujące się na ich twarzach. Nie to chcielibyśmy widzieć, prawda?
       Zastanawiałem się także nad swoimi reakcjami, jako trzecią stroną sytuacji. Mimo, jak sądzę, dość wyzwolonego umysłu, wyrosłem niestety w chrześcijańsko skrojonym, albo raczej ograniczonym mentalnie świecie. Mimo mojego otwartego podejścia do wszelkich spraw, gdzieś tam pod skórą kobiety nierządne budzą we mnie niesmak. Podobnie nie możemy, my ludzie chrześcijańskiego świata, do końca być naturalni w sprawach seksu. Tutaj, w Bangkoku, powstał swego rodzaju rezerwuar, w którym załatwia się wiele niezałatwialnych spraw seksu. Po to tu przyjeżdżają rzesze ludzi z Zachodu i to nie tylko mężczyźni. Wielu z nich jest naszymi kolegami, sąsiadami i nie wstydzą się tu przyjeżdżać. Moim zdaniem tak być powinno, natury nie da się powstrzymać wymyślonymi przez człowieka dziesięcioma przykazaniami.
       Ale wracając do scenek powitań na lotnisku. Przypomniałem sobie rozmowę z kolegą Maciejem, na tym samym lotnisku, kilkanaście dni wcześniej. Rozmowę o sprawach sercowych. Skorelowałem kilka rzeczy na raz i zauważyłem po raz setny pewną właściwość - jak bardzo jesteśmy daleko od prawdy. Nazywamy miłością to co skleja nas z inną osobą, a co nie wytrzymuje często próby czasu, czy stresu, bo miłością tylko z nazwy jest. Nazywamy ludzi naszymi bliskimi, chociaż nie wiemy o nich zbyt wiele, nie chcemy wiedzieć, nie potrafimy dostrzec, wolimy widzieć idealny obraz i wierzyć, że odpowiada rzeczywistości. Podobny stosunek mamy do samych siebie. Nie stojąc więc w ani jednym punkcie na pewnym gruncie, tworzymy sobie wizję świata i kochamy ją. Czym więc różni się ta nieprawdziwa wizja od wizji miłości starszego, białego mężczyzny i młodej Tajki? Jedynie uwarunkowaniami obyczajowymi. Nawet jeśli ona z nim dla pieniędzy, a on z nią dla jej młodości, no to co z tego, może tak jak pozostali wolą kochać złudę.
       Wieczorem jeszcze musieliśmy sprzedać KTMa. Niemioszek, za prowizją, znalazł tajskiego nabywcę - dealer BMW z Bangkoku. Młody, uśmiechnięty człowiek przyjechał ze swoim mechanikiem. Od razu widać, że na KTMach się nie znają. Ale kupili oczami, mają wszystko, więc kto im zabroni mieć coś tak osobliwego jak KTM. Właściwie kupując złamali tajskie prawo, bo kupili motocykl który jest w Tajlandii nielegalnie. Poza tym kupili od osoby, która nie jest właścicielem pojazdu. Ale najważniejsze, że problem pod tytułem - co zrobić z motocyklem w Tajlandii - zniknął. Mimo, że Tajlandia jest cywilizowanym krajem, to jednak pozostaje ciągle dzikim, przynajmniej w sferze mentalności mieszkańców. Przypomniałem sobie opowieści Niemca, o tym jak już nie może żyć w Niemczech. Cztery lata ciągłego mieszkania w zupełnie innych realiach światopoglądu i po powrocie do ojczyzny czuł się dziwnie. Nie mógł zaakceptować cech społeczeństwa z którego wyrósł, tych które pozostają ciągle w nim, ale zmieniły się lub lekko uciszyły z powodu przebywania w Bangkoku tak długo. Opowiadał o Niemcach tak jakbym słuchał standardowego Polaka, że małostkowi, sztywni, zamknięci w sobie, ograniczeni i takie tam. Zobaczył to wszystko dopiero po kilku latach mieszkania poza Niemcami. Doskonale go rozumiem, ja spędzam 6-9 miesięcy każdego roku poza Polską i też nie mam ochoty wracać do ojczyzny.
       Jako bywalec, przynajmniej w porównaniu do doświadczania Tajlandii przez Iwonę, pokazałem jej wir nocnego życia Bangkoku. Poszliśmy na śniadanio-kolację do chodnikowej restauracji z owocami morza. Przeszliśmy uliczki z huczącymi i zapraszającymi chłodem klimy oraz negliżem dziewczyn, bary go-go. Wpadliśmy na chiński targ dla mieszkańców Bangkoku oraz na tyły przemysłu porno. Trudno ten świat skrupulatnie opisać, tak aby oddać jego nabrzmiały emocjami i kolorowy blichtrem świat. To trzeba zobaczyć, a zobaczyć poznać, by móc może na końcu, zrozumieć jego sens. Na pewno wieczór spędzony w takich uliczkach Bangkoku przydałby się na odstresowanie niejednemu. Problemem mogło by być tylko wyłączenie oceniania, wyłączenie umysłu. Aby będąc chwyconym za tyłek przez panienkę nie podskoczyć jak oparzony, albo rażony boskim piorunem z ciemnego nieba. Aby po prostu się bawić i nie szukać dziury tam gdzie jej nie ma, dosłownie i w przenośni.
       Pewnego wczesnego ranka, jeszcze przed wschodem słońca trzeba było wstać z łóżka w klimatyzowanym pokoju, by ruszyć w dalszą drogę. Pierwszy kilometr na piechotę, później cztery stacje Sky Trainem, a następnie pięć godzin jednym busem i godzinę drugim. W ten sposób dostaliśmy się na południową granicę Kambodży. Załatwianie wiz i pieczątek poszło szybko. Trzeba było jedynie wystać swoje w kolejce innych turystów. Zdecydowana większość wykupuje transport bezpośredni z kambodżańskiego kurortu Sihanoukville do Bangkoku, lub odwrotnie. My pojechaliśmy transportem publicznym, oszczędzając prawie połowę kosztów i zrobiliśmy tą trasę w dwanaście godzin. Po stronie Kambodży wytargowaliśmy, w stylu indyjskim, niższą cenę na miejsce w przeładowanym busie, z małą ilością miejsca na nogi. W ten sposób, już po zmroku, znaleźliśmy się w słynnym kurorcie nadmorskim Sihanoukville. I od razu zderzyliśmy się z wakacyjną rzeczywistością Kambodży. W tym rejonie świata uznaje się, że w kurortach nadmorskich ceny są o wiele wyższe niż w głębi lądu. Riksze kosztują więcej niż taksówki w Polsce, a hotele więcej niż urlopowe lokum w Sopocie. Dużo czasu nam zajęło dotarcie do oddalonej nieco od centrum miasta, plaży Otres. To jakby maleńka wioska plażowych barów i szałasów mieszkalnych. Większość z kilku hoteli jakie tu są, prowadzą biali. Są w różnym standardzie, ale raczej dużo niższym od tego czego można by się spodziewać. A ceny oscylują w granicach 20USD. Trafiliśmy w końcu do najmarniejszego z nich. Pokój ponad zadaszeniem baru, zrobiony cały z sitowia, z brudnym wychodkiem obok baru, kosztował nas 10USD. Za takie pieniądze, w takich warunkach jeszcze nie spałem. Ale Iwonie się podobało, przypomniały się jej dawne czasy noclegów w stodole, na sianie, u dziadka na wsi. Nie obawiając się o czystość kuchni, zamówiła sobie późny obiad w barze. Ja natomiast odkryłem mały sklepik, w którym ceny prawdziwej whisky były na poziomie tych z polskiego Lidla.
       Przyjechaliśmy tu w czasie pełni sezonu. Większość miejsc hotelowych jest zajęta. Okupują je młodzi ludzie, którzy czterdzieści, pięćdziesiąt lat temu mogliby uchodzić za klasę hipisów. Są bardziej nowocześni, hołdują innym ideałom, ale w gruncie rzeczy zależy im na tym samym stylu życia. Zamienili tylko hasła miłości, na wygodę materializmu. Można by powiedzieć, że nie są tak idealistycznie naiwni jak ich praprzodkowie z lat '60-tych, bardziej wyrafinowani w poszukiwaniu spełnienia egoistycznych potrzeb, mniej skonsolidowani w grupy społeczne, bardziej zindywidualizowani. Ale bawią się tak samo, bo przecież o zabawę tu chodzi. Nadal są otwarci, uśmiechnięci, beztroscy i łatwo zapominają o życiu jakie prowadzą tam w domu. Skutecznie pomaga im w tym dobra muzyka, tropikalna plaża z ratanowymi fotelami w piasku, jointem w ustach i szklaneczką czegoś mocniejszego w dłoni. Toczą niekończące się dyskusje, ale na o wiele bardziej dramatycznie poważne tematy, aniżeli ich protoplasci.
       Spędziwszy kilka godzin w Kambodży, jak na razie mieliśmy jedynie styczność ze światem turystycznym i ludźmi którzy go organizują. Kambodżanie już na granicy pokazali się jako zupełnie inni ludzie niż Tajowie. Nie tylko różnią się twarzami i bardziej wysmukłą budową ciała, mentalnie należą do skrajnych przeciwieństw. Przez te pierwsze kilka godzin poczułem się zupełnie jak w Indiach. Kambodża to może nie aż tak biedny kraj, ale równie zaniedbany przez swoich mieszkańców. Na wsiach nie widać tego tajskiego umiłowania porządku i nowoczesności. Bardziej po indyjsku, wystarcza im podstawowa funkcja sprzętów i domów jakimi się otaczają. Nie dbają o walory estetyczne, a na pewno nie zależy im na trwałości gospodarstw jakie wznoszą w Górach Kardamonowych, które przecinaliśmy jadąc dziurawą drogą do Sihanoukville. Idealnym przykładem może być dbałość o czystość. W Tajlandii nie widać wielu sprzątających ulice czy obejścia domów na wsi, ale jest zawsze czysto i nigdy nie śmierdzi. W Indiach zamiatanie, mycie, polerowanie, jest naturalnym stanem pracy wielu ludzi, ale mimo to jest totalnie brudno, a smród nie opuszcza nozdrzy przyjezdnego. W kambodżańskich wioskach, południowych przedgórzy Gór Kardamonowych, nie sprząta się, ani nie porządkuje, ale jakoś się z tym żyje. Całość oczywiście wygląda idyllicznie. Krajobraz rozlewisk otoczonych wysoką trawą i palmami kokosowymi. Na płyciznach czarne, długorogie bawoły taplają się w błocie i szuwarach. Drewniane chatki na palach wbitych w czerwoną ziemię, wyrastają na bardziej suchych skrawkach lądu, a przed nimi stoją... Toyoty, tyle że starsze modele od tych w Tajlandii.
       Na długim odcinku trasy do Sihanoukville nie zauważyłem żadnych posterunków wojskowych, ani baz. Zwykle jest tego dość dużo w krajach azjatyckich. Asfalt czasami był nowy, czasami w budowie, ale w większości był dziurawy jak na Syberii. Na drodze można też było spotkać ciężarówki rosyjskie, nie takie stare. W odróżnieniu od Tajlandii, Kambodża jako dawna kolonia francuska, ma ruch prawostronny. Cena paliwa nieco niższa niż w Tajlandii, na poziomie 3.5zł. W Kambodży operuje się dwoma walutami, nawet kasy fiskalne są skalibrowane w dwóch walutach - dolarach amerykańskich i kambodżańskich rielach.
       No cóż pierwsze zetknięcie z kambodżańską rzeczywistością nie było ani miłe, ani ciekawe, ale taka jest podróż. Zwykle tam gdzie się spodziewam atrakcji, jej nie ma, a tam gdzie nie powinno jej być, przyjemnie zaskakuje. Teraz pora na kąpiel w zupie, czyli cieplej wodzie zatoki Tajskiej.
       Kolejny dzień spędziliśmy na skuterze. Objechaliśmy okolicę. Najpierw próbowaliśmy wymienić EURo na Riele, ale nie jest to proste. Spotykaliśmy się ze zdziwieniem, prędzej chciano nam wymienić EURo na USD, bo tu wszyscy płacą dolarami, a Riele używa się jak metalowych monet w Polsce.
       Znaleźliśmy także uliczkę z restauracjami dla tubylców. Niższy standard to niższe ceny i niska jakość. Kuchnia i obejście zupełnie zgodne z realiami indyjskimi. Kucharka to fleja, przed rozstawionymi stolikami płynie śmierdzący gnijącym mięsem ściek. Między stolikami i śmieciami walającymi się po podłodze, ganiają się rozpieszczone, hałaśliwe bachory. Całości dopełnia krzykliwy sposób porozumiewania się całej masy ludzi zatrudnionych w tej rodzinnej restauracji. Można odnieść wrażenie, że siedzi się w takiej melinie z czasów komunistycznych, kiedy alkohol wydawany był po 13-stej, a wszyscy wokół są wczorajsi. No ale jedzenie było w miarę tanie, jak na ceny nadmorskiego kurortu i w miarę smaczne, jak na realia kuchni kambodżańskiej. Przed wyjściem postanowiłem odwiedzić jeszcze kibelek na zapleczu. Tyły restauracji okazały się domem, gdzie gnieździ się wielopokoleniowa rodzina, a kibelek niewiele się różni od miejskiego szaletu, w zapadłej wsi rosyjskiej. Różni się jedynie zatkniętymi w szczelinę między deskami, szczoteczkami do zębów całej rodziny.
       Po obiedzie pojechaliśmy z Iwoną skuterem na przejażdżkę po wsiach i przedmieściach rozlazłego Sihanoukville. Francuzi zbudowali tu w 1955 roku pierwszy, poważny port w Kambodży, a dziś jest on jedynym dla tego kraju. W 1975 odbyła się tu ostatnia bitwa wojny wietnamskiej. Czerwoni Khmerowie odebrali Amerykanom okręt mający wywieźć uchodźców.
       Wrażenia objazdu na skuterze potwierdziły pierwsze spostrzeżenia z trasy od granicy. Ludzie na przedmieściach uśmiechnięci, ale żyją w śmieciach i własnych odchodach, jak zwierzęta. Właściwie niczego innego nie spodziewałem się znaleźć. Tak wygląda większość Azji, czy Afryki. Zbliżając się do centrum miasta wizerunek ulic się poprawiał, widać było więcej bogactwa, albo nowobogactwa. Potem zsunęliśmy się na wybrzeże i puściliśmy wzdłuż plaż i drogich ośrodków wczasowych, za wysokimi murami, strzeżonymi przez strażników. Taki świat dla urlopowiczów z większą kasą. Widywaliśmy takie ośrodki na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego. Te z Kambodży niczym się nie różniły. Starano się stworzyć wrażenie luksusu rozległymi budowlami, ale wymalowanymi kiepskimi farbami nieodpornymi na warunki tropikalnego klimatu. Podobnie z mającym sprawiać wrażenie niedostępności murem, który kruszył się jakby był lepiony z gliny. Strażnicy na bramce nie do końca wiedzący co mają robić i ich bramy, oberwane, albo skrzypiące. Po prostu standard azjatycki.
       Jakże różnią się te sąsiadujące ze sobą kraje, Tajlandia i Kambodża. Ich mieszkańcy mają różne rodowody. Najbliższym porównaniem byłoby zderzenie Niemców, jako spokojnych, wyważonych, perfekcyjnych i czystych Tajów, oraz Polaków, jako emocjonalnych, zaradnych, ale niekonsekwentnych, niepoukładanych, bałaganiarzy, czyli Kambodżan. Ścisłe ramy obyczajowe i mentalne w jakich wychowuje się nowe pokolenia Tajów, tworzą naród wycofany emocjonalnie i niezwykle stabilny, jak szwajcarski zegarek. Doskonale widać ich chińskie pochodzenie. Khmerowie kambodżańscy są zupełnie inni. Od młodego, dzieci wychowuje się w beztrosce, nie wpajając im żadnych, twardych reguł. Kolejne pokolenia wyrastają na ludzi będących mentalnie dalekimi od bycia poukładaną całością, bez sztywnych norm społecznych, bez konsekwencji działania, budowania nowej, lepszej rzeczywistości. Z odległości Europy Tajlandia i Kambodża wydają się być tym samym. Tak kiedyś myślałem o Hiszpanii i Portugalii. Dopóki tam nie pojechałem. Potem zauważyłem, że podróżnicy dzielą się na takich, którzy lubią Portugalię i na takich którzy wolą Hiszpanię. To nawet widać po cechach charakteru.
       Niech za przykład posłuży kibelek w naszym hotelu. Zepsutego dolnopłuka Kambodżanin zastąpił kawałkiem drutu, przywiązanym do wbitego w drewniany stelaż ścian gwoździa. Wydrukował karteczkę z opisem jak używać tego drucika aby spłuczka działała, aby nie musieć każdemu tłumaczyć. Nazywam to czysto dzikusowskim działaniem, całe Indie są z tego zbudowane. Normalnie, znaczy się po białemu, myślący Taj, nie wpadł by na pomysł z drucikiem i karteczką, po prostu naprawił by spłuczkę w czasie krótszym niż montaż drucika i drukowanie karteczki z komputera. Taj myśli konstruktywnie, konsekwentnie dążąc do poprawy zastanej rzeczywistości. Tacy jesteśmy i my - biali. Jednak sposób rozumowania dzikiego Khmera jest inny, to free-style. Jego myślenie znajduje najkrótszą drogę do rozwiązania, nie polegając na uczeniu się pewnych standardowych działań. Jego umysł nie jest zamknięty w ramy, jest bardziej jak umysł artysty, szukającego nowych sposobów zaradzenia wadliwej sytuacji. Jak umysł dziecka, nie znającego rozwiązań wyuczonych w toku edukacji i długości życia. Jeśli kapie z sufitu, trzeba podstawić wiadro, to przecież oczywiste i najłatwiejsze rozwiązanie. Problem został rozwiązany i nikt nie rozumie dlaczego biały się zżyma nad dziurawym dachem. Po co włazić na dach, albo po co budować w taki sposób aby nie ciekło, skoro zawsze można podstawić wiadro. Wiele razy zachwycałem się nad umysłem dziecka dzikich ludzi. To wspaniałe, jak się na niego patrzy, jak na obiekt badań. Gorzej jak ci cieknie na głowę.
       Jeszcze tego wieczora pojechaliśmy zobaczyć dalsze plaże, te oddalone na wschód. Jest tam sporo miejsca aby postawić namiot pod drzewami, bezpośrednio na plaży. Pobudowano tu także wiaty i prysznice z kibelkami dla przyjezdnych. Czyżby wspierali karawaning? Chyba tak, przyciągnęli w ten sposób, aż ze Szwajcarii, dwa kampery. Jeden taki zwykły, jak z wypożyczalni, drugi zbudowany na terenowym MANie z lat '60-tych. Kto Szwajcarowi zabroni przyjechać z Europy aż tu. Zwłaszcza, że podróżują całymi rodzinami, z małymi dziećmi. Łezka mi się w oku zakręciła. Znowu odżyło moje, stare marzenie, aby ruszyć w świat Unimogiem i nigdy nie wracać. To jak marzenie dziecka, które chce polecieć i nigdy nie wylądować, jak Latający Czestmir, ot tak po prostu, nie wiadomo po co.
       Spotkaliśmy także skośnookich Rosjan z Buriacji, którzy prowadzą tutaj swój plażowy hotel. Byli zdziwieni, kiedy Iwona rozpoznała ich świętego z klasztoru Iwodzińskiego. Byliśmy tam półtora roku temu.
       Następnego dnia pojechaliśmy busem do miasteczka Kampot. Z początku, po tym jak znaleźliśmy na mapie adekwatne oznaczenia, chcieliśmy pojechać pociągiem. Ale okazało się, że trasa kolejowa, biegnąca z Bangkoku do Phnom Penh i dalej do największego portu Kambodży w Sihanoukville, jest od wielu lat w remoncie. Trasa nie jest zelektryfikowana, to pojedynczy tor.
       Do Kampot wjechaliśmy po południu. To niewielkie miasteczko położone u stóp płaskiego jak stół masywu Gór Słoniowych, jest zbudowane w idealnym stylu francuskich kolonii. Mieszka tu 40 tysięcy mieszkańców. Stare centrum leży na wschodnim brzegu rzeki Kampong Bay. W leniwym, popołudniowym słońcu było wymarłe, jak hiszpańskie wioski podczas sjesty. Szerokie ulice połączone gwiaździstymi rondami, flankują niskie kamienice z balkonami i wewnętrznymi tarasami. W ich podcieniach gnieżdżą się sklepiki i restauracje wychodzące stolikami na chodniki i jezdnie. Na rogach rosną palmy, ich zieleń wspaniale buduje klimat postkolonialnej rzeczywistości Kambodży, zwłaszcza kiedy połączy się ją z pomarańczowymi, zniszczonymi tynkami budynków i granatowym niebem. Swobodnie mogłyby to być plenery do jakiegoś filmu o działaniach agentów wywiadu na dalekiej delegacji, może jakiś James Bond contra mafia handlująca ludzkimi organami. Miasteczko jest znane z wyjątkowego gatunku czarnego pieprzu, który jest tu uprawiany od setek lat.
       Kampot zaczął żyć dopiero tuż przed zachodem słońca. Dzieciaki przejęły kontrolę nad mniejszymi uliczkami, jak partyzanci bawiąc się w strzelaninę z wodnych karabinów. Kobiety wyszły na ulice ze swymi kramami owocowymi. Otworzyły się jadłodajnie z metalowymi krzesełkami, dymiące grilami i pachnące pieczystym. Sklepiki otworzyły swe podwoje, biura turystyczne dla białych wystawiły reklamy na chodniki. Ludzie zaczęli się przechadzać, wstępować na obiad, korzystać z grilów, spacerować ukwieconą magnoliami promenadą nad rzeką. Nie trwało to długo, to nie nadmorski kurort dla białych. Już około dziewiątej życie powoli zamiera, ulice ciemnieją, tylko nieliczne latarnie działają, dzieciaki są zaganiane przez matki do odrabiania lekcji. To ciche i spokojne miasteczko, z niskimi cenami, bez hałasu dyskotek i blichtru wielkich pieniędzy. Można znaleźć tu kawałek prawdziwej, nadmorskiej Kambodży.
       Ciekawostką są pewne smaczki, jak wiecznie zielone palmy w wielu gatunkach. To one dają pewność, że jesteśmy w tropikach, daleko od Europy. Kiedyś naród Khmerów słynął ze swych rzemieślników i artystów. Niektórych importowali na siłę do swych siedzib Tajowie. Kampot jednak nie słynie z pięknego stylu. Poza tym co pozostawili po sobie kolonizatorzy, możemy natrafić na dwa osobliwe pomniki. Jeden symbolizuje betonowy owoc śmierdzącego, aczkolwiek smacznego i pożywnego owocu durian albo zybuczkowiec właściwy, a drugi ma upamiętniać początek nowego tysiąclecia, betonową, trójwymiarową liczbą '2000' z gołąbkiem, chyba pokoju, na szczycie. Są też dwa pomniki wieśniaków, zawsze para, kobieta i mężczyzna, z sierpem, albo widłami. Jeden upamiętnia ciężką pracę robotników w odsolarkach wody morskiej. To tutaj rozwinięty przemysł. Jest też pomnik upamiętniający pomoc wojsk wietnamskich dla pogrążonej w wojnie domowej Kambodży, w połowie lat '70-tych. To kieruje nas w stronę obowiązkowej lekcji historii Kambodży.
       Historia uczy, trzeba tylko o niej pamiętać. Protoplastami dzisiejszej Kambodży były państwa Funan i Czenla, w I wieku naszej ery. Powstały dzięki ekspansji handlowej i kolonialnej ówczesnych Indii. Rodowód kultury indyjskiej widać do dziś w mentalności Khmerów. Pierwsze, zjednoczone państwo powstało w IX wieku i skupione było wokół miasta Angkor. W tamtych czasach królestwo Khmerów zajmowało terytoria dzisiejszych: Birmy, Tajlandii, Kambodży, Malezji, Wietnamu i Laosu. Lata świetności trwały do XIII wieku, kiedy to Tajowie zaczęli podbijać tereny północne królestwa Khmerów, a wierzenia hinduistyczne powoli ustępowały buddyzmowi. W 1432 Tajowie zdobyli Angkor, więc stolicę przeniesiono do Phnom Penh. Późniejsza rywalizacja między Wietnamem i Tajlandią, zmieniła Kambodżę w terytorium buforowe. W obawie przed sąsiadami, w 1863 roku, król Norodom I uznał protektorat francuski. Pod koniec XIX i na początku XX wieku, wzniecano kilka powstań przeciwko kolonizatorom. Ale dopiero okupacja japońska, podczas II wojny światowej przyniosła zmiany. W 1949 roku Francja przyznała niepodległość Kambodży, a cztery lata później wycofała swoje wojska.
       W 1955 roku Kambodża wstąpiła do ONZ, ale nie zapobiegło to uwikłaniu jej w wojnę w Wietnamie. Przez jej terytoria w 1970 roku, transportowano zaopatrzenie dla Vietcongu. To stało się przyczyną zaangażowania CIA w sprawy Kambodży. Przy pomocy USA obalono sprzyjającego komunistom wietnamskim władcę Kambodży - księcia Sihanouka i obsadzono generała Lon Nola. Wojsko amerykańskie wkroczyło do Kambodży. Książe uciekł do Pekinu, gdzie przygotowywał swój powrót w chwale komunistycznych idei, wtedy powstali tzw. 'Czerwoni Khmerowie'. Po wycofaniu się Amerykanów w 1973 roku, Czerwoni Khmerowie opanowali Kambodżę. Ich fanatyczny przywódca - Pol Pot, sprzeciwił się księciowi Sihanoukowi i zaprowadził niespotykany dotąd na tych terenach terror. Głosił zasady budowy nowego państwa na pracy i fundamencie chłopskim. Przeprowadzano skrupulatne czystki, wyniszczano inteligencję, naukowców, fachowców Kambodży na masową skalę, zabijano za noszenie okularów, albo za zbyt delikatne dłonie, zamknięto szkoły, szpitale i fabryki, zlikwidowano banki i pieniądz, zdelegalizowano religię, zlikwidowano własność prywatną, zaś ludność miast wyrzucono siłą na tereny wiejskie do tzw. kolektywnych gospodarstw rolnych, które były de facto obozami pracy przymusowej. Wymordowano ponad milion ludzi, jeszcze więcej zginęło w wyniku głodu, to jest 25% ludności kraju. Europejczykom bardziej jest znany bestialski terror stalinizmu, jednakże terror Czerwonych Khmerów był bardziej bezwzględny. Mówi się, że okres stalinizmu spowodował upadek kultury i obyczajowości na wiele dziesięcioleci. A jak mógł wyglądać rozwój Kambodży po czystkach Czerwonych Khmerów?
       Dopiero pomoc wojsk wietnamskich dla partyzantów sprzeciwiających się Pol Potowi, przyniosła kres takim działaniom. Czerwoni Khmerzy przenieśli się w niedostępne lasy na pograniczu Tajlandii, gdzie bronili swych siedzib aż do 1998 roku, kiedy to Pol Pot zmarł w więzieniu. Książę Sihanouk wrócił w 1982 roku z emigracji i stworzył nowy rząd, a w 1989 roku wojska wietnamskie wycofały się z Kambodży. Od 1993 roku datuje się wprowadzenie pierwszych wyborów parlamentarnych, pod auspicjami ONZ.
       Historia zawsze uczy. Wmieszanie się w suwerenne sprawy Kambodży Amerykanów, spowodowało lawinę zdarzeń. Następstwem był także głęboki podział społeczeństwa na zwolenników fundamentalnych komunistów i ich przeciwników. Mimo, że minęło prawie 40-ści lat, historia Czerwonych Khmerów skończyła się całkiem niedawno, a bardzo prawdopodobne, że w wielu umysłach i pamięci ludzi, trwa do dziś. Cztery wieki chwały państwa Khmerów, dziś skompresowały się do małego, zacofanego, nieważnego państewka. Ale podobny bieg wydarzeń powtarza się w wypadku bardzo wielu narodów, z tych ostatnio bardziej znanych, na przykład Afgańczycy i Tybetańczycy.
       Następnego dnia wypożyczyliśmy od białego rezydenta lichy skuter i pojechaliśmy zobaczyć Park Narodowy Bokor. Już Francuzi kombinowali wykorzystać naturalne warunki płaskowyżu Gór Słoniowych. Bliskość morza i łatwy dostęp na wysokość ponad 1000m n.p.m. W tropikalnym klimacie, bez wynalazku klimatyzacji, trzeba było szukać naturalnych sposobów na schłodzenie organizmu. W Indiach Anglicy znaleźli kilka takich miejsc w górach, do dziś stoją tam kolonialne pałace, służące dwieście lat temu tym, którzy źle znosili tropikalny klimat. Francuzi na wysokim klifie ponad zatoką Tajską, zbudowali w 1925 roku mały pałac, ale nie wykorzystywali go zbyt długo. Japończycy szybko zajęli te tereny. W 1959 roku, książę Sihanouk podjął decyzję o ponownym otwarciu pałacu i przekształceniu go w kasyno, ale już w 1972 ponownie zamknięto ten przybytek rozkoszy. Dopiero w ostatnich latach, na płaskowyżu Parku Bokor, rozpoczęto budowę ogromnych hoteli oraz osiedli mieszkaniowych. Podobno Amerykanie mają tu wybudować swoją imperialną bazę. Przy okazji odnowiono drogę dojazdową. Teraz można w luksusowych warunkach, w niedługim czasie przenieść się z dusznego, tropikalnego Kampot, około 40km łagodnymi serpentynami, na chłodną wysokość 1065m n.p.m.
       Nas bardziej interesowały pejzaże lasu deszczowego, który otacza zbocza płaskowyżu i częściowo je pokrywa. Cudne drzewa oplecione lianami, wciśnięte pomiędzy palmy wachlarzowe. Gąszcz zieleni nieprzenikniony dla słońca. Teraz w lutym suchy jak pieprz. Potoki górskie przecinające go wodospadami są wyschnięte. Życie w lesie nieznacznie zamiera, hibernuje się na czas zimy.
       Budowniczowie nowej drogi postępowali z lasem całkiem podobnie jak to robią drogowcy syberyjscy z tajgą. Potężne spychacze odgarniają zieloną masę na boki, daleko od asfaltu, aby przez kilka lat nie zdążyła wrócić na swoje miejsce. Im wyżej las się przerzedza i zmienia. Na płaskowyżu, dominują niskie krzaki i karłowate drzewa. Zupełnie jak w północnej tundrze. Ale to zupełnie inna roślinność. Płaskowyż ma pochodzenie wulkaniczne, widać to po czarnych skalach wyzierających spomiędzy zieleni.
       Wjazd do parku jest płatny, za motocykl - 0.60USD. Kiedy wreszcie osiągnie się pułap 950m n.p.m., robi się przyjemnie chłodno, ale słońce nadal pali skórę. Za drugą bramą parku wjeżdżamy na ogromny plac budowy. Rozmachem i stylem architektonicznym, Kambodżanie doskonale naśladują nowobogacką Rosję. Ogromne blokhauzy przypominają raczej hangary lotnicze, albo jakąś fabrykę. Ale to super luksusowe hotele i uzdrowiska dla ludzi ze stolicy. Jeden hotel już działa, pozostałe dwa są w budowie. Odnawia się także świątynię i klasztor buddyjski. Odnawia w stylu złoconych kranów w pałacowej łazience. Drogą w bok można dojechać do chrześcijańskiego kościoła. Dziś oczywiście nieczynny. Można rozpoznać jego przeznaczenie jakiemu służył od czasów kolonialnych. Poniżej zbudowano szpital i baraki techniczne dla ogromnych placów budów. A na końcu drogi stoi francuski pałac. Niestety stracił wspaniałą patynę minionych lat. Nie jest omszały zielenią tropików, ani brunatny litym kamieniem. Ma nowe, szybkie i tanie tynki i jest przygotowywany do użytku. Nieco dalej, na punkcie widokowym stoi ogromna wieża ciśnień. Chociaż tutaj mogła by również robić za latarnię morską. Cały płaskowyż jest dość suchy zimą, trzeba więc magazynować wodę. Żelbetonowa konstrukcja chyli się ku upadkowi, ale nowe brygady, budujące nowy wizerunek Bokor, zaradzą temu w mig. Z klifu można podziwiać szeroką panoramę na wybrzeże. Nie jest to widok ze Sveti Jure w Chorwacji, ale i tak warto tu się wdrapać serpentynami.
       Poza kiczem nowych budowli, ciekawostką może być także tryb i jakość pracy budowlańców. Prace wykończeniowe wykonują oczywiście kobiety. Piszę oczywiście, bo to w Azji norma. Taniość roboczogodziny powoduje absurdalne projektowanie i wykonawstwo. Droga do nikąd jest obsadzana drzewkami, które są otaczane kamiennymi murkami z ręcznie robionych, fikuśnych, betonowych cegieł. Zastępy pracowników biegają z narzędziami godnymi warsztatu domowego, albo ogrodnika i organizują pobocze drogi na cztery metry szerokie i ciągnące się aż po horyzont. Mrówcza, bezmyślna praca, godna całej żółtej Azji, znana mi jest z opowieści zafascynowanych turystów odwiedzających Chiny. Tysiąc robotników jest w stanie wykonać piękniejszą robotę niż sto maszyn. Ale dlaczego jakość tej roboty jest tak niska i bezmyślnie zaprojektowana? Czy gust i zmysł techniczny architekta jest również na poziomie inwestora z Phnom Penh? Może lepiej zainwestować w lepsze materiały, trwalsze w tropikach, aniżeli mnożyć koszty bzdurnymi ozdobnikami, które za rok znikną pod nawałem monsunu i rozbuchanej zieleni.
