Syberia do końca 2017
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012








tekst można ściągnąć w pliku DOC (752kB) i wydrukować
trasę na GPS również można ściągnąć (507kB) i wykorzystać na własnych wakacjach

       Dziś na rynku w Ulan Ude, stolicy Buriacji, pod pomnikiem "największa na świecie głowa Lenina", pożegnałem się z Wieśkiem i jego synami. Im droga skręcała na zachód, mnie na wschód. Przejechaliśmy z chłopakami oraz z Romkiem i Iwoną, prawie 9000km z Polski, do Mongolii i teraz tu w okolice Bajkału. Romek z żoną już wczoraj pojechali nad Bajkał, a z chłopakami wypadło nam żegnać się pod monumentalną, piękną i wyjątkowo nie obsraną przez ptaki, głową Lenina. Dalej zaczynam swoją samotną podróż, to znaczy za 16 dni odbieram Iwonę z lotniska w Jakucku, ale na razie zażyję sobie przyjemnej samotności.
       Siedzę na plaży nad rzeką Selenga. Zrobiłem pranie i zjadłem obiad, przyszedł czas na nicnierobienie. Plaża przypomina mi tą znad oceanu Indyjskiego, w Broome, w Australii. Tutaj jednak są Rosjanie. Kąpią się, łowią ryby, dzieci nieskrępowanie oczyszczają gardło dźwiękiem. Na szczęście disco-rusko tutaj nie króluje. Młodzież przyszła grzecznie poznakomić się z turystą. Z pewnością nie jestem tu pierwszym przyjezdnym, bo pytali ile lat jestem w podróży. Nie do końca zdają sobie sprawę co to jest podróż, ale spotykają podróżników. Musiałem blado wypaść na tle innych, całymi latami włóczącymi się po świecie bez celu. W jaki ranking wcisnąć podróżników, jak ich klasyfikować? U nas ten lepszy, który używa dziwniejszego sprzętu do podróżowania, a dla chłopców z małej wioski nad Selengą, ten zwycięża, który nie był w domu przynajmniej od pięciu lat.
       Dostałem wiadomość od Wieśka. Pisze, że spotkali nad Bajkałem Niemców co jechali tutaj z Europy ponad miesiąc. Na wieść, że Wiesiek z synami chce wracać w dwa tygodnie, podobno z wrażenia o mało nie pospadali z krzesełek. No tak, ale w Gusinooziersku spotkaliśmy Polaka, który z Koluszek do Irkutska jechał 6 dni, czyli około 1100km dziennie. W tych warunkach drogowych, natłoku TIRów, policjantów polujących na łapówki, dziurawych asfaltów, wydaje się to być swego rodzaju "pojedynkiem z Syberią". Z drugiej strony przemierzanie przestrzeni jest dziś dla większość właśnie podróżą. Co innego robią rowerzyści? Oczywiście w swoim tempie, ale przecież cała ich podróż to właśnie jazda naprzód. Reszta to tylko jedzenie i sen, no i może mazianie palcem po telewizorku, kiedy jest zasięg. A jak wygląda Syberia dla większości motocyklowych podróżników? Podobnie jak dla rowerzystów. Pogoda i owady tutaj nie rozpieszczają, cóż innego prócz jazdy naprzód, można robić. Strzelić fotkę jakiemuś kuriozum, które zachwyci kolegów łączących się wirtualnie w emocjach via internet. Zawitać do jakiegoś lokalnego klubu motocyklowego, aby walczyć do upadłego z ruską wódką. Naprawiać sprzęt, szukać stacji paliw, objazdu zniesionego przez rzekę mostu, stawiać i zwijać namiot, zamawiać to samo, tłuste, tradycyjne jadło w barze dla szoferów przy głównej transsyberyjskiej. Może coś jeszcze się trafi, prócz nawijania kolejnych kilometrów na koła, pokonywaniu jakiegoś szlaku, czy to nad Bajkał, czy do Władywostoku, albo Magadanu, czy Ulan Batar. Szlaku, który pokonują turyści dziesiątkami każdego roku. Odbyć swój osobisty "pojedynek z Syberią", z drogą, czasami na swój, własny sposób, starym Junakiem, albo Maluchem, konno, pieszo, quadem. Wszystko jedno, byle nie samolotem.
       Teraz kiedy już jestem na własnym szlaku, też stałem się takim pojedynkującym się z Syberią. Trochę już tego liznęliśmy jadąc z Romkami i Wieśkami w osiem dni z Polski w Ałtaj do Taszanty, zachodniej granicy Mongolii. Ile razy już przejeżdżałem tą trasę syberyjską? Chyba to jest jedenasty raz. Wliczając w to powroty. Przez te dwanaście lat Syberia, drogi syberyjskie, ciężarówki i inni uczestnicy tego pojedynku, mocno się zmienili. Ja też przeszedłem daleką drogę, widziałem wiele dróg i rzeczywistości je otaczających, nie tylko w Azji. Nie jestem osobnikiem lubującym się w chodzeniu ciągle tymi samymi ścieżkami i potrafiącym odnajdywać w tym za każdym razem coś nowego, motywującego do powtórzeń. Jestem typem odkrywcy. Kiedy idę na spacer, koniecznie muszę wrócić inną drogą. W przeciwnym bowiem razie, czas powrotu wyda mi się straconym, a na pewno jałowym. Jednakowoż ciągle wracam w te same miejsca, może nieco modyfikuje drogi dojazdu, ale te same miejsca odwiedzam i zauważam w nich zmiany, jakbym patrzył na dorastające dziecko, moje dziecko.
       Tą wyprawę na Syberię wymyśliłem będąc w podróży po Australii. Najlepiej idzie mi wymyślanie kolejnych wyjazdów, nie kończąc tych, w których akurat jestem. Ciągle wybiegam w przyszłość, jakby w lęku, że mi jej zabraknie, że zamknie mi ją jakiś szlaban, jakaś klatka, utrata wolności. Kiedy planuję czuję się wolny, kiedy zaplanuję wiem, że jeszcze coś ciekawego mnie czeka. Przywiązuję się potem do tych planów i z całą mocą je realizuje, zapominając o motywacji i celu, jaki mi przyświecał kiedy te podróże wymyślałem. Mówią mi, że jak coś zaplanuję to z pewnością prędzej, czy później to zrealizuję. A ja nie mam wyjścia. Realizacja planu sprzed lat jest jedyną możliwością przejścia przez już zamykającą się furtkę w klatce. A dookoła tylko wysokie, niezdobyte mury. Oczywiście ta 'wolność' jest czymś innym dla każdego. Zresztą już o tym gdzieś pisałem.
       Wracając do tematu "pojedynku z Syberią". Plan powstał ad hoc, bez uwzględnienia celu podróży. Tak jakby podróż przez Syberię "to the end" miała być celem samym w sobie. Tym samym dokładnie wpasowałem się w model syberyjskiego turysty w drodze. Być może przeczuwałem, że wpadnę na jakiś temat zastępczy. Owinę tą podróż w jakieś opakowanie zastępcze, nadające jej ważniejszy sens. Przynajmniej ważniejszy od tego dobrze mi już znanego - 'bycia w drodze'. Tuż przed wyjazdem z Polski wpadliśmy z Iwoną na jakiś pomysł zastępczy. W Australii jakoś tak wyszło, że wiele czasu i uważności poświęcaliśmy zgłębianiu tematu Aborygenów. Iwona bardziej skupiała się na kwestii historycznej i kulturowej, ja na Aborygenach dzisiejszych. Jakucja, która jest pierwszym celem tej podróży, może być także ciekawym terenem do zagłębienia się w kulturę dawnych ludów, jakie carska Rosja skolonizowała. Zagłębianie się w dawnej kulturze i religii, które powoli odchodzą ,zmieniają formę, bardziej odpowiadającą nowym potrzebom. W Australii poszło to jakoś tak samorzutnie, zobaczymy czy tym razem uda się coś zaplanować i dojść do celu.
       Tym niemniej ta podróż nie miała skończyć się jedynie ja Jakucji. Pierwotny plan kreślił drogę dalej, chociaż naokoło, na Sachalin i do końca Rosji we Władywostoku. Siedząc dzisiaj już drugi nocleg w lesie, oglądając mapy i martwiąc się stanem silnika Toyoty, zastanawiam się jak znaleźć motywację aby mimo mizernych funduszy dojechać do końca Syberii, do Władywostoku. Martwię się na zapas, bo jeszcze przed nami zbyt wiele niewiadomych, aby dziś poznać cel podróży. Takie dywagacje mają jednak sens. Dzięki nim można zastanowić się nad sensem podróży, gdzie go szukać i czy w ogóle warto. Może jest tak, że jeśli szukasz czegoś więcej niż 'bycia w drodze', znaczy, że 'bycie w drodze' przestało już cię kręcić, nadszedł czas na zmianę.
       Międzyczasie spędziłem dwa dni w pięknym, suchym, sosnowym lesie tuż za wioską Diesiatinkowo i kolejne dwa dni w mniej udanym miejscu, w lesie niedaleko wioski Starodoroninskoje. Spędziłem ten czas w hamaku, obłożony książkami, kreśląc notatki, dokształcając się w kolejnej 'wielkiej wiedzy'. Ponademną przeszły w tym czasie dwa fronty atmosferyczne. Z ponad trzydziestostopniowego upału, wiatr wpędził mnie w bezustanne deszcze i temperatury nie wykraczające ponad stopni piętnaście. A potem znowu szczelne, kobaltowe zasłony rozstąpiły się, wyjrzało słońce i jakby z rozgrzanych, stepowych otchłani dmuchnęło ciepłym wiatrem. W godzinę temperatura podskoczyła o kilka stopni. Jutro pewnie wrócą upały, a z nimi natrętne owady. Na Syberii jak w górach, pogoda zmienną jest, każdego dnia można oczekiwać innej jej humorzastej twarzy.
       Oba te leśne noclegi oddziela ponad 450 kilometrów drogi. Trasa Ulan Ude - Czita jest na okrągło remontowana. W ciągu trzech lat, odcinki zniszczone przez przeładowane do granic absurdu TIRy, zastępuje się nowym asfaltem i pełną infrastrukturą poboczy, oznakowania pionowego, zjazdów bezkolizyjnych i tym podobnych głupot. Rosja celuje w dokonywaniu bezcelowych, w tej rzeczywistości pustki syberyjskiej, prac. Ludzie potrafią kosić trawę wzdłuż drogi ręcznymi, spalinowymi kosiarkami, na długości wieluset kilometrów, a wokół same bagna, albo tajga. Buduje się wyasfaltowane, ślepe zjazdy w te bagna lub tajgę, a ludzie i tak zjeżdżają na skuśkę, tam gdzie zawsze to robili. Znaków stawia się całymi setkami. Chyba tylko po to, aby policjanci mieli za co wyłudzać łapówki. Trzeba znać przestrzeń Syberii. To nie Europa. Tutaj z miasta wojewódzkiego do miasta wojewódzkiego jedzie się ponad 600 kilometrów, a po drodze jedynie sioła, zabudowane drewnianymi chałupami i krytymi eternitem lub blachą falistą. W większości te wioski są malownicze i przykuwają uwagę kolorowymi zdobieniami okiennic i płotów. Starzy mieszkańcy odchodzą, często młodzi nie znajdują sensu w bytowaniu na końcu świata, pośrodku bezmiernej pustki stepów, bagien, albo tajgi. Jeśli potrafią, uciekają, jeśli nie, zapijają bezsens, byle szybciej się skończył. Ale dzieriewnie trwają mimo upadku dawnej myśli planowania odgórnego kołchozów. Żółci tubylcy lepiej znoszą tą rzeczywistość, bo jest ich od tysiącleci. Potrafią znaleźć sens życia w takich miejscach. Czasami można natrafić na białe jednostki, dobrze czujące się na takich wyspach cywilizacji. Wyspach, które turystów z przeludnionej, przeindustrializowanej Europy, za każdym razem zmuszają do zadawania sobie tego samego pytania - z czego i po co oni tu żyją. A 'oni' jednak tu żyją, jakby pęd do ucieczki z wyspy na stały ląd cywilizacji dużych miast, był im niezrozumiały.