       Narzekać można, ale trzeba wpierw samemu czegoś dokonać. Ludziom wypełniającym nowopowstały hotel, z pewnością podoba się napompowany styl, wsiowa maniera inwestora, który złapał boga szmalcu za nogi i nie chce puścić. Goście mają ten sam gust, używają tych samych marek samochodów i skarpetek. To najprostsze rozwiązanie, budować i tworzyć usługi dla równych sobie ludzi. Nie ma problemu z marketingiem i zastanawianiem się jak to podać, jak to sprzedać. Wystarczy pomyśleć na co sam mam ochotę.
       Zastanawiam się w jaki sposób mogą się wyróżnić bogaci ludzie z dobrym gustem, skoro wszystkie marki drogich samochodów są stylizowane na potrzeby nowobogackich, podobnie z jachtami, odzieżą, kurortami wakacyjnymi, zegarkami, biżuterią. Upadek jakości pop-rynku towarzyszy także upadkowi jakości rynku dla wybranych. Skoro byle mafiozo z Phnom Penh, czy szejk pustynny z Kataru, albo Sybirak co wyrwał radzieckiemu państwu prawo do wydobycia gazu, kupuje super egzemplarz Land Cruisera V8, bo droższego nie ma, to co ma sobie kupić księciunio z Luxemburga, którego pradziad walczył pod Grunwaldem? Dlatego tak trudno rozpoznać bogaczy w Europie, bo starają się ukryć w stylu małobogackim.
       Objechawszy całą budowę dookoła, zanurzyliśmy się w ciszę lasu tropikalnego, która koi nerwy i wystudza zazdrość o powodzenie innych. Mocno zwolniliśmy, nie tylko z powodu zimna. Słońce chyliło się już ku zachodowi i zrobiło się chłodno jak to w zimie, w tropikach, na wysokości około 1000m n.p.m. Na deser zostawiliśmy sobie wodospad Popokvil. W porze suchej nie prezentuje się ładnie, nawet nie szumi, lekko tylko ciurka. Ale jego wysokość, rumor skalny poniżej, daje do myślenia i wyobrażania sobie jak to musi żyć w czasie monsunu. Podwójny schodek wodospadu musi dudnić jak bęben piekielny. Ale i dziś, w pomarańczowym zachodzie słońca, był to wspaniały plener zdjęciowy. Szkoda tylko, że powyżej zbudowano hangar mający prawdopodobnie spełniać te same funkcje co kiedyś, w każdą sobotę, remiza OSP w Wąchocku. Cóż, żółte cywilizuje przyrodę na swóją modłę, a białe na swoją. Te style są na trajektorii kolizyjnej.
       Wracaliśmy pośpiesznie, bo słońce szybko zachodziło, a ja chciałem złapać jego ostatnie promienie do codziennych ćwiczeń. Chwilę później zrobiło się dość zimno i mroczno. Zdjąć okulary przeciwsłoneczne to pewna mucha w oku. Pewna, bo biją mnie co chwilę po policzkach. Jechać w ciemnych okularach i udawać Roberta Benigniego z "Nocy na Ziemi", to nie do końca racjonalne podejście. Ale musiało wygrać. Człowiek bardziej się boi tego co widzi, niż tego co mu rozsądek podpowiada.
       Wróciwszy do Kampot, zdaliśmy skuterka do wypożyczalni. Prowadzą ją biali. Sądząc po wspólnej biesiadzie jaką uskuteczniali w garażu, zostali tu z powodu kobiet i jakoś im tu dobrze. Wypożyczają skutery, enduro, co się da. Poszliśmy w miasto, szukać nowej, może lepszej jadłodajni. Zamówiliśmy to samo, czyli ryż smażony w wogu z krewetkami, jajecznicą, zieleniną i przyprawami. Tym razem, jak zawsze smakowało inaczej, niż poprzednio. Potem poszliśmy w miasto, zanurzone już w ciemnościach, ale jeszcze żywe światłami restauracji, sklepów, hałasem spożywających. Dzieciaki jeszcze dokazywały na trampolinach. Wyczyniali salta w powietrzu z lekkością, którą już ledwie przez mgłę pamiętam. Bary alkoholowe pełne były turystów przesiadujących przy skręcie, cygarze i szklaneczce ulubionego płynu. Restauracje kipiały od szczęku sztućców o fajans oraz zapachu woga. Społeczeństwo wolnego czasu i leniwej dysputy o niczym w oparach absurdu, i kwaśnego dymu ziela. Znaleźć takie miejsce na Ziemi, gdzie można robić to samo co w Paryżu czy Madrycie, ale za mniejszą kasę, aby starczyło na dłużej. Zamiast dobra gromadzić, konsumuje się. W Polsce ten styl dopiero raczkuje, nadal mieć znaczy więcej niż być. Podobnie w tych tanich krajach, do których białe ucieka. Przylepia się im tu łatkę utracjuszy, birbantów, hedonistów i tworzy im się świat, który mogli by kupić. Ostatnio byłem takim hulaką jakieś dwadzieścia lat temu, teraz nie umiem już znaleźć się w tej roli. Energia zbyt mnie rozsadza od środka, każe gdzieś biec, od czegoś uciekać. Jutro biegniemy dalej, a tymczasem noc już wyłącza światła miasta i nas zapędza pod prysznic i do lóżka.
       Następnego dnia pojechaliśmy skuterem na południe, do Kep. Droga nie zachęca do wycieczek skuterkowych, z powodu pyłu. Większa część głównej szosy nr 33, biegnącej w kierunku Wietnamu, jest w przebudowie. Na razie położono utwardzony, gładki szuter. Ruch jest dość duży, więc zapylenie jest ogromne. Po przejechaniu tego odcinka w dwie strony, około 30km, wyglądaliśmy jak pomarańczowe kukły. Czerwonawy piach wciskał się wszędzie.
       Ale po drodze odbiliśmy w góry, do jaskini Białego Słonia i Nietoperzy. To zaledwie kilometr, w bok od głównej. Na rozległej równinie, obsianej polami ryżowymi, wznosi się samotna skała opleciona zielenią dżungli. Oczywistością jest, że zbudowano na niej stupę buddyjską, a obok klasztor. Powyżej stupy znajduje się wejście do jaskini. Przewodnik sam się przypałętał, na początku chcieliśmy go odpędzić, aby nie brzęczał nam nad głową, nic nie znaczącymi opowiastkami. Ale potem się okazało, że bez niego trudno byłoby nam znaleźć drogę przez jaskinię. Można ją przejść, przeciskając się przez ciasne przejścia. Ale trzeba mieć latarkę. Nazwę pierwszej świątyni nadano na wyrost, interpretując kawał jasnej skały jako białą głowę słonia. Druga ma rzeczywiście kolonie nietoperzy, srających na przyjezdnych. Pewnie ze złości za przeszkadzanie w śnie. Przewodnik instruuje aby skierować wszystkie latarki na sklepienie wysokiej groty i mamy wtedy jeden pisk i trzepot skrzydeł. U nas nie dozwolone, a w Kambodży to atrakcja dla turystów.
       Jaskinie są martwe, stalaktyty już dawno zamarły, mało tu wilgoci, są otwarte w wielu miejscach na światło dzienne. Nie jest to Jaskinia Niedźwiedzia z Kotliny Kłodzkiej, ale jak już się tu jest, to warto zobaczyć te wysokie na dwadzieścia metrów sklepienia. Opłata 2USD za przewodnika w zupełności go satysfakcjonuje, a przy okazji można nauczyć się kilku słów po kambodżańsku. Przejścia przez jaskinie, schody, ścieżki, utrzymują buddyjscy mnisi, mieszkający obok. Im też można wrzucić dolara do donation box. W jaskiniach jest chłodniej niż na słońcu, ale duszno. Koszulka szybko staje się mokra, nie ma co liczyć na ochłodę. Kiedy tam jechaliśmy miałem nadzieję na trochę zimna w tropikach. Przypomniała mi się jaskinia Vjetrenica, w południowej Hercegowinie. Tam wystarczyło się zbliżyć do kraty zamykającej wejście i miało się wrażenie jakby ktoś otworzył gigantyczny zamrażalnik.
       Zachodnia strona półwyspu Kep zachęca do jego poznania. Szeroka ulica obsadzona jest liściastymi drzewami dającymi miły cień. Kolonialne rezydencje zamieniono w większości na hotele. Te bliżej morza mają własne plaże. Atmosfera leniwego spokoju i ciszy, bez samochodów, ludzi i natrętnego słońca, od razu nas wciągnęła dalej. Skręciliśmy nad morze, do 'krabowego rynku', jak tutaj zwą mini port rybacki, ze smażalniami, restauracjami, sklepikami i całym tym zapachem przetwórstwa morskiego. Ryb tutaj niewiele, ale za to owoców morza w bród. W to mi graj. Od razu chwyciłem dwie, kilkunastocentymetrowe ośmiornice z grila, w sosie ostro-kwaśnym. Przysiedliśmy na murku przy wodzie i obserwowaliśmy poławiaczy tych mądrych żyjątek, dających idealnie przyswajalne białko. Iwona zapodała sobie smażone banany z przyprawami i jakieś ciasteczka o smaku kambodżańskim. Właśnie takim orientalnie ekscentrycznym. Na tyle ciekawym, aby spróbować i zamówić jeszcze. Ja dałem sobie na drugie danie dwie większe ośmiornice. Same w sobie nie mają smaku, ale z przyprawami i zapachem grila są smaczne. Tuż obok poławiacze wyciągali świeżą zwierzynę. Otwierali sklecone z ratanu drewniane skrzynki, z małymi drzwiczkami, a wewnątrz dość pokaźna ilość różnego dobrodziejstwa. Nic dziwnego, że za prawie dwudziestocentymetrową ośmiornicę z grila płaci się tutaj 0.50EUR. W podcieniach betonowego portu rybackiego, panie waliły drewnianymi pałkami w worki pełne ośmiornic, aby zmiękczyć mięso. Jeden umiera by drugi mógł dostatnio żyć.
       Pojechaliśmy dalej w kierunku centrum Kep. Minęliśmy jedyną plażę publiczną, na której zażyliśmy ochłody w brudnej wodzie. Piasek nie zachęcał do łazikowania na boso. Dalej, adaptując pozostałości dawnej osady kolonizatorów, odnowiono promenadę i liczne rezydencje. Samo Kep to luźno powiązane szeroką drogą asfaltową, wioski nadmorskie, z nieciekawą plażą. Miasteczko nie ma atmosfery ani kurortu Sihanoukville, ani klimatycznego miasteczka Kampot. Im bardziej zbliżamy się do plaży, staje się raczej nijakie i nudnie nieużyteczne. Takich miejsc nawet się nie zauważa, kiedy się przez nie przejeżdża. Widać inwestowane duże pieniądze w ten zakątek wybrzeża. Ale rozmach budowy promenady, szerokich alei i wielkich hoteli nie obiecuje, że w przyszłości będzie to miłe miejsce do spędzania czasu urlopu. Z pewnością ciekawsze plaże można znaleźć w Sihanoukville. Również plażową atmosferę zabawy i wszechstronnego spędzania czasu w tropikach. Natomiast Kep ma inne możliwości rozwoju i widać, że stara się w tym kierunku podążać, choć nie bez trudności. Kep było kiedyś rozlazłym, pomiędzy pagórkami i lasami, terenem gdzie zbudowano wiele rezydencji otoczonych wysokimi murami i odciętych od świata zgiełku wsi kambodżańskiej, gąszczem zieleni. Wiele z nich miało dostęp do plaży. Ale także wiele z nich pobudowano wyżej, na łagodnych stokach Parku Narodowego Kep. Właśnie do takiej, zatopionej w gęstej dżungli, rezydencji zwanej 'Jaśminową Doliną', skierowaliśmy swojego skutera. Droga dość off-roadowa, zmusiła nas do kręcenia kierownicą, aby uniknąć ostrych kamieni i wspiąć się nieco wyżej, na przedgórze płaskowyżu. Po drodze minęliśmy inną rezydencję w gąszczu palm, opisaną jako 'farmę motyli'. Właśnie takie spokojne zakątki mogą znakomicie rozwijać się w tym terenie. Oferują przyjezdnym mieszkanie w samym sercu dżungli, w domkach na palach, z pełnym luksusem. Są restauracje z jedzeniem dla białych i inne atrakcje, ot chociażby szlaki do turystyki pieszej przez dżunglę Parku Kep. Dla ludzi mieszkających w wielkich, zachodnich aglomeracjach, urlop w spokoju, w przyrodzie dżungli, niedaleko plaży, z możliwością wypożyczenia motocykla, aby objechać dalsze atrakcje, to może być strzał w dziesiątkę. Jednak należy pamiętać, że Kep to Kambodża, i żyją tu Kambodżanie mający inne potrzeby niż ludzie z Zachodu. To oni tworzą większą część rynku turystycznego w takich miejscach jak Kep.
       Dzień miał się ku końcowi kiedy otumanieni gęstym pyłem wzniecanym z drogi, zaczęliśmy wracać w tłumie ciężarówek, samochodów, skuterów. Motocykle w każdej postaci i przeznaczeniu zdążały, albo wracały z Kampot. Motocykl w Indochinach to rzecz tak naturalna dla każdego człowieka, jak dla nas buty. Spełniają tu wszystkie niemal role transportu drogowego i poza drogowego. Poprzez różnego rodzaju, zmyślnie konstruowane przyczepki i naczepki, przekształca się skutery i motocykle w ciągniki siodłowe. Czasami przewozi się w ten sposób długie na sześć metrów bele drewna, czasami całe klasy uczniów ze szkoły. Czasami taki zaprzęg służy jako autobus podmiejski, czasami jako riksza z naczepianą z tylu dwukółką z daszkiem, a czasami jest to przerobiony na trajkę większy motocykl. Ale najczęściej skutery albo motocykle służą jako napęd do przyczepek zamienianych na kramy-kuchnie. Mąż w ten sposób wywozi żonę do miasta, odczepia przyczepkę i wraca na wieś do gospodarstwa. Albo kobieta ma boczny wózek doczepiany do swojego skuterka, w którym oprócz przepastnych schowków, paleniska z wogiem, czasami zamrażarki z wystawką dla klienta, jest także miejsce, aby zabrać plastykowe mini-krzeselka i stoliki, a to wszystko zadaszone kawałkiem kolorowej szmaty. Całe mnóstwo skuterów i motocykli służy po prostu jako środek lokomocji, nawet wiele dzieci ze szkół jeździ skuterami. Po prostu zastępuje buty. Ta lekkość i poręczność użytkowania skutera jest porażająca, postanowiliśmy kupić takie tanie wozidlo w Polsce. Na pewno się przyda.
       Wróciliśmy do Kampot, ale nie zatrzymaliśmy się na długo. Postanowiliśmy odwiedzić jeszcze tego dnia pobliskie ZOO. Takie instytucje w dzikich krajach nie są ostoją poszanowania praw zwierząt, ani miłym miejscem spacerów, z jakim kojarzyć się może ZOO wrocławskie. ZOO koło Kampot prowadzi pewna kobieta z Zachodu, ale według słów Iwony i tak spacer pomiędzy klatkami nie jest przyjemny. Zwierzęta są raczej nieszczęśliwe i może poza niektórymi, uszkodzonymi przez los, które nie miały innego wyboru, nie powinny się tutaj znajdować.
       Nieco dalej za ZOO, dojechaliśmy do hydroelektrowni zbudowanej przez Chińczyków u podnóża płaskowyżu Bokor. Inwestują ostatnimi czasy miliardowe fundusze w Kambodżę. Lokują długoterminowo zyski, podobnie jak w Afryce. Trafiliśmy akurat na spust wody i kamieniste dno rzeki Kampong Bay wypełniła szumiąca, czysta woda. Nie wiem czy organizuje się tutaj rafting, ale rzeka jak najbardziej się nadaje. Trzeba tylko w odpowiedniej chwili dać w łapę Chińczykowi stojącemu przy kranie, aby napełnił ją wodą.
       Wcześnie rano ruszyliśmy autobusem do Phnom Penh - stolicy Kambodży. Najkrótszą drogą to zaledwie 148km, ale autobus musi zarabiać, jak mężczyzna, więc jedzie dookoła, przez wszystkie miasteczka i wioski, nadrabiając 50km. W sumie to ponad pięć godzin szarpanej jazdy po dziurawych, zatłoczonych i zakurzonych drogach. Autobus co chwilę się zatrzymuje, aby kogoś wysadzić, albo zabrać. Ale jest klimatyzowany, chociaż rozklekotany. Koszt 5USD od osoby. Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, więc mogliśmy podziwiać kunszt dzikusowskiej jazdy, w stylu 'kto większy i pierwszy, ten ma pierwszeństwo'. To co jeździ na dwóch kołach, nie ma żadnych praw, chyba że przewozi kobietę z dzieckiem, albo wielkie toboły za plecami. Tłok na drogach jest duży, wioski nigdy się nie kończą, płynnie przechodzą w małe miasteczka, większych miast w Kambodży jest niewiele, za wyjątkiem Phnom Penh. Tereny wolne od ludzi to parki narodowe, w górach. Typowy obraz południowoazjatyckiej rzeczywistości.
       Phnom Penh liczy sobie dwa miliony mieszkańców. Leży oczywiście nad Mekongiem, spławnym w tym miejscu aż do ujścia w Wietnamie. Pływają po nim potężne barki rzeczne. Miasto założono w XIV wieku, nosiło wtedy nazwę Chadomyk. W mieście usypano przed wiekami sztuczne wzgórze, na którym stanęła świątynia Buddy. Inicjatorką tej ziemnej budowli była lokalna możnowładczyni o nazwisku Penh, stąd wzgórze nazwano Phnom Daun Penh (wzgórze pani Penh).
       Kiedy wreszcie dotarliśmy do stolicy, wysiedliśmy ku zdziwieniu większości białych współtowarzyszy, na skrzyżowaniu, w środku miasta. Według naszego rozeznania stąd było blisko do tanich hoteli. Udało się nam trafić na ulicę 111 bez większych problemów. W Phnom Penh, większość ulic ma numery. Musieliśmy jedynie dogadać się z zupełnie nierozgarniętym rikszarzem. Pomogła pani w oddziale Western Union. A ja myślałem, że ta organizacja nigdy mi się nie przyda w podróży.
       Hotele na taniej ulicy, z dala od centrum turystycznego życia stolicy, podniosły ceny o 30%, względem zeszłorocznej ulotki. Ale nie dawaliśmy za wygraną. Zawdziliśmy plecaki na grzbiety i poszliśmy w słońcu szukać niższych cen. Uszliśmy może z kilometr, zachodząc po drodze do każdego hotelu i w końcu znaleźliśmy coś za 7USD, czyli 9zł na głowę taniej niż na początku. Tyle, że bez klimy i na czwartym piętrze, w dość czystej kamienicy. Podróżnik musi zawsze oszczędzać, jak tylko raz popuści cugle dyscypliny, to zeżre go konsumpcjonizm i konformizm, otumani lenistwo. To zupełnie jak ze zdradą żony, podobno raz wystarczy i już po zabawie.
       Jak na polskich turystów przystało, nie odpoczywaliśmy w pokoju zbyt długo. W samo słońce poszliśmy zwiedzać miasto, raczej mrowisko. Wyszliśmy na bulwar nazwany ku chwale bratniej Jugosławi - Joseph Broz Tito. W Bangkoku przynajmniej są korki i samochody raczej stoją, więc nie ma ruchu i łatwo poruszać się na piechotę. W Phnom Penh nie ma korków, wszystko jeździ i to chaotycznie szybko, a chodniki są zajęte przez parkujące Toyoty i wystawki sklepowe. Z riksz nie korzystaliśmy bo Phnom Penh jest małym miastem, wszędzie jest blisko. No i z wrodzonego skąpstwa, rozgrzeszanego 'byciem w podróży'.
       Zabudowa oscyluje pomiędzy trzema a czterema kondygnacjami, ale mają dwa wieżowce, w tym jeden w budowie. Domy nie przedstawiają żadnej wartości estetycznej, raczej są przeciwieństwem jakiegokolwiek dobrego smaku. Wszystkie wyglądają podobnie, sześcienna kubatura z balkonami, wystającymi klimatyzatorami, chociaż nie tak często jak w Bangkoku. Na tyłach śmierdzący śmietnik, na froncie zaparkowane na połamanym chodniku Lexusy i Toyoty, na parterze sklep, restauracja, lub recepcja hotelu oraz śnięty, umundurowany cieć, jest standardowym wyposażeniem, dodawanym gratis do blachy falistej na dachu. Istnieje kilka wyjątków. Na przykład waty, znaczy świątynie, otoczone wysokim na trzy metry murem. Albo budynki rządowe, otoczone takim samym murem, ale ze strażnikami. Są też szkoły, łatwo je rozpoznać z daleka, po wzbierającym zgiełku rozdzierającym ściany. Są też pozostałości kolonialne, ale raczej w nędznej kondycji i jest ich mało. Podobnie jak pozostałości po rozbudowanej kuchni francuskiej. Jedyne co można kupić to bagietki, ale krótsze o 50%, od tych francuskich. Reszta ulicznych kramów oferuje jedzenie w stylu Beara Gryllsa, znaczy to co nic nie kosztuje i pomiędzy kamieniami żyje. No może nie do końca, ale zjeść to trudno. Może Kambodżanie przyzwyczaili swoje kubki smakowe do takiego żarcia z czasów biedy i teraz im to smakuje? Nam nie, jadają gorzej niż Anglicy. Nawet nie chodzi o to że smażone robaki, bo to akurat lubię, ale na przykład zieleninę przyprawiają sosem ze zdechłych ryb, smażone kulki z mąki ryżowej w sosie od gotowanych ostryg. Nawet patyczkowcy się nie starają, jedyne na co ich stać, to niedosmażone, czerwone mięso, niby wołowina, ale moim zdaniem to kocina, albo szczurzyna. Mają też łapki kurze, albo końcówki kurzych skrzydełek. Zupełnie jak na Syberii, pełno mięsa biega na czterech nogach, w wielkich hodowlach, a w barach dla kierowców dają jakieś obrzynki z pyrami i górą chleba, na zapchanie głodu. Co wartościowsze pewnie na export do bratniej Polski.
       Ale trafiliśmy na ichniejszy, wielki bazar. Nie mówię tu o Phsar Thmey - central market, słynny z opisów, z przewodników, ale o takim dla ludu kambodżańskiego. Dawali tam wszystko co można zjeść, nic dziwnego, że w dżungli nie ma nic. My akurat napstrykaliśmy zdjęć i zjedliśmy kilka słodkości wyrabianych nad ogniskiem z bananów i słodu.
       A propos ludu kambodżańskiego. Na wsiach, co kawałek, widać blaszane szyldy z wymalowanym, białym na niebieskim tle, napisem 'Cambodia People's Party'. To reklama socjalistycznej partii Kambodży, ale ja to tłumaczę na swój sposób - 'kambodżańska zabawa ludowa'. Widać po doświadczeniu z czerwonymi, lud Kambodży nadal potrzebuje uwolnienia uciśnionych przez system gospodarczy. Poprawa materialnych aspektów szarej codzienności, jest ważniejsza od rozsądku. Może jak trochę się zglobalizują, to jednak partia monarchistyczna, zmarłego w listopadzie księcia Sihanouka, teraz podtrzymywana przez jego syna, zdobędzie większe poparcie. Książe Sihanouk namieszał wspierając Vietcong, potem uciekając się do komunistycznego systemu czerwonych Chin i wynosząc ludowego kretyna Pol Pota na władcę, a na końcu opierając się o burżuazyjne ONZ wracając w chwale na stanowisko przywódcy Kambodży, by tworzyć partię o podłożu monarchistycznym. Brak zdecydowania politycznego i skonkretyzowanego światopoglądu władcy, odcisnął się głębokimi ranami na społeczeństwie i rozwoju kraju. Nie każdy może mieć mądrego króla, jak Jordańczycy.
       Wspomniany Phsar Thmey mieści się w północnej starówce, w budynku z początku XX wieku, na rzucie równoramiennego krzyża. Jeśli potraficie sobie wyobrazić jubilera o powierzchni, tak na oko, 1000mkw., bez klimatyzacji i bez tlenu potrzebnego do oddychania, z mnóstwem podświetlanych lad, a za nimi uśmiechnięte, krzykliwe i sprytne panienki targujące się z przyjezdnymi do upadłego, to właśnie stanowi centróm Thmeyu. Panuje tam atmosfera znana z kasyno, ale naprawdę, po południu nie ma czym oddychać. W ramionach krzyża, na którego planie zbudowano Thmey, mieszczą się kramy z różnym badziewiem nowoczesnego sortu chińskiego, elektronicznego, AGD, itp. W sumie nie ma po co tu przychodzić. Nijak to się ma to malowniczego, orientalnego, ciekawego, zadaszonego rynku w Osh, w Kirgizji. No, ale dla turysty, co chce kupić podróbkę Rolexa z Chin, albo tanią biżuterię, aby się potem latami chwalić przyciszonym głosem - wyglądają jak diamenty, ale to za 50USD kupione! No, to dla takich, polskich cwaniaków Thmey jest wymarzonym miejscem do zabłyśnięcia, jak supernova, raz i mocno.
       W swojej wędrówce przez miasto dotarliśmy nad Mekong i do dzielnicy turystycznej. Jest tu promenada, są hotele, restauracje w każdym sorcie i cenie. Zrobiliśmy sobie chwilę odpoczynku od duchoty i hałasu miasta na brzegu rzeki, w cieniu drzew. Słońce i brak powietrza dały mi się dzisiaj we znaki. Po rzece pływały barki. Puste w dół, a pełne w górę, jakieś masowce. Ciekawostką był załadunek barek, jak to w azjatyckich krajach bywa. Skoro statek pływa po rzece to fal nie ma, więc można go tak obciążyć, aby pokład był na linii wody, a czasami pod wodą. Pompy i tak pracują non-stop, więc co się naleje to się wypompuje, a przynajmniej więcej się zabierze i bardziej się to opłaci. Maksymalizacja zysku mimo rozsądku, niechybnych problemów, kosztem sprzętu i przewidywanych strat. Przecież to ten sam sposób myślenia, co w zachodnich bankach serwujących wirtualne lokaty i wypracowujące kryzys gospodarczy. Po rzece pływały także barki żywcem wyciągnięte z dawnych czasów, albo kostiumowych filmów. Drewniane, okopcone, powyginane od wysługi lat, zmęczone życiem i dzikusowskim torturowaniem materiału.
       Na szczęście wcześnie rano wynosimy się z tego dusznego, pod każdym względem, miasta. Jedziemy do Siem Rep, turystycznej świątyni Indochin. Dyskutowałem z Iwoną nad sensem wyprawiania się w tamtym kierunku, tym bardziej, że nam to nie po drodze. Angkor Wat sfotografowano już z każdego kąta i w każdym oświetleniu. Nie ma sensu jechać tam gdzie byli już wszyscy i powiększać tłum białego. Ale była uparta. Plan podróży z przewodnika, zupełnie jak plan lekcji z podstawówki, dla kujonów jest święty. W końcu zdecydowaliśmy się rozstać i spotkać za dwa dni w Kratie, nad Mekongiem. Ale przekonała mnie jednak, że w zamian za zwiedzanie Angkor, mogę wypożyczyć przecież jakąś dwukółkę i puścić się w zaminowane góry, ostatnią siedzibę Czerwonych Khmerów, naprzeciw szutrowej przygodzie, tropikalnemu lasowi, a przy okazji zobaczyć kilka zapomnianych przez turystów atrakcji z dawnego Angkor, pośród lasów i nielicznych wiosek. Dać facetowi z nadętym ego i silnym przeświadczeniem czego chce - pożywkę, jak psu kość, aby się nie rzucał. Ano zobaczymy co się sprawdzi z tego wspaniale brzmiącego planu. Ale jedynie taka alternatywa przekonała mnie, abym pojechał autobusem do arkadii zorganizowanej turystyki wokół Angkor. Na samą myśl czuję się jakbym zjadł cheesburgera McDonald'sie, w nowootwartym centrum handlowym, w grupie młodzieży nieprzytomnie uszczęśliwionej faktem przebywania w miejscu gdzie 'są wszyscy ważni tego miasta', i każdy ma w ręku najnowszy model komórki. Wołałbym wejść do jaskini smoka razem z Hobbitem.
       No ale zapomniałbym o podkurku, podwieczorku, złożonym z kwiatostanów lotosu. Zakupiliśmy sobie takie zielone lejki, zrywane na śmierdzących od odchodów ludzkiej cywilizacji bagniskach. Z tego można wyłuskać coś na podobieństwo żołędzi, ale miękkich. Po ich nadgryzieniu, wydobywa się ze środka biały orzeszek, smakuje jak bardzo młody orzech laskowy, w skrzyżowaniu z niedojrzałym grochem. Zajadaliśmy się tym, płacąc dolara, pod Wat Phnom, czyli świątynią na wzgórzu, landmarkiem turystyki zorganizowanej, zmuszonej do zostania na jeden wieczór w Phnom Penh.
       Ale jeszcze wieczorem poszliśmy na poszukiwanie restauracji godnej miana "tania". Znaleźliśmy coś dla tubylców. Byliśmy pierwsi, jeszcze za wcześnie na obiady dla lokalesów, mimo że już ciemno. Restauracja była zorganizowana na sposób malajski. Każdy stół miał wbudowaną w blat kuchenkę elektryczną. Można było zamówić gar zupy i różnego rodzaju dodatki, z długiej listy. Potem stawia się gar na kuchenkę i gotuje według własnego uznania, mieszając niemieszlane składniki. Słyszeliśmy z opowiadań o takich restauracjach, ale przeliczyliśmy ceny z menu i zamówiliśmy standard, czyli ryż z woga z owocami morza i warzywami. Iwona tylko pstryknęła zdjęcie gotowania zupy w restauracji, za kwaśną aprobatą naszych sąsiadów, ze stołu obok. Widać nie w smak im było występowanie w roli małp w ZOO. Chociaż jak by mnie żółtek w Poznaniu zaczepił w barze 'turysta' i zapragnął sfotografować moje fryty z jajecznicą, to bym z uśmiechem mu na ten wybryk pozwolił. No tak, ale uśmiech na twarzy wcale nie oznacza uśmiechu wewnątrz. Dla żółtych dyktowany konwenansem uśmiech na twarzy może nie być konieczny dla współegzystowania w społeczeństwie. Mimo to mentalność Kambodżan nie wzbudza we mnie takiej ciekawości jak mentalność Tajów, ale i tak czasami może zaskoczyć.
       Na razie zaskakuje mnie nowy Windows w laptopie Iwony. Mój stary rupieć nie ma połączenia Wi-Fi i korzystamy z plastykowego gówna Iwony. Po prostu świadectwo czasów. Ściągam tracki na GPSa ze strony wspierającej rozwój turystyki w rejonie Kratie i nie wiem, gdzie ten skórw... to zapisuje. Sam sobie tworzy katalogi na dysku, potem pokazuje mi tylko skrót i ani myśli powiedzieć gdzie to jest fizycznie. No tak... w sumie to samo mamy w nowych motocyklach, czy samochodach. Po jasnego gwinta kierowca ma wiedzieć jak to działa? Ma działać i nie turbować percepcji użytkownika. Głupi jest i nie chce wiedzieć niepotrzebnych rzeczy. Nowy Windows robi nam łaskę wyręczając nas w powtarzalnej, mechanicznej robocie. A ja go chromolę. Chcę wiedzieć jak i gdzie coś się zapisuje na moim dysku i chcę mieć na to wpływ. Płacę i wymagam! Dlatego nie ufam żadnemu, nowemu sprzętowi.
       Z Phnom Penh wyjechaliśmy przed dziewiątą. Zapakowali nas do piętrowego, koreańskiego autobusu, którego parter został przebudowany na bagażnik. Takich autobusów jeździ tu sporo. Są wyeksploatowane, ale 70km/h osiągają, co na kambodżańskich drogach jest dużą szybkością. Oczywiście klimatyzacja jest obowiązkowa. Czasami tylko za mocno chłodzi, albo nie działa w ogóle.
       Wyjazd ze stolicy to nie łatwa sprawa. Droga na północ jest w ciągłej przebudowie. Postawiono już kilka mostów przez Mekong, ale autostrada jest w powijakach. Środkiem biegnie połamany, stary asfalt, bo obu jego bokach zrobiono szerokie, dziurawe szutrówki. Efekt jest taki, że asfalt jest zapchany ciężarówkami, które z powodu niezwykłego przeładowania towarem, muszą jechać wolno, tak około 25-35km/h. Bokami śmigają samochody terenowe i podskakujące autobusy. Zapylenie jest tak duże, że pewnie widać je z kosmosu. Wszystko co jest pobudowane i co rośnie wzdłuż drogi jest grubo pokryte pomarańczowym piachem. Obrazek jak z Kazachstanu, albo z Syberii. Ale tam nie ma takiego natłoku samochodów, no i drogi szybko się zmieniają, ostatnimi czasy, w dobry asfalt.