       Gdzieś za przełęczą, bo tu na południowym zabajkalu ciągną góry... za przełęczą na którą w deszczu i błocie, koparki wciągają TIRy na stalowych linach. Wciągają zamiast kopać rowy melioracyjne wzdłuż asfaltu. Bo on został zerwany, z powodu zniszczenia przez te ciężarówki i już za miesięcy parę, położy się tutaj nowiutki asfalt, równy i gładki, pięknie umalowany w pasy... na chwilę... trzy, może pięć lat, zanim znowu ciężarówki go zniszczą. A więc za tą błotnistą przełęczą zajechałem na chwilę do drewnianej wioski. Deszcz bębnił w eternit i mój domek na kółkach. Zajechałem w brunatne błoto przed osidingowany domek w bieli, z napisem 'magazin'. Brakowało mi dziś czegoś mocniejszego na wieczór. W sklepie pani ekspedientka, o wyglądzie emerytowanej przedwcześnie nauczycielki, na półkach niewiele towaru, bo sklep zbyt biedny aby topić mizerne fundusze w towarze, a na ladzie wytarte ręką od używania, stare, drewniane liczydło, obok kalkulator chiński, oklejony przeźroczystą taśmą biurową, bo pewnie bateryjki z niego wylatają, jak zamek z pawlakowej dubeltówki. Obok stoi niebieska waga z wielką, białą skalą i szklaną płytką, na którą kładzie się ważony towar. W kącie dwie lodówki sieciowe z piwopodobnymi napojami i cukrem w płynie prosto z Ameryki. W ten zimny dzień lodówki przezornie wyłączone, by nie produkowały chłodu w środku, kiedy dość go na zewnątrz. Nie zliczyłbym sklepów temu podobnych, jakie widziałem przez te dwanaście lat w Rosji. Ale mimo to ciągle zachwycają. W tych biednych wioskach - wyspach skupisk ludzi po środku oceanu zieleni, sklepiki rzadko się zdarzają, a jeśli już, to biednie w nich z asortymentem. W bogatszych rejonach, napakowane są towarem, że aż się wylewa na zewnątrz, a i klientów jest sporo.
       Drogą do Czity pędzi sporo osobowych wozów. Po rejestracjach widać, że niektóre odbyły długą drogę, a to z Chabarowska, Jakucka, Magadanu, Nowosybirska, Omska. Nie wyglądają na pędzących na wakacje, raczej w interesach. Nie są to terenowe limuzyny z przyciemnianymi szybami. Teraz w Rosji takich już coraz mniej, a liczne fotoradary oduczyły ich fantazyjnej, brawurowej jazdy. Razem ze mną weszli do sklepu zwykli ludzie, jadący chyba do domu, bo rejestracja z Czity. Może odwiedzali rodzinę nad Bajkałem. Zawsze się dziwię, czemu nie wolą pojechać pociągiem. Przecież tak szybciej, taniej, bezpieczniej, bo drogi tu kiepskie. Widać mają swoje powody.
       Ja wziąłem Zieloną Markę i do poprawy smaku wiśniową pepsi, bo innej nie było. A przyjezdni z Czity wzięli chipsy i butelkę wody. Podróżują z dzieckiem, pewnie mu się nudzi. Trasa z Ulan Ude do Czity to cały, długi dzień. Na szczęście mało tu policji. Mało wiosek, nikomu nie chce się czaić w krzakach. Co najwyżej przejadą się po barach dla ciężarówek, zważą kilka, sprawdzą tachografy i już mają spory utarg dzienny. Łapówki nie są wysokie, więc każdemu się taki układ opłaca. Nikt nie przestrzega tacho, ani wagi, nawet polscy TIRowcy co wiozą świnie lub jabłka do Mongolii. Ten kto przestrzega nie zarabia na życie. Taki układ.
       Tak z hurgotem wielkich kół ciężarówek na dziurawym asfalcie i wizgiem szybkich, małych kółek samochodów osobowych, przepływa arterią krew cywilizacji przez te maleńkie, zapomniane, nikomu niepotrzebne wioski. W lesie gdzie nocuję, poszedłem na spacer i znalazłem pośród, na oko pięćdziesięcioletnich drzew, blaszany postumencik upamiętniający śmierć jakiegoś Aleksjeja Łatnikowa 10-tego kwietnia 1989 roku. Coś jakby niewyraźna droga była tu kiedyś, ale krzaki ją zarosły. Ta arteria z TIRami jadącymi głównie do Chin wyrosła tu całkiem niedawno. Kiedyś jeździło się pociągami, a jak ktoś musiał to szutrówką, która biegła wzdłuż torów transsibu, dużo dalej na północ. Mała kapliczka stoi w lesie, bo kiedyś pobliskie wioski z linią kolejową łączyły leśne dukty, teraz zarosłe na amen, bo przecież jest szeroki asfalt. Może dziurawy, ale mają go remontować. Czekają tylko na to aż będzie bardziej dziurawy. Hurgot kół na drodze międzystanowej jeszcze kilka lat temu tu nie istniał, a za czasów kiedy te drzewa same się posadziły, bo w Rosji nikt drzew nie sadzi, Breżniew cieszył się dobrym zdrowiem, a w pobliskiej wiosce może był jeden traktor w kołchozie. Kiedy ta epoka się kończyła, Aleksjej padł był tu w lesie, przy błotnistej drodze. Ciekawe czy oprócz blaszanego pudła w kształcie krzyża, ktoś go jeszcze pamięta. Przynajmniej ominął go okres trudnych przemian gospodarczych.
       Skoro świt wyruszyłem w dalszą drogę. Do Czity miałem jakieś 150km. Nie spotkałem policjantów ani korków na ruchu wahadłowym, na remontowanych mostach. Cała ta droga z Ulan Ude do Czity, to długi na prawie 700km teren budowy. Objazdów się tutaj nie robi, bo alternatywnych dróg nie ma. Całe szczęście, nikt tu nie przestrzega przesadnych, europejskich norm BHP. To widać na każdym kroku. Ot chociażby na przejściu dla pieszych. Matka prowadzi dziecko za rękę i usiłuje przejść na drugą stronę jezdni. W Rosji już się zauważa pieszych i ich się przepuszcza. Ale ruch w Czita jest ciasny i czasami na 30 centymetrów obok ciebie przeleci jakiś szybszy wóz. Europejska matka schowała by lękliwie potomstwo pod kwocze skrzydła i pomstowała na piratów drogowych. Nasze normy bezpieczeństwa przesunięto daleko w przód, ku iluzji pod tytułem 'nic mi nie grozi, bo prawo nade mną czuwa'. Tutaj jeszcze jest jak za dawnych czasów. Śmiga się pełną parą obok robotników drogowych, omija pieszych na przejściu dla nich, robi różne manewry nie do ogarnięcia umysłem Europejczyka, puszcza dzieci same w drogę do szkoły, wymaga od pieszego takiej samej wyobraźni jak od kierowcy, mimo że samochodów na ulicach tu tyle samo co w Europie. Nawet taki archaiczny przepis, rodem z komuny - sprzedaż alkoholu po 12-stej. W sklepach lady chłodnicze z piwem zasłonięte, osobne stoiska z wódką zamknięte. Kurde jak mi się to podoba! Znaczy niepodoba... ale poczułem się jak w północnej Australii.
       Siedzę codziennie nad zdjęciami z naszej podróży po Australii. Próbuję je selekcjonować i składać w całość prezentacji. Jak tak się skupię na kilka godzin i przeniosę w tamten czas, to samotny koń, jaki dziś do mnie przywędrował na zielonych połoninach, niedaleko wioski Naryn Talacza, wydał mi się bliższy mitycznemu jednorożcowi niż realnej kobyle. Świat zewnętrzny skurczył się do małego, zaświadczenia, w zapomnianym kąciku umysłu, mówiącego, że jestem na Syberii. Zawsze wolałem wspominać, niż tworzyć wspomnienia.
       Ale wracajmy do Czity. Do końca komuny to całkiem spore miasto (prawie 400tys. mieszkańców) było obłożone zakazem wstępu. Jest stolicą rosyjskich terenów kopalni srebra. Poza tym jest najważniejszym miastem handlowym z Chinami. Biegnie tędy główna droga dla TIRów i dla pociągów, którą wędrują towary z kraju środka i z kopalni Syberii. Droga transsyberyjska za Czitą traci na oko 75% ruchu ciężarowego, bo większość TIRów skręciło do Chin. Czita była też ważnym ośrodkiem wojskowym. Do dziś widać puste silosy wyrzutni rakiet balistycznych, tuż przy nowej drodze biegnącej przez poligon wojskowy, na zachód od Czity. To są zmiany! Wojsko pozwoliło puścić przez swój teren obwodnicę Czity.
       Zwiedziłem centrum miasta. Nie powiem aby mnie zachwyciło. Może dla piszących przewodniki, tych którzy jadą pociągiem transsyberyjskim i zatrzymują się na dwa-trzy dni w kolejnych miastach wojewódzkich, Czita wydała się godna poznania. Mnie się taką nie wydała. Zamknięty dla ruchu plac defilad, z nędznym Leninkiem, z czerwonego granitu, o wyrazie twarzy bardziej przypominającym zdecydowanie Stalina, srogim czołem i podpórką wyrastającą z dupy. Dziurawy chodnik wokół pomnika. Dziurawy asfalt placu defilad. Kolonialne w stylu, słabo odrestaurowane gmaszyska, z neonami zaprojektowanymi chyba w guście nowobogackich ich właścicieli. Boczne uliczki zapadnięte w zacofaniu i nędzy. Słaba infrastruktura sklepów. Zmęczone życiem trajtki. Jakoś to nie współgra z wizerunkiem stolicy rosyjskiego srebra. Byle miasteczko kopalniane jest lepiej zadbane i ma się czym poszczycić. No ale w podobno ciekawym muzeum etnograficznym nie byłem, zostawiam to sobie na powrót. Za to zobaczyłem kilka zabytkowych, drewnianych domów. Takie w każdej wiosce stoją. A jakie stoją w Archangielsku... lepiej nie mówić. Czita w centrum nie wyszła jeszcze z tej przejściowej, rosyjskiej fazy budowania kapitalizmu. Na razie miasto jest jeszcze ośrodkiem zaopatrzenia w dobra luksusowe dla nowobogackich i dobra jak najtańsze dla biedoty. Później przyjdzie faza budowania wizerunku, odnajdywania tożsamości w historii kolonialnej, a na koniec projektowanie zieleni miejskiej, zatrudnienie architektów do przebudowy nowobogackiego wizerunku, zmiana starych trajtków na nowe, chińskie, zastanowienie się nad usprawnieniem ruchu ulicznego, no i przyciągnięcie turystów, znaczy promocja miasta. Jak wiele jeszcze przed Czitą. Takie Ulan Ude jest już w połowie drogi, a Krsnojarsk przy jej końcu. Na razie stawiają wielkie bilbordy mówiące - 1000km odremontowanych dróg międzystanowych, na... jakąś tam... rocznicę. Nie doczytałem na jaką. Tchnie 'planem pięcioletnim' i budowaniem domów na rekord.
       Na wyjeździe szukałem dużego sklepu spożywczego, sklepu z olejami do silników i taniej stacji paliw. Olej musiałem kupić na stacji paliw i to nie taniej. A sklep wskazali mi palcem, bo sam go nie zauważyłem. Panuje tu jeszcze komunistyczna zasada ukrywania. Może awtorynok, znaczy budy z dobrem wszelakim dla samochodów, gdzieś tu jest, ale pewnie trzeba znać lokalny kod dostępu, bo przyjezdny nie jest w stanie tego znaleźć. Supermarkety też jakieś takie poukrywane, jak bunkry wojskowe. Wielki dyskont, znaczy ma być taniej, ale wyglądać jak w magazynie na tyłach rzeczywistego sklepu, opisany jest tak, że stojąc pod nim nadal zastanawiałem się czy to skład celny, czy biurowiec, czy może klinika dentystyczna. Musieli mi wskazać wejście, bo też nie było go można rozpoznać na tle wielkiej fasady. Może sukces nadal jest tutaj wstydliwy. No ale asortyment godny podlejszego sklepu w Ulan Batar, albo byle jakiego sklepiku na wsi Rosji europejskiej. Wózki z zacinającymi się kółkami, dziury w posadzce, niezrozumiałe zasady płacenia w kilku kasach na terenie całego sklepu samoobsługowego. Nie mogę tego zrozumieć. Do Bajkału nowocześnie, a dalej po staremu.
       Na wschód od Czity trzeba wspiąć się nową, długą drogą na stromą przełęcz. W pionie jest do zrobienia ponad 400 metrów. To zła wiadomość dla turystów rowerowych i takich co podróżują starymi trupami. Dalej lasy, lasy, lasy. Nawet ładne, nie tajga, ale sosny. Ja na noc zjechałem w rozległe połoniny trawiaste, pod kępę brzóz i sosen, aby przytulić się do jakiegoś akcentu krajobrazu. Taka dzicz, a nowy asfalt i zasięg internetu jest! Droga nadal jest ciągnącą się w dal Wschodu i dzikości budową drogi. Na starej mapie droga ma mi się skończyć za jakieś 100km, dalej tylko leśne dukty. Ale nowa mapa mówi - spokojnie, zrobilim coś na kształt drogi... całkiem prosta, może wyboista trochu, ale nawet po niej da się jechać. Ano pożyjom uwidim.
       Następnego dnia okazało się, że moje przewidywania co dalszej drogi były mylne i potraktowałem rosyjskich drogowców wysoce niesprawiedliwie. Kolejne ponad pięćset kilometrów asfaltu zaskoczyły mnie dobrą jakością. Był miejscami nieco pofalowany, ale dysponując dobrym zawieszeniem nie trzeba było z tego powodu zwalniać, a nawet można było się przyjemnie poczuć jak na statku przecinającym fale. Stan wiecznej budowy także szybko się skończył. Dalej tylko parę razy natrafiłem na akcję 'remont mosta'. Wartością dodaną tego dnia były krajobrazy dzikiej Syberii, które za miasteczkiem Czernyszewsk znacząco się poprawiły, tak iż czasami zatrzymywały mój wzrok i przywodziły na pamięć pejzaże porośniętej lasem deszczowym, pagórkowatej przestrzeni Sri Lanki. Skończyły się trawiaste połoniny, z rzadka naznaczone kępami brzeziny, a wjechałem w bardziej płaski teren, za to usiany skalistymi wzniesieniami, malowniczo, stromo wystrzelającymi z soczystej zieleni podmokłych łąk, przecinanych krystalicznymi ruczajami.
       Cywilizacja zupełnie się wycofała, przepadły gdzieś nawet te drewniane sioła kryte eternitem. Droga za Nierczińskiem była nową konstrukcją, nie jakąś wyremontowaną starą szutrówką, ale zupełnie nowym tworem, nowożytnych czasów po rozpadzie ZSRR. Tak to opisują chłopaki z klubu Penetrator, którzy w 2000 roku musieli tędy jechać pociągiem, bo drogi nie było - "(...) pierwszy człowiek, który przekazał nam konkretne informacje na ten temat. Okazuje się, że zimą nie ma żadnych problemów - on pokonał ten odcinek Toyotą Corollą w dwie doby. Trasa wiedzie zimnikiem, czyli odcinkami zamarzniętej rzeki Szyłki i leśnymi przecinkami. Śniegu jest na tyle mało, że nie trzeba przecierać drogi ciężkim sprzętem. Zimniki są 'czynne' od początku stycznia do pierwszych dni kwietnia. Temperatura oscyluje wokół minus czterdziestu stopni. Latem jest dużo trudniej. Jedyna droga, którą można próbować przejechać prowadzi wzdłuż torów Kolei Transsyberyjskiej. Są trzy ciężkie sześćdziesięciokilometrowe odcinki, prowadzące przez pofałdowany teren, pełen błot, rzek i stromych podjazdów. (...)". Dopiero w 1998 roku nakazano budowę brakującego odcinka drogi łączącej Daleki Wschód z resztą Rosji. Łączący w sposób cywilizowany. Moskwa przeznaczyła na ten cel 25% wpływów do budżetu państwa i tak przez trzy kolejne lata. Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju dołożył kilkaset milionów dolarów. Całkowity koszt inwestycji przekroczył dwa miliardy dolarów. Nieoficjalnie nazwano tą drogę Syberstrada. Dwa tysiące kilometrów odległości między Czitą a Chabarowskiem budowano trzy lata, 24 godziny na dobę. Średnio wyszło, że budowlańcy tworzyli kilometr drogi na dzień. Ale takie drogi buduje się na kilkunastu odcinkach jednocześnie, na dodatek w obu kierunkach. Materiał i sprzęt dowozi się koleją. Na koniec, te kilkanaście odcinków połączy się w jedną drogę. W tym wypadku była to droga szutrowa. W 2004 Putin oficjalnie otworzył drogę do użytku, ale dopiero w 2010 skończono ją asfaltować. I tak powstała kolejna nić ludzkiej cywilizacji, przecinająca Syberię na wskroś. Zanim zbudowano kolej, szybciej można było się dostać do Władywostoku płynąc z Europy do Ameryki, potem jadąc koleją na jej zachodni kraniec i płynąc statkiem do Azji. Można powiedzieć, że pomysłodawcą cywilizowania Syberii był jej dawny gubernator kraju Amurskiego - hrabia Nikołaj Murawjow Amurski. Był znany z wielu kontrowersyjnych dziś pomysłów zasiedlania syberyjskiej pustki więźniami, ale pomysł budowy kolei transsyberyjskiej uznaje się za ten trafiony. Długo przekonywał cara, ale w końcu prace ruszyły w 1890, osiem lat po śmierci hrabiego. Licząc od Moskwy do Władywostoku, linia kolejowa ma 9288 kilometrów i pociągiem pasażerskim przejeżdża się to w około dziesięć dni.
       Asfaltowa droga 'Syberstrada', szerokim łukiem omijała ośrodki górnicze Czern, Aksenowo Zilowskoje, Dawenda Kljuczewskij, czy największe miasteczko na tej trasie - Mogoczę. Ruch ciężarówek jakby zgasł. Mijały mnie nieliczne TIRy pędzące z Chabarowska, Władywostoku, czy te długie lawety z używanymi, japońskimi samochodami, zmierzające do Mongolii, albo Kirgizji. Pamiętam sprzed kilku lat karawany niemiłosiernie ubłoconych na mokrych szutrach, japońskich wozów, jakie widywałem w środkowej Syberii. Kierowcy najczęściej spinali sztywnym holem dwa samochody, tak aby jeden człowiek mógł prowadzić dwa pojazdy. Lawet nie używali z powodu nędznych szutrów jakie łączyły Chabarowsk z Czitą. A dzisiaj tych karawan japońskiej myśli awtomobilnej już nie ma. Kursują TIRy lawety, ale i tak ich mało. Może rynek się nasycił, może Rosjanie są bogatsi i kupują nowe na raty, z kierownicą po właściwej stronie? Zaskakuje też coraz mniejsza liczba busików Gazela. Kiedyś Syberia woziła wszystko, wliczając w to ruch pasażerski, właśnie takimi busikami. A teraz widzę nowe Fiaty Ducato i Sprintery, najnowsze, z klimatyzacją na dachu przestrzeni pasażerskiej, pędzą dużo większą szybkością niż stare Gazele. Fabryka Gazel wystarała się o nowy model, próbuje nawiązać walkę z motoryzacją z Zachodu, ale nie wiadomo czy jej to wyjdzie lepiej niż naszemu Polonezowi. Składa także starsze modele Sprintera na licencji. Zastanawiam się, czemu Toyota nie inwestuje w marketing w Rosji i nie promuje swoich najnowszych Hiace. Ducato i Sprintery docierają prawie pod granice Japonii. Może to nie ma związku z podróżą, ale ma silny związek z rozwojem Syberii, jest symptomem cywilizacji, mówi o życiu ludzi Syberii. Wystarczy sobie przypomnieć czasy, kiedy w Polsce przesiadaliśmy się ze starych, niemieckich samochodów, na nowe, kupowane na raty, brane w leasing, najnowsze modele, może pośledniejszych marek, ale jednak nowe. To wiele mówiło przyjezdnym o zmianach w naszych portfelach, czyli w poziomie naszej konsumpcji, uświadomieniu sobie przez społeczeństwo ich potrzeb. Dziś, kiedy wzdłuż jedynej, asfaltowej drogi wiodącej przez wschodnią Syberię, ustawiono maszty z telefonią komórkową, nawet w dzieriewniach z drewnianych bali krytych eternitem, ludzie mogą sprawdzić w internecie jak się żyje... chociażby w Polsce, jak wielkie koncerny kreują ich potrzeby konsumpcji, co się liczy, a co jest passe. Nawet w dzikiej Australii tego nie mają. Tak! Zasięg telefonii komórkowej, a tym samym internetu, czyli komunikacji dzikiego z cywilizowanym, jest dużo bardziej ograniczony niż na Syberii. Dziś siedzę na nieczynnym kamieniołomie, w zielonym piekle, które jeszcze kilkanaście lat temu było trudne do pokonania dla zmotoryzowanych podróżników. Na zachód mam około 670km pojedynczej nitki asfaltu i pojedyncze wymierające wioski, oraz ledwie parę, bazujących na kopalniach, miasteczek wielkości Wąchocka. Na wschód kolejne 350km do Skoworodino, niewiele większej miejscowości od Koziej Wólki, dalej natomiast około 1000km do Błagowieszczeńska, stolicy Amurskiego obwodu. Na południe najdziksze rejony Chin ciągnące się setkami kilometrów, a na północ... to jest dopiero przepastna pustka przyrody, a w jej sercu rodzynek - Jakuck i kilka pomniejszych miasteczek nanizanych na szutrówki, dalej... ocean Arktyczny. To są tysiące kilometrów przestrzeni, nie do wyobrażenia dla europejskich mieszczuchów. Tutaj jest kilkaset razy więcej drzew na kilometr kwadratowy niż ludzi. A jednak mam tu w kamieniołomie, w mojej Toyocie internet. W Australii wystarczyło odjechać 100km od ostatniego miasteczka i już łączność ze światem urywała się całkowicie, nawet telefonia komórkowa.
       Wrócę jeszcze do drogi. Oczywiście nie wiem dziś, jak ona w całości wygląda do końca, do Władywostoku. Chociaż jeśli spodziewać się końca asfaltu to tylko na przestrzeni następnych 1000km, to mniej niż przejechałem od Ulan Ude. Jednakowoż zbudowanie tej drogi, wyasfaltowanie jej, oczywiście też oznakowanie... do przesady, po rosyjsku, to był niezły wysiłek tutejszych drogowców XXI wieku. Należy pamiętać, że od centrum zarządzania, czyli Moskwy, dzieli nas ponad 7000km i w Rosji są ważniejsze rzeczy, bardziej potrzebujące dziury do załatania, aniżeli pokrycie asfaltem szutrówki, która do tej pory jakoś funkcjonowała. Jednak w XX wieku, ta droga tak mało jawiła się istotna dla moskiewskich decydentów, że nigdy jej nie wyznaczono. Poszczególne wioski i kopalniane miasteczka łączyły dukty leśne... i to wszystko. No a gdyby tak wyasfaltować i oczywiście porządnie oznakować Canning Stock? To byłby niezły skrót dla ciężarówek w Western Australia. Firmy przewozowe czekają na to. Tam nie można zastąpić transportu drogowego kolejowym, jak tutaj, wzdłuż drogi M58, popularnie zwanej Amur, bo biegnie wzdłuż granicy rosyjsko-chińskiej, która to jest ustawiona historycznie na rzece Amur. To chyba jest trochę tak jak w Polsce z hipermarketami. Na Zachodzie te świątynie plebejskiej konsumpcji są przestarzałe, czasami nienowoczesne i zniszczone, a u nas w Polsce, najnowocześniejsze, wyposażone w największe kina na świecie i inne 'naj' bajery. Bo u nas trzeba było kraj unowocześnić, zbudować wiele rzeczy od nowa, a na Zachodzie już tylko się remontuje. To samo może jest z M58 i niedoinwestowanymi drogami w Australii, jak Tanami Road na przykład.