       Przepychanka na drodze i nurkowanie w chmurach pyłu trwało do miasta Kampong Thnor. Potem odbiliśmy na zachód i ścisk na drodze nieco zelżał. Zmieniła się także zabudowa wsi. Teraz domki na palach były z drewna, obite pionowo mocowanymi deskami i przekryte dachówką. Co bogatszy obszarnik miał murowane ściany na parterze, zamiast zupełnego prześwitu pomiędzy drewnianymi palami. Zabudowania gospodarskie konstruowano podobnie, z tym, że ściany i dachy były z sitowia. Jak okiem sięgnąć, poza nigdy nie kończący się szpaler zabudowań wiejskich wzdłuż drogi, rozciągały się suche o tej porze roku pola ryżowe, dopiero gdzieś tam daleko zamknięte mizernym lasem. Jeszcze dalej na północ, gospodarstwa wiejskie wyposażano w stawy z zieloną wodą. Miały chyba na celu magazynowanie wody dla bydła w porze suchej. Stawy wykopywano zwykle przed domem. Oczywiście o czystości, ładzie i porządku na wsi kambodżańskiej, nie można nic powiedzieć, nad to, że takie normy tu nie istnieją. Mimo licznych koszy na śmieci, sprytnie konstruowanych ze starych opon ciężarówek, śmieci wszędzie jest mnóstwo, smrodu ze ścieków także. Ale jakoś tylko białasom to przeszkadza.
       Autobusy zwykle zatrzymują się na postój obiadowy w jakimś oddalonym od innych sklepów i barów zadupiu. Ceny są mocno podkręcone, menu w restauracji mizerne i nie dla białych. To proceder tak oczywisty jak wszystko w Azji. Kambodża nie jest wyjątkiem. Tym razem jednak autobus zatrzymał się obok kilku straganów. Opuściliśmy więc terytorium restauracji dla pasażerów autobusu i poszliśmy szukać czegoś taniego i dobrego do jedzenia. Znaleźliśmy jajka. Ale w Indochinach jajka to śmierdzący temat. W sklepie oczywiście można kupić surowe jajka, ale na straganach już jest inaczej. Trzeba długo uzgadniać z niemówiącymi po angielsku sprzedawcami, co jest wewnątrz tych jajek. W Kambodży najpopularniejsze są gotowane babe eggs, czyli ugotowane jajka z niewyklutym kurczęciem, albo kaczką. Są też jajka wydmuszki, zapakowane jakimś farszem i ugotowane. Są też jajka przeterminowane, znaczy tak zwane stuletnie. One są najdroższe i łatwo je odróżnić po cenie. Zwykłych jajek od kury, ugotowanych na twardo jest najmniej. Więc i tym razem zamiast takich kupiliśmy babe eggs. Na szczęście, po drugiej stronie ulicy udało się kupić zwykle jaja. Stragany z jajami w różnych gatunkach, są na bazarach w Kambodży częstym magnesem dla turystów, fotoamatorów. Piramidy, równo ułożonych jajek, są ciekawą osobliwością dla białego. Zwykle można rozpoznać, co w jajku jest po kolorze skorupki i po jej wielkości. Ale to nie zawsze się sprawdza.
       Trasa 325km z Phnom Penh do Siem Reap zajęła nam prawie osiem godzin. Ale w końcu dotarliśmy do najważniejszego miejsca turystycznego w Kambodży. Już na samym początku coś mi tu niepasowało. Zamknęli nas razem z autobusem i wybranymi rikszarzami na tyłach jakiegoś budynku. Mieliśmy się chyba dogadać z tymi wybranymi rikszarzami. Ale nie z nami takie numery.
       Potem niestety zmieniliśmy plany i pojechaliśmy do samego centrum Siem Reap, tam gdzie disneyland dla turystów huczy najgłośniej. Znalezienie dobrego hotelu nie jest tu łatwe. Ale w końcu trafiliśmy do Garden Village. To rozległy kompleks kilku kamienic zamienionych na hotele w różnym standardzie. Oprócz tego jest zarośnięty, śmierdzący staw, aby komary miały gdzie się wykluwać, jest też kilka bungalowów, jak to oni nazywają, a w rzeczywistości to zapleśniale domki z sitowia nad stawem. Są też tanie pokoje zbiorowe, gdzie pod moskitierą wykupuje się siennik za 2USD. Na jednym z budynków jest restauracja z dyskotekową muzyką. Całość sprawia wrażenie squotu, albo wiecznie balangującego akademika, pełnego młodzieży na haju, z dredami, dyskutującej o nowym oprogramowaniu do I-phona albo nowym wykonawcy grandżowym z Australii, albo o tym kto wczoraj więcej wypił, czy kogo przeleciał. Wspaniała atmosfera wolności od tego wszystkiego, co na Zachodzie poważni ludzie, zwykli nazywać normą. Zatrzymaliśmy się tutaj bo mieli tanie pokoje, a wieczorem okazało się, że potrzebowaliśmy jeszcze pomocy wygadanego po amerykańsku Kambodżanina.
       Siem Reap to duże miasto, chociaż nie sprawia takiego wrażenia. Mieszka tu ponad 180 tysięcy mieszkańców. Nazwa miasta oznacza porażkę Syjamu, na cześć zwycięskiej bitwy.
       Pierwsze, co zrobiliśmy, to poszliśmy na miasto coś zjeść i poszukać wypożyczalni motocykli. Centrum zajmuje kilka kwartałów przekształconych na jedną wielką dyskotekę i kompleks restauracyjny. Coś jak Rhino w USA, ale zamiast kasyn są restauracje. Po zmroku zaczyna to wszystko ożywać, hałasować, błyskać fleszami i śmiechem. Obok jest rynek z chińską tandetą oraz jadłem. Po drugiej stronie rzeki, wzdłuż której troszeczkę posprzątano i uładzono, aby sprawiało wrażenie parku miejskiego, zbudowano drugi rynek i nazwano go nocnym. Ponieważ otwiera się dopiero po zmroku, kiedy turyści idą w wakacyjne tango zjadać te orientalne specjały, albo na zakupy souvenirów i tandety którą można z dumą prezentować na półce w gościnnym. Restauracje mają różny styl, od typowo chińskiej, przez irlandzki pub, po standardową Pizza Hut. Jak by tego było mało, można skorzystać z tzw. Floating market, czyli tego samego co nocny rynek, ale na rzece i jeziorze, gdzie można kupować i konsumować w romantycznej atmosferze, przy świetle lampionów, z pływających kramów. Oprócz tego prawie codziennie można skorzystać z pokazów tańców ludowych Apsara i śpiewu. Krótko rzecz ujmując, dobrze zaprojektowany, kiepsko utrzymany, przynoszący krociowe zyski, kombajn przerabiający chętnie wydających wakacyjne pieniądze turystów na dochód Kambodży. Widać tu rękę białych. Ktoś to musiał zorganizować w stylu dobrych zasad marketingu i ekonomii. Ktoś też podpowiedział żółtym, aby nie wypożyczali motocykli i skuterów, bo lepiej zarobić można na wożeniu turystów busikami i rikszami. Dlatego moje nerwy zawrzały kiedy, dowiedziałem się tej nowiny od kolejnego właściciela wypożyczającego rowery. Turystom mówi się, że to dla ich dobra, bo ruch uliczny w Kambodży jest za trudny, aby biały jeździł motocyklem. A turysta łyknie wszystko. To taki rasizm, no nie! Jak jesteś biały to motocyklem ci nie wolno. Zupełnie jak bym był czarny sto lat temu w Teksasie. Mam ochotę na dokonanie odwetu pod tytułem 'zbiorowa odpowiedzialność'. A gdyby tak w Berlinie zakazać wypożyczania samochodów ludziom żółtej rasy, ponieważ w Niemczech ruch uliczny jest zupełnie inny niż w Azji. Czy to by przeszło w socjalistycznie, tolerancyjnie, humanistycznie nastawionych mediach?
       Próbujemy załatwić moto na lewo, poza prawem, ale ludzie się boją policji podatkowej. Nawet nibywlaściciel Garden Village jakoś współpracować nie chce. Narkotyki, trawa, owszem, ale motocykl na wypożyczenie to już nie. Podobno policja łapie każdego białego na skuterze z rejestracją Siem Reap. Cholera, czemu ja zawsze muszę pod prąd. Patrzę na te cielęta z Zachodu i oni w ogóle nie protestują, jak ich rikszarz robi w balona, albo biorą za duże pieniądze brudny pokój w hotelu, gdzie ja bym miał stracha w sandałach wchodzić, a oni na boso, bo cieć im każe buty zdejmać przed progiem. Ludzie od show-turystyki robią ich jak chcą, a oni nic. Myślę sobie głupi, ale może oni cierpliwi, albo naiwni, albo mają to w pompie, bo są na wakacjach i odpoczywają, a nie walczą z zastaną rzeczywistością. Może mają klasę i patrzą na to z góry.
       Tak mnie to wszystko wnerwilo, że wlanąłem sobie fryty w restauracji na dachu Garden Village. Zapiłem whisky przywiezioną w plastykowej butelce z Phnom Penh i nawet zaczęła mi się ta atmosfera akademika podobać. Ale w nocy przyszło jakieś zatrucie i rano byłem zupełnie nie do użytku. Pewnie mnie żółć zalała od środka. Skoro motocykla nie ma, to i tak mogę poleżeć w łóżku i pogapić się na wirujący wentylator na suficie.
       Iwona wyruszyła na objazd świątyń Angkor jeszcze przed świtem. Pojechała rowerem. Z jej opowieści po powrocie, najbardziej wybijały się te o tłumach turystów zwożonych autokarami, busami, rikszami, przyjeżdżających na rowerach. Już po dwóch godzinach, nie można było robić zdjęć, bo ludzie wszystko zasłaniali. Wschód słońca pod Angkor Wat przyciągnął tłumy wyczekujących z aparatem w dłoni. Jak jest napisane, że wschód słońca jest ładny i minąć go nie można, to podarować sobie nie można. Tym razem słońce wzeszło jednak za chmurami. A nie mówiłem, żeby tu nie przyjeżdżać. To samo jest w każdym takim miejscu. Widzieliśmy to w Sewilli, Petrze, Agrze, itp.
       Na autobus czekaliśmy już o czwartej w nocy, bo ciemności były zupełne. Z Siem Reap wyjechaliśmy jednak po szóstej, bo trzeba było objechać wszelkie możliwe miejsca, gdzie kolekcjonowaliśmy pasażerów, aż wszystkie miejsca zostały zajęte, a w ładowni pod nami zapakowano dwa skutery i kilkanaście worków ryżu.
       Mieliśmy jechać dziesięć godzin do Kratie nad Mekongiem, we wschodniej Kambodży. Po drodze przesiadaliśmy się raz i dwa razy zatrzymywaliśmy na postój jedzeniowy. Tak jak większość turystów, również lokalni pasażerowie skwapliwie korzystali z każdej okazji aby zapalić papierosa. Przy ostatnim postoju poświęciłem nieco czasu na obserwowanie pracy policjantów. W południowej Kambodży nie widzieliśmy ani jednego, a dziś już kilku. Stoją w słońcu na skrzyżowaniach dróg i aby sobie wynagrodzić trudne warunki pracy, wyłapują co bardziej rozklekotane, przeładowane towarem pochodzenia rolniczego busy. Kierowcy busów, widać zorientowani w pracy policjantów na skuterach, od razu wystawiają rękę z kilkoma banknotami, aby ulżyć ciężkiej doli stróżów prawa. Potem pieniądz zmienia właściciela, samochód nawet się nie zatrzymuje, a zadowoleni z transakcji mężczyźni poklepują się przyjacielsko po ramionach. Nikt się nie kryje, nikt nie protestuje, wszyscy wiedzą jak stresująca jest praca policjantów i jak słabo są opłacani przez rząd. A busiki o kondycji pijanego paralityka, przewożą wszystko co się da, nawet dwa razy dłuższe od nich samych, tyczki bambusowe, wystające z tylu na 4-5 metrów i szurające po asfalcie. Niezwykła jest wytrzymałość tych pojazdów, a jeszcze większa, pokładana w nich wiara właścicieli. I to właśnie ta wiara trzyma w kupie koreańskie mechanizmy. Zupełnie jak w Polsce z Land Roverami. Miłość do swojego pojazdu potrafi zdziałać cuda.
       Gdzieś za Mekongiem, wjechaliśmy w tereny pagórkowate, obsadzone drzewami liściastymi. Stały w równych rzędach, aż po horyzont. Tak jak wcześniej cały pejzaż wypełniały pola ryżowe, tak teraz gospodarka leśna. Wsie były znacząco bogatsze, ale tylko przy Mekongu, dalej, na wschód już bieda większa niż na południu. W jednej, długiej na kilkanaście kilometrów wsi, nastąpiło zgrupowanie starych Unimogów, z lat '60-tych. Wysłużone ciężarówki stały na każdym gospodarstwie i przedstawiały różny stan rozkładu.
       Przez jakiś czas jechaliśmy wzdłuż granicy Wietnamu, a potem zagłębiliśmy się w dżunglę palmową i biedne tereny rolnicze. Do Kratie wjechaliśmy od wschodu, a nie jak by dyktowała logika, od zachodu. W linii prostej z Siem Reap do Kratie jest 250km, ale po głównych drogach aż 480km. Są drogi na skróty, ale tamtędy autobusy nie jeżdżą, pewnie to szutrówki. Główna też nie jest zbyt dobra, czasami asfalt zupełnie znikał.
       Kratie to małe miasteczko, będące ośrodkiem cywilizacji dla całego regionu wiejskiego. Leży na prawym brzegu Mekongu, na wysokim klifie. Mieszka tu 13 tysięcy mieszkańców. Resztki zabudowy kolonialnej nie tworzą atmosfery, jaką znamy już z Kampot. Przyjemnej atmosfery tutaj raczej nie ma w ogóle. Centrum to żywa hurtownia dla zaopatrujących się, we wszystko co potrzeba, rolników. Kilka hoteli i parę restauracji dla turystów rozsianych jest po miasteczku jak rodzynki w cieście. Jedyne zajęcie wieczorami to łazikowanie od jednego rodzynka do drugiego, by coś zjeść albo nawiązać jakiś kontakt. To pierwsze, im bardziej na północ Kambodży, jest coraz trudniej osiągalne. Właściwie nic poza ryżem zapiekanym z warzywami, świniną, kurczakiem lub rybą, nie nadaje się do jedzenia. Lokalne specjały, typu gotowany ryż z kokosem w wydrążonych pałkach bambusowych, są tak samo pociągające jak gotowane embriony kurcząt w skorupce, czy nóżki krabowe z zieleniną, albo kurze łapki z grila. Pozostałość inwencji kulinarnej z okresu wielkiego głodu, nazywa się dziś 'przysmakiem lokalnym'. Ale chyba tak jest ze wszystkimi kulinarnymi unikatami obcej dla turysty kuchni. W XIX wieku w Chinach, ludzie z głodu jedli glinę z trawą, czy to znaczy, że dziś też trzeba, aby tradycji stało się zadość. Chyba, że dla zabawy wydłubywania potem kamieni z tyłka.
       Mekong, tuż poniżej zniszczonej, albo raczej źle zbudowanej, promenady jest szeroki jak Jenisej, albo dwa razy szerszy niż Dunaj w Rumunii. Po przeciwległej stronie wielkiej wody widać brzeg, ale brzeg wyspy. Piaszczyste plaże łagodnie wznoszą się aż do lasu palm. Wyspa jest zamieszkała. Rzeka w północnej Kambodży jest szeroko rozlana i płytka. Przecina ją wiele skalnych porohów, dzieli się na masę kanałów, tworzy liczne wyspy po środku swojego leniwego, brudnozielonego nurtu. Z tego też powodu nie jest na tym odcinku spławna dla wielkich barek, ani statków wycieczkowych. Ale od niedawna przyciąga turystów. Kambodżański Departament d/s Turystyki mocno zainwestował w stworzenie podwalin pod wielką turystykę. Strony internetowe aż kipią od darmowych informacji na temat uroków regionu Mekongu. Stworzono wiele szlaków rowerowych i kajakowych, z opisami oraz mapkami, dostępnymi informacjami do wykorzystania w odbiornikach GPS. Kratie i Stung Treng mają być takimi centrami turystyki aktywnej. Mają przyciągać nieco innych turystów niż Angkor, czy Sihanoukville. Żądnych poznania prawdziwej wsi kambodżańskiej i uroków rzeki Mekong. Jak ulał pasuje to do nas, więc tu jesteśmy, a jutro ruszamy na szlak, ale nie rowerem, bo klimat jest tu za ciężki na pedalenie, jedziemy skuterem.
       Kiedy przechadzaliśmy się po uliczkach Kratie, przypomniałem sobie swoją pierwszą podróż pozaeuropejską. Pamiętam, że wtedy w Indiach nie było internetu, ani alkoholu, nawet Pepsi nie można było kupić, a butelka wody była droga i z niepewnego źródła. Wieczorami, zamiast siedzieć przy klawiaturze, szklaneczce, albo w restauracji, gotowałem wodę z kranu i wlewałem do plastykowej flaszki, abym miał co pić przez cały, upalny, następny dzień. Wtedy wszystko było dla mnie nowe i wszystko mnie czegoś uczyło. Czas mi się nie dłużył, nie musiałem go skracać używkami. Po latach nieustających podróży wszystko wydaje mi się prostsze, ale znane, gdzieś już widziane. Jadę poznawać kolejne, dzikie krainy, ale ciągle porównuję je do tych, które już kiedyś widziałem. Nie umiem wyzbyć się oczekiwań PRZED i krytyki PO. Z drugiej strony, moja świadomość nabita wspomnieniami i wiedzą świata, wie już lepiej, czego tak naprawdę chce, a których kierunków na pewno już nie przyswaja. Zastanawiam się często, czy stałem się także mniej wrażliwy na to, co odkrywam? A może jestem wrażliwy na co innego? Może przez to w mniej zrozumiały sposób opowiadam o świecie, bo nie skupiam się na tym co oczywiste. Tyle, że coraz mniej miejsc mnie zaskakuje, coraz rzadziej potrafię zaakceptować nowe wbrew uprzedzeniom. Jak wypalony zgred wolę siedzieć na swojej działce, aniżeli podbijać świat. Chyba trudno jest znaleźć równowagę między chęcią poznawania nowego, a świadomością tego co już się widziało i zrozumiało.
       Rano wypożyczyliśmy skuter od gburowatego Chińczyka, pozbawionego mimiki twarzy. W Kratie trudno wypożyczyć skuter z automatem, takie zwykle są droższe. Jak się potem okazało turyści rzadko zapuszczają się na szlaki trekingowe wzdłuż Mekongu, raczej krążą po głównych drogach, na wschodnim brzegu. Zlokalizowano tutaj kilka miejsc o wątpliwej wartości krajoznawczej, ale są to miejsca łatwo dostępne. Są z grubsza przygotowane punkty widokowe do obserwowania delfinów rzecznych, za opłatą oczywiście. Są też miejsca piknikowe z wiatami, zbudowanymi na pomostach, na rzece. Jest też mało atrakcyjna architektonicznie świątynia na czubku góry. Przez gałęzie drzew pozbawionych listowia, można pooglądać panoramę wsi wzdłuż Mekongu. Wzgórek jest wysoki, więc i panorama daleka. Rzeźby i budowle klasztoru na wzniesieniu, są w stylu wczesno ludowym. Nie przedstawiają żadnej wartości estetycznej. Ale można odszukać ciekawe malunki, w betonowej wiacie, podobnej do przystanku PKS. W prostolinijny, swobodny, niewybredny, wręcz ludyczny sposób przedstawiają buddyjskie piekło. Krew się leje gęsto, od razu można zrozumieć, że piekło to nie jest najlepsze miejsce na spędzanie wakacji od życia.
       My jednak wybraliśmy się na drugą, zachodnią stronę Mekongu, tam gdzie rzadko turyści się zapuszczają, chyba że wiezieni łódkami na wieczorne oglądanie delfinów przy zachodzie słońca. Może delfiny też tam płyną, aby pooglądać ludzi przy zachodzie słońca?
       Przepłynęliśmy rzekę promem za dolara. Duże, płaskodenne stateczki, potrafią zabrać nawet pokaźnych rozmiarów ciężarówkę. Rzeka ma w tym miejscu około 1200m szerokości. W innym miejscu mierzy sobie ponad 3.5 kilometra. Poprzez liczne wysepki, porohy i drzewa słabo widać przeciwległy brzeg, nawet stojąc na niewysokim klifie.
       Asfalt skończył się tuż za Kratie, a teraz droga zrobiła się tylko bardziej wyboista. Jechaliśmy na północ, blisko wysokiego brzegu Mekongu. Całe wybrzeże to jedna, niekończąca się wioska. Czasami jest bardziej w sobie skonsolidowana, bogatsza, hałaśliwsza, czasami przyjemnie rozrzedzona pomiędzy palmami. Przez cały dzień towarzyszył nam jednak jeden zapach - lisich nor. Nie mogliśmy znaleźć jego źródła. Lisów tu na pewno nie ma, nawet owady są zjadane. Zapach lisa przetykał czasami smród palonych, plastykowych śmieci oraz ścieków spuszczanych do Mekongu. Tak było w tych gęściej zaludnionych wioskach. Bardzo rzadko docierały do nas miłe zapachy kwiatu pomarańczy, albo innych. Wieś nie jest zelektryfikowana, więc co jakiś czas mijaliśmy pierdzący agregat prądotwórczy. Tworzył cywilizację dla okolicznych domostw. Ładował akumulatory, które potem służyły jako źródło życia dla odtwarzaczy DVD z krzykliwymi filmami z Hong Kongu. Albo napędzał wielkie lodówy, które wytwarzały lód, do chłodzenia napojów, albo robienia sorbetów z sokami. Nie dla turystów, bo jest ich tu bardzo mało. My spotkaliśmy jedynie dwoje rowerzystów. Przykro było na nich patrzeć, kiedy tak topili się na słońcu, jak biała margaryna palmowa na patelni. My zresztą też dziś dostaliśmy w kość od gorąca, ale wysiłek fizyczny ograniczaliśmy do kręcenia manetką gazu. Dzisiaj była wredna pogoda - niebieskie niebo.
       Wioski miały jednolitą zabudowę drewnianą. Domki posiadały jedną kondygnację i stały na, wysokich na około trzy metry, palach. Jedyne zwierzęta hodowane przez rolników to kury oraz krowy i bawoły różnej maści. Kury, razem z psami tworzyły koloryt zdechłej, tropikalnej wsi. W upale powłóczyły nogami, leniwie wylegiwały się na środku ścieżki, wyglądały jak przejechane tydzień temu przez ciężarówkę, ale jeszcze kulasami ruszały. Kóz ani osiołków tu nie mają. Może i dobrze, bachory nie mają się nad kim znęcać. Nie zbierają też krowich placków, mają dość drewna... jeszcze jest więcej palm i drzew, niż ludzi. A ludzie we wsiach wyglądali na szczęśliwych ze swej wegetacji. Najważniejsze zadanie życia to przetrwać na sposób ojca i dziada. Nie ma tu ludzi rozumiejących potrzebę polepszenia, rozwoju, zmiany, w jakimkolwiek kierunku. Jak to na dzikiej wsi bywa odnosili się do siebie krzycząc, wypluwając słowa jak karabin pociski. Nie rozumiejąc słów można odnieść wrażenie jakby się słuchało Marsjan z filmu "Marsjanie atakują".
       Tak... przetrwać na podobieństwo ojca i dziada... Nigdy nie uważałem ludzi zapatrzonych w tradycje ojców za wybitnie mądrych. Jestem zdeklarowanym zwolennikiem gombrowiczowskiej synczyzny.
       Aleja palmowa prowadziła nas na północ i jeśli tylko patrzyło się w górę, można było odnieść wrażenie, że pląsa się z szykiem cabrio Szewrolecikiem po 'bulwarze zachodzącego słońca'. Niektóre wioski były naprawdę miłe i korzystaliśmy z cienia, aby się w nich zatrzymać, albo kupić coś zimnego do picia. W większych mieścinach, dzieciaki były bardziej ośmielone i jednym chórem wołały za nami "HALO". Z początku sądziłem, że wołają tak za poruszającym się turystą, jak psy ujadające za jadącym na rowerze listonoszem. Ale jak tylko zatrzymaliśmy się, by kupić mango, wrzask nasilił się, a odpowiedzi na pozdrowienia nic nie zmieniały. Jakby wołanie nie miało na celu sprowokowanie nas do reakcji, ale jedynie sprawiało radość zaznaczaniem swego istnienia. Gdyby tak ludzkie dzieci wykształcały struny głosowe dopiero coś koło piętnastego roku życia, byłbym skłonny bardziej zaakceptować ich egzystencję.
       Pod koniec naszej trasy na północ, wjechaliśmy w mniej zaludniony obszar i ścieżka się pogorszyła. Mostki ponad dopływami Mekongu sprawiały wrażenie zamkniętych dla ruchu kołowego, ale nadal były używane. Trzeba było tylko uważać aby nie wjechać kołem w dziury między deskami, zdolne pochłonąć całe, rozwrzeszczane dziecię. Lokalni motocykliści hołdowali tej samej zasadzie, co pakistańscy skuterkowcy w Himalajach - trzeba przejeżdżać szybko i zdecydowanie, może się zdąży przelecieć zanim most się rozleci.
       W końcu dojechaliśmy do miejsca, skąd można było wynająć wąską pirogę z małym motorkiem oraz długą śrubą na zadzie. Zapakowaliśmy z motorniczym skuter do pirogi, a potem sami wsiedliśmy. Kazał nam trzymać skuter, zainkasował za trzy kilometrową przeprawę 12zł. Rozbój! Pozostało mi tylko ćwiczyć głębokie oddechy i myśleć o niebieskich migdałach. Nie umiem pływać bez płetw, a płetwy leżą na szafie, w Polsce. Pode mną kilka deszczułek chybotliwych jak linoskoczek pod dachem cyrku. Jeden brzeg oddala się i już niknie w oczach, a drugi daleko. Cóż tam woda, równie dobrze może być himalajska przepaść, jak w nią wpadnę to i tak trup. Szkoda tylko aparatu, jeszcze nie spłacony. Gdyby tak syn właściciela hotelu, od którego wzięliśmy nową, wypieszczoną Hondę, zobaczył co robimy z jego skuterem, to by nas pewnie zabił ciosem wibrującej pięści. Turyści są jednak nieodpowiedzialni i lekkomyślni.
       Na południe, do Kratie, wracaliśmy asfaltem. Przegoniliśmy trochę sprzęta, więc piach i kurz odfrunął, nie będzie trzeba go myć. Ale plecy Iwony i jej plecak wyglądały jak ciągnięta za koniem, po ziemi bela filcu w Kirgizji. Teraz tylko hotel, zimny prysznic, zimne Pepsi, a potem na obiad ugotuję grzałką elektryczną jajka na miękko. Mam dość ich bełtanego w wogu ryżu na oleju palmowym i gotowanych na twardo jaj.
       Kolejnego dnia, popołudniu, pojechaliśmy autobusem do Stung Treng, małego miasteczka nad brzegiem Mekongu, niedaleko granicy Laosu. Mieszka tu kilka tysięcy ludzi, mieszanka Khmerów i Laotańczyków. Zajechaliśmy na miejsce już w ciemnościach. Zakurzone, zaśmiecone, ledwo oświetlone, pełne jeżdżących, w każdym kierunku mopedów miasteczko nie robiło budującego wrażenia. Z drugiej strony tego oczekiwaliśmy, przewagi lokalnego kolorytu nad turystyczną fasadą.
       Nie czekaliśmy na hotelowych naganiaczy. Razem z nami, z autobusu wysiadła grupka białych, ich właśnie zostawiliśmy na żer riksiarzom. Sami puściliśmy się szeroką ulicą, ku błyszczącym neonom hoteli. Znaleźliśmy dość szybko chiński guest house, górujący nad zabudową miasta. I od razu puściliśmy się na oględziny terenu. Rzeczywiście, białe stłoczyło się w dwóch, jedynych enklawach hoteli i przyhotelowych restauracji, opisanych w Lonely Planet. Tam też zamówiliśmy na jutro rozklekotanego mopeda, półautomata. Miasteczko tonęło w jakimś kurzu unoszącym się wysoko nad dwupiętrowe kamienice z szerokimi balkonami. Dziś pełnia, księżyc nisko przeświecał na pomarańczowo tą chmurę kurzu, wznieconą dziennym harmiderem życia centralnego targowiska i podłużnego, prostokątnego placu, który teraz pokrył się ruchomymi kramami-restauracjami i piknikującymi na matach i na trawie. Przypominało to, ale ledwie złudzeniem, plac Khomeiniego w Esfahanie, w Iranie, tuż po zmroku upalnego dnia. Centralny targ już nie pracował, ale na jego obrzeżach kipiały światłem i życiem małe jadłodajnie. Na rogach ulic jeszcze żyły, sztucznym światłem białych i niebieskich diod, sklepiki z komórkami - najpowszechniejszy towar w Kambodży. Udało się nam znaleźć kram z jajkami i warzywami, kupiliśmy także kilka odmian egzotycznych owoców. Przechadzaliśmy się po ociemniałym, układającym się do snu miasteczku, a przed przypadkowo spotkanymi, zagubionymi w tym nienaturalnym dla turysty środowisku białymi, z dumą prezentowaliśmy zadowolenie, z faktu przybycia do tak naturalnego dla Kambodży miejsca.
       Potem, w hotelu, z lekkim strachem o konsystencję stolca, próbowaliśmy owoców, które dotąd tylko oglądaliśmy na targowisku. Na szczęście przewodnik służy w takich sytuacjach poradą, a i internet się przydaje. Zaczęliśmy od longana, przypominającego z wierzchu kiście winogron, ale w łupinie. W środku wygląda jak oko krowy, a jeszcze głębiej jak ciemny, mały kasztan. Smakuje słodko i mięsiście. Nazywa się go także 'smoczym okiem'. Potem czas przyszedł na rambutan o wyglądzie kolczastych kasztanów. Wewnątrz słodki miąższ z pestką jak w mango. Potem był mangostin w przekroju przypominał gwiazdkę i najsmaczniejszy - maprein, o wyglądzie mirabelki. A na koniec burakowaty i mdły 'smoczy owoc' w wersji czerwonej. Rano sraczki nie było, więc ucztę można uznać za udaną.
       Skoro świt wyjechaliśmy moped-trupkiem na wyprawę po okolicy. Na początek przefrunęliśmy przez nowy most na Tonle Srepok, dopływie Mekongu. Potem wjechaliśmy w biedne wioski, na północ od miasteczka Stung Treng. Ścieżka dla osiołków oferowała wrażenia enduro, które nasz pojazd łykał jak Bear Grylls pająki. Domeczki wyraźnie budowane były przez ludzi mniej zamożnych, takie wiejskie slumsy północnej Kambodży. Ale mimo to dzieciarnia już rozpoznawała zmotoryzowanych turystów, dając głos gromkim 'HALO'. Nic dziwnego, że telefony komórkowe idą tu jak woda. Najważniejsze, telefoniczne słowo, znane jest już wszystkim od dziecka.
       Z północnych rubieży wróciliśmy główną do miasteczka i tym razem puściliśmy się brzegiem Mekongu na południe. Budują tu długi na chyba trzy kilometry, most na rzece. Odnowiono także szutrówkę łączącą wioseczki wzdłuż rzeki. Ich domostwa już nie wyglądały jak półtora nieszczęścia, wręcz kwitły życiem. Ale jakoś nie mogłem odnaleźć radości z ich odwiedzania, tak jednej po drugiej, walcząc z półautomatem mopeda, na każdym, drewnianym mostku, nad dopływami Mekongu. Więc przy sprzyjającej okazji wymigaliśmy się ze szlaku turystycznego, stworzonego przez Departament Turystyki Kambodży, by zaimprowizować własną nawigację w terenie. Sprawdziło się stare porzekadło, że jak sam czegoś nie zrobisz, to na pewno nie będziesz zadowolony. Kiedy tylko oddaliliśmy się od Mekongu, wjechaliśmy na niskie plateau, z wypalonym lasem tropikalnym. Zaczęły powstawać już nowe wioski wzdłuż drogi, ciężkie maszyny przygotowywały teren pod nasadzanie nowych drzew. Małe działki obsadzono morwami i gęsto podlewano. Okolica słynie z produkcji jedwabiu, a liście morwy są potrzebne jedwabnikom do rozrostu.
       Po kilkunastu kilometrach znośnej szutrówki, dojechaliśmy do głównej drogi łączącej ten region północno-wschodniej Kambodży z resztą kraju. U nas droga ta mogłaby uchodzić za podrzędną i w dodatku zniszczoną... tak na oko nalotami bombowymi. Bo co jakiś czas asfalt się urywał, jakby lokalni przedsiębiorcy kradli go całymi placami, wypełniając dziury piachem i żwirem. Czyli model syberyjski.
       Kiedy mieliśmy już dość słońca, zatrzymaliśmy się na rozwidleniu dróg. W lewo główna uchodziła do Stung Treng i dalej do Laosu, a w prawo do Ban Lung - stolicy powulkanicznego rejonu, wschodniej Kambodży. W naszych gardłach zniknęła kolejna, zimna puszka wysokosłodzonej Coca Coli. Zjedliśmy też po świeżym mango i dalej w drogę. Minęła nas para rowerzystów, objuczonych bagażami. Jak oni potrafią w taki upal pedałować wyprawę przez Kambodżę? Ja bym nie potrafił. Od samego siedzenia na zydlu mopeda w tym słońcu, robi mi się co jakiś czas słabo.