       Z innej beczki. Siedzę w Toyocie. Jest moim domem w podróży, czyli w tej ważniejszej części mojego życia. Mam tu wszystko co jest dla mnie ważne. Siedzę w Toyocie i nawet nie chce mi się z niej wychodzić. Miałem iść na spacer po kamieniołomie, a nie poszedłem. Posłuchałem muzyki i poczytałem książkę, teraz siadłem do pisania książki. Czuję się zawiedziony, moi odwieczni wrogowie, syberyjskie owady, zawiedli tego roku. Jest trochę mało natrętnych much i to wszystko. Co do diabła?! Powietrze powinno być ciężkie od bzyczenia i krwiożerczej żądzy kąsania. Gdzie te czerwone diabły są? Jakiś pomór, a może Ruskie latają helikopterami i rozsiewają antyowadzie nanotechnologie nad M58, aby te latające wampiry nie gryzły szanownych podróżnych w miętkie? Toż to sam pik sezona, teraz powinno ich być najwięcej, czuję się zawiedziony i przyjemnie zaskoczony. Nie wiem jak te dwie emocje można połączyć, ale jednak się udaje. Stoczyłem tyle bitew z rosyjskimi owadami, nawet w najbardziej intymnych sytuacjach, podczas których nawet islamski terrorysta nie dźgnąłby mnie bagnetem pod ziobro, a owady dźgały. Czasami czułem, że przegrywam, a przez ostatnie dni przeciwnik, wróg, konkurent, partner, przyjaciel nie stanął do boju. Świat schodzi na psy... tak już od Wielkiego Wybuchu.
       Rano wziąłem się za wymianę oleju w silniku, a potem wyruszyłem w dalszą drogę. Jakieś sto kilometrów przed Skoworodino, pejzaż przestał przykuwać moją uwagę. Podmokła tajga porosła wszystko dookoła krzakami i małymi drzewkami, teren nieco się obniżył i wypłaszczył, znikły gdzieś fantazyjne pagórki i podmokłe łąki. Wszystko zalała jednolita, krzaczasta roślinność. Nigdy nie darzyłem tajgi szczególną sympatią. Kojarzy mi się z nadmiarem owadów gryzących, nieprzebytym gąszczem zarośli i nędznych drzewek, podmokłym lasem, brakiem oddechu, przestrzeni, możliwości dalszego spojrzenia, szerszej perspektywy. Tajga mnie dusi zalewem nijakości, monokultury, zacieśnia moje postrzeganie jedynie do wstęgi drogi, uniemożliwia zjazd gdziekolwiek, chociażby w poszukiwaniu noclegu.
       Rzadko mi się zdarza abym podejmował wielokrotne, daremne próby znalezienia dobrego miejsca na nocleg. Najtrudniejszym terenem do poszukiwań dzikiego noclegu jest przestrzeń rolnicza z rzadko rozsianymi gospodarstwami, albo... właśnie tajga. Tajga nie jest drzewostanem godnym wycinki i jego sprzedaży, nie robi się dróg dojazdowych dla sprzętu leśnego. Bagna to raczej mizerny teren dla wędkarzy, więc nie ma dróg przez nich wyjeżdżonych. To samo tyczy się wiosek. Nawet jeśli znajdzie się jakaś rzeka, do której ktoś wyjeździł dojazd, to jest ona rynną błota na końcu której trudno zawrócić, a bez kaloszy trudno wyjść z samochodu. Dodatkowo owady na pewno umilą nam wieczór. Dlatego dziś wieczór Toyota stanęła na noc ubłocona, tak jak moje crocsy.
       Dziś znajdywałem jedynie pozostałości po wyrobiskach, gdzie wydobywano żwir do budowy drogi. Wyrobiska były zalane, a to znane lokalnie miejsca do wędkowania i kąpieli. Nie mogłem tam nocować w samotności, a kompania mogłaby się okazać uciążliwa lub niebezpieczna. W zależności od stopnia upojenia alkoholem. Dopiero za siódmym razem trafiłem na brzydki, nieczynny kamieniołom, bez zapadliska wypełnionego wodą. Odnalazłem tu spokój i samotność, chociaż nie ciszę, blisko była droga, a Skoworodino za jakieś kilkanaście kilometrów, więc zwiększył się ruch samochodów osobowych. Bliżej miasteczek można znaleźć więcej wiosek.
       Ale spotkała mnie dziś także inna, ciekawsza przygoda. Zatrzymałem się na parkingu obok jakiegoś postumenciku upamiętniającego motocyklistę. Każdy przejeżdżający mimo biker poczuwa się w obowiązku zatrzymać i nakleić swoją naklejkę podróżniczą. Jest tam wiata, a ja postanowiłem zrobić tu śniadanie.
       Szczęście zawarte w nieszczęściu, że pod wiatą odpoczywał autostopowicz, a że to Rosjanin i w dodatku zawodowy kierowca ciężarówki, więc taktem nie grzeszył i bezceremonialnie wprosił się do mojego wozu jako pasażer. Pomyślałem, że brak mi zdecydowania w odmawianiu. Moja asertywność jest biegunowa. Albo jej nie ma, albo jest jej zbyt wiele, nie ma równowagi. Na szczęście autostopowicza, nie zdenerwował mnie na tyle, aby moja stanowczość przeskoczyła do trybu 'maximum' i zgodziłem się go podrzucić do najbliższej restauracji/stacji paliw. Lubię jeździć sam, a obcy w moim samochodzie to jak żołnierz wehrmachtu w ruskim czołgu. Ale przecież będzie można pogadać o Rosji, no i w niebie mi policzą to jako kredyt autostopowy. Kto wie, może kiedyś skorzystam i jak będzie trzeba to sam pojadę na stopa, z kredytem jak z biletem, przecież mi wolno.
       Niestety Siergiej nie był zbyt rozmowny, to ja musiałem więcej gadać. Ale mimo to dowiedziałem się, że w Rosji wprowadzono całkiem sensowny i cywilizowany przepis. Po kupnie używanego samochodu nie trzeba zmieniać tablic rejestracyjnych. Stąd można znaleźć wozy z innych województw, normalnie użytkowane z dala od oryginalnego urzędu komunikacji. Siergiej jedzie stopem z Tomska do Chabarowska, do pracy, na dwa miesiące. Pociągiem nie jest drogo, ale stopem ciekawiej. Siedział na tym zielonym wygwizdowie z małą torbą podróżną, w szoferskich klapkach, szortach i koszuli. Ale pewność siebie wystarczała mu za całą ochronę przed zimnem, deszczem i owadami. Cechował go typowy dla obywateli wielkich imperiów i ludzi z mniej cywilizowanych rejonów świata, brak zainteresowania światem zewnętrznym. Zadał ledwie parę pytań grzecznościowych o Europę, ale nie słuchał uważnie. Szkoda, że sam nie jest z tego terenu i nie znał ciekawostek rejonu, przez który podróżowaliśmy. Przeciwnie do mnie, nie okazał zadowolenia z krótkotrwałej przejażdżki z parkingu na stację paliw, ledwie 27 kilometrów. Zdobyłem się na szczerość i przeprosiny za niegościnność. Zakomunikowałem, że ja lubię jeździć samotnie.
       Dziś znowu pada deszcz. Jak tak dalej pójdzie to droga do Jakucka zniknie w błocie, a ja nigdzie nie pojadę. Widziałem w internecie zdjęcia sprzed lat, samochodów poutykanych w żółtym błocie jak świeczki na urodzinowym torcie. Nawet wielkie spychacze nie dawały rady przedrzeć się do przodu. Jutro zajadę do Skoworodino i zasięgnę języka o drodze. Wolałbym aby do Jakucka już zrobili asfalt. Na jeżdżeniu po bezdrożach od dawna mi nie zależy. Zgodnie z tym co mówi Woody Allen - jak mam wybierać między papieżem a klimatyzacją, wybieram klimatyzację.
       Skoworodino... w tym miasteczku rozchodzą się drogi na Władywostok i Jakuck. Tutaj odchodzi także od kolei transsyberyjskiej nitka do Bajkalsko Amurskiej Magistrali i idzie dalej na północ do Jakucka. Skoworodino od dwunastu lat istniało w mojej głowie jako cel pośredni w drodze na koniec Syberii. Jak mityczny Styks, było jakąś granicą kresu mego postrzegania Syberii, za którą rozciągał się inny, nieznany, czekający na odkrycie świat. Będąc dzieckiem rozjeżdżałem całą, lesistą okolicę wokół domu, wrysowując potem wszystko co odkryłem na własnego pomysłu mapie. Zawsze ustanawiałem sobie granice poznania, które potem, przy jakiejś okazji 'wielkiej wyprawy', szeroko zakrojonej w przygotowaniach, aprowizacji, pompowaniu kół od roweru i smarowaniu łańcucha, przekraczałem, zdobywałem i przesuwałem swoje granice dziecinnego świata do dalszych, wysuniętych przyczółków poznania. Co innego robię dziś jak nie badanie swoich granic? Ten sam dziecinny świat, tylko zabawki inne. Zabawa w dorosłych nadal mnie nie interesuje. Jutro zajadę do Skoworodino, do mitycznej granicy mego poznania i... pojadę dalej, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
       Skoworodino okazało się dziurą jakich mało w Rosji. Jak podróżnik trafi do pakistańskiego Taftanu, albo afgańskiego Ishkashim to widzi zapadłą wiochę, takie przepikowanie na kołdrze cywilizacji okrywającej te dzikie krainy. Wszystko tam jest skrojone do najważniejszych potrzeb mieszkańców. Nie można się spodziewać efekciarstwa jak w Moskwie, nie znajdziesz ludzi chcących się wyróżnić ubiorem, gadżetem, zachowaniem. Jeśli jakiś terrorysta stworzony z dziennikarskiego poszukiwania sensacji, akurat nie chce nas porwać, albo zjeść na śniadanie, to już jest dobrze. Każda rzecz w takich miejscach ma swoje zadanie do wykonania. Budynki służą za schronienie, błotnista droga dla komunikacji, kramy na jej skraju do zarabiania pieniędzy i zaopatrywania wieśniaków, poobijane Toyoty służą za transport. Forma w żadnym szczególe nie wyprzedza funkcji. A w takim Skoworodino jest inaczej.
       Zbudowano tu kiedyś przyczółek cywilizacji sowieckiej Rosji. Wyasfaltowano ulice, zrobiono chodniki, postawiono bloki mieszkalne. Dziś, nadal Skoworodino podnosi się z okresu przemian gospodarczych. Mimo bliskości przejścia granicznego do Chin, nie znalazło drogi ku świetlanej przyszłości. Ulice się podziurawiły, chodniki zarosła zieleń i podmyła woda z rynien bloków mieszkalnych, które wyglądają tak, jak czują się ich mieszkańcy na odległych rubieżach imperium, zapomniani, bezużyteczni, niepasujący. Taki Gusinooziersk, w drodze z Mongolii nad Bajkał, mimo wielu opuszczonych bloków, szutru na ulicach, miał w sobie życie, motywację do istnienia. Atmosfera miasta mówiła - chcemy tu zostać i budować naszą przyszłość. W Skoworodiono duch miasta mówi - raz dziennie zjeść coś ciepłego i byle na piwo starczyło. Wiem, że ci przemykający się chyłkiem ludzie, mają ład i porządek w domach, zupełnie nie korespondujący z degeneracją terenu publicznego. Każdy pozamykał się w swoim zamku, w mieszkaniu w bloku, albo w małym, drewnianym domku na błotnistych przedmieściach. Jak za sowietów, każdy żyje w swoim świecie, a na zewnątrz niech się dzieje co chce - to nie moja sprawa. Porządkiem pokazuje się jedynie węzeł kolejowy, wszak z niego Skoworodino słynie, po to tu jest. Ale już most nad torami wygląda jak skarpetki kawalera.
       Sklepiki jak w Czita... poukrywane. Wymagają dochodzenia śledczego i spostrzegawczości, aby je odkryć. Obcy wtedy bieży ku nim, jak ku oazie na pustyni, w nadziei znalezienia... tego, czego się spodziewa. A tam nyndza. Wszystko z importu, znaczy z Irkutska, najbliższej, wielkiej cywilizacji. Drogie jak diabli. Mogłem zrobić większe zakupy w Ulan Ude i teraz otworzyć kram na ulicy w Skoworodino. Zarobiłbym tyle, że by starczyło na paliwo abarot do Ulan Ude. Najciekawsze, że brak podstawowych produktów, bez których Rosjanin nie może być Rosjaninem. Coś do czaju, na wieczór. Znalazłem herbatniki w jednym sklepie, ale ten sam pakiet, który kupowałem w Czita za 45RUB, tutaj kosztował 160RUB. A wódka jaka droga. Pewnie miestni alkoholicy pędzą sami w piwnicy, jak Norwegowie. Natrafiłem na kolejkę do jakiegoś stoiska, w żałosnym, z blachy zrobionym, sklepiku. Za czym ludzie mogą stać w kolejce, w XXI wieku? Oczywiście za świeżym chlebem. Jak by im truciznę sprzedawać, to by społecznym, pospolitym ruszeniem sklep zrównali z ziemią, ale chleb... toż to wyznacznik ludzi biedy, przeżycia, jadła bez którego obyć się nie można. Potem, jak już wystoją po upragniony ekwiwalent szczęścia, usatysfakcjonowane, ruskie baby odchodzą kołysząc wielkimi dupskami. Kolana napuchnięte, kostki wykrzywione, platfus, barki obwiśnięte, głowy schylone, w rękach plastykowe siaty pełne trucizny. W przeciwnym kierunku, szelmowskim krokiem, zmierzają ich synowie i mężowie. Sklep z piwem jest naprzeciw, a park, kilka drzewek i ławka, w przeciwnym kierunku niż bloki mieszkalne. Kwitną zaprawieni fantazją już od wyjścia z magazinu alkoholowego. Choćby mieli umrzeć na wymalowanym, na dziurawym asfalcie przejściu dla pieszych, nie będą krzyczeć w panice - o kurwa - jak pilot co walił w brzozę pod Smoleńskiem. Co najwyżej zaintonują - umarł pijak... ale pan. Odwieczny yin i yang Rosji... te ich baby z wielkimi dupskami i zapijaczone chłopy. Każda strona usilnie próbuje zbudować swoje królestwo. Jedna na pragmatycznych fundamentach, druga na fantazji, ale nikomu się nie udaje. Taka była granica mego poznania.
       Jeszcze nie! Jeszcze nie wyjeżdżam ze Skoworodino. Internet przestał mi działać. Poszedłem do przedstawiciela MTS, który powiedział mi to co wiedziałem. Limit przesyłu danych się skończył. A miał być bez limitu! W Indiach biadolą, że czekoladki sprzedawane na lotnisku, dla turystów i biznesmenów, mają w opakowaniach karaluchy. A w Rosji nie ma słowa, którego by nie można złamać. Co tam pani w siedzibie MTS powiedziała w Omsku, ma w Skoworodino takie znaczenie jak światowa pozycja Polski Ludowej w eksporcie żyta, w 1978. Mają tu jednak takie zielone automaty, jak do kupowania gorącej czekolady, albo prezerwatyw we francuskich dyskotekach. Wystukuje się tam swój numer internetowy i wkłada papierowe ruble w odpowiednią, czarną dziurę. Potem wylata kwitancja i można znowu internetować do następnej granicy limitu. Parafrazując tekst z filmu Woodiego Allena, można powiedzieć, że ten zielony automat też wie co to jest czarna dziura, zarabia nią na życie.
       Ale jeszcze nie wyjeżdżam ze Skoworodino. Widziałem jak jakiś pijaczyna kupował dwulitrowe piwo. Potem gość odziany w nigdy nie prany kombinezon maskujący, jakby polował na czujne borsuki, zaiwaniał ku wylotowi miasta. Jakiś czas potem dogoniłem go Toyotą. Pomyślałem, że wali na przedmieścia, do jakiegoś drewnianego domku, gdzie matka, żona, czy kochanka, utrzymuje tego darmozjada, bo każda płeć przeciwna, musi mieć w Rosji jakiegoś grzyba na utrzymaniu. Bez tego czułaby się osamotniona, bez celu w życiu, bez oporu. A jak życie biegnie bez oporu, to wiadomo... różne, głupie myśli mogą przyjść do łba.
       Ale mój myśliwy doszedł dalej, poza obręb osady drewnianych domków. Stałem na poboczu ciesząc się nowonabytym dostępem do internetu, kiedy mnie zagadnął czkając po opróżnionej, plastykowej butli piwa. Chciał wiedzieć, czy w kierunku na Czita jest jakaś wioska do której mógłby dziś dojść. Ucieszyłem się, że jadę w przeciwnym kierunku. Nie będę musiał śmierdzącego gluta podwozić. Odpowiedziałem, że główna M58 omija wioski, ale one tam są, tylko trzeba do nich zboczyć z trasy. Podziękował i poszedł. A nogi miał jak pielgrzym, obute w sandały, a stopy brudne i oklejone białą taśmą izolacyjną. Pewnie sandały go ocierały, a za punkt honoru powziął sobie przemierzyć ten piękny kraj na piechotę... taki ruski turysta. Ale kto go tam wie. Może to car w przebraniu, albo jaki odkupiciel grzechów naszych, chuj takiego śmierdziela znajet.
       Pojechałem niewiele dalej. Na skrzyżowaniu głównych dróg na Chabarowsk i Jakuck, jest skrzyżowanie bezkolizyjne z wielkimi tablicami, pokazującymi obcym jak skręcać, aby trafić. Na tym pokazującym drogę na Jakuck, zauważyłem pełno naklejek podróżników. Zatrzymałem gablotę aby i swoją naklejkę przyfastrygować. Potem pojechałem nową drogą na północ. Jakieś 30 kilometrów dalej zauważyłem, że stara droga szutrowa odbija na szczyt przełęczy i w tajgę. Tam zjechałem i znalazłem dość dobre miejsce na dziki kamping.
       I tak sobie koczuję na tej starej drodze do Jakucka już drugi dzień. Nie nudzę się. Mam kupę roboty z filmem z Australii, a prócz tego masę zaległych książek do przeczytania. Wieczorami chodzę na spacery. Zabieram ze sobą komary... nie wybieram... jak podleci, to go biorę na przechadzkę. Dwanaście lat temu, pewna kramarka z targowiska w Ust Kut zarzuciła nam, że jeździmy w tajgę komary karmić. Wiadomo, biały z Europy każdemu z dzikiego landu chce przychylić nieba, nie ważne czy to beżowy, czy komar. Przecież wszystkie, żywe istoty mają duszyckę. Teraz chodzę z komarami na spacery. One latają za mną jak oswojone collie... takie psy, chociaż komarom bliżej do bakterii. Widać darzą mnie sympatią, a ja odwzajemniam ich przyjaźń mówiąc - chodźcie chłopaki, przejdziemy się na spacer, pozwiedzamy trochę okolicę, na pewno tam jeszcze nie byliście. Za prawdę powiadam wam ludziska z Europy... nawet nie wiecie ile przyjaciół można znaleźć w dzikiej tajdze! Nawet jeśli to komarzyce, żony tych komarów, to tym lepiej. Randka i spacer w jednym.
       Tak sobie powoli dziczeję w tej tajdze. Czytam to co napisałem i spostrzegam, że dopiero od Skoworodino jakoś mi idzie, wcześniej była straszna drętwota. Znajomi via internet obawiają się o mój dobrostan psychiczny, a mi jest dobrze w samotności. Rozmawiać z komarami, słuchać rzeki, dotykać drzew i oglądać walkę chmur na syberyjskim niebie. Jak tylko pomyślę, że w końcu będę musiał wrócić do europejskiej rzeczywistości, to ogarnia mnie poważny strach. Znowu walczyć o pieniądze, robić te wszystkie rzeczy, które robić trzeba pośród ludzi, żyć w hałasie i ścisku. Teraz mam wszystkich na dystans internetu. Włączam i wyłączam kiedy chcę, jak światło w kiblu. Oszczędnie dysponując szmalem, powinienem wytrwać do września, a potem... twarde przyziemienie w Polsce.
       Nowy asfalt szybko się skończył i na około 150 kilometrów jakie miałem do Tyndy, ponad połowa była nędzą szutrówką. Tak dziurawą, że często jechałem na dwójce i nigdy nie włączyłem czwórki. Średnio udawało mi się rozwinąć 42km/h. Ale oczywiście Sybiracy, a przede wszystkim kierowcy zwykłych, osobowych Toyot, grzali ponad 70km/h. Szybciej to już tylko terenowe limuzyny. Co ciekawe, dopiero teraz do mnie dotarło, że w Mongolii ludzie kupują najnowsze Land Cruisery w wersji heavy duty, taki model na dzikie kraje, ze wzmocnionym zawieszeniem, dwoma zbiornikami paliwa, kołem zapasowym na tylnych drzwiach, snorklem, wyciągarką, tapicerką z dermy, aby było łatwiej ją utrzymać w czystości, w takich warunkach terenowych. Natomiast w Rosji, tam gdzie nie ma dróg, a właściwie są, ale dużo bardziej dziurawe niż w Mongolii, ludzie kupują Land Cruisery w wersji Lexus, z obniżonym zawieszeniem, oponami niskoprofilowymi i wyposażeniem godnym salonki szejka z półwyspu Arabskiego. Czy dożyję czasów kiedy Rosjanie wpadną na to, że nawet najlepiej stworzona iluzja pozorów, nie ukryje słomy wystającej z butów. Nowobogacki szyk jest obowiązkiem w kraju gdzie każdy wie co ile kosztuje i do czego to się nadaje, bo sam stara się wyglądać lepiej niż jego własny wyciąg z konta bankowego. Trochę jak w tym drugim imperium, w USA, gdzie aby być tym kim jesteś, musisz mieszkać w odpowiedniej dzielnicy, jeździć odpowiednim pojazdem, posiadać żonę z odpowiedniej rodziny i nosić koszule od odpowiedniego krawca. Dlatego wolę Australię, gdzie czarny pijak może być sąsiadem białego bankiera, przynajmniej w Western Australia. Nie żebym był za równouprawnieniem, czy zrównaniem klas, po prostu lubię wyluzowanych gości, którzy mają wszystko tam gdzie ja mam... Takie niedomówieni, jak Kobuszewski-majster uczył Gołasa-Jasia.
       Ale teraz wpadłem na pomysł, że noworuscy nie kupują tych Lexusów aby nimi błyszczeć, ale używają ich jak stary trener, który w swej pakamerze przy sali gimnastycznej, ustawia sobie proporczyki, jakie zdobył będąc młodym sportowcem. Znaczy kupują sobie Lexusa kiedy osiągną ten status społeczny, który pozwala im go kupić, a ten Lexus staje się narzędziem ikoną ich osiągnięcia, nagrodą którą sami sobie wręczają, jak proporczyk z dawno zapomnianej olimpiady, ma kłóć w oczy dzieciaków przychodzących do starego trenera ze zwolnieniem z WFu. Wtedy to ma sens! Nie kupują narzędzia do przemieszczania się po bezdrożach, jak Mongolczycy z Ulan Batar, ale reprezentację, symbol swoich osiągnięć. On nie ma być narzędziem, ale symbolem i musi być błyszczący jak Lexus, czy Rolex, cokolwiek co jest reprezentacją sukcesu, w mentalności noworuska.
       Przy tej okazji można powiedzieć o stosunku Rosjan do swoich samochodów. My jesteśmy przyzwyczajeni do nadmiernego trzęsienia dupy o samochody jakie sobie kupimy, zwłaszcza te które są nowe. Sam to mam, a nawet gorzej. Z wiekiem stałem się jak kwoka, gdacząca ze strachu, kiedy jej kurcze wdepnie w kałużę błota. Samochód dla mnie stał się takim wychuchanym dzieckiem, a ja nadopiekuńczym ojcem. Rosjanie nie cackają się ze swoimi wozami. Nawet nowe, drogie traktują na równi ze starymi rupieciami i wykorzystują w pełni ich możliwości, a nawet wyciskają z nich więcej niż fabryka dała. Mają inne podejście do posiadanych rzeczy, nawet jeśli są dla nich, silniejszym niż dla nas, emblematem statusu społecznego.
       Dojechałem w końcu do Tyndy. W porównaniu do Skoworodino to metropolia. Białe blokhauzy strzelają w zachmurzone niebo jak drapacze chmur w New Yorku. Może mają problem z ilością miejsca na stawianie niskiej zabudowy. Centrum to kilkanaście takich wieżowców z wielkiej płyty. Wznoszą na kilkanaście pięter i nie są to bynajmniej biurowce, ale domy mieszkalne. Tak się jakoś złożyło, że centrum miasta stanowi osiedle mieszkaniowe, a uliczki blokowe są ulicami miasta. Trudno się tu odnaleźć, trudno stąd wyjechać, dużo jest jednokierunkowych, bo wąskich. Pośród tych bloków zbudowano kilkanaście brzydkich sklepów z blachy falistej. Każdy z nich ma ten sam mizerny asortyment. Ale jak się je wszystkie obejdzie to w końcu znajdzie się to czego się szuka.