       Szukaliśmy ścieżki idącej skrótem do Tonle Srepok. Wykombinowałem sobie, że na tej rzece muszą być jakieś skaliste porohy, zaznaczone na niemieckiej mapie, ale nie opisane przez Departament Turystyki Kambodży, w przewodniku po szlakach trekingowych dla turystów. W końcu trafiliśmy na odpowiednią szutrówkę i pojechaliśmy w dół, na północ. Wjechaliśmy w plantacje drzew kauczukowych, które wyglądały jak regularna dżungla, ale lekko wyschnięta. Organizacje zachodnie maczały tu swoje fundusze, aby zrekultywować teren, wybudować zbiorniki wodne zatrzymujące wodę i powstrzymać bezmyślne zjadanie przyrody przez, bez końca powiększającą się, populację wiosek. Dla nas oznaczało to piękne pejzaże, spokojną atmosferę lasu bez niekończącej się zabudowy drewnianych domków na palach oraz ciszę i spokój. Mogliśmy posłuchać za to głośnych cykad, szumu wody w strumieniach i być przez chwilę sami. Nieliczne domy w dżungli dodawały tylko kolorytu temu miejscu. Las nie był przejrzysty. Plątały go liany zwieszające się z wysokich drzew, niskie krzewy i trawy. Wydawał się chaosem tak jak zabudowa kambodżańskich wiosek splątana ścieżkami, płotami, poletkami warzywnymi, dachami rzucającymi cień, albo chroniącymi przed monsunem.
       Do takiej wioski dojechaliśmy nad rzekę Tonle Srepok. Zatrzymaliśmy się na kolejny postój w ucieczce przed słońcem. Gadatliwa właścicielka sklepu nie dawała nam wytchnienia. Szybciej się uczyła polskich słów niż my khmerskich. A chodziło tylko o to, że jest gorąco i się kurzy od przejeżdżających mopedów. Zjedliśmy kilka ogórków kupionych po drugiej stronie ulicy i już byliśmy oblepieni przez całą rodzinę pani sklepowej. Przyplątał się też jakiś młodzieniec znający kilka słów po angielsku, przynajmniej według jego opinii. Iwona wyciągnęła naszą ulotkę z obrazkiem z zimnego Tien-Shanu i północnej Syberii. Oglądali, a Iwona robiła im zdjęcia. To zawsze działa. Czasami wystarczy tania pocztówka z Poznania, z wizerunkiem koziołków na ratuszu. Cokolwiek z innej rzeczywistości, innej od kurzu, spiekoty, palm, czarnych ze starości i brudu, drewnianych domków. Czasami, na rodzinnych spotkaniach w Polsce, wystarczy wyciągnąć zdjęcia z tropikalnych krajów, albo puścić film na DVD.
       Porohy na rzece szerokości Wisły i głębokości rowu melioracyjnego, nie robiły wrażenia, ale można było poskakać po kamieniach i pobrodzić w ciepłej jak zupa wodzie. Staliśmy się na kilka minut atrakcją dla młodzieży pluskającej się w rzece. Potem było szutrowanie aż do miasteczka i zimny prysznic w hotelu. Słońce wyciąga siły lepiej niż choroba.
       Rano upakowano nas do busa, razem z innymi turystami i pustą drogą powieziono na granicę Laosu. Im bliżej przejścia, tym mniej po drodze widywaliśmy wiosek. W końcu otaczał nas już tylko tropikalny las. Na granicy musieliśmy wypełnić wnioski wizowe, odczekać swoje i bez sprawdzania czegokolwiek znaleźliśmy się w Laosie Ludowym. Zmieniliśmy system polityczny, gospodarczy i zmienili się też ludzie. Teraz otaczali nas z pochodzenia Chińczycy. Plemiona Lao z południa Chin, napłynęły na te tereny na kilka wieków przed Chrystusem. Ale już w naszej erze, dzisiejszy Laos był podzielony. Imperium Champa, hinduistyczne państwo ekspansywnie rozwijające się z wybrzeży Wietnamu, wchłonęło część terenów plemion Lao. Południowe tereny zajęli Monowie, poprzednicy dzisiejszych Tajów. A północ zajęło królestwo Nanchao, dobrze żyjące z kontroli jednej z odnóg Jedwabnego Szlaku.
       W IX wieku Khmerowie władali już całym Laosem, a od XIII wieku silne wpływy na północy mieli Mongołowie. W XIV wieku dochodziło do wielu zamachów stanu na tronie prowincji królestwa Khmerów. W końcu na sześć wieków ustabilizowała się władza jednej dynastii, spokrewnionej z Khmerami - Fa Ngum. Swoje pięć minut w historii świata, Laos miał w XVII wieku, za rządów Sulinga Vongsy. Wtedy zjednoczono pod jedną władzą tereny nizinne wzdłuż Mekongu i góry. Ale już po śmierci znamienitego władcy, po 57 latach, królestwo rozpadło się na trzy księstwa wokół miast do dziś znanych: Luang Prabang, Vientian i Champassak. Ataki Birmy, potem Syjamu, zakończył wpływ protektoratu francuskiego, który skończył się, uznaniem niezależności Laosu, w 1949 roku. Ale dopiero w 1954, po długich walkach o niepodległość, Francja pod naciskiem USA uznała Laos jako suwerenne państwo.
       Walki wewnętrzne o władzę trwały jednak do 1975 roku, kiedy to ostatecznie król został zmuszony do abdykacji, a władzę przejęli komuniści, przekształcając Laos w Laotańską Republikę Ludowo-Demokratyczną. Laos pozostał pod silnym wpływem Wietnamu i jego interesom podporządkowany. W 1991 roku, w obliczu poważnych problemów gospodarczych, jedyna partia rządząca, zdecydowała o poluzowaniu gorsetu. Zalegalizowano prywatną przedsiębiorczość i podjęto działania mające na celu ożywienie inwestycji zagranicznych. To zadziałało, dziś w Laosie kwitnie prywatna własność, ulice są pełne zachodnich samochodów, gospodarka rozwija się o wiele lepiej niż w Kambodży, nawet świątynie buddyjskie mają się bardzo dobrze. Tylko wszędzie wiszą flagi partii komunistycznej. Problem pojawił się w chwili nastania kryzysu gospodarczego na świecie. Spowodowało to wycofanie inwestycji zagranicznych, głównie amerykańskich, co bardzo źle wróży na przyszłość ciągle rachitycznej gospodarce Laosu.
       Dla tych co ciągle nie wierzą w imperialistyczne, a wręcz ludobójcze, właściwości amerykańskiej polityki, przypomnę jedynie o akcji wojsk amerykańskich na terytorium suwerennego Laosu. W latach 1964-73, w prawie 600 tysiącach misji lotniczych, zrzucili na północny Laos dwa miliony ton bomb, z czego ponad 30% do dziś stanowią niewybuchy. Amerykańska technika jest znana ze swej zawodności. USA próbowało zatamować dostawy dla Vietcongu, jakie organizowali laotańscy komuniści. Dziś jednak język amerykański jest najlepiej rozpoznawany pośród turystów, na drugim miejscu ciągle króluje francuski. Natomiast znajomość języków obcych pośród tubylców jest bardzo mała, tak na poziomie Kambodży.
       Jednak ludzie w Laosie znacząco różnią się od obywateli Kambodży. Powiedziałbym, że przypominają z wyglądu Wietnamczyków i Chińczyków, a z usposobienia Tajów z gór. Poziom kultury osobistej i edukacji, na pewno jest wyższy niż w Kambodży, ale o wiele niższy niż w rozwiniętej Tajlandii. Wieś jest bardzo zróżnicowana. W jednej wiosce spotkać można domy w których nie mieszka, ale gnieździ się biedota, najemni robotnicy, oraz rezydencje właścicieli plantacji, żyjący na poziomie zachodnim. Miasta różnią się od tych kambodżańskich. Panuje tu porządek i o wiele większa czystość. Zabudowa jest podobna, mimo że postkolonialna, to jednak bardziej przypomina socrealizm środkowej Azji, aniżeli fantazje architektoniczne Francuzów.
       Po południu przyjechaliśmy do Pakse, miasta wielkości Kratie, również położonego nad Mekongiem. Wielkość ta sama, ale różnic jest wiele. Ulice mają dobrą nawierzchnię, są chodniki i to dobrze zbudowane, będą trwały wiele lat. Jest czysto i nie śmierdzi, nawet wokół centralnego rynku handlowego. To zupełnie inny poziom rozwoju cywilizacji. Być może spowodowały to inwestycje kapitału zagranicznego, zmiany gospodarcze, uwolnienie własności prywatnej. Ale w Pakse można by poczuć się zupełnie jak w nieco biedniejszym mieście tajskim. Wieczorami, po głównej promenadzie śmigają lanserzy - skuterkowcy. Wolno przepływają wypieszczone, zachodnie pick-upy, SUVy i limuzyny. Nocne życie jednak nie kwitnie tak długo jak w Tajlandii czy Kambodży. Nie ma tu też zbyt rozbudowanego zaplecza turystycznego. Jest kilka hoteli o różnym standardzie i wielu białych turystów. Pakse jest bazą wypadową dla terenów górskich, bliżej Wietnamu, gdzie oglądać można wodospady, oraz terenów turystycznych wzdłuż Mekongu, na południe od miasta. Wyższy poziom rozwoju i czystość ma swoją cenę. Hotele, restauracje są nieco droższe niż w Kambodży. Ale wypożyczenie skutera to już rozbój - 10EUR za dzień. Nie mogliśmy jednak sobie tego odmówić. Co byśmy tu robili. Oczywiście można skorzystać z licznych biur podróży, wynająć miejsce w busie, który obwiezie nas wszędzie tam gdzie powinniśmy być, aby zaliczyć Laos. Ale to nie w naszym stylu.
       W Pakse mieszka 87 tysięcy ludzi. Laotańska nazwa tłumaczy się jako 'usta rzeki Se', po rosyjsku byłoby Seutsk. Miasto zbudowali Francuzi w 1905 roku i było do 1946 stolicą tego regionu.
       Pojechaliśmy następnego dnia skuterem w góry. Spędziliśmy dzień w siodle, tyłki nas wieczorem bolały jakby nam Vietcong nakopał. Ale warto było. Z początku puściliśmy się standardową trasą na wschód, do wodospadów. Odwiedziliśmy dwa, wstęp do każdego oczywiście płatny, coś w okolicy 10-15zł. Mieliśmy szczęście, że zaczęliśmy zwiedzanie od złej strony, jechaliśmy pod prąd, a dzięki temu, z rana nie mieliśmy natłoku turystów na głowie. Mogliśmy podziwiać wodospad Fane prawie w samotności. 120 metrów spadającej z dwóch strumieni, pionowo do skalnego kotła wody, robi wrażenie. Przyznałem temu wodospadowi literkę 'N', znaczy klasa norweska.
       Ja jeszcze po wczorajszym upale nie odzyskałem pewności siebie, więc w tym momencie Iwona przejęła inicjatywę i wyprowadziła nas na ścieżkę przez dżunglę, w niewiadomym kierunku. Nie ma to jak puścić się na przełaj, przez dziką dżunglę. Ścieżka szła granią, po obu stronach była przepaść i już widziałem siebie jak jadę na tyłku po śliskim listowiu, by wylądować w żółtej brei na dnie wąwozu, jak w filmie 'Miłość, szmaragd i krokodyl'. Ale jednak dotarliśmy do innego celu - małego wodospadu, który oddalony od szlaków turystycznych wydawał się, pośród tej dzikiej przyrody, naszą prywatną własnością. Wysokość ponad 1000m n.p.m. zapewniała nam przyjemny chłód, owady i dziwny ptasi jazgot, a dżungla złudzenie samotności. Tak się kończy mała improwizacja.
       Drugi wodospad - Yueang, zaskoczył nas zupełnie czym innym. Woda spadała z grani kilkadziesiąt metrów do jeziorka, w którym można było się kąpać. Temperatura wody zachęcała do ochłody, a nawet lekkiego zziębnięcia, co na przestrzeni ostatnich trzech tygodni, wydawało się niemożliwym do spełnienia. Potem można się wylegiwać na słońcu aby wyschnąć i się rozgrzać. Codziennie walczę z ukropem, nawet w nocy, a tu nagle mam się rozgrzewać! Co za paradoks.
       Nie spodziewałem się tak miłej wycieczki w góry na skuterze. Odwiedziny dwóch wodospadów, naprawdę ładnych i ciekawych, zachęciło nas do zaryzykowania skrótu przez góry, ku następnym wodospadom, w innym województwie. No i tu wpadliśmy jak skuter w dziurę. Asfalt na bocznej drodze szybko się skończył, a woli na to aby zawrócić brakowało i to przez dłuższy czas. Kiedy ujechaliśmy z dwanaście kilometrów, mozoląc się po dziurach jak ślimak po pierzu, okazało się, że całkiem przypadkowo trafiliśmy na odpowiednią drogę i jeśli będziemy się jej trzymać, to za następne 30 kilometrów powinniśmy dotrzeć do asfaltu. Skuter rypał po kamieniach, trząsł się i dobijał na hopkach. Szosowe opony ślizgały się na podjazdach i prawie przecinały się na ostrych kamieniach. Kurz i pył z drogi wdzierał się pod kaski, zalepiał oczy i nos. I tu trzeba było zawrócić, ale ambitny podróżnik nie zawraca... ambitny podróżnik prze naprzód jak radziecki lodołamacz. Dzięki temu poznaliśmy górską wieś laotańską od podszewki... no i nieco zniszczyliśmy wypożyczony skuter. Ale stara maksyma, znana nam z innych podróży mówi - skuter wypożyczony, musi być zniszczony.
       Tak źle zrobioną szutrówkę można znaleźć jedynie na Syberii. W miałki piasek... teraz w porze suchej, a w porze mokrej w ciapę błota, wprasowano ostre kamienie różnej wielkości. Nie da się po tym jechać nawet super samochodem terenowym, a co dopiero skuterem na szosowych oponach. Tam gdzie nie było kamieni, droga robiła się jak wstęga pomarańczowej plasteliny. Była powyginana w każdy możliwy sposób przez użytkowanie w czasie monsunu. Szuranie podwoziem po kamieniach już nie robiło na nas wrażenia. Ale po trzydziestym kilometrze mieliśmy wyraźnie dość. Iwona z tylu wyglądała jak piaskowa panna, kurz przylepił się jej grubą warstwą do twarzy. Nawet skuter sygnalizował, że ma tego wyżej lusterek. Zaczął się dławić i prychać. Gdzieś w połowie zabrakło nam paliwa. Ale głupi ma szczęście. Paliwo skończyło się 50 metrów przed domową stacją paliw, bo akurat wjechaliśmy do największej wioski w okolicy. Zatankowaliśmy jakiejś czerwonej brei i puściliśmy się dalej z prędkością szybkiego piechura.
       Jednak nie walka z przeciwnościami drogi była w tej przejażdżce najważniejsza. No może wtedy, kiedy mocowaliśmy się z podskakującym, wyrywającym się skuterem, była najważniejsza, ale po powrocie, w głowie pozostały inne wrażenia. Wioski pośród plantacji kawy na wysokim na ponad 1300m n.p.m. plateau, rozrzucone pośród palm, zaśmiecone plastykowymi torebkami, pokryte w całości takim samym pomarańczowym pyłem jak szutrówka. Wredna droga powodowała, że były dużo bardziej oddalone od cywilizacji niż wskazywałaby na to mapa. A jednak życie w nich kwitło na styl cywilizowany. Pod wieloma domami stały nowe Toyoty. Niektóre domy były całkiem nowe, murowane, a drewnem wykańczane dla ozdoby. Jednak potrafiły sąsiadować z zupełną biedą i upadkiem. Może to komunizm spowodował, że robotnicy wiejscy mieszkają po sąsiedzku z kułakami. Może spowodowały to zmiany gospodarcze, które całkiem niedawno niektórych wyniosły ze stanu robotniczego do burżuazyjnego.
       We wsiach rzucały się w oczy watahy dzieci. Dziś dzień powszedni, wczesna pora, a dzieciaki nie w szkołach, które mijaliśmy po drodze, ani nie w pracy w polu. Może nie wszyscy chodzą do szkół, może jest ich na tyle dużo, że nie wszyscy mają jakieś obowiązki w pracy na roli. Dorosłych widywaliśmy przy pracy pośród plantacji kawy, przy jej suszeniu, przewożeniu, przy pracach budowlanych. Zaskoczyła nas jednak sama droga. W Kambodży szutrówki są całkiem znośne, dobrze utrzymane i niezatloczone samochodami. Tutaj drogi są bardzo kiepskie, zawalone ruskimi UAZami i japońskimi Toyotami, a o ich utrzymanie i naprawę chyba nikt nie dba. Po śmieciach we wsiach widać poziom rozwoju. Plastykowych opakowań jest dużo, ludzie są na tyle bogaci, aby kupować produkty z miasta, aby śmieci mogły pokrywać okoliczne krzaki i drogę. Niewątpliwym plusem jest to, że turysta tutaj jest wyjątkiem, coś jak na naszej wsi turysta japoński. Nikt na nasz widok nie krzyczał 'HALO', a wrodzona, chińska wstrzemięźliwość w okazywaniu emocji, wzbraniała ludziom manifestowania zainteresowania naszymi osobami. Nie byliśmy zupełnie przezroczyści jak w Tajlandii, ale i tak mogliśmy czuć się swobodnie... gdyby nie ta droga.
       Mieliśmy też miłe zdarzenie. Gdzieś w połowie, w jakiejś wiosce, zauważyliśmy sznurek w poprzek szutrówki i zmartwieliśmy, bo mogło to oznaczać - koniec drogi. Wracać to wszystko z powrotem?! Ale to dzieciaki rozpostarły sznurek. Zatrzymaliśmy się, a dziewczynka przyczepiła mi do rękawa wycięty z kolorowego papieru kwiatek. Ręce się jej trzęsły z podniecenia, ale zwyczaju musiało stać się za dość. Oczywiście nie dowiedzieliśmy się po co ten sznurek, wesela nie było, płacić nie trzeba, z nikim po angielsku ani rusku się nie dogadaliśmy. Ale i tak było miło. W laotańskich górach, w naturalnym schronieniu żyje wiele ciekawych odłamów plemiennych, które do dziś kultywują stare tradycje. Przewodniki i internet są pełne opisów specyficznych obyczajów tych mini-społeczności. W takiej podróży przez dżunglę i wsie, z dala od głównego szlaku, trudno wszystko zauważyć, a jeszcze trudniej zrozumieć te dziwactwa. Trumny w domach, hodowla psów dla restauracji w Wietnamie... Jednak jak się tu jest łatwiej pojąć dlaczego istnieją. Laos nie jest dużym państwem, ale pokrywają go w większości góry. Są trudnodostępne z powodu kiepskiej infrastruktury dróg i zacofane z powodu ciągle istniejącego kołtuństwa kulturalnego Laosu. Ludzie biedni mogą całymi latami nie wyjeżdżać ze wsi zapadłej w górach. Pół roku w kurzu i pyle, pół roku w błocie godnym przeprawowych rajdów Rain Forest Challenge.
       Kiedy wreszcie wyjechaliśmy na asfalt, okazało się, że zrobiliśmy pętlę i prawie wróciliśmy do punktu wyjścia. Gdzieś, w jakiejś wiosce pogubiliśmy drogę, a może i dobrze, bo starałem się kierować przez cały czas na tą najgłówniejszą, najbardziej wyjeżdżoną przez samochody. Nałykaliśmy się przez te pare godzin kurzu i wrażeń. Skuter przeżył swój armagedon, a teraz puściliśmy się z powrotem do Pakse. Ponad 50 kilometrów w dół i z początku w deszczu. Przez chwilę było nawet zimno.
       Następnego dnia pojechaliśmy zobaczyć ruiny jednej ze starych, laotańskich stolic - Champassak. Aby nie wracać tą samą drogą wymyśliliśmy pętlę z promem przez Mekong. Ale od rana nie mieliśmy szczęścia. Najpierw nie mogliśmy znaleźć drogi, a potem złapaliśmy gumę w przednim kole. Łapać gumę to trzeba umieć! My złapaliśmy sto metrów od wulkanizatora. Raz dwa uporał się z łataniem żelazkiem na gorąco. Nawet nie zdejmował koła, tylko wyłuskał dętkę na skuterze. Za dwadzieścia minut roboty zainkasował 0.50EUR. Demokracja Ludowa, ale pracy robotnika się tutaj nie ceni.
       O wiele więcej chciał laotański Charon, za przewiezienie przez rzekę trzech motocykli i pięciu ludzi. Z dwóch łódeczek i drewnianego podestu zmontował zgrabny prom. Doczepił do tego dwusuwową Hondę 160 z 5.5KM i zarabia po jedno EURo od człowieka, albo motocykla. Poważny biznesmen w porównaniu do wulkanizatora. Mekong, szeroki w tym miejscu na około kilometr, przepłynęliśmy dość szybko.
       Kiedy znaleźliśmy się na drugim brzegu, słońce weszło już w zenit i zrobiło się upalnie po indochińsku. Skakaliśmy więc skuterem od cienia i zimnego napoju, do następnego cienia i wodopoju. Na zachodnim brzegu Mekongu zbudowano przy pomocy funduszy japońskich nową drogę asfaltową do Pakse, oraz most w samym mieście, przez Mekong. Tą drogą wróciliśmy do hotelu. Ale wpierw zawiozłem Iwonę do ruin Champassak, samemu schowałem się w ocienionej restauracyjce, z zimnym sokiem w ręku. Oglądanie kamieni rozprzestrzenionych na dużym terenie, na przedgórzu wzniesienia mającego symbolizować według Hinduistów, którzy tu przybyli morzem, lingam - atrybut stwórcy - Shivy, w tym upale, to nie zabawa dla mnie.
       Champassak zmieniał właściciela od zarania dziejów człowieka na tym terenie. Ze zbocza góry, dziś zwanej penisem, zawsze ciurkało źródełko słodkiej wody. To wystarczyło, aby skupić tu ludzi, a miejsce nazwać świętym. Zmieniały się rasy ludzi, zmieniały się religie, potem systemy polityczne, a miejsce ciągle przyciąga. Nowy Champassak leży opodal, na brzegu Mekongu. Oprócz tego, że był do czasów komunistów, siedzibą króla Laosu, teraz jest też celem zachodnich turystów. Jest tu kilka hoteli, restauracji i wypożyczalni sprzętu dwukołowego. Na dużej wyspie, na rzece, mieszka też trochę rybaków i zbudowano luksusowe hotele. Na wyspie nie ma dróg dla samochodów, więc jest nieco ciszej i mniej cywilizowanie. Turystów to przyciąga.
       Podobne vacation resort buduje się wyżej, w górach, na wschód od Pakse, ale także w innych rejonach Laosu. Wystarczy wjechać 500-800 metrów wyżej od doliny Mekongu i już klimat staje się znośniejszy dla białego człowieka. Paradoksalnie w górach mieszka mniej ludzi, więc jest ciszej i większa możliwość znalezienia dzikiej jeszcze przyrody.
       Na Mekongu zobaczyliśmy także pływające hotele ze wszystkimi wygodami, łącznie z klimatyzacją. To sposób znany z indyjskiej Kerali i dobry pomysł na spędzenie czasu z dala od hałasu cywilizowanego Laosu, a jednocześnie z możliwością zwiedzania atrakcji turystycznych wzdłuż rzeki. Laos wydaje się też być stworzony do podroży motocyklowych, na wynajętych crossach. Nadaje się do tego o wiele lepiej niż Tajlandia, a także trochę lepiej niż Kambodża. Laos to w większości góry, więc łatwo uciec od upałów. W górach jest cała masa atrakcji aktywnego spędzania czasu oraz wiele miejsc urokliwych. Sieć dróg asfaltowych pozwala na szybkie przemieszczanie się po małym kraju, a liczne drogi szutrowe, dają możliwość sprawdzenia umiejętności enduro i ucieczkę od cywilizacji. Najodpowiedniejszym wydaje się plan przylotu do stolicy - Vientian, tam wypożyczenie enduro za 35USD/dziennie i spędzenie dwóch tygodni w zupełnie innych realiach od tych znanych z Europy.
       Rano, pełni wiary w laotański PKS, wyruszyliśmy w podróż na północ, do Thakhek. Na przedmieścia wywiozła nas wieloosobowa riksza, tam czekaliśmy na spóźniony autobus do Vientian. Przyjechał stary, ale zadbany Daewoo bez klimatyzacji. Według opisu przewodnika czekało nas 8 godzin jazdy, więc cała nadzieja w załamaniu pogody, które wczoraj przyniosło wiosenną burzę, a dziś chmury. Byliśmy z siebie dumni. Nie skorzystaliśmy z klasy VIP bus, co w Laosie oznacza też autobusy sypialne. Ogromny, czteroosiowy autobus, wypełniają dwa poziomy wygodnych lóżek. Ale cena 13EUR za 370km trasy trochę nas odstraszyła. No i towarzystwo hamakowców, jak nazywamy turystów wypoczynkowych w Indochinach. Z całym tym zachodnim pozerstwem dziwacznej mody pseudo luzu, a w praktyce uwiązania do kanonu stylu. Spodnie z krokiem między kolanami, luz fryzura, zwisające, szmatopodobne ciuchy i laczki japonki. Wszystko fajnie, ale czemu tak jednakowo i sztywniacko. Ma być komfort beztroski i luzu, ale ręka ciągle wędruje do włosów aby je poprawić, bo już uciekają ze stylu, a spodnie spadają za nisko i zamiast trzech centymetrów gaci nad paskiem, widać już cztery. Ta zachodnia moda na luz całkiem dobrze zakorzeniła się pośród tubylczej młodzieży. Potrafi przyciągnąć oko pomagier konduktora autobusu, który z połamaną komórą w ręku i elastycznymi jeansami spinającymi niewygodnie nogi między kolanami, ma fryz najmodniejszy - ala pierun strzelił w rabarbar, a klapie laczkami po podłodze busa jak gejsza. Albo taki nasz dzisiejszy, drugi kierowca. Miał fryzurę z atrybutem plastykowego toczka, coś jakby skrzyżowanie zaczesanego do tyłu Belmondo i napuszonej lakierem szopy Jacqueline Kennedy. Jak takiemu zaufać, kiedy w nocy wali autobusem środkiem drogi prawie 100km/h, wciskając pedały cienkimi jak kartka papieru zelówkami chińskich pepegów.
       Wracając do podróży... skorzystaliśmy z autobusu publicznego. Z początku dobrze szło, chociaż bardzo częste i długie postoje zaczęły nas niepokoić. Ze statystyki wynikało, że jak tak dalej pójdzie, to do celu dojedziemy za dziesięć godzin. Kierowca ewidentnie jechał na oszczędność, z górki włączał luz, pod górkę piłował na dwójce. Zatrzymywał się z byle powodu i stał po pół godziny. Ale gdzieś koło południa złapał wiatr w żagle i puścił się galopem. Pełni wiary w rosnącą statystykę średniej prędkości na GPSie, już widzieliśmy się w Thakhek około 17-stej.
       Nagle w środku tropikalnego lasu autobus się zatrzymał. Niby wynikało, że kierowca chce siusiu. Silnika nie gasił, włączył za to wentylatory, tak jak zawsze to robił na krótkich postojach. Jednak po kilkunastu minutach kazano nam się przesiąść do innego autobusu, który podjechał od tyłu. Ten już zdradzał wiele oznak zmęczenia materiału, w dodatku młody kierowca puszczał młodzieżową muzykę. W poprzednim autobusie mogliśmy lekko drzemać przy jakimś laotańskim Jerzym Połomskim. Tutaj się nie dało. Jazgot w stylu disco-polo irytował miast uspokajać. Ktoś przed nami znał nawet słowa i próbował naśladować piskliwy głos piosenkarki. Potem poszły teledyski. Nie powiem, przyciągały wzrok jak najlepszy iluzjonista. Chociaż ja bym powiedział, że były tak dziwacznie infantylne, że produkcje Bollywood wyglądały by przy tym na Tarkowskiego. Bez znajomości słów można było złapać sens akcji, która bezustannie kręciła się wokół miłości i młodości, zdrady i poświęcenia, grubo ciosanych siekierą charakterów postaci.
       Pejzaże za oknami się zmieniały, mijaliśmy wioski, ludzie wysypywali się z autobusu i doń wsypywali, a my ciągle jechaliśmy dalej. Zaczęły nas już nużyć bardzo długie postoje, po pół godziny, a nawet po godzinę stania w jakieś wiosce, z niewiadomo jakiego powodu. Umysł człowieka Zachodu, doszukiwał się racjonalnego rozwiązania. A może czekamy na jakiś inny autobus, który się spóźnia, a jego pasażerowie chcą się przesiąść do naszego. A może jechaliśmy za szybko i teraz trzeba czekać aż wpasujemy się w rozkład jazdy. A może silnik się przegrzewa, bo ciągle dolewają wody do chłodnicy. A może laotański, robotniczy tachograf zmusza kierowców do bezsensownych postojów po godzinę w środku upalnego dnia. Wszystkie scenariusze zawodziły, a autobusy prywatne mijały nas i gnały do celu byle szybciej, w myśl zasady - klient musi być zadowolony i szybko dostarczony na miejsce.
       Jeszcze stojąc na dworcu w Savannakhet ciągle wierzyłem w transport publiczny w Laosie, ale kilkanaście kilometrów dalej, na postoju w jakiejś wiosce, po półtorej godziny nic już nie rozumiałem, za to miałem serdecznie dość tego indochińskiego PKSu. W Kambodży każdy autobus się spieszył i ledwo co się zatrzymywał, aby wypuścić pasażerów. Podobnie w Tajlandii. W Indiach, a na Sri Lance to już do przesady, autobusy gnają jakby kierowcy ćwiczyli do rajdu WRC. A tu w Laosie nerwy się szarpią, bo noc zapadła, a my nie możemy przejechać 370km w sensownym czasie. Drogi są równe i niezatłoczone, więc w czym problem?! Pierwsze co przychodziło na myśl, to skutki uboczne komunistycznego systemu gospodarczego. Tak to jest jak plebs wyniesie się na salony, uszanuje ponad miarę pracę robotnika. Kierowca sobie leży w hamaku, pasażerowie nerwowo spacerują wokół autobusu i nic się nie dzieje.
       Wreszcie po 12-stu godzinach, późnym wieczorem, dojechaliśmy do Thakhek. Ale wyrzucono nas na dworcu odległym o pięć kilometrów od centrum miasteczka. Po zmroku życie zamiera, riksze to rzadkość, a jeśli już to ceny mają jak w Paryżu, w nocy. Co za zadupie! Miasto mniejsze od Pakse, mieszka tu 35 tysięcy ludzi. Rikszarze i poznany w autobusie Belg, tak nas skołowali, że wyszło na to, że musieliśmy poginać z plecakami ponad trzy kilometry piechotą do centrum. A tam wcale nie lepiej. Infrastruktura turystyczna licha. Czyli nędzne warunki za duże pieniądze, a samo miasto pogrążone w wieczornym letargu. Laotańczycy wydają się być bardziej przykładnymi obywatelami niż Khmerowie. Po 21-wszej wszyscy siedzą w domach przed telewizorem. W końcu znaleźliśmy nędzny pokój za 6EUR. Lóżko wąskie, ale to tylko sprzyjać będzie integracji.
       Zastanawiający jest ten brak sprytu biznesowego w Laosie. Można by tu, nie wysilając się, zrobić interes na wielu dziedzinach, ale jakoś nikt tego nie robi. Brak tej średniej klasy, która poszukuje lepszych rozwiązań. Za to 90% stanowią ludzie skupiający się jedynie na przetrwaniu, nie z powodu biedy, przetrwanie może oznaczać nawet luksus. Ale w tym przypadku chodzi o ograniczenia myślenia.
       Weźmy na ten przykład transport. Można by zarobić na ciężarówkach. Wystarczy kupić w leasingu kilkadziesiąt TIRów i już interes będzie się kręcił. Ludzie wożą za duże pieniądze i przy sporych utrudnieniach towary na autobusowych dachach. Na jedynej, głównej drodze przechodzącej przez cały Laos, rzadko widuje się ciężarówki, a przecież towar trzeba dostarczyć do miast i wsi. Każdy chce mieć wszelkie dobra cywilizowanego świata. Jednak to, co się wozi starymi Hino w Kambodży, albo nowymi Volvo w Tajlandii, tutaj wożą stare autobusy Hyundai na dachu. Całe palety Pepsi, rury kanalizacyjne, beczki z olejem silnikowym, nowe skutery, dachówki, cement, cegły, czajniki i ceowniki... wszystko. Dlaczego nie ma firm transportowych? Może komunistyczny PKS padł w 1991 roku, a na prywaciznę nie ma pozwoleństwa?
       Zauważyłem także zupełnie inaczej rozwiązany transport na wsi. Nie ma w Laosie skuterków i motocykli z przyczepkami. Są chińskie ciągniki jednoosiowe z drewnianymi naczepami. Takie niby stare Sarajewo z obciętą, tylnią osią i doczepioną przyczepką. W Laosie nikt busami nie wozi ryżu ani trzciny cukrowej, jak w Kambodży. Wszystko załatwiają chińskie ciągniki oraz czasami japońskie miniciężarówki.
       Za to widać na wsiach i w miastach lokowanie wolnych pieniędzy. Dużo się buduje. Powstają nowe stacje paliw, nowe restauracje, wielkie sklepy, ale także dużo domów prywatnych. Tyle, że stacje paliw stoją puste, podobnie jak te nowe sklepy i restauracje, a domy zbudowane od podstaw, mają zabite dechami okna i drzwi. Widać to też w zapyziałym Thakhek. Stare centrum jest zaniedbane i zniszczone. Stare, postkolonialne budownictwo omszałe i brudne. Ale przedmieścia mają nowe chodniki, nową kanalizację, nową nawierzchnię ulic. Tak jest też w innych miastach. Wygląda to jakby gminy miały pieniądze, albo dostawały je z funduszy pomocowych z Chin, które mocno inwestują w ten region, wcielając w życie nową formułę kolonializmu ekonomicznego.