       Główna droga przecina centrum prawie na pół. Miasteczko leży na pagórkowatym terenie, więc główna do Jakucka wspina się na północ, stromo pod górę. Można jeszcze znaleźć parę ryneczków z kramami pełnymi drogich warzyw i owoców. Najwięcej jest sklepów z obuwiem, na drugim miejscu plasują się sklepy odzieżowe, potem okna i drzwi, następnie meble i na końcu części samochodowe. Wszystko zamaskowane i poukrywane przed oczami obcego. Na przykład centrum handlowe Pionier, zlokalizowano na pierwszym piętrze zwykłego wieżowca mieszkaniowego. Każde mieszkanie to jeden sklep odzieżowy i obuwniczy, a na korytarzu wystawiono przykładowe szmaty, bo inaczej tego bezguścia nazwać nie sposób. Drepcesz sobie po linoleum, a ono ugina się wraz z deskami jakby były przegnite, mijasz manekiny z paryskiego, czy warszawskiego demobilu, a na nich... chiński hit sezonu.
       Na szczęście, inaczej niż w Skoworodino, nie kaleczy uszu ruskie disco. Może Tynda osiągnęła wyższy poziom rozwoju i nie zmusza przechodniów, oraz klientów sklepów do słuchania tego gówna. Życzę Skoworodino aby jak najszybciej osiągnęło stopień rozwoju mentalnego Krasnojarska i puszczało na ulicach muzykę poważną, albo chociaż jazz. Tylko czy obywatele to wytrzymają. Przykład Wrocławia i Chopina puszczanego w środkach masowej komunikacji... daje do myślenia. Czy aby większość obywateli miast, nawet polskich, osiągnęło poziom rozwoju pozwalający znieść przez nieco dłuższy czas muzykę inną niż tą najprostszego rymu. Takie czasy, żyjemy w nowożytnej demokracji i elity muszą jakoś znieść gusta plebsu. Przykład z rosyjskiego rynku - stylistyka terenowych limuzyn, tak kreowana aby noworuscy z przyjemnością je kupowali. Stare limuzyny Land Cruisera, sprzedawane głównie w USA i pośród co lepszych Arabusów, miały kształty godne dzieł Tycjana. W latach '90-tych wszystko poszło w inną stronę, od modelu J8.
       Ale Tynda przytrzymała mnie też w inny sposób, aniżeli tylko zakupy i podziwianie wdzięku osiedla mieszkaniowego. O dziwo w tym klimacie, wielkiej płyty ciągle się nie ociepla, tak jak to u nas zrobiono chyba już wszędzie.
       Siedząc na łóżku w Toyocie sprawdzałem internet, kiedy zaczęto do mnie pielgrzymować. Czterech pielgrzymów to już znaczący trend. Najpierw nieśmiało podszedł z synem na ręku inżynier pracujący na BAMie. Przyjechał tutaj z rodzicami w 1984 i został. Pracuje, produkuje następne pokolenie Sybiraków, jeździ na wakacje do Tajlandii, w Jakucku, a tym bardziej w Magadanie, nigdy nie był i nie zamierza. No może jak postroją asfaltową drogę to pojedzie zobaczyć dlaczego tam wszyscy turyści z Europy jeżdżą. Przez te kilkadziesiąt lat, mieszka sobie na tej wyspie pośród gór i tajgi. Ale widuje turystów z Zachodu, dziwi się dlaczego tylko latem. Dziwi się też, że może ze mną pogadać po rosyjsku, skoro z innymi dogadać się nie mógł. Coś tam myśli i rachuje, i w końcu powiada - skoro masz 44 lata, to w szkole uczyłeś się naszego jazyka! Taki mieliście obowiązek?! Patrzy i patrzy na wnętrze Toyoty i mówi - tam masz prysznic, tak? A gorącą wodę też masz? Wot maładiec, umnyj i na Toyotach się zna. A pokaż polskiemu Toyociarzowi mój wehikuł i niech zgadnie czy ja mam tu prysznic. Widać niejednego turystę Eduard, bo tak mu było na imię, widział.
       Następny pielgrzym przyszedł sam. Od razu poznać, że z tych co chwycili ster kapitalizmu w ruki i nie puszczą dopóki zawał nie zmiecie go z powierzchni Ziemi. Jak ja mu zazdroszczę. Jednego i drugiego, szmalu i tego zawału. Przecież to jest życie, a potem chwila, moment, zakłuje w piersi i już wszystko z bani. Zagląda wnutri, znaczy do Toyoty i pyta - a prysznic masz? Kurde zmówili się czy co! Chodzi i ogląda - sam zdiełał? - ano sam - dawaj w gości, ja sklep już dziś zamykam, popijom, pogawarim, podróżymsa! - balszoje spasiba, ale mnie nużna na siewier ujeżdżać - a ty alkohol pijosz? - kanieszno, ja Słowianin, my wsie pijom, taka żyżń - czekaj... masz tu szampańskoje...
       No i tak miałem na ten wieczór wyżebranego, ruskiego szampana. Czuję przez skórę, że kolega Tomisław, śmieje się teraz i myśli - wot szczęściarz, na krzywy ryj nawet szampańskoje dostał. Może Martini to nie jest, ale zawsze. Sprawdziłem, w sklepie Sierioży, tak mu było na imię, kosztował 239RUB. Na pewno bym sobie nie kupił, za drogi, toż to 16.20zł. Przejechałem jeszcze ponad 150 kilometrów, zanim zaległem w jakimś nieczynnym kamieniołomie. Otwieram ci ja tego szampańskoje, a on waniajet jak łosoś wędzony. No i po co mi ten francuski zwyczaj wąchania wina przed konsumpcją. Ale w tym wypadku nawet bez wąchania gwinta wyczułbym łososia. Zalewam go do kubka i co przytknę do ust to widzę oczyma wyobraźni sjungę... ach jaka by to była zagrycha do tego słodkiego szmpańskoje... taką świeżą, niesoloną sjungę wrąbać! Już nie w tym życiu...
       Ale jeszcze nie wyjeżdżajmy z Tyndy. Przyszedł przecież trzeci, a tuż po nim czwarty pielgrzym. Wyjechałem już z centrum i znalazłem mojkę, więc poszedłem zatankować wodę do prysznica. Wolno mi to szło, bo goście co myli swoje terenowe limuzyny na mojce, z nudów, albo z ciekawości, zarzucali mnie pytaniami, jak bym był ekspertem w komisji sejmowej. Gatka szła standardowo, już bez oglądania Toyoty od strony nutri. Na początek - skąd, dokąd, po co, jak długo - potem trudniejsze pytania - po co lejesz wodę w maszynę, a gorący prysznic też masz. Skurczybyki tyndzkie znają się na prysznicach jak fachowcy z najlepszych biur projektowych kamperów z Niemiec.
       Zatankowałem 30 litrów świeżutkiej wody i dalej na północ. Asfalt jeszcze trwał ponad 85 kilometrów zanim zaczęła się wrednie dziurawa szutrówka. Sporo czasu do rozmyślań. Ach ci Rosjanie, jacy to sympatyczni ludzie! A jacy gościnni! Tak, tylko czemu to ja muszę mieć wyrzuty sumienia, kiedy nie zabieram autostopowiczów, skoro przede mną jechało tędy kilku lokalnych. Czemu pani co mi wody użyczyła z kranu, zabiła mnie wzrokiem, albo ta w sklepie, każdym sklepie, traktuje klienta jak zło konieczne. Czemu taksówkarz patrzył z nadzieją kiedy podchodziłem, aby zapytać o drogę, ale kiedy byłem bliżej i zobaczył moje crocsy, wygniecioną koszulę, poplamione spodnie, to już poczuł wyższość, dystans godny obrazu - cinkciarz contra ciułacz. Dlaczego ci przechodnie mają takie zacięte mordy, czemu się do siebie nie uśmiechają, boją się wyluzowania, konkurują ze sobą, pamiętają dawne, komunistyczne czasy, jak to, przecież są za młodzi. Dlaczego serca otwierają i zapraszają na grila kiedy zauważą żeś obcy, z Europy? Tak to są wspaniali ludzie, lubię ich słuchać, te ich życiorysy można od razu do Warner Bros. bez korekty sprzedawać, ale niech mi nie pieprzą mało wrażliwi na niuanse podróżnicy, że to ludzie przyjaźni, gościnni, bezinteresownie zaangażowani, otwarci, do rany przyłóż. Dla kogo? Dla przyjezdnego z dalekiego świata, co to jest jak diament rzucon w gówno? A dla żółtego Ewenka, co ma wioskę niedaleko, albo Buriata co jedzie na spotkanie szamańskie do Jakutów? Albo dla turysty, białego Rosjanina, co białą taśmą klejącą owinął sobie stopy, bo sandały go obcierają, nie ma szmalu, ale ma fantazję. Ja tam Sybirakom nie ufam, za długo ich znam. Ale jeśli dają szampańskoje o smaku łososia, to biorę, w pas się kłaniam i odwzajemniam, jeśli mam czym. Bezinteresowni to oni nie są, doskonale to wiem, bo sam taki jestem.
       Wróćmy na główną M56 do Jakucka. Góry ciągną się bez końca. Kolejny hrebet, znaczy łańcuch, tym razem Stanowy. Szczyty tu ponad 2000m n.p.m. A coście myśleli, że tu bagna, tajga, nizina jak w Wielkopolsce? Ta trasa dla rowerzystów jest jak znalazł za karę. Ja tu walczę aby podjechać po dziurawej szutrówce na kolejną przełęcz, a potem spuszczam się na trójce, lub dwójce, aby chyżości zbytniej nie nabrać. Tak cały dzień. Za żadne skarby rowerem w tą kurzawę i smród z rur Kamazów bym się rowerem nie wybrał. Krajobrazy... no cóż brak krajobrazów. Tajga to nie jest, ale ładny las świerkowy, czy jodłowy. Niemniej widoków nie ma, zresztą kierowca skupia się na omijaniu dziur, a to pochłania 90% uważności. Za bardzo kocham swoją Toyotę aby walić nią po dziurach jak białym, busem z floty.
       Ale dlaczego znowu stary kamieniołom na wieczór? Ci co mnie znają to wiedzą, że w Syberii potrafię srać na środku drogi, bo tam mniej komarów w dupę gryzie. Jak tylko ziemia jest naga, jak w kamieniołomie, gdzie nie ma drzew, krzaków, trawy, to owadów jest o połowę mniej. Może nie jest urokliwie, ale przyjemniej niż w dzikiej tajdze.
       Rano wyjechałem z niejakim trudem z tego kamieniołomu. Po wyczerpaniu zasobów żwirowni, zasypują wjazd, albo jeszcze dodatkowo przeorują w poprzek głęboką bruzdę. Może po to aby miestni nie wywozili tutaj śmieci, albo nie zaprószyli ognia. Nie wiem. Ledwie jednak rozpędziłem się na dziurawej szutrówce do swoich 45km/h, to dojechałem do skraju asfaltu. Ten odcinek cywilizacji nie ciągnął się zbyt długo, ale za jakiś czas wjechałem na stary asfalt, mocno powyginany, jakby poskręcał go reumatyzm od tego klimatu. Podskakując i omijając co większe załamania asfaltu, dojechałem w rejon Njerjungri. Jest tu kilka kopalń węgla rozsianych po okolicy i w związku z tym mieszkańców jest ponad 60 tysięcy. Drugie co do wielkości miasto w Jakucji, a założone 42 lata temu. Teraz jechałem pośród licznych samochodów osobowych. Ludzie dojeżdżają z okolicznych wiosek, do pracy. Po drodze widziałem parę baz pracowniczych. Obok niektórych składowano rury do budowy rurociągu. Nowoczesne hale, dziesiątki, a czasami nawet setki nowych, niebieskich baraków ustawionych w rzędach, były domem dla robotników. Mieszkają w nich ci co budują nową drogę i ci co kładą rurociąg, ale także tacy co stawiają kolejne wiertnie, montują gigantyczny sprzęt dla kopalni odkrywkowych. Praca wre siedem dni w tygodniu, przez okrągły rok. Wszak zimą łatwiej dojechać do miejsc trudnodostępnych, na bagnach, łatwiej stawiać podstacje dla linii elektrycznych, czy kłaść rurociągi. Dziś niedziela, ale spokoju tu nie ma.
       Za Njerjungri Asfalt rwał się co chwilę, czasami szutrówka była tak dziurawa, że trzeba było zwalniać do 15km/h. Ale w sumie na dystansie prawie 500 kilometrów, pomiędzy Tyndą a Ałdanem, około połowa to asfalt, czasami zupełnie nowy. Niestety tylko połowa. Gdyby to ode mnie zależało wyasfaltowałbym wszystkie drogi w Rosji, strasznie nie lubię jeździć po tych ich szutrach, szerokich jak pas startowy dla Boeninga, a dziurawych jak pole bitwy po ataku katiuszy.
       Gdzieś przed Ałdanem dogoniłem trzech motocyklistów. Codziennie kilku widzę. Ci jednak mieli jakieś dziwne, nieznanej mi marki sprzęty, a jeszcze dziwniejsze rejestracje. Niby pisane łacińskim liternictwem, ale jakieś takie małe, białe. Stawiałbym na Tajów, albo Chińczyków. Chociaż ci drudzy mają tablice niebieskie, tak jak ten kamper zrobiony na Sprinterze, co go widziałem miesiąc temu w Nowosybirsku. A może to byli Japończycy. Na wjazd do Rosji z pewnością potrzebują nowych tablic, pisanych naszym liternictwem. Chociaż Chińczycy nie potrzebują. Widywałem ich w Tajlandii, centralnej Azji, Indiach i zawsze mieli swoje tablice pisane ideogramami. A irańskie TIRy, aby wyjechać z Iranu muszą mieć inne, tranzytowe tablice.
       Zajechałem do Ałdanu. Chciałem zatankować niewielką ilość paliwa, aby mi starczyło do Jakucka. To jeszcze jakieś 520 kilometrów. Zaszedłem także do supermarketu. W Skoworodino i Tyndzie nie było takich porządnych sklepów, a w Ałdanie są. Miasto jakieś takie porządniejsze, może dlatego, że niedzielne. Ale czystsze i widać, że obywatele bogatsi, więc i sklepy lepsze. Pewnie to wszystko z kopalni złota i miki. Prawie połowa przechodniów to ludzie rasy żółtej. Jakuci mają ładniejsze twarze niż Ewenkowie, czy Buriaci. Przypominają Chińczyków. Ałdan ma 21 tysięcy mieszkańców. Ale sklep z alkoholem był tylko jeden, za to bardzo bogato wyposażony. Nie sądziłem, że w Rosji produkuje się tyle marek alkoholi. Niestety lokalne prawo nakłada niezwykłe podatki na alkohol. Jest ponad dwa razy droższy niż na przykład w Ulan Ude. Kupiłem małą flaszkę najtańszej wódki, bo znów muszę pokleić dodatkowy zbiornik paliwa. Ostatnie klejenie trzyma, ale jednak delikatnie jest wilgotne. Czymś muszę odtłuścić miejsce przyłożenia poxipolu. Przy okazji starczy na jednego drinka, do odkażenia żołądka. Ostatnio dwa razy kupiłem sobie chleb do śledzia. Złamałem wszelkie zasady mojej diety.
       Noclegu zacząłem szukać tuż za Niżnym Kuranhem. Najpierw zjechałem do olbrzymiego, nieczynnego kamieniołomu, ale dziś taki skwar, że na środku tej pustki trudno by mi było wytrzymać do wieczora. Pojechałem dalej i znalazłem miejsce odosobnienia na nieczynnej drodze, spory kawałek od głównej. Tutaj jest cień, ale dookoła sucha tajga. Komarów w bród. Przynajmniej zasięg internetu jest. Sprawdziłem jaka mnie czeka pogoda, chcę tu bowiem koczować dwie nocki. Dziś żara, ale od jutra deszcze i temperatura nie skoczy powyżej 17-stu stopni. I stanąłem w kropce. Rozkładać mój namiot przeciw komarom, czy nie rozkładać? W sumie trochę gimnastyki mi się przyda. Więc rozłożyłem markizę i przypiąłem do niej pokoik, który Iwona uszyła z moskitiery. Wlazłem doń i mogłem spokojnie siedzieć na krzesełku, w krótkich spodenkach. Tyle, że świat widziałem przez zieloną moskitierę, a duszno i tak było, bo tajga wygaszała najlżejsze podmuchy wiatru.
       Otworzyłem papierową mapę i przypomniałem sobie nazwy tych wszystkich miejscowości. Przejechałem może ze dwie, bo resztę widziałem tylko z drogowskazu, lub z daleka, z przełęczy. Droga bowiem wije się cały czas pośród gór Stanowych, a szczyty sięgają ponad 1600m n.p.m. Zdobyłem dziś dwie przełęcze, jedna coś koła 1350m n.p.m., obok szczytu 1601m n.p.m. o nazwie Ewota, druga około 1050m n.p.m. Na pierwszej przełęczy zobaczyłem białe łachy śniegu. Z pewnością z ostatniej zimy, ale dlaczego takie czyste i jaśniejące na słońcu, które dziś przygrzewa grubo ponad 20-ścia stopni, poza tym śnieg leżał na południowych stokach. Po stronie północnej już go nie było.
       Za Njerjungri zrobiło się ładniej. Z wysokości pięknie się prezentowała tajga i moczary pomiędzy szczytami. Jak tylko zarobię trochę grosza to kupię sobie drona do oglądania świata, który przemierzam, z góry. Czasami coś co jest tak nudne, że aż się zastanawiam po co ja tu przyjechałem, z góry może być niezwykle piękne. Chciałbym zobaczyć świat z góry, tam mnie jeszcze nie było.
       Tuż przed końcem asfaltu jaki ciągnął się nieprzerwanie z Tyndy, zauważyłem drogowskaz na wioskę Mogot. Jak ta postać grana przez Savalasa w "Parszywej dwunastce", tam zdaje się nazywał się Magott. Ale i sławna farma Magota z powieści Tolkiena.
       Pierwszą wioską w Republice Saha, znaczy Jakucji, był Nagornyj. Tą wioskę przejechałem na wskroś. Wyglądała jakby przedefilowała tędy wataha wojowników mongolskich. Na jedynym, jako tako wyglądającym budynku, widniał napis 'magazin', ale pod spodem ktoś nabazgrał białą farbą - zamknięte, do wynajęcia lub na sprzedaż. Po drugiej stronie drogi było zabiedzone gospodarstwo ze sforą psów na podwórku. Tutaj kręci się pełno psów, nawet na budowach rurociągów. Jakaś moda na psy pasterskie w tej Jakucji, czy co? Na budynku gospodarstwa, inny ktoś nabazgrał, tym razem czerwoną farbą - niet magazina. Pewnie nie miał już sił odpowiadać kierowcom TIRów. Za malowniczą rzeczką, zdaje się Timpton, w lesie, stał ładny dworek, wyrwany z czasów carskich przystanków pocztowych. Drewniane okna z fantazyjnymi, zaokrągleniami, bielone ściany, czerwony dach, schludne obejście. Nie tylko funkcja, ale i elementu formy. Tylko stajni i powozu zaprzężonego w zajechane na śmierć konie brakowało, a można by się przenieść do powieści Akunina. Kiedyś stał przy starej drodze i moście. Ale most pewnie zniosła wiosenna odwilż, nowy postawiono nieco dalej.
       Dalej była Ijengra, nad rzeczką o tej samej nazwie. Ale widziałem z niej tylko drogowskaz. Potem prężny Bjerkakit, przedmieścia Njerjungri. Dopiero za Czulmanem zrobiło się spokojniej na drodze. Przez te kilkadziesiąt kilometrów poczułem się jakbym z powrotem wpadł na główną Moskwa - Kazań. Potem był Kankuńskij, 44 kilometry na wschód, szutrówką, aż wreszcie wjechałem bezpośrednio do wioski Bolszij Nimnyr, nad rzeką oczywiście tej samej nazwy. Remontowano most i czekałem samotnie chwilkę na światłach ruchu wahadłowego. Przez wioskę biegł stary asfalt, aby ciężarówki nie kurzyły mieszkańcom. Z pozoru wioska wyglądała znowu jakby wszyscy tu walczyli z nieznaną zarazą przyniesioną przez niedźwiedzie z przepastnych czeluści tajgi. Drewniane domy wręcz spływały z wysokiego brzegu, wraz z błotem do rzeki. Zjadała je pleśń i wilgoć. Ale już od dawna nikt w nich nie mieszka. Dopiero po chwili zauważyłem standardowe, niskie blokhauzy, jakie zwykle stawiano w sowieckiej Rosji na potrzeby kołchozów na odległych rubieżach cywilizacji. Potem widywałem opuszczone takie blokowiska. Kiedy ludzi podtrzymujących ich byt zabrakło, po prostu w trybie przyspieszonym wracały w proch, z którego powstały. Drzwi i okna mogli wyrwać odchodzący mieszkańcy, a dach spalić na etapy kierowcy przejeżdżających tędy ciężarówek, by się rozgrzać. Ale dlaczego beton się utleniał? Musiał być zbudowany z niechęci społecznej do pracy i do tego systemu, który zmuszał ludzi do bytu tam gdzie nie chcieli. Zanikał jak ksary, twierdze, zrobione z niewypalanej gliny na marokańskiej pustyni. Deszcz w 50 lat potrafił je rozpuścić jak zamki na piasku, na bałtyckiej plaży. W Bolszim Nimnyrze, przy blokhauzach kręcili się ludzie. Ktoś naprawiał UAZa buchankę, jakieś dziecko jeździło na trójkołowym rowerku, jakie w tych czasach, w Rosji często widuje się na dachach samochodów zdążających na wakacyjny oddych. Blokowisko żyło. Na przekór moim, turystycznym oczekiwaniom.
       Dalej już był Ałdan i jego zaludnione kopalniami i ludzkimi robotami przedmieścia. W powieściach science fiction takie miejsca są obsługiwane przez niewielką kadrę inżynierów i zarządców z ramienia niewyobrażalnie gigantycznego koncernu, który może w swych odhumanizowanych głębiach biurokracji, dyktować losy całych planet. Reszta zwykle jest zautomatyzowana. Tak sobie ludzie z Zachodu wyobrażają przyszłość miejsc podobnych do Ałdanu nad wielką, ale tu jeszcze małą rzeką Ałdan. Robią podstawowy błąd, bo jak większość humanistów, nie lubią statystyki, jednej z królujących nauk. Biali są tutaj tylko dlatego, bo tu jest dobrze płatna praca. Pisarz s/f zastąpiłby ich robotami, bo nie jest przyzwoitym, aby ludzie wykonywali taką pracę, w takich warunkach. Tyle, że nieopłacalnym dziś jest konstruowanie androidów aby wykonywały trudną pracę w imieniu ludzi. Ludzi na Ziemi jest dziś prawie osiem miliardów. Nawet automat do robienia kawy jest droższy niż człowiek. Taniej by było postawić człowieka by robił kawę, ale przepisy związkowe i socjalistycznie nastawieni politycy piętrzą koszty, humanitarni idealiści podnoszą wartość człowieka ponad sens jego istnienia, więc robi się automaty. Natomiast tu w Ałdanie milion razy taniej jest wynająć człowieka... białego człowieka, aby robił to co może robić robot. Podobnie w australijskich kopalniach. Taniej jest wysyłać ludzi do kopalni na szychty dwunastogodzinne, nawet kosztem BHP i odszkodowań za wypadki. Jedyne co zautomatyzowano, to ciężarówki do przewozu urobku. Tak więc pisarz s/f posłałby do kopalni androidy. Ale my jesteśmy w niektórych dziedzinach zaawansowani jak diabli, a w innych nie doganiamy fantastów nawet z początków XX wieku. Proletariat zaczytujący się w tych tańszych, w sensie gorszych, powieściach z działu science fiction, powinien widzieć w ich pisarzach, swoich wrogów. Przepowiadają oni bowiem przyszłość bez proletariatu. Stanie się on niepotrzebny, androidy będą lepsze. Pisarze oczywiście wielkodusznie awansują proletariuszy do klasy średniej, ale chyba będzie do tego awansu społecznego potrzebny szkic średniowieczny, pokazujący jak to nalewa się oleju do otwartego łba głupka.