       Kolejnego dnia pogoda była, jak na Laos, dość chłodna. W południe ledwie uzyskaliśmy 21st.C. Przez ostatnie cztery tygodnie temperatura w południe wahała się w okolicy 38st.C. Mieliśmy dziś wyjechać mopedem na trzydniowy objazd gór, ale w taką pogodę, bez ciepłych rzeczy trudno jechać w góry. Zostaliśmy więc w Thakhek na leniwy poniedziałek. Pokręciliśmy się bez celu po miasteczku, a wieczór spędziliśmy na palmowej promenadzie, nad Mekongiem. W okolicy 18-stej życie nabiera tu obrotów, tak do 20-stej. Kawiarenki i restauracje otwierają swoje podwoje, można posiedzieć na wysokim brzegu rzeki, przy stoliku, sącząc pepsi. Te patyczki, które nie sprzedały się w dzień, teraz, odgrzane sprzedają się równo. Spieczone na węgiel kurze łapki, końcówki skrzydełek, rozpłaszczone kurczaki między dwoma bambusami, albo ryby z Mekongu. Są też tajskie parówki z niewiadomym nadzieniem, oraz pieczone robaczki, szarańcza, małe żaby wyglądające jakby rozjechane szpachelką zeskrobano z asfaltu i tym podobne resztki z pańskiego stołu.
       Zastanawialiśmy się nad rozwojem komunizmu we wschodniej Azji. Odchodzący kolonialiści w latach '50-tych, pozostawili ten rejon bez wyraźnego następcy. Monarchie były zbyt słabe, bo przez setki lat stały w cieniu najeźdźców z Europy, a zwykli ludzie stracili dla nich szacunek. Naturalną konsekwencją było rozwinięcie się samozwańczych władców opierających swoją drogę na szczyt na ofercie dla zwykłych obywateli, tych którym, jeszcze nigdy w tym regionie, tak wiele nie zaoferowano. Mao - wielka postać komunizmu dla całej wschodniej Azji, promieniował swoim światłem na wiele państw. Większą zagadką wydaje się pytanie - dlaczego Tajlandia i Malezja nie są komunistyczne. Japonia uchowała się dzięki protektoratowi USA. Ale tak jak Chiny były wzorem socjalizmu dla Azji, tak Laos stał się wzorem przekształceń i poszukiwania innej drogi niż obalenie komunistów. Na zachodzie ciągle mówi się o rozmiękczaniu chińskiego reżimu, budowie nowego, nieznanego dotąd systemu gospodarczego, będącego czymś pośrednim między zachodnim kapitalizmem, a wschodnią odmianą komunizmu. Ale to w Laosie sytuacja gospodarcza wymogła na rządzących dokonanie pierwszych zmian. Ciekawy system zagnieździł się także w Kazachstanie i Uzbekistanie, krajach rządzonych autorytarnie, wręcz monarchistycznie, przez pojedynczych, samozwańczych i niepodzielnych władców, ale z gospodarką prawie kapitalistyczną. Na Zachodzie media mamią nas, zwłaszcza w Polsce, opowieściami o jedynej, słusznej drodze do wolności. Zupełnie jak za czasów Stalina. Tylko demokracja, chociażby zaprowadzona siłą, jak niedawno w północnej Afryce. I tylko system kapitalistyczny. Ale okazuje się, że można iść inną drogą.
       Następnego dnia, już o dziewiątej, jechaliśmy zziębnięci na wschód, w góry. Jechaliśmy powolutku, tak nie szybciej niż 30km/h, aby nie robić wiatru. Słońce nie chciało wyjść zza chmur, a powietrze było dość rześkie. Założyliśmy sobie trzydniowy plan jazdy, aby zrobić pętlę po górach. To nie nasz wymysł. Tak robi tu bardzo wiele turystów, to doskonale opisana trasa, chociaż nie spotkaliśmy wielu białasów po drodze.
       Na początku mieliśmy w planie zwiedzenie kilku, małych jaskiń, ale zobaczyliśmy tylko jedną. Cały ten region to góry wapienne, wymywane przez podziemne rzeki. Z tego powodu obfituje w dużą liczbę jaskiń, w tym jedną z największych na świecie - Konglor. Jak tylko wydostaliśmy się z doliny Mekongu, od razu wpadliśmy pomiędzy strzeliste wzniesienia, porośnięte potężnymi drzewami lasu tropikalnego. Droga wiła się pomiędzy takimi, laotańskimi Maczugami Herkulesa. Mamy taką w Polsce, w Parku Ojcowskim, niedaleko Krakowa. Ta polska jest malutka i łysa, te laotańskie są kilkadziesiąt razy większe i zielone od drzew. Krajobraz jest na tyle cudny, że łatwo zapomnieć o zimnie i wolnej jeździe. Sądzę, że widok z poziomu lotniarza, byłby jeszcze ciekawszy. Zwaliste skały wyglądają jak rzucone przez Tytana, czarne kamienie, wbite w piasek.
       Droga zaczęła się podnosić, a nasz moped marki Kolao, to taka licencja Hondy w Laosie, ledwo co dawał radę na podjazdach. Jakby tego było mało, wystrzeliła nam tylnia opona. Nie zauważyłem abym najechał na tak ostry kamień, aby rozciął oponę. Ale dziura miała trzy centymetry wielkości. Musieliśmy podejść pół kilometra do wioski, gdzie zręczny wulkano-szpec ze starej dętki zrobił łatkę na tą oponę i zastosował nową dętkę. Kosztowało nas to 2.50EUR. Tuż obok, kierowcy ciężarówki z olbrzymimi balami drzew tropikalnych na pace, sami łatali przednie koło. Po mozolnej pracy opuścili samochód z dwóch lewarków, wsiedli i ujechali dwa metry, po czym powietrze znowu zeszło. Bez rzucania mięsem i wyraźnych oznak zniechęcenia, wzięli się do roboty od nowa. Uśmiałem się z nich, razem z Iwoną. Ale nasz wulkano-szpec jakoś nie był skory do radości z czyjegoś przypadku. Nic to... pojechaliśmy dalej.
       Przez następne kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy wzdłuż terenów zalewowych rzeki Theun. Zbudowano na niej dwie tamy, zalewając olbrzymi teren górski, pomiędzy parkami narodowymi Nakai-Nam Theun oraz Phou Hin Boun. Rozlewisko ma długość około 60km, a szerokość 20km. Jednak nie jest to wielkie, sztuczne jezioro, ale połączone meandrami, liczne stawy. Z wody wystaje niezliczona mnogość szczytów o łagodnych stokach, które kiedyś były górami w wielkiej dolinie rzeki. Teraz są wyspami porośniętymi lasem tropikalnym. Pomiędzy tymi zatopionymi górami pływają łódki rybaków, a na brzegach rozłorzylo się kilka wiosek, przeniesionych z dolnych partii doliny. To niezwykle malowniczy krajobraz, zwłaszcza teraz, zanim wytną wszystkie drzewa na wyspach. Pracuje tu prężny leschoz, zwożący cały urobek do doliny Mekongu, albo do Wietnamu. Drzewa oplecione lianami, są wysokie na kilkadziesiąt metrów. Las takich drzew to pierwowzór moich marzeń o dżungli, o której będąc chłopcem, jedynie czytałem. Tak jak odwiedzając Maroko spodziewamy się bezkresnych piasków Sahary, jak z powieści "W pustyni i w puszczy", tak tutaj można zobaczyć prawdziwą dżunglę, na dodatek wyspową, zalaną wodą, jak ze starych wieczorynek o Koziołku Matołku i jego szukaniu Pacanowa.

       Tymczasem asfalt nam się skończył i zaczęły się prawdziwe góry. Podjazdy dla naszego trupka stały się zabójcze. Pokonywał je na jedynce, z obciążenia klekocąc zaworami, a ja mając w pamięci kombinowaną łatkę z dętki na tylniej oponie, starałem się omijać wszystkie ostre kamienie na szutrówce. Póki co droga była równa, z górki można było pruć nawet 50km/h. Tylko ten kurz podnoszony przez Hiluxy obsługi hydroelektrowni, oraz ciężarówki z drewnem. Wdech można było powstrzymać, ale najgorzej z oczami. W moim wieku powinienem je szanować, a tutaj powieki nie nadążały wycierać kurzu. Co jakiś czas musiałem palcem wydłubywać grudki piachu z kącików źrenic. Powinienem mieć gogle... i porządne enduro, tak jak ci bogaci Niemcy co nas minęli z przeciwka. Pomachali ręką na pozdrowienie, ale pewnie pomyśleli - co za bencwały, na mopedzie przez te góry! Ja bym tak pomyślał, gdybym teraz siebie zobaczył, zakurzonego w kasku orzeszku, a Iwona z tyłu i jeszcze plecak na jej grzbiecie. Co za popelina!
       Piękne widoki kiedyś jednak musiały się skończyć. Zatrzymaliśmy się w restauracji i hotelu, tuż przy końcu rozlewisk. Ale nie zdecydowaliśmy się tutaj zanocować. Iwona chciała zanocować w dżungli, pod namiotem. Trzeba było szukać miejsca nad wodą. Bo gdy tylko wjechaliśmy wyżej, piękne plaże na nocleg się skończyły i wpadliśmy w sam środek budowy drogi. Ogromne koparki, spychacze, wysadzanie skał, brak drogi i dziury. Od teraz mieliśmy już tylko dziury i ciągłe dobijanie zawieszenia. Jednak te Kolao to dobre sprzęty, skoro takie traktowanie go nie zabija. Rzutem na taśmę, udało się nam znaleźć nocleg na karczowisku. Wycina i wypala się tu dżunglę pod uprawy, bo ludzie mnożą się jak wirusy i ciągle uważają się za najważniejszych mieszkańców Ziemi. Nie mieliśmy tej nocy możliwości posłuchania muzyki lasu tropikalnego. Może dlatego, że zimno? Ptaki coś tam mizernie intonowały. Coś tam jeden zaćwierkał, ale drugi go ofukał - Zenek daj se spokój, panienki po dziuplach siedzą w taki mróz, a dla turystów strzępić gardło nie warto, nawet ziarnka prosa nie rzucą, tylko wniebowzięte miny stroją.
       Jednak nasz nocleg był wart innej ceny. Na wzniesieniu ponad drogą i ponad innymi, wypalonymi w dżungli tarasowymi poletkami, mogliśmy podziwiać wieczorną pracę ludzi laotańskiej wsi. Trzy kilometry dalej rozłożyła się wieś, do której nie dojechaliśmy tego dnia. Drogą co i rusz przejeżdżały, wolno kołysząc się na dziurach olbrzymie ciężarówki z drewnem. Czasami któraś się zatrzymała, bo kierowca chciał w krzaki, ale drewno w mieście potrzebne, więc rychło ruszał dalej. W kurzawie żółtego pyłu mijały ich z przeciwka, rozpędzone na długim zjeździe, puste wywrotki, gnające po żwir do budowy drogi. Jak tylko ucichły w oddali prawdziwe diesele V10 Mitsu (taki silnik postawiłbym sobie w pokoju i słuchał każdego wieczora jego muzyki), można było rozróżnić głosy wieśniaków grzebiących coś tam w ziemi na tarasach. Niektórzy siłowali się z drewnem na wypalonej i ograbionej dżungli. Kiedy wcześniej jechaliśmy wolniutko, po drodze nie zauważaliśmy ludzi na polach. Ale kiedy tylko usiadłem na wzniesieniu i zatrzymałem oczy na przeciwległych pagórkach, zacząłem rozróżniać sylwetki ludzi na tle lasu i pól. Obrazek jak z filmów o wojnie w Wietnamie. Zawsze ta chwila przed atakiem, przed bohaterską akcją Chucka Norrisa. Obraz wioski i pracy, codziennej pracy na roli. Stożkowe, szare kapelusiki na głowach niskich ludków, zgięci w pół, pochyleni nad pracą. Część krajobrazu, podstawa przetrwania ludzkiej cywilizacji, nuda od której każdy chciałby uciec, antyteza Chucka Norrisa, coś tak naturalnego i jednocześnie tak nienaszego.
       Potem, tuż przed zachodem słońca, pojawiły się mopedy i ludzie zjeżdżali do wsi. Robotnicy wracali z prac w lesie i na budowie drogi. Jedynie stadka krów zostały w lesie. Widać nie ma tu drapieżników, co dla nas pocieszające, ani złodziei, co tym bardziej miłe. Krowy pałętały się jeszcze długo wokół naszego, łysego wzniesienia. Stukały głucho bambusowymi dzwonkami u szyi. Las zrobił się czarny i wrogi. Spętany lianami i krzakami tak, że nawet rzeczony Chuck by się nie przedostał po cichu. Tuż przed nastaniem gwiazd wzięliśmy zimny prysznic i wskoczyliśmy do namiotu. Noc nie zapowiadała się ciepło. Ale gwiazdy zwiastowały słoneczny dzień.
       Dwanaście godzin w namiocie przepłynęło zadziwiająco szybko i bezproblemowo. Jednakże ostanie trzy godziny przed wschodem okazały się na tyle zimne, że zmarzłem w swoim cienkim śpiworku. Sen rozsmarowany na kromce jak krztyna masła, które podają w samolocie, zrobił się jakiś cienki, rwany, tak często przerywany dziwnymi odgłosami i przeplatany realistycznymi snami, że trudny do odróżnienia od rzeczywistości. Podświadomość rzutowała na sen obawy przed napadem geparda i najazdem zbójców, cykady, odzywające się sporadycznie, wybudzały i były przyczynkiem faz nasłuchiwania. Ale tak naprawdę tylko zimno było realne i tylko z nim trzeba było walczyć.
       Ranek osuszył namiot z rosy silnym słońcem. Nie było ciepłe od razu, ale już koło dziesiątej stało się uciążliwe. Upały wróciły. A było tak pięknie zimno. Teraz znowu nic się nie chce, nogi włóczą się po ziemi, oddech krótki, człowiek sam dla siebie śmierdzi potem, smarowidło od słońca śmierdzi chemią i trzeba o nim pamiętać póki nie jest za późno, woda i zimne napoje wchodzą przez gardło jednym ciurkiem, znikają by nigdy w krzakach nie wypłynąć. Zimno jest piękne, wystarczy się odpowiednio ubrać i nogi same niosą.
       Do Laksao, większej wioski, gdzie zacznie się asfalt, mieliśmy około 40 kilometrów. Nie śpieszyło się nam, powoli zbieraliśmy graty i oglądaliśmy życie wioski wracające na dzienne tory. Tak godzinę po wschodzie słońca, zaczął się moped show, w tym moped świecie, gdzie jeden moped na jednego mieszkańca przypada, dźwięk terkocącego, małego silniczka jest zwiastunem życia. Pierwsi rolnicy przyjechali na pola, pierwsi pasterkrowy i robotnicy leśni. Kiedy wjechaliśmy do wsi, już na drodze stały pierwsze, laotańskie autobusy wiejskie. To małe ciężarówki Hyundai z ławkami i zadaszeniem na pace. Krążą bezustannie w kurzu, czasami wyprzedzane przez minibusiki Hyundai, te bardziej luksusowe, z klimą.
       Mijaliśmy kolejne wioski przekonując się, że nasze miejsce na nocleg było ostatnim przed zjazdem z gór. Potem już tylko ludzie, domy, pola, ludzie... i tak bez końca. Wioski w Laosie różnią się od tych z Kambodży płotami. Laos zaimportował z Rosji radzieckiej nie tylko ciężarówki i UAZy, ale i także paradoksalne przywiązanie do własności. Każdy domek ma swój płot sklecony z byle czego. Plot jest zwiastunem wkroczenia do komunistycznego kraju. Tak samo jest w centralnej Azji na stepie i w Mongolii na żwirowej pustyni. Ale już w Iranie, krajach arabskich, czy w Pakistanie, nie uświadczy się tego. Musi być jakaś przeciwwaga dla wszechogarniającej, własności ludowej, podkreślenie faktu, że to mój teren, a nie państwowy.
       Są jeszcze inne świadectwa zapożyczone z Kraju Rad. Na przykład indolencja w szukaniu, albo uświęcaniu starych nazw miejscowości. W pogoni za nowoczesnością lat środka XX wieku, nowe wsie nazywano w ZSRR od kilometra nowobudowanej drogi, przy której się znajdowały. Tak było w prawie każdym kraju komunistycznym. W Laosie mamy na przykład Laksao, czyli "kilometr dwudziesty". To tylko jeden z wielu przykładów potwierdzających regułę. No tak... regułę, ale dla dzikiego reguły są płynne i nie do końca zrozumiale. "Kilometr dwudziesty" leży na ponad czterdziestym kilometrze drogi od granicy Wietnamu i na ponad setnym od głównej drogi wzdłuż Mekongu. Nikt nie wie dlaczego "kilometr dwudziesty". Wioska gorodzkiego typu, to zakurzone targowisko. Zbiorcza hurtownia cywilizacji dla tych wszystkich wiosek, które mijaliśmy i mijać będziemy tego dnia. Biegnie przez nie główna droga do Wietnamu, nr 8. Jest to o tyle ważne, że to także główny szlak przerzutu psów na stoły wietnamskie. Widzieliśmy dziś dwie ciężarówki wypchane psiakami, jak kiedyś u nas Jelcze wypchane były kurakami w drucianych klatkach. A każda klatka nabita kundlami jak siennik Billa Gatesa dolarami. Na tym słońcu, bez dachu, jadła i wody, po trzech dniach w podróży do rzeźni, niektóre psiaki już wzdęte, giczoły przez szpary w siatce na zewnątrz powystawiały. Inne mają przynajmniej co jeść, ale czym tu popić na tym skwarze. Kierowcy też ludzie, uśmiechnięci, z miłymi twarzami, pomachali do nas. Pewnie się spodziewacie, że za kierownicą siedzieć powinien psi Hitler, a pomagier po prawicy to wcielenie skundlonego Stalina. Ale to normalni Laosi, pracują, widzą swój interes i mają rodziny wielodzietne na utrzymaniu. Jak by w Polsce, na Marszałkowskiej, w Warszawie, prosiaka rakarz zdybał, to co by zrobił, odstawił do przytułku dla świń, czy do rzeźni? U nas psów się nie jada, a u Arabów świń. W takiej Azji centralnej jada się konie, a u nas koń ma mądre oczy. Tak właśnie podróże kształcą, mówią w jakiej iluzji żyjemy, do jakich bzdur jesteśmy przywiązani.
       Na psa urok, wrócił czkawką ten śmiech z czyjegoś przypadku. Złapaliśmy znowu gumę. Znaczy wystrzeliła ta łatka z dętki co ją wulkano-szpec przylepił na laotański butapren. Tyle, że do następnego wulkanologa cztery kilometry pod górkę trzeba dygać. Więc jedynka i jazda. Na jakimś zakręcie czekał na nas Hyundai z meblami na pace. Pan kierowca na migi pokazuje, aby ładować mopedziocha na otwartą burtę z tyłu. Co tu wybrzydzać. Sznurkiem zamotaliśmy i dalej w drogę. Iwona poszła do szoferki, ja na pakę trzymać mopeda. Iwona nie rozpoznaje wulkanologów, a pan szofer pruje aż do Laksao, bo myśli, że to w naszym kierunku, a to akurat wprost przeciwnie. W końcu moje walenie w meble coś dało i się zatrzymał. Meble zrobione jak przez dziecko, niby na pozór normalne, ale u nas nawet na śmieci by wstyd wyrzucić. Pan szofer zdejmał ze mną mopeda, zagadał do wulkanologa i chce jechać. Iwona mu wtyka szmalec w rękę, a on ucieka. Nawet podziękować nie zdarzyliśmy, zapracować na dobrego karmana chciał. Widać nie dotarły do Laosu najnowsze techniki konfigurowania własnej karmy. U nas new age dudni od technik pana Łazariewa, który uważa, że można zmieniać swoją karmę według upodobania. Czyli cały, boski plan, aby jakoś zmitygować ludzi w pogoni za złem, poszedł w pizdu.
       No ale my tymczasem z deszczu pod rynnę. Pan wulkanolog tak ciemny, że go w cyrku pokazywać. Jak mu palcem nie pokazać, to nie wie o co chodzi z tym naszym mopedem. Na szczęście żonę ma bardziej kumatą. Ale nie ma rady, trzeba oponę wymienić. Koszt 8EUR. Za tyle to mamy dobry nocleg z klimą. Żal dupę ściska, ale co zrobić. Może wypożyczalnia mopedów zwróci chociaż 50% inwestycji w trupa. Żona wulkanizatora proponuje jeszcze nową dętkę. Ale nie z nami te numery pani Bruner. Proszę łatać starą dętkę. Więc po złości załatała tak, że niech jej mąż tuzin córek zrobi. Zapłacone i pojechane dalej.
       Widoki piękne, góry, dżungla, znowu góry, droga na Ostrołękę... i tak bez końca. W końcu podjazd, stromo. Jedynka w użyciu. Ale przed nami ciężarówka z paliwem. Tak kopci, że nie ma czym oddychać. Więc stajemy w cieniku, poczekamy, aż się oddali. Bo wyprzedzić się nie da. Mopedzioch, ledwie sam jedzie, a o wyprzedzaniu pod górę nie ma mowy. No i na postoju powietrze z opony uszło. Więc na abarot, w dół, na pieszo, tylko hamować bo stromo. W dole odwiedziny u kolejnego wulkanologa. Ten proponuje nową dętkę. Ale my się buntujemy - ja protestuję! - wołam - domagam się miski z wodą, sprawdzać dziurkę będę. Dziurki nie ma, a powietrze uszło. Racja doświadczonego pana wulkana, że łatka źle przylepiona i się odparza. Ale głupio się wycofać. Więc ładujemy dętkę na powrót w oponę i pod górę na jedynce. Za pół godziny jesteśmy 400 metrów wyżej, na przepięknym punkcie widokowym, na dolinę rzeki Hin Boun. To nasz dzisiejszy cel. Więc puściliśmy się galopem w dół. Ale tylni hamulec niedomaga, przedni się grzeje i puchnie. Więc biegami trza spowalniać. Tyle, że redukowanie biegów w laotańskim mopedzie obmyślane jest dla małych żółtków, a na moje długie nogi i wielkie stopy to nie działa. Trzeba kombinować i poziom nerwów skacze. W końcu zjechaliśmy w dolinę i spotkaliśmy turystkę, którą znamy od dwóch dni. Spotykamy ją przy wybieraniu noclegów. Ciągle szuka najtańszego noclegu w mieście i truje wszystkim dookoła dupę, aby jej pomagali. A czym teraz jedzie... nowym skuterem, którego też chcieliśmy wypożyczyć, ale cena nas zabiła, pięć razy wyższa niż mopeda - 25EUR/dzień. No tak, ale dziumdzia się nie męczy, bo ma nową Hondę z automatem.
       Skręciliśmy na jaskinię Konglor i puściliśmy się przez wioski, 40 kilometrów do końca drogi. Tuż przed hotelem mamy z tyłu gumę, punkcję - po angielsku. Z rozpędu wjeżdżam do szopy wulkanizatora. Ten od razu bierze się za nową dętkę, a ja mu nie przeszkadzam. Poszliśmy szukać noclegu. Kiedy wróciliśmy opona już napompowana, ale cwany Zenek chce 7EUR za robotę i dętkę co powinna kosztować 2.5EUR. Przekonywanie na spokojnie przez Iwonę nic nie dało. Więc z radością równą zajadłości wkroczyłem z pianą na ustach. Gość się nie stawiał, bo pewnie wyczuł, że o bęcki się otrze. Dostał 3EUR, bardzo grubą wiązkę inwektyw i pojechaliśmy. Kolegów od kickboxingu nie wołał, może był zbyt mało pewny swojej naciąganej racji, ja wolę myśleć, że to zwierzę obudzone w mych oczach go powstrzymało. Każdy przecież chce wielbić w sobie jakiś tombak. Słabeusz chce widzieć w sobie bestię.
       Spędziliśmy nocleg w małej wsi, która od niedawna, z powodu jaskini Konglor, przekształciła się w bazę noclegową dla turystów, nie tylko białych. Budowa hotelików i restauracji idzie pełną parą, bo turystów przybywa. Jeszcze nie zabiło to prawdziwej natury tej wioski, więc wieczorny spacer jest pełen nowych wrażeń. Gdyby to była normalna wioska, turysta z aparatem na spacerze byłby jak kij w mrowisku, jak drzazga w palcu, jak Bruce Willis z napisem 'rypać czarnuchów' w Bronxie, w jakiejś tam "Szklanej pułapce", zmieniałby status zwykłych ludzi w małpy zamknięte w klatkach. Tutaj jest czymś naturalnym. Ale wioska poza obrębem hoteli i restauracji jest całkiem zwykła. Zbudowano ją u końca doliny. Z trzech stron flankują ją wysokie na kilkaset metrów, czarne skały. Z jednej strony drogi stoją brudne, drewniane, ściśnięte w sobie jak słoma w chochole domki. Dzieciaki, jak to w kraju postsocjalistycznym, wiodą prym, ich krzyk jest pierwszy, potem psy, potem koguty, a gdzieś pomiędzy uderzenia młotkiem wbijającego gwóźdź w dach nowego hotelu. Na małym placyku pompa z wodą, kobieta bierze kąpiel w ubraniu, a obok nagie dziecko stoi w błocie i oblewa się chłodną wodą. Koniec upalnego dnia, cykady aż huczą po drugiej stronie drogi, w polach, pomiędzy uprawami kukurydzy. Każda rodzina mieszka na pięterku, w domu na szczudłach, na palach, pomiędzy któremi wala się dobro rolnika, chiński ciągnik ala Sarajewo, kłody drewna, śmieci, śmierdzące ścieki, rowerek najstarszego syna, moped żony, ujadający pies, pokrywka od garnka, torebka po chipsach. A ponad, w górze, ognisko domowe, w jednej izbie bez mebli. Kobieta ledwo odstawia jedno bebe od cyca, a bierze sobie na rękę drugie. Trzecie większe już pomaga, a czwarte już ma własnego mopeda. Zupełnie jak u Sapkowskiego, według Krasnoludów - 'wy ludzie potraficie tylko się płodzić bez opamiętania i walczyć ze sobą'. Ale we wiosce, tymczasem, cisza zapada razem z nocą. Zieleń kukurydzy po drugiej stronie drogi jeszcze w pomarańczu słońca, ale na tle czerni skal. Ktoś tam jeszcze buszuje pomiędzy, coś zrywa na kolację. Turyści już spacerują i zachodzą do restauracji na obiad. Zapachy idą w bezwietrzną przestrzeń. Angielski brzmi tubalnie ponad enklawami białego. Ktoś naprawia mopeda młotkiem, ktoś piłuje pręty zbrojeniowe na jutrzejsze szalunki hotelu, inny uspokaja płaczące dziecko, jeszcze inny próbuje usmażyć frytki za 2EUR, ale mu nie wychodzi, turysta się zżyma i wspomina jak to w Brukseli frytki potrafią zrobić. Taka mała wioska, niewidoczna z kosmosu.
       Rano pojechaliśmy zobaczyć jaskinię. To właściwie podziemna rzeka Nam Hin Bun. Miast skręcić przed łańcuchem górskim i włączyć się do innego zlewiska, przedarła się pod wysokimi na 500-600m n.p.m. szczytami podziemnym korytarzem. Rzeka ma kilkanaście metrów szerokości. W porze suchej ma jakiś metr głębokości, a w porze monsunowej wypełnia całą jaskinię. Ale nie na całej długości. Siedem kilometrów tunelu pod skalą ma kilkanaście wielkich katedr na prawie sto metrów wysokich, gdzie światło latarki nie sięga sufitu, a brzegi obfitują w dawno umarłe stalaktyty i stalagmity. Płyniemy wąskim czółnem z silnikiem na zadzie. W godzinnej przeprawie pomyślano o krótkiej wędrówce pieszo, pomiędzy słupami nacieków, gdzie podświetlona grota przypomina do złudzenia imitację krajobrazu po bombardowaniu bombami 'N' w Seksmisji. Razem z nami płynie wiele czółen, na każdym troje-czworo ludzi z latarkami. W tych ciemnościach, odrealnionym krajobrazie napięcia czerni i zwalistych skał omiatanych światłem latarek, wszystko to przypomina jakiś dramatyczny exodus, lądowanie ludzików ze szklanymi bańkami na głowach, na obcej planecie. Kiedy każdy krok jest odkryciem Ameryki, zrobieniem śladu który może być zagadką dla innych cywilizacji, za miliony lat. Wdzieramy się do innego świata, w obce królestwo. Dla przewodników to codzienność, oni nie czują tego podniecenia zupełnie inną rzeczywistością, poczucia bycia maleńką mrówką u stóp milionletnich skal. To pewnie także codzienność dla grotołazów. Gdybym miał tylko ich odwagę, nie bał się zamkniętych przestrzeni. Tutaj muszę walczyć ze strachem wpadnięcia do czarnej wody i zamykającymi się nad moją głową skałami. Tunel wypełnia nieznośny hałas dwusuwów i smród spalin, jedynie to na siłę przypomina kto tu niby rządzi. Zawieszone wysoko nad nami gałęzie i całe drzewa, mówią jaka kipiel musi tu panować podczas monsunu. Jak skały muszą się przebudowywać, przesuwać pod ciśnieniem wody ustępować. Dla ósmej cywilizacji ludzi, będzie to piękny kanion do fotografowania.
       Wreszcie wypływamy z czeluści, jak z kopalni Morii, na zbawienne światło słońca. Zieleń zagląda nieufnie z krawędzi i już za chwilę jesteśmy w naszym świecie. Krótki postój na rozgrzanie kości i wracamy. Gdyby nie ten powrót, w pamięci turystów pozostała by ta jaskinia światem z bajki, wizytą w krainie Hadesa, tej z której już nikt nie wraca. Można by się poczuć jak odkrywca lądów - Odys. Ale powrót tą samą drogą wszystkie wspomnienia niedawnego uwznioślenia sprowadza do parteru, upadla. Trzeba zamknąć oczy i zapomnieć o tym gdzie się jest, aby nie stać się nieczułym na to przeżycie w jaskini, jak nasi przewodnicy. Przypomniałem sobie ciemną zjeżdżalnię wodną w parku wodnym w Lesznie. Za pierwszym razem, kiedy zmusiłem się, aby nią zjechać, o mało nie posikałem się ze strachu, ale za drugim, trzecim razem, wołałem o więcej. Przypomniałem sobie moje pierwsze praktyki na ścigaczu. Za pierwszym razem sto koni było nie do okiełznania, przyspieszenia wyrywały nadgarstki, ale po miesiącu szukałem już w Dizmarze czegoś mocniejszego. Taka nasza natura, zawsze chcemy być zaskakiwani. Drwimy z prawiczków z zawiści, bo oni mają szanse na coś, co my już straciliśmy.
       Powrót mopedziochem do Thakhek to prawie 200km po asfalcie. Z początku były strome podjazdy, ale i wspaniałe widoki krasów. Coś takiego jak pierwszego dnia. Potem, na głównej, wzdłuż Mekongu już było po prostu łykanie kilometrów. Trzeba było zatopić się we wspomnieniach, albo dla przeciwwagi w marzeniach, aby dupsko nie bolało, aby kilometry szybciej się nawijały.
       Wzdłuż drogi znowu suszą maniok, a konkretnie toksyczną odmianę manioku, roznosi się kwaśna woń w powietrzu, pewnie trująca. Nikt tego gówna nie zbierał, dopóki Chińczycy nie zaczęli płacić za nie prawdziwą walutą. Ludziska zbierają cholerstwo, obierają korzonki wielkości małych buraków pastewnych, całe zastępy kobiet tną to na kawałeczki, a potem suszy się to przy drogach, na asfalcie, na słońcu. By na końcu zapakować na ciężarówki i wysłać do Chin. Nikt napotkany nie wie, co żółtki z północy z tym robią. Pewnie produkują broń chemiczną na Tajwan.
       Wróciliśmy do punktu wyjścia, do naszego hotelu. A następnego dnia, w dalszą drogę na północ, do Vientian. Rano wsiedliśmy do VIP autobusu, czyli klimatyzowanego i dającego gwarancję dojechania do celu w normalnym czasie. Do stolicy mieliśmy około 380km, pokonaliśmy je w siedem godzin. VIP bus to piętrowa Scania. Dolne piętro jest przeznaczone na bagaż oraz przygodnych pasażerów, zabieranych na krótkie dystanse. Im bliżej Vientian tym rzadziej autobus się zatrzymywał. Jazda po głównej wzdłuż Mekongu nie jest prosta. Dalej na północ ruch się wzmaga, a jeśli jest tak chaotyczny jak w Laosie, nie można jechać szybko. Mopedy się ślimaczą całymi tabunami, nawet środkiem drogi. Reagują na klakson autobusu w ostatniej chwili. Wiele pick-upów też się nie spieszy, blokując drogę, podobnie jak przeładowane ciężarówki. Należy też wspomnieć o wąskich mostkach. Najważniejsza droga w Laosie ma mostki jak na bocznej ścieżce. Nie mogą się na nich zmieścić dwie ciężarówki obok siebie. Więc czasami autobus musiał awaryjnie hamować, aby przepuścić inny z przeciwka. Inną sprawą są krowy, nie jest ich tak wiele jak w Gruzji, ale potrafią zaskoczyć za zakrętem. Psami i kurami duże pojazdy się nie przejmują.
       Koszty takiej przejażdżki VIP busem nie są aż tak wysokie, bo tylko 8EUR. Ale za to riksze w Laosie, nawet te wieloosobowe, są pioruńsko drogie. Może to efekt nastawienia komunistycznego do pracy usługowej? Koszt przejazdu motorikszą jest podobny do kosztu taniej taksówki w Polsce. Za dojazd na dworzec autobusowy w Thakhek i przyjazd z dworca do centrum w Vientian zapłaciliśmy połowę tego co kosztował nas VIP bus. Z dworca w stolicy jechaliśmy na przekrytej brezentem pace Hyundaia za 2EUR/osoba, a to tylko parę kilometrów. Zapakowano nas szczelnie jak sardynki. Plecaki poszły na tylni schodek, ledwie przywiązane sznurkiem. A jeszcze za nimi zwisał pomocnik i spóźniony Amerykanin. Ten ostatni był blondynem i miał silnie owłosione przedramiona i nogi. Radości ciemnego pomagiera taksówkarza nie było końca. Może po raz pierwszy widział człowieka podobnego do małpy albinosa. Żółci poza gęstą czupryną na czubku głowy, prawie nie mają owłosienia. Tylko najstarsi potrafią dorobić się mizernej bródki.
       Vientian zakasuje w pierwszym spotkaniu. Stolice azjatyckich krajów nie są tak zielone i spokojne. Ulice prawie w ogóle nie są tu zakorkowane, ruch odbywa się spokojnie i bez klaksonów. Jest w miarę czysto, a domy mają całkiem porządny, chociaż nie wielkomiejski wygląd. Ściśłe, stare centrum jest równocześnie miejscem skupiny turystycznej. Zauważyłem jedynie dwa wieżowce, tak na oko nie wyższe i nie większe niż nasze bloki na osiedlach. Reszta to małe kamienice, najwyżej trzypiętrowe i wypełniacz, czyli mrowie niskich szeregowców z wielkimi balkonami. Kwartały oplata gęsta i gruba sieć kabli, ciężka od nowych połączeń telefoniczno-internetowych. Panuje tu dość przewiewna atmosfera, bo do promenady nad zakolem Mekongu jest kilkaset metrów. Szachownica uliczek jednokierunkowych jest zapakowana zaparkowanymi samochodami, ale można swobodnie przemieszczać się pieszo po jezdni, bo pojazdów poruszających się jest niewiele. Centrum przecinają dwie ważniejsze ulice, każda jednokierunkowa. Ale nie są zapchane nawet wieczorem. Można je bezproblemowo przechodzić nie zatrzymując się. W Phnom Penh było to nie do pomyślenia. Vientian sprawia tym swoim spokojem i gnuśną małomiasteczkowością, przyjemne wrażenie. Chce się tu zostać nieco dłużej, tak jak i my to zrobiliśmy decydując się na dwa dni postoju, miast jednego w pierwotnych planach. Mieszka tu tylko 750 tysięcy mieszkańców. Miasto założył król Setthathiratha w 1560 roku. Jednak większość czasu Vientian było okupowane przez Tajów albo Francuzów. Znaczenie nazwy w starym języku, używanym w buddyjskiej liturgii, określało 'miasto drzewa sandałowego' i powinno być wymawiane 'wiengczan'.
       Na przedmieściach stolicy spostrzegłem kilka ciekawych okazów motoryzacyjnych. Po krzakach, zakurzone, stoją całkiem nowe Kamazy. Widocznie w Laosie jest problem z zaopatrzeniem rosyjskich ciężarówek w części zapasowe. Liczne ZILy i GAZy też niszczeją po wsiach nie używane. Na południu Laosu widywałem po wsiach terenowe IFA w ostatnim stadium rozkładu. A na przedmieściach Vientian spostrzegłem DDRowskiego Trabanta przerobionego na cabrio, ale już nie używanego od lat. Zauważyłem także warsztat pełen starych Volkswagenów, głównie Garbusów. Przypomniałem sobie także dwa VW LT karetki, gnijące niedaleko Pakse. Piękne starocie z Japonii to norma na zakurzonych i zarośniętych krzakami podwórkach miejskich kamienic. Z nowych cudów techniki zauważyłem tureckie Fordy Transity. Widać muszą być tańsze albo lepsze od nowych Toyot Hiace, skoro opłaca się je sprowadzać z tak daleka.
       Wieczorem, po zachodzie słońca, tak coś koło 18-stej, centrum ożywa wieczornym rynkiem z ciuchami, chińską tandetą i mnóstwem kramów z jedzeniem. Parasolki i stoliki rozkładają się na szerokiej promenadzie nad rzeką. Tuż za nią jest wysoki wał powodziowy z ulicą i deptakiem, a za nim piaszczysta plaża, szeroka na trzysta metrów. Pewnie podczas monsunu jest zalewana. Po drugiej stronie Mekongu widać w oddali zabudowania małego miasteczka tajskiego.
       Wieczorem cały nadrzeczny pas i uliczki centrum Vientian ożywają życiem nocnym i turystycznym. Nie jest tak rozpustne jak w Bangkoku, chociaż spełnia dokładnie te same funkcje. Nie jest też tak nieefektowne jak w Phnom Penh, bardziej kolorowe, muzyczne, chętne do wyjścia tanimi restauracyjkami na chodniki, kolorowe od neonów i pełne ucztujących, bawiących się, rozmawiających i tracących czas na niczym konkretnym ludzi. Promenada jest oświetlona i można po niej spacerować nawet kilka kilometrów wzdłuż rzeki. W Vientian od wielu lat mieszka sporo białych, głównie Francuzów. Prowadzą restauracje i hotele, biura podróży i sklepy. Nadają temu miejscu nieco odmienny charakter od tego co znamy już z Pakse czy Thakhek. Od razu rzuca się w oczy większa swoboda obyczajów, większa komunikatywność, łatwiejsze rozpoznawanie potrzeb przyjezdnych i zwyczajów turystów. My mogliśmy swobodnie nawiązać kontakty z agentami turystycznymi w temacie wypraw motocyklami enduro po Laosie.
       Szukanie taniego hotelu nie było takie proste. Odwiedziliśmy większość tego rodzaju przybytków, za każdym razem będąc zaskoczonymi cenami pokoi. Duży hotel, o ładnej fasadzie, prowadzony chyba przez Chińczyków potrafił mieć dwójki za 9EUR, a tuż obok, opisana w Lonely Planet zapchlona nora z pokojami wieloosobowymi miała łóżka w zbiorówkach za 12EUR, no ale tu się coś dzieje. Spotkani Niemcy opowiadali, że jeszcze dwa lata temu było mniej luksusowych hoteli a więcej tanich, teraz jest odwrotnie. Lepiej posiadać pusty hotel z drogimi pokojami w standardzie europejskim, niż pełen turystów tani hotelik w standardzie azjatyckim. Ceny wszystkich hoteli poszły o 30-50% w górę. Vientian przeżywa aktualnie swój złoty okres turystyczny. Ludzie uciekają z drogiego Bangkoku i nijakiego Phnom Penh w poszukiwaniu nowych miejsc, o innej atmosferze i niższych cenach. Które rosną w miarę wzrostu popularności Laosu.
       Ciekawostką są tanie restauracyjki, wciśnięte pomiędzy domy, czasami nawet sklecone z rozlatujących się stolików, bezpośrednio na piasku i żwirze. Podczas kiedy drogie knajpy z europejskim, albo japońskim żarciem świecą pustkami, te tanie lokale są wieczorami pełne. Ale pełne Niemców. Francuz, czy Amerykanin wolą zjeść w wyższym standardzie, a Niemiec co zaoszczędzi, to wyda na podróże.
       Tak zwiedzaliśmy wieczorne Vientian z mini flaszeczką bambusówki. Raz nawet zostaliśmy wyśmiani przez rikszarza, że pijemy taką taniochę. 6zł za pół litra mocnego wina bez wyraźnego smaku, to nie jest tanio! O wiele zyskała po zmieszaniu jej z tonikiem. W zakamarkach starówki spotykaliśmy chuderlawe koty. Podobnie jak w Kambodży, tutaj też mają krótkie ogony. Gdzieś przeczytaliśmy, że to jakaś wada genetyczna kotów w Indochinach. Dziś dzień kobiet, w Laosie, tak jak w innych komunistycznych krajach, dzień ten jest wolny od pracy. A wieczorami mężczyźni korzystają z pretekstu wciągnięcia do zabawy również dam. Większość białych skupia się w restauracjach i pubach do złudzenia przypominających te z Europy. Serwują tam zachodnie drinki, zachodnią muzykę, ludzie zachowują się jak by byli u siebie, w pubie za rogiem. Przelatują tysiące kilometrów, aby znaleźć kawałek Europy w Laosie. Lokalni przedsiębiorcy prześcigają się w budowaniu przybytków rozkoszy i hoteli w standardzie zachodnim, aby turysta mógł się czuć jak w domu. Niektórzy nawet reklamują się hasłem "home far away from home". Na tym polega modne dziś podróżowanie - zrobić zdjęcie najbardziej egzotycznego pejzażu, obejrzeć orientalny pląs w wykonaniu najętych tancerzy, wieczór spędzić przy modnym drinku, w najbardziej obleganej knajpie w mieście, noc w luksusowym hotelu i ranek w wygodnym autokarze. Nic dziwnego, że Francuz mieszkający tu już dziesięć lat - właściciel agencji turystycznej, którego starałem się przekonać do nocowania na dziko w dżungli, spojrzał na mnie jak na wariata, a argumenty za ciszą, nierzeczywistą atmosferą, przygodą, samotnością, zbył oczywistym stwierdzeniem - nikt tego nie chce.
       Rano, skoro świt, uliczki są już posprzątane, ale zupełnie wymarłe. Restauracyjki wyglądają na nieużywane od lat, a promenada zapełnia się ćwiczącymi jogging. Po uliczkach spacerują gęsiego jedynie pomarańczowi mnisi. Kler buddyjski w Laosie ma silną pozycję, w samym centrum Vientian posiada kilka kwartałów wypełnionych dacanami i zabudowaniami klasztornymi. Rankami chodzą po prośbie. Chociaż uświęcony wieloletnią tradycją rytuał stał się obowiązkiem godnym ściągaczy haraczy chińskich mafiosów z chinatown. Wędrują od sklepiku do kramu, od restauracyjki do hoteliku i pobierają opłaty za wiarę, która ma chronić mieszkańców ode złego.
       Komuniści na początku zakazali uprawiania wszelkich rytuałów religijnych, a przede wszystkim oddawania danin na rzecz kleru. Ten zakaz nie trwał długo, lud domagał się zmiany. Wyrzucono więc tajską odmianę kościoła buddyjskiego z Laosu, w obawie o łatwość przenikania szpiegów, pod płaszczykiem mnichów, a pozostawiono tradycyjny, laotański buddyzm i pozwolono na odprawianie modłów. Pozostała też długa tradycja wysyłania w terminy, na okres roku lub nieco dłużej, męskich potomków do klasztorów na nauki moralne. To dość powszechny proceder w całych Indochinach.
       Następnego dnia wsiedliśmy do minibusa zdążającego do Vang Vieng. Transport w Laosie jest droższy niż w Polsce, ale wyboru nie ma. Tłukliśmy się w słabo klimatyzowanym busiku cztery godziny. Ale przynajmniej panoramy z okien, pod koniec przejażdżki stały się dużo ciekawsze. Krasowe, strome wzgórza, porośnięte lasem tropikalnym, to nasza codzienność na następne kilka dni. Wyrastają z płaskiego podłoża, dosłownie jak grzyby, jak zęby grzbietowe uśpionej pod ziemią Godźilli, albo jak jaja obcego - według Ridleya Scotta. To ostatnie skojarzenie najlepiej oddaje kształt tych wzgórz. Te przysadziste maczugi mają sporą wysokość, po kilkaset metrów. Nie wiem czy nadają się na ciekawą wspinaczkę, ale z pewnością z ich szczytów roztacza się niezwykły widok na okolicę.
       Kręciliśmy się pośród tych krasowych wzgórz cały dzień na skuterze. Pokonaliśmy ponad 85km nędznych, laotańskich szutrówek,. W Kambodży budowniczowie dróg wiedzieli, że trzeba używać równej wielkości kamieni to budowy szutrówek, a w Laosie, buduje się drogi z kamieni niesortowanych, czasami wielkości ludzkiej głowy, czasami z piasku. Jak deszcz popada, te większe wychodzą na wierzch i jedzie się jak po grudzie. Dobre enduro szło by jak po maśle, ale mamy skuter za 7EUR/dzień.
       Spędziliśmy w Vang Vieng półtora dnia zanim pojechaliśmy na objazd okolicy. Zmęczyło mnie przeziębienie spowodowane klimatyzacją w busie i pewnie tym zimnym noclegiem w dżungli. Trochę poleżałem w łóżku, trochę wspomogłem się homeopatią, trochę pokręciliśmy się po miasteczku. Vang Vieng nie jest duże, można je całe obejść, powłócząc nogami w gorączce, w jeden wieczór. Mieszka tu 25 tysięcy stałych mieszkańców. Osada została założona w 1353 roku, jako przystanek na szlaku handlowym z Chin. Oryginalnie nazywała Mouang Song. Swoją nową nazwę dostała za Francuza, w 1890 roku. Za czasów wojny w Wietnamie, Vang Vieng było ważnym ośrodkiem bazą dla CIA.
       Na pierwszy rzut oka to typowe wesołe miasteczko dla turystów typu hamakowego. Kto nie kartkował, ale czytał, ten wie o co chodzi. Ale Vang Vieng różni się, po grubszym zapoznaniu, od takiego Pai w Tajlandii, czy Siem Reap, albo Sihanoukville w Kambodży. Ma w sobie więcej rozleniwienia, nawet bym powiedział zgnuśnienia. Przyjeżdżają tu przede wszystkim ludzie wielbiący odpoczynek, przyjemność ospałej egzystencji, konsumpcję miłych dla podniebienia trunków i posiłków. W restauracjach obowiązkowym wyposażeniem są wielkie, płaskie telewizory, na których wyświetla się stare odcinki serialu "Freinds" (Przyjaciele). Przedpołudnia powinno się spędzać na tubingu, znaczy pływaniu po lichej, brudnawej rzeczce, na dmuchanych dętkach od ciężarówek. Można też popływać kajakami wypornościowymi, ale nie za daleko. Z prądem, przez jedną z jaskiń. Jest ich tu w okolicy kilkanaście. Zobaczyć jedną, to zobaczyć wszystkie. Ich specjalne wyposażenie to jeziorka, albo rzeczki z błękitną wodą obleganą przez rozentuzjazmowany tłum turystów. Dostać się do nich jest bardzo łatwo. Oznaczenia wymalowane na tablicach, idealnie informują jakie atrakcje każda z jaskiń oferuje. To biznes, wstęp jest płatny 1EUR. Tak jest w okolicy 5-7km od miasteczka, dalej docierają tylko bardziej dociekliwi, a oni powinni radzić sobie bez znaków informacyjnych.
       Popołudniami Vang Vieng zaczyna żyć kolorowo. Dziumdzie zakładają najlepsze kiecki. Eksponują co mogą, ukrywają co muszą, większość to balerony na McDonalds'ie pędzone. Koguciki przeliczają drobne w portfelu, czasami zahaczają o bankomat, w celu uzupełnienia atutów. W barach, pubach, restauracjach, beerLAO leje się gęsto. Mocniejsze drinki są standardem. Na każdym rogu można wstąpić do alkoholowego po butelczynę oryginalnej, drogiej whisky. Gdzieniegdzie, pośród gąszczu zadymionych trawą barów, znajdzie się też głośna dyskoteka, a dla Chińczyków, Koreańczyków i Japończyków - karaoke. Chociaż nie... Chińczycy, jacy tu przyjeżdżają to nabici forsą emeryci. Stanowią mój ulubiony temat do obserwacji. Są na tyle inni i na tyle zderzeni z nowoczesnością Zachodu, że wydają się śmieszni, ale czasami zastanawiający. Nie kopiują bezmyślnie jak bogaci Indyjczycy. Nie pozują jak nowobogaccy Rosjanie. Nie prychają z poczuciem wyższości jak sztywniacy z wypchanym portfelem z Zachodu. Mają swoją klasę. Potrzebuję jeszcze trochę czasu aby ich zrozumieć... nie dziś.
       Vang Vieng wycisza się około 23-ciej, wcześniej w dzielnicy normalnych ludzi - tubylców, później w ścisłym kotle turystów. Wycieczki fakultatywne, pływanie na dętkach, zwiedzanie jaskiń, treking, są umówione na kolejny dzień. Rano zawsze ktoś pędzi z plecakiem na autobus i w dalszą drogę, ktoś szuka hotelu, bo dopiero co przyjechał. Otwierają się tanie bary z ofertą zachodniego żarcia na śniadanie. Kajaki już załadowane na busy, a busy już jeżdżą po hotelach i kolekcjonują pasażerów. Rano wchodzą do gry biura turystyczne, wypożyczalnie mopedów, skuterów i rowerów. Rano realizują się ci z nadmiarem ambicji bycia podróżnikiem za wszelką cenę. Czyli my. Więc pewnego ranka wyjechaliśmy na objazd okolicy.
       Ufni w mapkę z przewodnika Lonely Planet, pojechaliśmy na zachód, w góry. Jeszcze przed południem zwiedziliśmy jaskinię Phu Kham. Trzeba się do niej wspiąć na grań jednego z potężnych wzgórz. Warto wziąć latarkę... dobrą latarkę, aby przejść całą jaskinię, aż do końca. Dopiero w jej głębinach można poczuć się jak na innej planecie. Potrzebne są jednak do tego pewne obrazy w pamięci. Te obrazy są dla każdego dostępne, jeśli tylko ogląda czasami amerykańskie filmy S/F. Bez tych skojarzeń do scenografii tworzonej przez najlepszych, hollywoodzkich twórców atmosfery kina, trudno poczuć się w znajomym otoczeniu. Niespodziewanie odkryłem w sobie, że znam już takie krajobrazy, pieczary, surowe i odrealnione, do niczego nie dające się porównać. Moja psyche znalazła odpowiednie porównanie i podsunęła rozwiązanie. Umysł nie lubi pustki, im starszy, tym mniej lubi się uczyć nowego, woli porównywać do tego, co już zna i tworzyć iluzje z klocków, które już kiedyś wyprodukował. W ten prosty sposób mogłem poczuć się jak na planie standardowego filmu S/F opowiadającego o dramatycznym lądowaniu na obcej planecie. Marsowe, uczesane jak włosy, wapienne, zastygłe w czasie wodospady kamiennej wody przypominały wewnętrzne organy skamieniałego Lewiatana. Latarki ledwie oświetlały wysokie katedry i głębokie rozpadliny. Część naszej percepcji pochłonęła walka o uwiecznienie tego co widzimy, albo raczej tego co zdaje się nam widzieć, a tak naprawdę jest tylko iluzją atmosfery jaką sami tworzymy. Szare, zimne, nieżywe mury skał za nic miały nasze uniesienia. Walka z aparatem i latarkami, aby zapisać na karcie to, co widzą nasze oczy, to typowe zachowanie turystów. Jedni walą flashem po oczach, mając nadzieję na głębokie zdjęcia i zachwyt rodziny przy ich pokazywaniu. Inni walczą ze światłem bez światła, ze statywem na połamanych kamieniach, z doświetlaniem bocznym latarkami, a efekt wydaje się być ten sam... zbyt osobisty, by zachwycał i oddawał objawienie jakie sami odczuwamy. Zajrzeć do brzucha ziemi. Z punktu widzenia grotołaza to licha namiastka, zupełnie jakby wyjazd do Międzyzdrojów nazwać życiową podróżą. Ale to zmusza do refleksji nad tym, aby szanować amatorów. Nie każdy jest specem od włażenia do Ziemi, nie każdy spędza życie w podróży. Ale każdy ma coś istotnego w sobie, jakiś instrument wrażliwości, który zagra, kiedy warunki zewnętrzne okażą się odpowiednie.
       Uniesienia w jaskini skończyliśmy nad rzeczką obleganą przez plażowiczów. Wieprzowinki prezentowały swoje bagaże skutków ubocznych konsumowania plastykowego żarcia i braku silnej woli. Koguciki ćwiczyły skoki z wysokiego drzewa do wody. Iwona poszła pływać, ja pozostałem na stanowisku kwaśnego weredyka. Nie wychodziłem ze swej roli nawet pół godziny później, kiedy zatrzymaliśmy się w bio-restauracji przy drodze. Powstała przy współpracy programu zachodniej rewitalizacji wsi laotańskiej. Zobaczyliśmy szczytne hasła wymalowane na deseczkach, informujące o segregowaniu śmieci, uczeniu lokalnych dzieci, budowaniu nowej, szczęśliwej przyszłości, w nowym czystym, naturalnym i mądrym świecie. Kolega Maciej pewnie by zapiał z zachwytu. A mnie skręciło w środku. Ale zatrzymaliśmy się na soki. Były za drogie, więc poszedł w jelita ryż zapiekany z warzywami. Posiedzieliśmy na plecionych matach, pośród tego nastroju naprawiania planety, kręcących się wszędzie białych, o zdecydowanych, surowych, zacietrzewionych twarzach. Bardziej może fanatycznych, zapiekłych w jedynej, słusznej idei naprawy tego co zepsute. Prostują ludzi tutejszych, którzy podobno nie wiedzą, jak żyć. Najlepsi są ci tubylcy. Wspaniale swobodni, zupełnie jak kury, którym wszystko jedno, czy w ciasnej klatce, czy na wolnym wybiegu. Przeżyć i tak trzeba, a jak psychologowie dowodzą, nie lekkość bytu daje szczęście, ale trudy jego zdobywania.
       Pojechaliśmy dalej, próbując zrozumieć mapkę z przewodnika. I tu czekał nas kolejny zawód. To nie pierwszy raz kiedy Lonely Planet nas zrobił w balona, ale wydanie o Laosie jest wyjątkowo nieudane. Czasami czyta się to jakby ktoś opisywał zasłyszane informacje, albo skopiowane z lokalnych folderów. Tym razem mapka miała pomylone nazwy, a opis jej używania był wyssany z palca. Dzięki temu zajechaliśmy tam gdzie nie chcieliśmy, ale mimo nerwów spowodowanych wmanewrowaniem starego wyjadacza kartograficznego w taki kanał, coś jednak muszę docenić. Krajobrazy zielonych od dżungli bąbli krasowych zrekompensowały popieprzoną mapkę z przewodnika.
       Zawróciliśmy, kiedy dalsza droga okazała się jechaniem w uliczkę bez wyjścia. Ale na powrocie postanowiliśmy oszczędzić 1EUR na płatnym moście. Jakiś gość z żoną, w budce jak dla psa, chciał od nas kasę za przejechanie przez kładkę dla pieszych nad szumiącym strumykiem. W jedną stronę daliśmy się nabrać, ale w drugą już nie. Chyba jakiś wspomagający rozwój i naprawianie lokalesów biały wpadł na pomysł kasowania turystów za jeżdżenie po dziurawej, chyboczącej się kładce. Z powrotem przeprowadziliśmy skuter przez wodę na 50cm głęboką. Silnik odpalił, ale wariator padł od wilgoci. Dopiero po jakimś czasie przestał się ślizgać i dało się ruszyć z miejsca. No ale 1EUR zaoszczędzone, to całkiem spory posiłek w restauracji dla tubylców.
       Na powrocie mieliśmy jeszcze jedną przeprawę. Remontowano most. Kilku mopedziochowców czekało, kilku pojechało objazdem, a my za nimi. Na rychłą naprawę się nie zanosiło. Fachowcy rozebrali kawał nawierzchni, a dziury na trzy metry długiej w kilka minut nie załatają. Przez rzeczkę szerokości 50-ciu metrów i głębokości metra przeprawiono nasz skuter łódką za 1EUR, ja przeszedłem dla ochłody pieszo. To rozumiem, praca wykonana, sprzęt jest, trzeba zapłacić za biznesową inicjatywę wieśniaków.
       Ale na tym nie koniec. Pojechaliśmy jeszcze pozwiedzać wodospady. Dzień trzeba wykorzystać do końca, jak promocje w pizzerii, nawet jeśli się posramy z przejedzenia, darmowego kuponu do kosza nie wyrzucimy. Wodospady były mizerne. Trzeba było do nich dojechać nudną, dziurawą szutrówką, ponad siedem kilometrów. Ale dzięki temu, że pojechaliśmy tam tuż przed zachodem słońca, mogliśmy rozkoszować się dżunglą i szemrzącą wodą w samotności. Do tego słońce przestało już męczyć, a przyjemnie uspokajało ciepłem i zapachami drzew. Pośród bananowców i lian, z wysokości kilkudziesięciu metrów, woda wesoło skakała po skałach. Można nawet się wykąpać w małym jeziorku z przeźroczystą wodą. Nie wiem jakie wrażenie zrobiło by na mnie to miejsce, gdybyśmy tu przyjechali rano, z tłumem turystów. Ale teraz, wieczorem czułem się miło stonowany samotnością, chłodem, wodospadem i dżunglą.
       W okolicy, biura turystyczne oferują ciekawe możliwości spędzania czasu. Można wykupić trzydniowy treking, z noclegami, który polega na bytowaniu pośród wysokich drzew dżungli, bez dotykania gruntu. Nazywa się to 'wakacjami gibbona'. Drzewa w dżungli są ogromne. Na nich buduje się stacje z domkami, restauracjami, a nawet sraczami. Łączy się to linami i wiszącymi mostkami i tak się podróżuje po dżungli. Niestety za duże pieniądze. Dużo większe niż nas stać. Szkoda, bo chętnie bym skorzystał i poczuł się przez trzy dni gibbonem.
       Wahaliśmy się czy wracać z powrotem do miasta tą samą drogą, czy pojechać dalej, ale zrobić pętlę. Całe szczęście, że wybraliśmy tą drugą opcję. Powrót przez północną pętlę okazał się bardzo miły i ciekawy. Najpierw w samotności, pośród coraz wyższych pagórków i poletek ryżowych, przemierzaliśmy pofalowaną na wzniesieniach szutrową drogę. Była dość mizerna, i rzadko uczęszczana. Las tropikalny zagęścił atmosferę wokół nas i potem wjechaliśmy do biednej wioski. Nie była tak kwitnąca nowoczesnością jak te, które mijaliśmy rano, w drodze do jaskiń. Ludzie wracali z pól, pozdejmowali stożkowe, białe kapelusiki, dźwigali płody rolne. Domy nie były murowane, ani kryte dachówką. Raczej drewniane i kryte sitowiem. Nie było sklepików z Pepsi, ani samochodów. Trochę cofnęliśmy się w czasie i w przestrzeni, do wioski laotańskiej jak ze skansenu.
       Za wioską skręciliśmy starą drogą w szeroką dolinę, z rzeką na samym dnie. Jechaliśmy wyciosaną w żwirowym, gliniastym stoku drożyną. Po przeciwległej stronie doliny mogliśmy podziwiać splątaną dżunglę, jak kobierzec zieleni utkany z lian, bambusów i krzaków na pniach drzew i skałach wapiennych. Po drodze minęliśmy stalowy, stary most. Może to była stara droga na północ, z Vientian do Chin. Może tylko takie szutrówki kilkadziesiąt lat temu łączyły krańce Laosu. Całe szczęście, że ten odcinek nie jest opisany w przewodniku, jest ładny taki nieturystyczny, trochę dziki.
       Pod mostem rolnik wracający z pola brał kąpiel. Tak robią tu wszyscy. Wiosek przybywa, ludzie używają detergentów i prawdziwych mydeł. Rzeki zabierają brudy do Mekongu, a on do oceanu. Więcej ludzi i większa nowoczesność zawsze oznacza zniszczenie równowagi. W ostatnich trzydziestu latach, podwoiła się ilość ludzi w Laosie, chociaż nadal jest on najmniej zaludnionym krajem we wschodniej Azji. Ale są tacy, co wierzą, że w każdym zakątku świata da się zbudować szczęśliwą społeczność ludzi, jak z obrazka, potem będą przyjeżdżać ci z Green Peacu i krzyczeć, że Laotańczycy wycieli za dużo dżungli, a to zielone płuca wschodniej Azji. W północnym Laosie można spotkać wiele ośrodków wspierających lokalne społeczności za pieniądze Zachodu. Wyrastały tu już w latach osiemdziesiątych, jak wrzód na sumieniu amerykańskiego kongresu, który oficjalnie nic nie wiedział o nalotach na suwerenny Laos. Samoloty wracające z nalotów na Wietnam często zrzucały swoje niewykorzystane bomby na dżunglę wzdłuż granicy Laosu, aby nie musieć lądować z niebezpiecznym ładunkiem. Północny i wschodni Laos to także był główny szlak przerzutowy broni rosyjskiej dla Vietcongu. Nic dziwnego, że USArmy zdecydowała o nalotach bombowych. Jednakże bomby kasetowe mające wybuchać ponad ziemią w tysiące mniejszych pocisków, były bublem i ponad 30% do dziś leży w dżungli. Lokalna ludność, jak zwierzęta w procesie doboru naturalnego, wspaniale potrafi zaadaptować się do nowej sytuacji. Nie stworzy wyższej cywilizacji, ale przetrwa wszystko. Wykorzystywali wysokiej klasy metal z niewybuchów do produkcji maczet i lemieszy, a proch do łykania kolejnych połaci górzystej dżungli dla rozrastających się pokoleń. Zanim się nauczyli jak to robić, wielu potraciło ręce i życie. Wzruszyło to przyjezdnych białych, którzy z czystej dobroci serca, wyciszając swój kompleks nadopiekuńczości, nieśli kaganek cywilizacji, ucząc i stając się nauczycielami, chcą do dziś poprawiać Laos, tworząc organizacje saperów, udostępniając dżunglę pod uprawy, neutralizując bomby i jednocześnie nawołując wszem i wobec do zakazu produkcji bomb kasetowych, bo one są straszne. Jasne... wojny bez bomb, to jak świat bez bab. Jak ktoś ma za dużo agresji to niech dmuchaną pałką wali po łbie sąsiada, aż się zmęczy i padną sobie w ramiona. Najlepszym przykładem zabawy białego w boga są tereny Afryki. Właściwie CIA zrobiło dobrą robotę w kierunku ochrony laotańskiej dżungli przed ludźmi, jej agenci powinni podać rękę gościom z Geen Peacu. Należy także pamiętać, że to wojska Vietcongu i bratnia pomoc z ZSRR, pierwsze naruszyły granice suwerennego Laosu.
       Kolejnego dnia dojechaliśmy do Phonsavan, chyba wizytówki laotańskiej walki z niewybuchami. Siedem godzin tłukliśmy się rozklekotanym Hyundaiem po pięknych górach. Pierwsze 60km od Vang Vieng zaoferowały nam przepiękne krajobrazy majestatycznych w wielkości i osobliwych w kształcie gór. Ten bajkowych krajobraz porastała dżungla, a możliwość podziwiania widoków z przełęczy ponad 1300m n.p.m. dawał niezapomniane wrażenia. Patrząc z góry zatracało się poczucie skali. Wielkie maczugi, kopce, siodła, wydawały się scenerią dziecięcej wyobraźni, wolną od skojarzeń i ram ograniczonych możliwości.
       Phonsavan jest miasteczkiem wojewódzkim dla całego, tego górzystego regionu. To zbiorowisko bezkształtnych, zakurzonych domów na skrzyżowaniu szlaków komunikacyjnych. Dwie szerokie ulice obsadzone niskimi budynkami, których front i parter ma czysto utylitarny charakter sklepiku, restauracji, biura lub hoteliku, przypominają klasyczne mieściny z Dzikiego Zachodu, jedyna różnica to samochody, które zamiast kopyt końskich wzbijają kurz z drogi. Charakterem Phonsavan jest brak stylu i klasy. W odróżnieniu od wiosek pochowanych po górach, które wyrosły w sposób naturalny przez osiedlanie się setek pokoleń górali w drewnianych chatynkach na palach krytych strzechą, Phonsavan jest nowym tworem mającym być przyczółkiem władzy stolicy, targowiskiem wymiany dóbr dla i od rolników, forpocztą cywilizacji, mieszkaniem dla inżynierów, budowniczych, zarządców, biznesmenów oraz saperów. Kręci się ich tu sporo w nowych Land Cruiserach. Wojsko jeździ UAZami z silnikami serii L od Toyoty. Czasami przyjedzie wizytacja z Vientian, tak jak dziś, nowymi, terenowymi limuzynami.
       W Phonsavan mieszka 37 tysięcy ludzi. Nazwa oznacza 'wzgórza raju', ale chyba z przekory, albo z marzeń wyrosła. Mieszka tu wiele potomków plemion Hmong. Miasto zostało zbudowane przez Amerykanów w latach '70-tych jako taka marchewka dla tutejszej, zacofanej ludności. Typowa taktyka polityki zagranicznej USA, wspaniale przedstawiona w filmie Avatar Camerona. Najpierw pokazujemy, że chcemy pomóc ludności lokalnej, a w zamian oczekujemy pomocy w naszych problemach. Jeśli ludność lokalna się sprzeciwia, to walimy im na łby bomby.
       Ludzie Hmong są tutaj kluczem. To plemiona chińskie, powoli przesuwające się na południe, niepostrzeżenie kolonizujące tereny górskie, bez aspiracji do zdobywania władzy. Nigdy nie skonsolidowali się pod postacią jednej państwowości. Ale w Phonsavan mieli swój czas. Zostali namówieni przez agentów CIA, aby jako obcy, pomagali w zwalczaniu komunistycznej partyzantki - Pathet Lao. W zamian za pomoc w swoich zamiarach, CIA słało paciorki i reporterów aby robili dobry PR. Tylko kiedy białasy przegrały wojnę, a komuniści opanowali Laos, Hmong musieli się wynosić do Tajlandii, aby nie stracić głowy za zdradę. Dziś mieszka ich tu osiem tysięcy.
       Pierwsze wrażenie dla przybysza jest dziwne. Przy każdym domu stoją pionowo wbite w ziemię bomby lotnicze sprzed czterdziestu lat. Sklepiki i knajpy ozdobione są zardzewiałymi karabinami i nabojami wyciągniętymi z dżungli. Resztki pojazdów opancerzonych, pocisków do haubic i bomb to także dobry materiał na budowę płotu. Bomby lotnicze mają długość od półtora do trzech metrów, z dobrze zachowanymi napisami producenta robią wrażenie scenerii z filmu o Wietnamie. Nie wiem czy bombowy ekshibicjonizm ma na celu przyciągnięcie uwagi turystów, których jest tu niewiele, czy jest formą dowartościowania właściciela domu - ludzie patrzcie, razem ze szfagrem to z ziemi wydobyliśmy i ciągle mamy obie ręce. Wygląda to dość zabawnie w skrzyżowaniu z takim amerykańskim Hummerem H3, stojącym na podjeździe pod hotelem, albo kurtką rikszarza z amerykańskiej armii. Nie można powiedzieć, aby wyświetlanie filmów w muzeum i restauracji dla białych, o nalotach i konsekwencjach wojny, oraz niekończące się palisady z bomb lotniczych, miały jakoś nastrajać ludność lokalną antyzachodnio, albo antyamerykańsko. Dane nawet podają, że trudno ustalić ilość ofiar pośród rolników, którzy sami rozbrajają niewybuchy, bo taką pracę uznaje się na wsi jako część eksploracji dżungli. Jak kogoś przygniecie padająca pod toporem palma, to nikt tego z USA nie skojarzy, podobnie jak wyłuskiwanie drogocennego żelastwa z gruntu, aby wywieźć do skupu złomu. Jak w większości tego rodzaju przypadków, sól tej ziemi - ludność tubylcza - jest jak trawa. Co by jej nie przygniotło, ona zawsze powstanie. Przejdzie po niej Vietcong niosąc broń z bratniej, radzieckiej pomocy, aby walczyć z najeźdźcą, spadną bomby z metalowych ptaków, przejdzie pożar dżungli, zaraza, zmieni się system polityczny, skończy się świat, a kury będą biegać pomiędzy palami na których stoją chatki górali, ten sam kurz i bród będzie oblepiał brudne, bose stopy kobiet niańczących dzieci na podołku, powłóczące połamanymi nogami psy będą ujadać na przyjezdnego, tłuste, śmierdzące świnie będą ciągnąć brzuchami po ziemi, a rolnik będzie walczył z dżunglą o przestrzeń życiową. Trawa zawsze powstanie, cokolwiek by ją przydeptało, nawet pisarczyk z poczuciem wyższości, patrząc z góry - to zwykła trawa!
       Nie da się nie zauważyć różnic między północą a południem Laosu. Kiedy wjechaliśmy do Pakse, pierwszego miasta na południu, wydawało mi się, że Laos jest bardziej cywilizowany od Kambodży, bardziej nowoczesny, zorganizowany, czysty, bogatszy. Ale im bardziej na północ się przemieszczaliśmy, tym to wrażenie musiało się zmieniać. Nawet stolica nie sprawia wrażenia nowoczesnej. A dalej na północ to już zupełnie dziki kraj. Miasteczka pobudowane na skrzyżowaniach jedynych szlaków, które tną górzystą, niedostępną dżunglę na kwartały, nie mają charakteru, ani tradycji budowania jakiejś cywilizacji. Przypominają tysiące miasteczek jakie widywałem na stepie, pustyni, w tajdze, dżungli, w różnych rejonach i państwach Azji. Nawet samochody są podobne, ciągle Hilux i Land Cruiser, albo UAZ, na pewno moped. Szlaki przez góry, to dziurawe asfalty, tak pokręcone serpentynami, że przypominają te w Grecji albo Albanii. Panuje na nich niewielki ruch, ciężarówek jest niewiele. Ale mimo to w miasteczkach nie brakuje niczego, czego może potrzebować rolnik. Turysta czasami wybrzydza i szuka czegoś konkretnego, co znalazł w innym miasteczku, a w tym kolejnym już tego nie ma. Prosta zależność. Jedzie ciężarówka z Chin lub Wietnamu i wiezie ciekawe rzeczy. W jednej wiosce zostawi cały zapas bambusówki, w innej aloesu z Korei, a w jeszcze innej zaszczepi tradycję robienia grilowanych, kurzęcych serduszek. Potem trzeba latami sprzedawać australijską whisky w Phonsavan, albo koreańską bambusówkę w Vang Vieng. Takie egzotyczne produkty robią za zakurzoną wystawkę, tworzącą tło za plecami sprzedawcy. Po prostu Dziki Zachód.
       Jeszcze tego samego wieczora, którego przyjechaliśmy do Phonsavan, poszliśmy na wieczorny festyn. Głośny lao-dance i światła strzelające w bezchmurne niebo ściągnęły ludność miasteczka i okolicznych wsi na ogromny plac, gdzie kwitł nocny market z kramami pełnymi chińskiej tandety. Obok sprzedawano owoce, rozłożyło się wesołe miasteczko, a pod dachem huczało kasyno. To ostatnie przyciągnęło nas najbardziej. W surowych realiach betonowej hali z gęsto ustawionymi, ledwie otynkowanymi filarami, stało kilkanaście stolików turystycznych, a na nich narzędzia hazardu oblegane przez mężczyzn i kobiety. Wszystkie stoliki miały to samo wyposażenie, jakby otwartą skrzynkę, przypominającą drewnianą walizeczkę. Na nie do końca otwartej pokrywie ustawiano trzy ogromne kostki do gry z wymalowanymi na bokach kolorowymi rysunkami. Krupier zwalniał zapadkę ciągnąc za brudny, otłuszczony sznureczek i kostki toczyły się do dna walizeczki. Potem odczytywano co wypadło. Przed dokonaniem losowania, gracze kładli pieniądze na dużej planszy z sześcioma polami. Na każdym z nich wymalowano te same rysunki co na kostkach, ale w większej skali. Prosta, logiczna, dająca możliwość skorzystania z własnego szczęścia gra. Sęk w tym, że na wymalowanych obrazkach były dziecinne przedstawienia zwierzątek, jak z przedszkola. Kontrast do wymiętoszonych banknotów, poważnych min graczy, dymu papierosowego i euforii wygranego, był tym magnesem, który nas przyciągnął w to miejsce. Przypominało to zaimprowizowane przez ludzi targowisko jak z filmów, z powojennej Warszawy, albo... zapyziały zakątek Azji. Brakowało tylko króla popu dudniącego ciepłym głosem - viva Las Vegas.
       Noc była zimna. Phonsavan leży na wysokości ponad 1000m n.p.m. W południe słońce pali do żywego, ale powietrze jest ostre. Wieczory zaś chłodne jak na pustyni, a poranki drażniąco zimne.
       Odczekaliśmy do dziewiątej z wyjazdem na objazd okolicy. Tym razem wypożyczyliśmy chiński motocykl małolitrażowy. To był dobry wybór. Kanapowa 125-tka marki Zongshen, podobna do SHLki, na dziurach płynęła niczym amerykański krążownik szos. Oczywiście jeśli porównać ją do zwykłego mopeda albo skutera. Na szutrach mogliśmy jechać dwa razy szybciej niż zwykle, a ja więcej uwagi mogłem poświęcić oglądaniu tego co obok drogi. Zongshen miał też bardzo wygodną kanapę, chciałbym mieć taką w swoim Suzuki.
       Pojechaliśmy zwiedzać okolicę obfitującą w kamienne dzbany. Właściwie tylko po to przyjechaliśmy do Phonsavan. Na południe od miasta jest kilkanaście wzniesień obsadzonych kamiennymi dzbanami, mającymi przed 2500 laty służyć jakoby za urny na prochy znamienitych obywateli pierwszych miast jakie zbudowali obywatele plemion Lao. Te dziwaczne kanopy mają różne rozmiary, pewnie w zależności od fundatora. Zdarzają się małe i pękate, 70cm wysokie i około metra szerokie, ale są też trzymetrowej wysokości i dwu metrowej szerokości. Przysadziste kamienie są dokładnie ociosane, a w ich wnętrzu wydrążono pokaźne otwory z miękko wykończonym dnem. Ścianki dzbanów mają nie więcej jak 20cm grubości. Trzeba było dużo nakładu pracy i skomplikowanych narzędzi, aby w tamtych czasach wytwarzać takie urny. No i skąd pomysł? Nie ma chyba podobnych urn w skali światowej, a trzeba pamiętać, że plemiona Lao nie słynęły z dobrego rzemiosła, ani fantazji. Może kogoś naśladowali. W tamtych czasach, w środkowej Azji, plemiona kirgiskie stawiały kamienne, rzeźbione stelle nagrobne, oraz słupy kamienne kształtowane na podobieństwo postaci ludzkich. W Laosie, bliżej granicy Wietnamu, można znaleźć również stelle kamienne. Jest też pomysł, że dzbany służyły do marynowania ludzkich zwłok, tak twierdzą niektórzy archeologowie. Jak się tu jest i na każdym stole w restauracjach, stoi flaszeczka ze śmierdzącą do niemożliwości marynatą ze zdechłych owoców morza, albo marynowane jaskółki - też pomysł laotański, to można uwierzyć w marynowane zwłoki.
       Blisko największego skupiska dzbanów jest dawne krematorium, jak to określają archeologowie. Jedno z wzniesień okazało się litą skałą z naturalną pieczarą w swym wnętrzu. Dorobiono dwa otwory i powstał piec, taki monumentalny Kelly Kettle. A może to był megadzban. Właściwie gdybym był ówczesnym władcą i chciał na siłę naśladować jaja obcych, to kazał bym zbudować sobie grobowiec w jednej z tych kilkusetmetrowej wysokości, wapiennych maczug. Jakby ją z wierzchu oczyścić z dżungli i ociosać na kształt dzbana, a we wnętrzu wydrążyć otwór, to ogromem przyćmiłby piramidy w Egipcie. To by turyści mieli dopiero używanie w Indochinach. Ale wczesnym Laotańczykom zabrakło fantazji, albo chętnych do pracy.
       Jedynie trzy skupiska dzbanów są udostępnione do zwiedzania. Reszta znajduje się ciągle na terenach obrzuconych przez Amerykanów bombami-bublami i czekają na zabiegi saperskie. Wieczorem poszliśmy obejrzeć jeden z filmów traktujących o działaniach amerykańskiej armii i CIA w Indochinach. Mechanizmy wojenne stosowane przez USA są tak proste, że nie trzeba inteligentnych wywiadowców, aby zrozumieć jak to działa. Do dziś stosuje się te same zabiegi, aby obalać prawowitych przywódców, opanowywać rynki ropy i umacniać przyczółki polityczne oraz wojskowe. Wykorzystywanie organizacji pomocowych jako przykrywek dla agentów CIA kwitnie do dziś. Nawet takie kolosy jak UNICEF się temu nie oparły. Używanie samolotów Air America, firmy będącej praktycznie na pasku CIA, do przewozu narkotyków, broni i agentów to też norma. Zawsze trzeba doszukiwać się prawdy głębiej, jeśli tylko słychać o darowiznach na budowę dróg, studni, szpitali w jakimś dzikim kraju, jeśli tylko ktoś chce krzewić prawidła demokracji tam, gdzie jej nigdy nie było, jeśli tylko ktoś chce wspomóc gospodarkę jakiegoś nędznego kraiku. Nikt nigdy nie dał nikomu pieniędzy za nic. Ciekawostką odnośnie drugiej wojny w Indochinach, jak się określa wojnę w Wietnamie, która rozlała się także po sąsiednich krajach, była narkomania wśród żołnierzy amerykańskich sięgająca 30%. W USArmy było więcej liczebnościowo narkomanów niż w samym USA, a to był sam środek czasów hipisowskich. Najlepszego okresu XX wieku, nie tylko pod względem społecznym i kulturowym, ale także i gospodarczym (na Zachodzie), a nawet w mniejszych dziedzinach, na przykład przemysł samochodowy przeżywał wtedy swoje apogeum.
       Wracając do tematu dzbanków, 'jars' jak je tu z angielska zwą... pojechaliśmy na objazd trzech ich skupisk. To popularna trasa wycieczkowa. Wejścia do dzbanków są oczywiście płatne - 1EUR/osoba. Laos kasuje turystów na każdym kroku. Ktoś im powiedział, że biały na wakacjach nie musi oszczędzać. Ale my musieliśmy zrezygnować z oglądania jednego wodospadu, bo bez dowodów jego urody nie zapłacimy za wstęp kolejnych EURo. Po południu jednak pojechaliśmy 32km na wschód od Phonsavan, do obiecanego wodospadu pośród dżungli. Lepiej wdychać pył z drogi i mrugać powiekami, aby zmyć kurz z oczu aby zobaczyć wodospad za free. Wokół Phonsavan naprawiają asfalty najgorszą z metod, sypiąc pylisty żwirek i walcując go na dziurach, by potem wkleić go bitumitem. Zapylenie jest ogromne, a my na motocyklu. Trochę mnie to zdenerwowało, zwłaszcza że obiecanego wodospadu nie mogliśmy znaleźć, a słońce już było nad zachodnim horyzontem i robiło się zimno. Bez słonecznych okularów jechać motocyklem po szutrach nie ma jak, a w okularach, po ciemku też nijak. Ale wymęczyliśmy drogę do wodospadu, nawet Chińczyk raz poszedł na ziemię, na dziurach. Starczyło nam czasu na krótkie zejście przez dżunglę nad siklawicę. Wodospad taki sobie, ale w otoczeniu dżungli hałasującej już wieczornym śpiewem ptaków, prezentował się całkiem przyjemnie.
       W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy nędznej restauracji dla tubylców. Pan starszy - właściciel okazał się chyba bojownikiem z dawnych lat. Znał francuski, może współpracował z CIA. Ale oryginalny beret i nieopanowana radość z jaką przywitał wiadomość, że my z Polski, z dawnego bloku ZSRR, raczej mówiła, że bojował za wolność waszą i naszą. Czas zrobił z niego dziarskiego, rubasznego, wyschniętego staruszka. Może jego ideały też uleciały razem z siwymi włosami, ale pozostały wspomnienia z młodości.
       Wcześniej spotkaliśmy Chińczyków na podróżniczych rowerach. Iwona mówi, że Chiny ciągle zaskakują, nawet indywidualizmem. Już potrafią znaleźć pasję tylko dla siebie, fantazję aby ją realizować i środki aby móc. Co to będzie dalej z tak dużą liczbą ludzi?
       Zakurzony poranek w Phonsavan. Słońce przebija się rozwodnioną żółcią przez chmury i smog nad miasteczkiem. Samochody już zapchały ulice, ludzie pootwierali swoje biznesy i wylegli na chodnik. My czekamy w restauracji na nasz minibus do Luang Prabang. W końcu wyjeżdżamy z tego nijakiego miasteczka, w chłodny, zimowy poranek. Jakimś dziwnym trafem, z przekory, akurat takie miejsca pamiętam najmocniej. Te znane i podziwiane miasta nie zapadają mi tak mocno w pamięć. Tak jakby moja podświadomość sama decydowała co warto, a czego nie warto przechowywać. Nawet obudzony w środku nocy mogę przywołać wspomnienia z nic nieznaczących, nudnych, zakurzonych, nielubianych nawet przez tubylców miasteczek. Największą sympatią darzę Taftan w Beludżystanie, w zachodnim Pakistanie. Ilekroć tam przyjeżdżałem, od razu chciałem wyjechać. Ale jak tylko wyjechałem, tęskniłem, ale wracać nie chciałem. Może to jest tak jak z tymi pamiętnymi chwilami z życia człowieka. Pamięta się te, które były akurat najmniej ważne. Ja na ten przykład pamiętam, jak pewnego zimnego, wiosennego poranka jechałem dwanaście kilometrów rowerem do szkoły. Niby nic, ale ortografii, której się w szkole uczyłem, nie byłem w stanie zapamiętać, podobnie jak nie pamiętam w jaki sposób poznałem pierwszą dziewczynę.
       Przez następne siedem godzin obijaliśmy się o siebie jak worki z ziemniakami, na furmance wieśniaka, jadącego dziurawą drogą do miasta. Droga przez laotańskie góry kręciła hołubce i nie było ani kawałka prostej. Dobrze, że chociaż nie była zatłoczona samochodami. Pejzaże górskie nie zachwycały, ale też nie nudziły. Wioski już się nam trochę opatrzyły, ale gdyby tu wylądować z Tajlandii, to mogłyby być ciekawe. W linii prostej do Luang Prabang mieliśmy coś ponad setkę kilometrów, ale po drodze było dużo ponad dwa razy więcej. I pomyśleć, że jeszcze za czasów wojny w Wietnamie, nie było tu asfaltu. Stosunkowo mały kraj i niewielkie odległości były realnie trudne do pokonania. Budowanie lotnisk, jako forpoczty cywilizacji, przez wysłanników organizacji pomocowych, sponsorowanych przez CIA, miało sens. Tylko lekkimi awionetkami i helikopterami można było w miarę sprawnie dostać się ze stolicy w góry. Po drodze, Willisem można było jechać trzy dni.
       Po latach zmieniło się tylko to, że drogi wyasfaltowano, zdążyły się już zniszczyć i podziurawić. Ich szerokość nadal jest niewielka, a ruch dość mizerny. Tak jadąc i przysypiając wdałem się z Iwoną w dyskusję nad nowoczesnym rozumieniem funkcji podróży. Zawsze rozumiałem to jako proces, będący pracą nad zmianą samego siebie, myślenia o tym co znamy i poznawania tego czego jeszcze nie znaliśmy. Proces, który może dopiero przynieść jakieś efekty będące coś warte i podlegające ocenie. Natomiast dziś podróż stała się już sama w sobie celem do którego dąży podróżnik. Mniej się liczy wartość merytoryczna końcowego efektu podróży, a większego znaczenia nabiera sam styl podróżowania. Prościej mówiąc, dla mas "większym" podróżnikiem staje się ten, który do Wladywostoku pojedzie motocyklem na tylnim kole i do tyłu, bez kasku, i w pidżamie, aniżeli ten który potrafi w wyniku kilku podróży przywieźć wspomnienia, analizy obcej dla nas kultury oraz obrazujące to wspaniale zdjęcia i to wszystko w sensowny sposób przekazać żądnym wiedzy o świecie szczurom lądowym. Na przykład taki pan Kalmus który wspaniale przybliża w swych opowieściach kulturę Tybetu, jest dla popkultury mniej ważną osobą niźli ktoś, kto jest pierwszym w Polsce samochodziarzem, którego było stać na to aby odwiedzić własną Toyotą tenże Tybet i przywieźć kilkanaście tysięcy nic nie znaczących, miłych dla oka fotek. Coraz więcej powstaje spotkań podróżniczych obleganych przez rzesze, na których najczęściej prezentuje się dokonania sportowe podróży. Spotkania i konkursy podróżnicze mające na celu wzmagać rywalizację między podróżującymi, o to kto więcej, dalej, w dziwniejszy sposób... Sądzę, że traci się w ten sposób z oczu sens podróżowania. Ja wychowałem się na Tonym Haliku i zawsze podróżowałem po to, aby poznawać świat, zrozumieć go na swój sposób, przekazać tą wiedzę innym aby nie myśleli o nim w kategoriach strasznych nowin z CNN. Ale okazuje się, że dziś, kiedy podróżowanie stało się tak modne, że aż obowiązkowe, podróż bardziej przypomina dyscyplinę sportową i przeobraża się we współzawodnictwo o palmę bycia najbardziej pomysłowym w wymyśleniu celu oraz sposobu doń dotarcia. To tak jakbyśmy zaczęli oceniać symfonie Pendereckiego za ich długość i wykorzystanie najdziwniejszych instrumentów, a nie za ich jakość merytoryczną i przyjemność ze słuchania. Sądzę, że pauperyzacja dotknęła również podróżowanie, upowszechnienie spowodowało zmianę kryteriów oceny oraz zmianę sensu stricte. Ale to jest tylko mój punkt widzenia. Iwona mi tu podpowiada, że każdy ma swój sposób postrzegania podróży, albo raczej realizowania swoich potrzeb w podróży. Jedni szukają wiedzy, inni emocji albo odpoczynku od codzienności, a jeszcze inni wyzwań. Chyba nikt nie ma takiej wysokiej samooceny, aby mówić innym, który z tych sposobów na podróżowanie jest najlepszy.
       W końcu jednak dojechaliśmy do Luang Prabang, największej atrakcji turystyki zorganizowanej w Laosie. To dawna stolica północnego Laosu. Jest tu trochę zabytkowych świątyń do zwiedzania. Zaplecze turystyczne prężnie się rozwija, ktoś obliczył, że średnio co osiemnaście dni powstaje nowy hotel. Ulice są nimi obsadzone, podobnie jak agencjami turystycznymi i restauracjami. Agencje oferują wszelkie, możliwe atrakcje spędzania wolnego czasu. Od jazdy na słoniach, zwiedzania wodospadów i jaskiń, przejażdżek łódką po Mekongu, trekingu w dżungli, tras kajakowych po górskich rzekach, po dyskoteki, nocne targowiska i nocne życie w pubach. Jednak Luang Prabang jest także przykładem niechlubnej tradycji wyzysku turystów przez tubylców. Ceny w tym mieście są o 100% i więcej wyższe niż w innych miastach Laosu. Oferta dla turystów jest ogromna i stale się powiększa, jest duża nadpodaż względem popytu, ale wszystko jest śmiesznie drogie. Te same produkty souvenirowej tandety dla wakacjuszy, w stolicy są o połowę tańsze. Wypożyczenie skutera jest dwa razy droższe niż w Vang Vieng. Hotele trzymają wysokie ceny mimo pustek w pokojach. Są takie miejsca w turystycznym świecie, które są drogie i nikt nie wie dlaczego. Żaden racjonalny powód za tym nie przemawia. Podobne opowieści słyszałem o Birmie. Tam ceny są wyższe niż w Europie, a przychód zwykłego mieszkańca plasuje się na poziomie indyjskim.
       W Luang Prabang mieszka 58 tysięcy ludzi. Kiedyś był stolicą królestwa o tej samej nazwie, wtedy nazywał się Muang Sua. Zrobił na mnie dość nieprzyjemne wrażenie. Nawet nie chodzi o poziom cen, który jest dla mojego portfela zabójczy, ale atmosfera 'wysokich progów' nie poparta ani jakością, ani wartością merytoryczną, z jednoczesnym tubylczym wysokim o sobie mniemaniu, jest trudna do strawienia. Miasteczko ma swój charakter, jest większe od Phonsavan, ale zupełnie inne, nowocześniejsze, chociaż tak samo brudne, ale ma w sobie coś więcej niźli tylko bycie punktem zaopatrzeniowym dla rolników, przystankiem dla kierowców ciężarówek do Wietnamu. Nagromadzenie turystów jest ogromne. Zwłaszcza wieczorem, kiedy główna droga przez stare centrum zamienia się w zapchany, duszny targ tandety nakominkowej, souvenirowej. To obowiązkowy, bo jedyny, punkt do zwiedzania, dla każdej, zorganizowanej lub mniej zaplanowanej wycieczki po Indochinach. Dopiero jutro pójdziemy pozwiedzać zabytkowe świątynie, więc na dziś nawet nie wiem jak ta część miasta wygląda. Ale musimy odpuścić wypożyczenie skutera, nawet bilet na minibusa, który by nas dowiózł do największego wodospadu w Laosie, parku rozrywki z niedźwiedziami, itp. Cena zmusiła nas do zastanowienia, czy w Polsce dalibyśmy się tak oskubać. No cóż nie dla nas te 'wysokie progi'. Już mamy obmyśloną drogę ucieczki w przód, po Mekongu.
       Miasto jednak nie ma swojego charakteru. Nie jest nawet typowym 'wesołym miasteczkiem' jak Vang Vieng, ale raczej kombajnem przerabiającym tłumy wakacjuszy na zyski bez wyraźnej inwestycji w przyszłość. No może prócz budowy coraz to większej liczby, coraz to bardziej luksusowych hoteli. O całości nikt tu nie myśli, miasto rozwija się spontanicznie, bez planu zagospodarowania. Brak tu myślenia o stworzeniu przyjaznej dla turysty atmosfery, wyjściu naprzeciw jego potrzebom. Jest jedynie koncentracja na zyskach. Ale pewnie ta strategia działania się sprawdzi. Mimo, że Luang Prabang sam w sobie, razem z okolicą nie jest wiele więcej wart od Vang Vieng, a na pewno od Pakse, to jednak turysta tu przyjedzie i wyda pieniądze, bo to jest w programie każdej wycieczki. Taki chorwacki syndrom.
       Jednak przy bardziej wnikliwym zwiedzaniu Luang Prabang można odkryć tutaj ciekawe miejsca. Koniecznie należy przejść się zaimprowizowaną promenadą, dookoła miasta. Miasteczko leży na długim półwyspie, który powstał u zbiegu dwóch rzek. Strona zachodnia, nad Mekongiem, jest mniej doinwestowana. Jest kilka drogich i luksusowych restauracji oraz mnóstwo hoteli, reszta to zaśmiecone krzaki, nielegalne ogródki działkowe na plaży i brudny chodnik meandrujący na wysokim brzegu pomiędzy ogródkami restauracyjnymi i barowymi. Niektóre powstały na drewnianych pomostach, wychodzących z klifu ponad Mekong, inne na szerokim poboczu ulicy okrążającej miasto. Jest tu także przystań statków wycieczkowych, którymi można popływać po rzece w czas zachodu słońca. Ku mojemu zaskoczeniu, to ciągle najlepszy obiekt do fotografowania dla turystów. Są tu też statki pływające w górę Mekongu, aż prawie pod chińską granicę. Na północnym krańcu promenady nad Mekongiem, można podziwiać piękny widok na porohy oraz ujście rzeki Xeng. Ona właśnie, wysokim brzegiem, flankuje miasteczko od wschodu. Ta promenada jest godna polecenia. Wypielęgnowane, w większości, piętrowe domki nad brzegiem, przypominają wybrzeże portugalskie. Jest tu kilka zacisznych hoteli i czystych restauracji z widokiem na szumiącą rzekę Xeng. Wschodnia część miasteczka jest o wiele przyjemniejsza jako cel spacerów i wieczornych nasiadówek w pubach. Można też przejść bambusowym mostkiem na drugą stronę Xeng i tam zapuścić się w zalesione osiedle domków, z zupełnie niemiejską atmosferą, gdzie również można przenocować i zjeść. Nad półwyspem góruje wysoki pagórek, na którym pobudowano przed wiekami świątynie. Ich zwiedzanie jest oczywiście płatne - 2EUR/osoba. Z pagórka roztacza się miły dla fotoamatora pejzaż zbiegu rzek obsypanych palmami i drzewami tropikalnymi.
       Następnego ranka popłynęliśmy Mekongiem na zachód. Zapakowano nas razem z rzeszą tubylców do VIP łódki, czyli takiej z miękkimi siedzeniami. Zaplanowaliśmy dwa odcinki, po dziesięć godzin każdy, za co skasowali nas 27EUR/osoba. Ciągle wydaje mi się, że jak na taki biedny kraj, to transport jest naprawdę drogi. VIP łódka to szeroka na około dwa i pół metra i długa na jakieś trzydzieści, płaskodenna, metalowa piroga z dachem, podgiętymi ku górze dziobem i rufą. Wewnątrz, na płaskim pokładzie, ustawiono kilkanaście rzędów siedzeń samochodowych, wyciągniętych z Land Cruiserów. Na rufie dudnił silnik, a za nim jeszcze mieściło się domostwo kapitana i jego rodziny. Sternik siedział na dziobie i pokręcał kołem sterowym.
       Rzeka dalej na zachód i północ robi się coraz węższa, chociaż nadal jest płytka i gęsto poprzecinana skalistymi porohami. Takie stateczki o wrzecionowym kształcie wydają się najlepsze w tych warunkach. Sternik i tak musi mieć doświadczenie, jak wymanewrować wielką łódką o słabym silniku i ciężkim ładunku przez naprawdę poważne wiry i spiętrzenia wody spowodowane nagłymi przewężeniami rzeki między wysokimi skałami. Kamienie, a nawet całe góry wystające z rzeki widywaliśmy bezustannie, aż do późnego popołudnia. Miejscami woda kipiała, przewalając się jakby mieszana od spodu wielkimi łopatami. Czasami tworzyły się wiry jak w wannie po wyjęciu korka. Jednak te na Mekongu miały średnicę kilku metrów. Czasami wspinaliśmy się prawie metr, pod prąd przelewającej się przez wąskie bramy skalne wody. Łódka wtedy wydawała się zupełnie zatrzymywać, a silnik walczył z nurtem.
       Największą atrakcją do podziwiania były właśnie te skalne bramy oraz ławice strzelistych kamieni wystających malowniczo z wody. Strome brzegi porastał las tropikalny. Można było od czasu do czasu, podziwiać maleńkie wioski pośród palm, usytuowane na wysokich pagórkach ponad Mekongiem. Brązowe ścieżyny wiły się pomiędzy domkami krytymi strzechą, a plaża pełna była kąpiących się dzieciaków. Uwagę przyciągały także stada krów, rasy afrykańskiej, wylegujące się na ogromnych łachach białego piasku. Podobne miejsca obierali za swoje siedziby poszukiwacze złota. Mekong w tym rejonie podobno potrafi przynieść z nurtem trochę złotego piasku. Kobiety z trzcinowymi, białymi kapeluszami, stały przy brzegu w wodzie, płucząc piasek w płaskich misach. Mijaliśmy też wiele innych łódek pomniejszego sortu. Wyprzedziło nas kilka szybkich ślizgaczy z hałasującymi silnikami. Wieźli tych, którym się śpieszyło, również turystów. Podskakiwali na falach oblewani rozpryskującą się wodą. Biali mieli kaski na głowach, tubylcy oczywiście nie. Minęliśmy też parę stateczków transportujących towary do okolicznych wiosek. Były to nieco większe i szersze, całkowicie stalowe statki. Na rufie zabudowane miały domostwa ludzi, którzy tam mieszkali i pracowali. Pomysł podróży Mekongiem, miast autobusem przez góry, mimo że nieco droższy, był wart inwestycji. Po łódce można chodzić, pójść do toalety, kupić coś do picia, jest więcej swobody, a przede wszystkim piękne widoki gór, malownicze skały w rzece i możliwość podglądania życia ludzi na brzegach.
       Po dziesięciu godzinach wylądowaliśmy w małej wiosce Pak Beng. Na zaimprowizowanej przystani czekało na nas już kilka innych łódek pasażerskich. To standardowy przystanek w połowie drogi do Tajlandii. We wiosce rozwinął się także przemysł turystyczny. Działa biuro turystyczne zajmujące się wycieczkami na słoniach, zbudowano kilka nowych i drogich hoteli, oraz całe mnóstwo tańszych. Są także restauracje i sklepy, a także lokalna, dziwna tradycja wypieku bułek. Normalni, zachodni turyści udali się z naganiaczami do droższych, czystych hoteli, z tarasami nad Mekongiem, my poszliśmy szukać czegoś na naszą kieszeń. Nie błądziliśmy długo. Kiedy targowaliśmy cenę znalezionej, brudnej norki, normalni turyści już siedzieli na tarasach widokowych z zimnym piwkiem w jednej ręce, a drugą maziając po ekranie płaskiego niby-komputera. Poszliśmy potem do wioski kupić bułki i jajka do ugotowania przy pomocy grzałki elektrycznej. Chcieliśmy przygotować sobie wałówkę na kolejny dzień, jaki spędzimy na łódce. Lepsze hotele przygotowują kanapki dla swoich gości, za jedyne 7zł od sztuki. W nocy obudził nas szelest reklamówki, w której schowaliśmy kanapki na następny dzień. To sprytny szczurek łaził po drewnianej ścianie pokoju i zakradał się do naszych bułek z jajkiem. Jedną już napoczął. Trzeba go było odgonić, chociaż nie zdradzał paniki na mój widok. Oderwałem potem nadgryziony kawałek bułki, a Iwona zostawiła ją dla Zenka, jak nazwaliśmy naszego współlokatora. Czepiał się desek jak gekon tynku i biegał po ścianach jak jaszczurka. Miał wszędzie kryjówki. Kiedy włączyliśmy światło w pokoju, z zewnątrz, nasz drewniany, stary domek wyglądał jak abażur na gołą żarówkę. Szczelin pomiędzy deskami było bez liku, nawet w podłodze, posadowionej metr nad ziemią, na palach. Problemem w dzikich krajach jest znalezienie hotelu za odpowiednie pieniądze, tak aby wartość wynajętego pokoju odpowiadała należności za jego użytkowanie. To nie jest łatwe, ponieważ najczęściej bywa tak, że żąda się dużych pieniędzy za nędzne pokoje, a czasami zdarza się znaleźć ładny pokój za małe pieniądze. Wysokość należności jest ustalana z podobną, bezwzględną, prostoduszną, naiwną beztroską, z jaką tubylcy traktują, na przykład przepisu ruchu drogowego.
       W Pak Beng, jak we wszystkich takich miejscach w Laosie, rozwój turystyki spowodował tragiczne przeinwestowanie i dużą nadpodaż wszelkiego dobra dla turystów. Nie można jednak oczekiwać spadku cen. Są bezmyślnie wysokie i zniechęcające do ponownych odwiedzin. Jeśli porównać ceny z restauracji i sklepików z prowincji nieturystycznych, od razu widać marże 200-400%. Jak krótkowzroczne jest to działanie obrazuje sytuacja w Luang Prabang. Drogie restauracje stoją wieczorami puste, co najwyżej turysta zamówi piwko i siedzi przy nim trzy godziny, natomiast brudna, śmierdząca uliczka z jadłodajniami pod zapleśniałymi baldachimami z brezentu aż kipi od turystów. Trzeba czekać na miejsce, aby zjeść pełen talerz niesmacznego żarcia za 4zł. Podobna sytuacja jest w temacie hoteli. Te tańsze, a nawet te ze zbiorowymi pokojami, jak w naszych schroniskach górskich, są pełne i mają powywieszane karteczki z napisem 'FULL'. Natomiast te droższe mają nielicznych klientów i zaczepialskich naganiaczy. Moim zdaniem, jak ktoś jedzie tak daleko, do biednego kraju, to chce spędzić tanie wakacje. A jeśli ma szmal i chce go wydać, to pojedzie do równie egzotycznego, tak samo gorącego w zimie, ale czystszego, bo go na to stać. Przykład Indii pokazuje, że jak jest tanio to ludzie siedzą dłużej, te same pieniądze i tak w końcu wydadzą, ale wrócą za rok. Wieść o wysokich cenach pośród braci plecakowej szybko się roznosi, a potem trudno zmienić taką famę.
       Rano przyszliśmy na przystań godzinę przed czasem. Dzień zaczynał się pochmurnie i rozbudzał miłym chłodem. Po drugiej stronie Mekongu, dwa słonie kąpały się w rzece przy asyście swoich opiekunów. Nie wiem czy pracują w lesie, ale na pewno przynoszą dochód swoim właścicielom, samym byciem słoniami. Turyści już płynęli na drugą stronę rzeki w małych pirogach. Za jeżdżenie na słoniu lub asystę przy jego kąpieli trzeba zapłacić tutaj minimum 50EUR. To wysoka cena w porównaniu do Indii czy Nepalu.
       Obsługa łódek dopiero budziła się do życia. Poruszane wodą rzeki, długie pirogi ocierały się o siebie jak węże w gnieździe, szukając wzajemnego ciepła. Mgły podnosiły się znad Mekongu i czesały dżunglę powyżej kąpiących się słoni, jak ręka kobiety układającej włosy o poranku. Z wioski dochodziły już zapachy z odświeżanego, wczorajszego mięsa na grilu, a jakaś ciężarówka zjeżdżała stromo po wybetonowanym podjeździe na przystań. Obok łódek pasażerskich stały dwie towarowe. Robotnicy szykowali się do przeładunku worków z cementem na ciężarówkę. Jakiś urzędnik przyjechał mopedem i rozpoczął się rytuał pakowania ludzi na łódki. Niektóre miały funkcję standardowych autobusów rzecznych z drewnianymi ławkami. Tam ładowali się biedniejsi podróżni. Nas umieszczono w nieco mniejszej, niż nasza wczorajsza piroga, ale na miękkich fotelach z Toyoty. Nie było wielu chętnych na podróż na zachód. Za to łodzie płynące do Luang Prabang, na wschód, były pełne, a turyści biadolili, że nie starczyło dla nich miękkich miejsc. Zwykle biali hamakowcy spóźniają się, beztrosko przychodząc w ostatniej chwili. Ma to swoje minusy, plusem jest krótki czas oczekiwania na wypłynięcie łódki, albo wyruszenie autobusu na szlak. Wieśniacy, okutani jak na syberyjską zimę. Zaopatrzeni w liczne tobołki obwiązane płótnem z worków, obszyte dratwą, aby się nie rozlazły w podróży. Ci nie protestowali, kiedy obsługa łodzi wyganiała ich aż na sam koniec, do pomieszczenia z niemiłosiernie hałasującym silnikiem diesela. Uśmiechali się, godząc na swój los.
       W końcu łódki zaczęły odbijać od brzegu. Wysuwały się jak autobusy cofające spod peronu dworca. Najpierw do tyłu, a potem z hukiem silników i pluskiem płytko zanurzonej śruby, szybko nabierały prędkości, do swoich 16-19km/h. Ich blaszane kadłuby zginały się i skręcały na falach przelewającej się przez kamienne progi rzeki. Nawet drewniana nadbudowa dachu nie powstrzymywała ich wiotkiego kręgosłupa od układania się do wody. Obsługa naszej dzisiejszej łodzi to głównie młodzi ludzie. To pewnie jedna rodzina koczująca w pomieszczeniu z silnikiem, na tyle stateczku. Z zewnątrz łódki pomalowane są na pstrokate kolory, ale pomieszczenie zbite z desek na rufie jest tłuste od sadzy spalin i rąk mechaników naprawiających silnik. Brudne i śmierdzące od nędznej kuchni pani kapitanowej. Ciasne jak namiot i zagracone jak najciemniejszy zakątek piwnicy. Z zewnątrz obwieszone suszącymi się na słońcu, świeżo upranymi gaciami kapitana. Blaszany dach pokrywający całą długość wrzecionowatego kadłuba czasami obsypany jest pakunkami podróżnych. Na dziobie sterczą długie na kilka metrów, bambusowe tyczki, zatknięte w mocowania jak do flag państwowych. Służą za bosaki podczas przybijania do brzegu. Obsługa łódki, którą dziś płynęliśmy zdradzała pochodzenie z odległych terenów wiejskich. Praca pomocnika do układania bagażu była zupełnie niezorganizowana, pani bufetowa dłubała w nosie, na przemian z zabawianiem się brudnymi paluchami własnych stóp, a pan sternik podciągał bezustannie opadające spodnie i nie grzeszył doświadczeniem kiedy szło o przybijanie do brzegu. Łódka często wpadała w wibracje i poważne przechyły, pokonując progi. Trzeba było jednak zaufać zwierzęcej sprawności i bezmyślnemu instynktowi kapitana.
       Umościliśmy się dzisiaj na lewej burcie, niestety niefrasobliwie wystawiając się na słońce. Ale mogliśmy dzięki temu podziwiać przepiękną dżunglę na południowym brzegu Mekongu. Schodziła po stromych brzegach, aż na białe, piaskowe plaże, na których pracowali poławiacze złota. Monumentalne drzewa, jak baobaby, budowały tropikalny las, ich pnie jak filary podtrzymywały plątaninę gałęzi mniejszych drzew, lian, krzaków, wszystkiego co tworzyło baldachim... dach dżungli. Domki biedniejszych wiosek rybackich, miały dachy z sitowia, a ściany z desek. Wszystko w jednym, szaro-brunatnym kolorze, od kurzu ze ścieżek oplatających domostwa. Obowiązkowe, niskie płotki oddzielały od gąszczu dżungli małe ogródki warzywne. Do większości wiosek nie dochodziła żadna droga, wszystko przypływało rzeką. Im bardziej zbliżaliśmy się do większego miasta - Huay Xai, tym więcej dosiadało się ludzi z małych wiosek. W końcu rzeka stała się na powrót granicą między Laosem a Tajlandią. Musieliśmy zatrzymać się na kilka minut przy posterunku pograniczników. Kapitan wypełniał jakieś papiery celne. Bliżej mety dzisiejszego, dziewięciogodzinnego spływu, spotykaliśmy coraz więcej domów, po obu stronach rzeki. Od razu rzucało się w oczy różne zagospodarowanie brzegów Mekongu. Po stronie tajskiej ludzie plażowali, kąpali się, piknikowali na trawie pod drzewami, spacerowali wzdłuż brzegu. Po stronie laotańskiej przepłukiwali piasek w poszukiwaniu złota, ładowali żwir na ciężarówki służący do budowy domów, wycinali trzcinę, łowili ryby. Z miejsca można było poznać po której stronie cywilizacja weszła na wyższy poziom rozwoju. Sposób spędzania wolnego czasu to najlepszy tego miernik.
       Ja dzisiaj oprócz swojej standardowej roli wielkiego podróżnika o maleńkim znaczeniu, musiałem wcielić się w sanitariusza. Iwona wczoraj upadla na śliskiej podłodze i skręciła nadgarstek. Nigdy nie musiałem się nikim opiekować, nawet w tak minimalnym stopniu, jak w przypadku samowystarczalnej Iwony. Bycie opiekuńczym, zauważanie czyichś potrzeb, myślenie przez pryzmat MY to najtrudniejsze role dla samotnika i egocentryka. Nie pozwoliłem się tych ról nauczyć w dzieciństwie, posądzając rodziców o chęci zamachu na moją wolność. Teraz walcząc o samowystarczalność przez odrzucanie troski innych, poszukując bycia twardym w negacji ludzkich, społecznych uczuć, widząc wolność w byciu samotnym, tak bardzo oddaliłem się od tego, co nazywane jest normą, że muszę grać opiekuńczość jak aktor przez naśladowanie, a nie przez poszukiwanie jej w sobie.
       Tymczasem dopłynęliśmy do Huay Xai, miasteczka granicznego, w skrajnie północno-zachodnim krańcu Laosu. Budują tu most na Mekongu, aby połączyć sprawnie Tajlandię z Chinami, przez Laos. Tak aby ciężarówki z dobrem wszelakim mogły budować więź konsumpcjonizmu i interesy Chińczyków. Zanocowaliśmy w centrum miasteczka. Wieczorami skupia się tu trochę turystów. Jedni przyjeżdżają autobusami z centrum Laosu, inni z Chin, ale większość przypływa tak jak my z Luang Prabang. Centrum stanowi jedna ulica, spokojna już wieczorem. Jest dużo hoteli i restauracji. Ceny umiarkowane.
       Następnego dnia, już przed ósmą, byliśmy nad Mekongiem, przy okienku celnika, który sprawdzał nasze paszporty. Potem jeszcze transport szybką pirogą przez rzekę, na drugi brzeg i znaleźliśmy się w Tajlandii. W ten sposób opuściliśmy piękny kraj wyemancypowanej klasy robotniczo-chłopskiej - Laos. Znaleźliśmy się na powrót, po miesiącu, w cywilizowanym kraju. Człowiek buduje swój światopogląd, a także poczucie szczęścia, poprzez bezustanne porównywanie. To właściwie jedyna zdolność naszego umysłu - porównywanie. A taki się wydaje skomplikowany. Podobnie jak procesor komputera, potrafi jedynie precyzyjnie taktować jednostki czasu, ale to pozwala na wiele. Źle się czujemy, kiedy nie możemy nowej sytuacji do niczego, znanego nam, porównać. To powoduje lęk, brak punktu odniesienia. Dopiero po czasie, patrząc z perspektywy, dowiadujemy się, jak często i jak bardzo nasze oceny są błędne, ponieważ szufladkujemy nowe doznania porównując je do tych, które już przeżyliśmy. A kiedy przeżyjemy coś nowego, wtedy weryfikujemy stare porównania. To tak jak pierwsza miłość dla licealisty jest czymś innym, niż jej wspomnienie dla czterdziestolatka. Czym innym wydawała się Tajlandia w pierwszym tygodniu tej wyprawy, kiedy porównywałem ją do innych krajów jakie poznałem w Azji, a czym innym wydaje się Tajlandia dziś, kiedy objechaliśmy Kambodżę i Laos, zadomowiliśmy się w tych krajach, przyzwyczailiśmy do ich kultury i codzienności.
       Teraz kiedy wjechaliśmy na powrót do Tajlandii, wydaje się nam krajem wysokiej kultury społecznej i osobistej. Nie można tego inaczej ocenić, na tle doznań na tym polu, jakie były naszym udziałem przez ostatnie cztery tygodnie w Laosie i Kambodży. Przyzwyczailiśmy się do gburowatych Laotańczyków i tępych Khmerów. Oczywiście nie wszyscy są tacy, ale większość zwykłych ludzi, przechodniów, wieśniaków, ludzi otaczających turystę na co dzień, ma tą manierę specyficzną dla ludzi prostych, którym wiele lat komunizmu pozwoliło uwierzyć we własną, i złudną wartość społeczną. To dobrze się odczuwa w Rosji i byłych republikach ZSRR. Sądzę, że to nie trudny politycznie okres XX wieku, ani problemy finansowe, spowodowały spowolnienie rozwoju kulturalnego społeczeństw Laosu i Kambodży, to raczej musiał być komunizm. Rozwój społeczny klas niższych kosztem spowolnienia ewolucji klas wyższych. Inne obyczaje, zachowania, cele życiowe, normy kulturalne, inny popyt na rynku gospodarczym, to wszystko, przez lata, zbudowało inne społeczeństwo w Tajlandii i inne w Laosie/Kambodży. Inny stosunek do pracy można zauważyć na każdym kroku, w sklepie, w rikszy, w autobusie. Inny sposób zachowania ludzi na ulicach, w miejscach publicznych, rzuca się natychmiast w oczy. Nawet zachowanie kierowców na drodze jest inne. Spokój, szacunek dla innych uczestników ruchu, poszanowanie praw ruchu drogowego, jest inny po obu stronach Mekongu. Podróż nadaje perspektywy naszym myślom. Perspektywa jest konieczna do procesu porównywania, a tym samym uczenia się.
       Perspektywa jakiej nabrałem przejeżdżając dziś Mekong z Laosu do Tajlandii, dała mi ciekawy impuls do rozmyślań nad zmianami mentalności społeczeństw komunistycznych. Emancypacja niższych klas, a tym samym zmiana potrzeb społecznych na każdym rynku. Proste umysły mają inne wymagania, czego innego oczekują od telewizji, polityków, sieci wielkich sklepów, restauracji, mają inne potrzeby urbanizacyjne w miastach i ich potrzeby inaczej budują prowincję. Jeśli przyjąć, że dzisiejszą demokrację w Europie tworzą masy, bo to one są wyborcami i jeśli przyjąć, że masy mają niższy poziom rozwoju niż elity, to Europa jutra będzie zbudowana pod ich dyktando. Dziwimy się, że w Polsce wyborcy wybierają takich dziwnych polityków, trochę się nawet tych wyborów wstydzimy na Zachodzie. Ale to większość polskiej masy ma takie poglądy polityczne. A jeśli ma takie poglądy polityczne, to jak patrzy na konsumpcję, nie wspominając o kulturze? Więc nie może dziwić, że książka przestała istnieć, że kicz jest standardem, że niską jakość wszelkich produktów łatwo ukryć pod szyldem wypromowanej marki. To masa społeczna tworzy wszelki popyt, na każdym rynku, a jakość tego popytu jest budowana przez potrzeby tej masy.
       Ciekawostką ekonomiczną może być poziom cen. Przyzwyczailiśmy się do wysokich cen transportu publicznego w Laosie, wysokich cen hoteli, zaskakujących cen w sklepach i restauracjach. Kambodża jest mocno zróżnicowana cenowo, w zależności od nagromadzenia turystów. Natomiast Laos potrafi zaskoczyć ceną nawet turystów zachodnich. Okazuje się, że bardziej cywilizowana Tajlandia ma ceny w sklepach dwu, a czasami nawet czterokrotnie niższe. Podobnie jest w restauracjach. Ceny pokoi w hotelach są niższe o 10-20%. Skoro praca na roli w Laosie jest tania, to produkty kupowane na wsi powinny być tanie, a są dwu-trzykrotnie droższe.
       Tego dnia czekało nas jeszcze siedem godzin w autobusie do Chiang Mai. Wybraliśmy tańszy sposób pokonania tej trasy i pojechaliśmy publicznym autobusem, który jak się okazało był tańszy o połowę od podobnego w Laosie, a komfortem nie odbiegał od standardów zachodnioeuropejskich. Jednak góry północnej Tajlandii nie są tak piękne jak w Laosie. Wioski nie tak ciekawe jak w Kambodży, są bardziej pospolite, podobne do europejskich, standaryzowane. Ilość i wielkość wiosek w Tajlandii przytłacza, wszędzie widać domy, a nawet w małych miasteczkach na ulicach są korki od nadmiaru samochodów. I gdzie ten prowincjonalny, cichy Laos! Harmider przedmieść Chiang Mai był o wiele większy niż w centrum Vientian. Estakady, sklepy, ogromne skrzyżowania, blichtr oszklonych wystaw, drogie samochody, ostatnio coś podobnego widzieliśmy w Bangkoku.
       Nic dziwnego, że już następnego dnia zapragnęliśmy powrotu do natury. Wypożyczonym skuterem uciekliśmy w góry. Ucieczka trwała dość długo, dopiero po prawie godzinie udało się wyrwać z niekończących się przedmieść Chiang Mai. Potem jeszcze musieliśmy przejechać przez długi szpaler reklam wszelkiego rodzaju atrakcji turystycznych: farma tygrysów, aligatorów, ZOO owadów, przejażdżki końmi, wycieczki quadami, ośrodki odnowy biologicznej, tereny rekreacyjne przy wodospadach i gorących źródłach dla ludzi z miasta, wreszcie na końcu ogromne przedsięwzięcie skupiające na parkingu kilkanaście autokarów i wiele busów, które przywiozły tu turystów z Chiang Mai - farma i cyrk słoni, a do tego całe targowisko z souvenirami. Kiedy przez to przebrnęliśmy, mogliśmy w końcu wjechać w ciszę przyrody gór.
       Dolina Mae Sa jeszcze kilkadziesiąt lat temu była znana z upraw opium, dziś wykorzystuje się lokalną wysokość około 800m n.p.m. aby hodować tutaj warzywa i kwiaty, które w tropikach, na nizinach kiepsko rosną. Wioski rozsiane po górzystym terenie obrosłym lasem monsunowym, są nowoczesne, zupełnie inne od tych z Laosu. Różnica jest taka jak między wsią rumuńską, a bawarską.
       Małą pętlę, ponad sto kilometrów po górach, przejeżdża wielu turystów. Dziś jechał z nami jakiś wyjątkowo wysportowany cyklista. Na zjazdach nas wyprzedzał, a na podjazdach zaskakująco szybko doganiał. Może to jakiś top zawodnik z tour de France na wakacjach w Tajsku?
       Spędziliśmy w Chiang Mai jeszcze dwa dni. Jak to się mówi - wypoczywaliśmy po trudach podróży. Spędziłem w podróży tyle czasu i zawsze to była jakaś gonitwa, za czymś, za czasem. Rzadko była okazja do spędzenia kilku dni, w zupełnie nieciekawym miejscu, tak po prostu, do nikąd się nie spiesząc. Jednak zawsze przychodzi ten dzień, w którym trzeba iść dalej. Nieważne czy na niego czekamy, czy nie chcemy o nim pamiętać.
       Późnym rankiem znaleźliśmy się na dworcu autobusowym, aby wsiąść do luksusowego autokaru zmierzającego do Bangkoku. Za jedyne 65zł/osoba kupiliśmy bilety na kilkusetkilometrową trasę, w autobusie, w którym zamontowano fotele, jak z pierwszej klasy samolotowej. W jednym rzędzie mieściły się jedynie trzy siedzenia, a ilość miejsca na nogi zadowoliłaby nawet amerykańskich koszykarzy. Przed wyjazdem rozdano nam napoje i ciastka. Co za rozpasanie!
       Jednak największą ciekawostką dla naszych oczu był pan konduktor i zarazem opiekun wszystkich pasażerów. Młodzieniec był transwestytą. W Indochinach jest ich całkiem sporo, ale niespodziewałem się, że znajdują zatrudnienie w służbie publicznej, zwłaszcza manifestując swoją orientację przesadnym makijażem i powłóczystą suknią, spod której wystawały monstrualnej wysokości szpilki. Żaden jednak z pracowników obsługi dworca, ani tajskich pasażerów, nie zwracał na to uwagi. Dla nas było to raczej dziwactwem aniżeli czymś co miałoby przeszkadzać w podróży. Poza tym transwestyci zawsze wprawiają mnie w pogodny nastrój. Swoim zachowaniem przerysowują zwykły obraz rzeczywistości stosunków międzyludzkich w infantylną karykaturę, zmuszającą do zastanowienia, a czasami przewartościowania własnych dogmatów. Będąc innymi, nie mogąc wmieszać się w tłum, muszą silnie akcentować swoją odrębność, w męski sposób naśladując kobiety. W ten sposób budują własny styl przyciągając spojrzenia, a przecież transwestyta to urodzony ekshibicjonista.
       Jednak widok transwestyty zawsze kojarzy mi się z czymś nienaturalnym, bo niezwykłym. Kiedy przebrnęliśmy przez zakorkowane, dalekie przedmieścia Bangkoku. Autobus skończył swój bieg na północnym dworcu. Odległym od centrum o jakieś 15km w linii prostej. Musieliśmy wymyślić jakiś sposób na dotarcie do dzielnicy turystycznej, w ścisłym centrum. Sądziliśmy, że zbudowano wielki dworzec autobusowy, tuż przy ostatniej stacji metra, ale to widać nie jest naturalny sposób koncypowania urbanistycznego Bangkokczan. Do pośredniej stacji mieliśmy jakieś 2km po ulicach, przynajmniej tak twierdził GPS. W obliczu czapy dusznego upału, mimo że to już późny wieczór, nie poszliśmy na piechotę, ale skorzystaliśmy z autobusu miejskiego. Jak się okazało, to nie był dobry pomysł. Bilety niewiele kosztują, ale wszystkie ulice są ciasno zakorkowane. Staliśmy ponad pół godziny w ledwie zauważalnie przesuwającym się potoku samochodów. Widok spokojnych ludzi siedzących w samochodowych, metalowych, klimatyzowanych puszkach oraz naszych współpasażerów wracających z pracy na kolację, wydał mi się bardziej nienaturalny od transwestyty - konduktora w balowej sukni. Człowiek mieszka w tak przeludnionym mieście i nie widzi dla siebie alternatywy. Ten człowiek codziennie zamyka się w metalowej bańce w tym Bańkoku, włącza klimatyzację i filtr pyłkowy aby odizolować się od smrodu spalin, lepkiego ukropu, hałasu silników i toczy się do pracy, wolniej niż ślimak po łodydze porzeczki. Na weekend nawet nie może wydostać się z miasta, bo zajmuje to zbyt wiele czasu, dobrowolnie zamyka się w Bańkoku, w cywilizowanej bańce, własnego, znanego mu, więc bezpiecznego świata. To co dla większości ludzi na Ziemi wydaje się naturalne, dla mnie jest bardzo odlegle od natury, bardziej niż plastykowe żarcie, a na pewno niż transwestyta.
       Nie mam tyle spokoju i akceptacji dla wad ruchu drogowego Bangkoku, co nasi współpasażerowie autobusu. Więc wysiedliśmy i poszliśmy dalej pieszo. Takie miasto sprawia, że czuję się uwięziony, jak Tom Horn w czterech ścianach, w preriowym miasteczku. Nie ma tu nawet tyle przestrzeni aby się przebiec. No może przez ulicę, w poprzek, między samochodami.
       Park wokół stacji przesiadkowej metra, połączonych linii metra MRT i SkyTrain, otoczony jest wieczornym marketem z chińską tandetą i kramowym żarciem. Chodniki są nie do przejścia, trzeba przepychać się między ludźmi, po ulicy. Szczury przepychają się między nogami kramów i śmieciami, a ludzie między budkami sprzedawców i samochodami. Chłód klimatyzowanego, dość ustronnego podziemia metra przywitałem z ulgą. Czyste ściany i podłogi, mało ludzi, cisza i sztuczny chłód klimatyzacji. Tego mi było trzeba po torowaniu sobie drogi, po brudnych chodnikach tego mrowiska ludzi, przez prawie kilometr. Tam u góry człowiek, w swojej nienaturalnej egzystencji, w nadmiernej skupinie, jest jedynie przeszkodą na drodze, irytującym wypełniaczem, zaborcą naszej przestrzeni życiowej, a tu na peronie metra może być pomocny w szukaniu informacji i nawet łatwo się do niego uśmiechnąć w podzięce za poradę. Doskonały przykład na to jak ilość wpływa deprymująco na jakość, w tym wypadku kontaktów międzyludzkich.
       Po następnej godzinie byliśmy już całkiem blisko celu. Niewiadomo dlaczego, wszystkie kolejki pod- i naziemne nie wkraczają do centrum, dalej trzeba jechać taksówką za 20zł, albo autobusem miejskim za 1.6zł. Oczywiście poszliśmy szukać informacji, jakim autobusem dostać się do centrum. Na dworcu kolejowym udzielono nam informacji. Potem czekaliśmy na chodniku, nagabywani przez wszystkie przejeżdżające riksze i taksówki. Biały turysta jedzie autobusem!? To widać dla nich nienormalne.
       Autobus był starej konstrukcji, ale niezbyt stary w latach. Bardzo podobny do tych w Indiach. Ryczący silnik wystawał z boku siedzenia kierowcy, który walczył długą wajchą z biegami. Miał nieskazitelną, białą koszulę, a w uchu telefon komórkowy. Drewniana podłoga autobusu i jego przedpotopowy, zgrzebny wygląd, kontrastowały ze spokojem konduktora i tą słuchawką w uchu kierowcy.
       Autobusem jechaliśmy kolejną godzinę, mimo że do celu zostało nam 3.2km w linii prostej. Wiadomo, że autobusy nie jeżdżą najkrótszymi trasami. Obwiózł nas po całym centrum, ale niespiesznie, bo stojąc bezustannie w korkach. Dzięki temu zwiedziliśmy China Town i market kwiatowy, a także kilka zabytków. Powoli, przez otwarte na oścież okna oglądaliśmy i pstrykaliśmy zdjęcia. Łazikując pomiędzy tą tłuszczą, gniecącą się pomiędzy ścianami domów, a samochodami, będąc jej częścią, nie dalibyśmy rady zachować spokoju obserwatora. A tak, autobus za 0.8zł od osoby, przewiózł nas trasą wycieczkową, jaką zwykle trzeba wykupić w biurze turystycznym za 75zl.
       Potem zostały nam jeszcze dwa kilometry na piechotę, przez sam środek rozwrzeszczanego, roześmianego, roztańczonego, wesołego miasteczka dla turystów. Na końcu czekał nas odźwierny hotelu z komunikatem, że brak miejsc. Poszukaliśmy więc innej norki za duże pieniądze. Umęczony, spocony i osłabnięty od duchoty Bangkoku, zastanowiłem się jak spędziłbym ten dzień mając nieco więcej pieniędzy w portfelu.
       Jutro czeka mnie lot do Europy. Pamiętam, że tak niedawno leciałem w odwrotnym kierunku, a to minęło siedem tygodni podróży. Jeszcze ostatni spacer po uliczkach wesołego Bangkoku. Po kilku takich spacerach zaczynam rozpoznawać ludzi pracujących co wieczór na swoich stanowiskach, z menu w ręku naganiając klientów do stolików restauracji, przed maleńkim straganem z owocami, w pizzerii na rogu, w gorącym od pieca pomieszczeniu, taksówkarzy wyczekujących nonszalancko klienta, dziewczyny w kusych spódniczkach i wyzywających pozach, piskliwie wołające za przechodniem, zmęczone masażystki i żebraka bez nóg, zawsze uśmiechniętego, który nie przeprasza za to że wyciąga rękę po jałmużnę. Po kolejnej wizycie w Bangkoku zapamiętałem nawet dziury w chodniku i miejsca gdzie należy wstrzymać oddech, bo zastoiny podziemnej kanalizy biją spod płyt chodnika. Te chwile przed kolejną podróżą, kiedy chciałbym zapamiętać jak najwięcej szczegółów, zabrać je ze sobą. Łudzę się, bo wiem, że pamięć emocji nie zachowa. To jak zapamiętać przyjemność ostatniego kieliszka dobrego wina, kiedy butelka się kończy... nie da się. Pozostanie w głowie jedynie deklaracja przyjemności, jak fiszka, naklejka jakości na opakowaniu. Tak niedawno siedziałem w ośnieżonych lasach Pojezierza Dobiegniewskiego. Tuż po pracy, poszedłem na długi spacer do lasu. Pamiętam zapach igliwia nagrzanego słońcem i topniejący śnieg. Chciałem ten obraz zabrać ze sobą w tropiki. Ale nie mogłem go potem wiarygodnie przywołać, kiedy po wyjściu z lotniska koszulka przykleiła mi się do pleców mokrych od potu.
       Chciałbym tą podróż podsumować jakąś nauką, bo przecież każda podróż, jak przyspieszony kurs życia - uczy. Wyruszyłem do Indochin z pewną niechęcią. Ta wyprawa miała przybić ostatni gwóźdź do trumny mojej starej idei - podróży etapami motocyklem dookoła świata. Ale jednak nie umiałem zakończyć tego nieudanego projektu. Wykastrowałem go jedynie z motocykla. I tak przyczyna podróży stała się zbędna, a sam sens pozostał. A zasadniczą kwestią tego projektu było poznawanie świata kawałek po kawałku, nie tylko wybrane rejony, te bezpieczne, te nęcące, ani te łatwe. Jadąc motocyklem chciałem zachować, jak najdłużej się da, ciągłość poznawania, aby układać puzzle świata w całość, a nie tylko te miejsca, gdzie klocki łatwo do siebie pasują. Mógłbym od razu pojechać do Australii, odpocząć w zmaganiach z piaskiem pustyni i uciec do samotności. Ale w ten sposób nigdy nie wyrobiłbym sobie własnego zdania na temat krain południowo-wschodniej Azji. A ten kawałek świata ma własną specyfikę, odmienną od innych rejonów.
       I tak poznałem, tak jak umiałem, trzy jakże odmienne kraje, będące z perspektywy Polski, jedną, egzotyczną, gorącą, obrośniętą palmami... pulpą. Nie powiem, abym zasmakował w atmosferze Indochin, abym się tu poczuł jak w domu. Ale mimo początkowej niechęci całkiem mnie ta podróż wciągnęła. Obawiałem się przeludnienia ludnością tubylczą i najazdem turystów. Indochiny także jeden z największych magnesów przemysłu wakacyjnego. Wiele razy brakowało mi własnych kółek, na których mógłbym uciec, schować się przed turystycznym, za słodkim lukrem, jaki pokrył przez lata takie na przykład miejsca jak Siem Reap, czy Vang Vieng. Ale jak zwykle okazało się, że moje emocje nie kierowały mnie w dobrym kierunku. Skakanie autobusami i łodziami od jednej atrakcji turystycznej do drugiej, a czasami przetykanie tego ucieczką w nieznane na wypożyczonym mopedzie (w sumie prawie 1700km), okazało się całkiem dobrym sposobem na wytrwanie w tej wyprawie i poznanie Indochin z większości stron (tylko Tajlandia, Kambodża i Laos). Spędziliśmy prawie 90 godzin w autobusach i prawie 20 na łodziach i Mekongu. Ugruntował się także we mnie pewien model podróżowania, do którego chciałbym dążyć przez następne lata. Teraz wiem, że trzeba jeździć nawet tam, gdzie się zupełnie nie ma na to ochoty. Bo podróż dla mnie nie jest po to aby głaskać się samemu po główce i przyjemnie spędzać czas jak na urlopie. Zawsze chciałem poznawać, a nie tylko uciekać, od tego co na co dzień. Puzzle Azji sukcesywnie, przez ostatnie dziesięć lat układają się w mej głowie zmieniając ją, teraz wiem bardziej niż wcześniej, że muszę ułożyć cały obrazek, aby zobaczyć co na nim jest. Starzeję się i coraz bardziej jestem przekonany, że nie jest dla mnie ważne aby pojechać gdziekolwiek na własnych dwóch, czy czterech kółkach. Własny motocykl czy super samochód do wypraw nie jest warunkiem do podróżowania, ale jego mniej ważnym elementem. Dla wielu to oczywiste, ale dla mnie cięgle to jest nowe. Mimo to, sam nie wiem kiedy, nakręciłem w tej podróży ponad 2100 kilometrów pożyczonym od Tomka motocyklem. Tak łatwo to przyszło, a te 1700km razem z Iwoną, na marnych, wypożyczonych mopedach i skuterach to musieliśmy wymęczyć. Ale bez tego stracilibyśmy 75% przygody i nigdy byśmy nie zrozumieli tego co najważniejsze w tej podróży. Dla mnie było to ciekawe zderzenie z azjatycką odmianą komunizmu. Tego co ten system tutaj zbudował i tego jak się zmienia w obliczu nowego wieku. A także zrozumienie, jak zmienia się wyobrażenie jakiegoś, odległego zakątka Ziemi, kiedy patrzy się na niego przez lupę. Tak jak kiedyś zrozumiałem, że Portugalia i Hiszpania to dwa różne kraje, tak właśnie dziś różne są dla mnie kraje Indochin. Różnią się narodowo, społecznie i kulturowo, mimo że historycznie zawsze były ściśle ze sobą związane.
       Teraz czas na zabawę ze śniegiem. Na szczęście w Polsce jest jeszcze zima i mam zamiar z tego skorzystać, bo za dwa tygodnie trzeba jechać w następną podróż.

mariusz reweda

zdjęcia: Iwona Kozłowiec, Mariusz Reweda

pierwszy etap podróży dookola świata
drugi etap podróży dookola świata
czwarty etap podróży dookola świata
piąty etap podróży dookola świata
szósty etap podróży dookola świata

Zobacz inne nasze podróże po Azji: 2003, 2005, 2007, 2008, 2010, 2010, 2011, 2013, 2013, 2014, 2014, 2014.



FWT Homepage Translator