       Pora zwinąć namiot przeciwkomarowy i wykąpać umęczone syberyjskim żarem ciało. Nigdy nie cenię teraźniejszości, zawsze szukam gratyfikacji mordowania się z nią, w przyszłości. Dziś widzę mój ulubiony film Woodiego Allena "Deconstructing Harry", jaki zapodam sobie na oczy z mojego, małego telewięzorka. Jakie życie w luksusie może być piękne! Sam nie wiem, dlaczego miałbym pchać się motocyklem na Syberię i walczyć co wieczór o przetrwanie pod namiotem, skoro mogę sobie żyć w Toyocie, mieć luksusy jak w normalnym domu, w normalnym świecie. Nie potrafię jednak podziwiać motocyklistów jadących do Magadanu. Po prostu nie wiem za co ich podziwiać. Zwykle podziw wzbudzają w nas czyny, na które sami nie mamy odwagi, ale chcielibyśmy ją mieć.
       Gdyby tu była Iwona, powiedziała by teraz - no dobra, dowaliłeś już wszystkim?... to złóż miecz, zamknij klawiaturę i poskładaj moskitierę, bo burza się zbliża. Tak... To już na koniec, tuż przed wyłączeniem komputera, taka mała dygresja. Podobno kobiety kochają pomimo, a mężczyźni tylko w zamian za spełnienie swych oczekiwań. Gdzie jest więc umiejscowiona miłość. Poszukiwań od wieków zwykle dokonują mężczyźni, więc szukają tam gdzie mężczyzna by szukał. Ale może należy porzucić ideały i patrzeć tam gdzie zwykle miłości mężczyzna znaleźć się nie spodziewa, w instynktownym pragmatyzmie. To wszystko musi jakoś działać, mimo wad uczestników. Ktoś musi być konstruktorem, a inny, wtedy, może latać bezmyślnie z kwiatka na kwiatek i nurzać czułkę w nektarze życia.
       W drodze z Ałdanu do Jakucka zatrzymałem się jeszcze na dwie noce w kolejnym kamieniołomie, około 200km przed celem podróży. Kamieniołom miał wielkie jezioro o turkusowej, krystalicznej wodzie. Piaszczyste ściany zapadliska spływały z każdą ulewą do głębokiego jeziorka z ciepłą wodą. Wieczorami nurkowały nad nim cztery jaskółki. Zbierały znad wody niczego nie przeczuwające owady. Wzbijały się i opadały, nie przeszkadzając sobie nawzajem. Przebierały szybko sierpowatymi skrzydełkami zmieniając tor lotu jak najlepsze asy luftwaffe. Owadów nie było widać z okna mojego domku, więc ich nie żałowałem. Przypomniałem sobie za to pewien działający na wyobraźnię opis metody poznawczej współczesnej kosmologii - "poznawanie innych obiektów w kosmosie jest jak oglądanie meczu piłki nożnej, kiedy widzimy jedynie piłkę, a piłkarze, boisko i bramki są dla nas niewidoczni, na podstawie ruchów piłki musimy odgadnąć zasady gry". Ja dzięki wstępnemu nastawieniu do życia jaskółek, spodziewałem się, że nurkują tuż nad powierzchnią wody, aby mordować owady.
       Jest jednak taki pogląd, że nie należy nastawiać się, posiadać wstępny obraz sytuacji, człowieka, miejsca, wreszcie mieć gotowy pogląd na to, czego dopiero spodziewamy się doświadczyć. Bo jeśli taki pogląd, obraz, nastawienie mamy, to nie będziemy mogli w pełni doświadczyć, pojąć, poczuć, sytuacji jaka nas spotka. Sądzę, że jest to kolejny ideał, który zwiedzie nas na manowce. Ani kompletne wyobrażenie i zamknięcie się na doświadczanie nie jest dobre, ani podejście z umysłem dziecka, pustym, nieuwarunkowanym, też moim zdaniem nie jest odpowiednie. Człowiek postrzega przez pryzmat wcześniejszych doświadczeń. Bez tych doświadczeń i okularów, filtrów postrzegania, trudno mu będzie cokolwiek zrozumieć, będzie jedynie doświadczał, jak motyl doświadcza zmian pogody, nie rozumiejąc zmian pór roku, ani ruchu Ziemi wokół Słońca, te pory wymuszający. Na pewno jest gdzieś złoty środek, znaczy centrum, harmonia, w której można zachować maksimum wrażliwości percepcji, przy jednoczesnym uwarunkowaniu dotychczasową wiedzą i doświadczeniem.
       Ja wjechałem dziś do Jakucka na pewno z silnym nastawieniem zobaczenia obrazu miasta z moich wyobrażeń. Trudno jest dążyć do celu, uprzednio go sobie nie wyobrażając. Czym byłby cel, bez naszych o nim wyobrażeń, jak byśmy go określali, o nim myśleli, do niego dążyli? W moim dotychczasowym, podróżniczym życiu doświadczałem wieledziesiąt podobnych zderzeń rzeczywistości z osobistą złudą na temat celu podróży. Kilka z nich utkwiło w mej pamięci na zawsze. Pamiętam Grozny, pierwszy widok na Bajkał, australijską pustkę, wydmy Sahary, Varanasi, Lazurowe Wybrzeże, a przede wszystkim małą wioskę Dobieszczyn, do której dojechałem rowerem penetrując najdalsze zakątki terenów dzieciństwa.
       Jakuck od zawsze jawił mi się jako zapyziałe miasteczko, na rubieżach rosyjskiej cywilizacji. W zasadzie nigdy nie stworzyłem sobie jego wyraźnego obrazu w wyobraźni, nigdy tego tak bardzo nie potrzebowałem. Mimo wszystko rzeczywisty Jakuck, przez który dziś niespiesznie przejechałem, był inny od tego czego się spodziewałem. Wszystko w tej Jakucji jest inne od spodziewanego. Począwszy od asfaltu na głównej M56 Skoworodino-Jakuck, po kolej doprowadzoną do Niżnego Bjestjaha (prawobrzeże Leny, na przeciw Jakucka). Miało być niemożliwe kładzenie torów na wiecznej zmarzlinie, a jakoś położyli. Może po rusku. Póki zmarzlina nie rozmarznie to pociągi jeździć będą, a potem sie zobaczy.
       Jakuck im bliżej centrum, tym bardziej upodabniał się do byle jakiego, komunistycznego miasteczka syberyjskiego. Na zewnątrz stały stare domy drewniane, takie jamniki jednopiętrowe, kryte eternitem. Niektóre obłażące z niebieskiej farby, inne ocieplone i otynkowane, jeszcze inne przykuwające wzrok surowym drewnem, niczym nie zabezpieczonym. Bliżej centrum stawiano nieco bardziej nowoczesne blokhauzy wielopiętrowe, już ogacone styropianem i otynkowane. A w centrum stały siermiężne do bólu zębów, sześciany z wielkiej płyty. Wiele z nich miało puste, bez życia, oczodoły okien, ale partery zajęte przez handel. Handel jak to bywa w tych dzikich rejonach Syberii, ukryty, zamaskowany, chociaż pięknie reklamowany plakatami z wydrukowanymi na ploterach, soczystymi zdjęciami owoców, jarzyn, uśmiechniętych, półnagich kobiet cieszących się jak głupi z sera, tylko dlatego że otwierały plastykowe okna, lub drzwi, albo uruchamiały mechaniczną piłę do rżnięcia drewna, myjące samochody, naprawiające samochody, trzymające części zamienne do samochodów, opony, bagażniki dachowe, okna, felgi aluminiowe, spreje z lakierami. Ale kiedy tylko człowiek się zatrzymał, wnikliwie spojrzał, albo nawet zaszedł w poszukiwaniu tego lub owego, okazywało się, że malunek na posterze ma się tak do rzeczywistości, jak to co mówi prezes Jarosław, do tego co myśli.
       To czy dany sklep ma wielki napis "my odkrylis" (właśnie otwarty), czy najbardziej seksistowską reklamę swych produktów/usług w mieście, nie znaczy, że jest w ogóle jeszcze działający, że ma na składzie to czym raczy się szczycić w reklamie. Ja szukałem automatu "prijem platieży". To takie, najczęściej zielone automaty do przyjmowania opłat za różne, rosyjskie udogodnienia. Od internetu i telefonu, po wodę, gaz i inne sprywatyzowane dobrodziejstwa. Mnie chodziło o internet, który przestawił się na działanie w roamingu i co chwilę kończył mi się limit przesyłu danych. Każde kolejne województwo rosyjskie, to jak inne państwo w Europie.
       Zwiedzanie Jakucka zostawiłem sobie na później, kiedy przyleci Iwona i będziemy mogli razem, spokojnie zobaczyć to co chcemy. Ale zanim jeszcze wjechałem do stolicy Jakucji, dzisiejszy dzień zaczął się od spotkania z jagerem. Tak siebie nazwał starszy pan z psem na smyczy, jaki zawitał do mojej Toyoty w kamieniołomie. Przejeżdżał właśnie UAZem w niewiadomym kierunku i spostrzegł mój samochód. Przyszedł z ciekawości, pogadaliśmy i poszedł. Sam nie wiem jak się domyśliłem, że jest gajowym, czy leśniczym. Może mi to objaśnił, a może ten 'jager' skojarzył mi się z rogami jelenia z jagermaister.
       Potem pojechałem prawie 200 kilometrów po nowym asfalcie do Niżnego Bjestajaha, gdzie pośród licznych stacji benzynowych, sklepów, restauracji, jakby to był najważniejszy węzeł komunikacyjny Jakucji, było niepozorne, nieoznakowane skrzyżowanie. Na nim należało skręcić w lewo, w dół, do rzeki Lena. Ja je przejechałem, w ogóle nie zauważywszy nawoływań GPSa abym skręcił, ani nawet samego skrzyżowania nie zauważyłem. Zawróciłem i puściłem się w dół, rychło zaczęła się szutrówka i skręty nad brzeg rzeki, do stanowisk licznych, prywatnych promów. Na końcu drogi dojechałem do przystani promów pasażerskich.
       Przystań w rosyjskim stylu to piaszczysta, zaśmiecona, obstawiona budkami z gównianym żarciem plaża, po której, w kurzu, po dziurach jak leje po hitlerowskich bombach, kręcą się japońskie osobówki. Przepychają się jak klienci sklepu, którego kierownikiem był Gajos, w filmie Barei. Nie obowiązują tu żadne zasady dobrego wychowania, bo w Rosji radzieckiej, a tym bardziej postradzieckiej, nikt dobrego wychowania w domu, czy szkole nie otrzymał. Obowiązuje zasada jak z indyjskich pociągów drugiej klasy - 'kto pierwszy ten lepszy, a kto ostatni ten głupi'. Jak ktoś jest frajerem, to na pewno na głupka nie chce wyjść, bo to byłby już ostatni gwóźdź do trumny jego męstwa. Więc gdy tylko zoczyłem co się święci, dałem w gaz Toyocie, bo nic mnie tak nie nakręca jak ludzka bezczelność. Wepchnąłem się pierwszy na prom.
       Upakowali nas jak sardynki w puszce z dobrej firmy, takiej co jeszcze nie oszukuje na jakości swych produktów jak Mercedes. Prom to stara barka, masowiec, do przewozu urobku z kopalni po Lenie. Ucięli jej pokład, dospawali poszerzenia, aby więcej samochodów weszło, dorobili wjazd opuszczany na linie z elektrycznego silnika i takiż sam zjazd, oba po przeciwnych burtach. Stateczek był szmelcem już jak się urodził, a po kilkudziesięciu latach służby był wrakiem poobijanym jak stary Mercedes w Libanie. Silnik miał taką kulturę pracy, jaką wrażliwość na sztukę miał radziecki kierowca ZILa. A dziś ten silnik jest tylko ogryzkiem tego czym był za młodu. Temu podobne promy jeno śmigają po Lenie, w te i we fte. Ale są też inne, tradycyjne, z czasów przemian. Pordzewiała barka i uczepiony do niej za dziób, stalową liną, steczek dawniej służący milicji jako ścigant na rzece. Ciekawostką jest dystans do przepłynięcia i cena za fracht. Lena tutaj ma na oko ponad trzy kilometry szerokości, podobnie jak Mekong w Kambodży, który przepływaliśmy czółnem, wraz z wypożyczonym przez nas skuterem marki Honda. Lecz tam płynęło się na skuśkę, tutaj rejs jest długi, ma kilkanaście kilometrów. Płyniemy po wielkim skosie, między wysepkami. Z prądem jakoś idzie, ale jak będzie z powrotem? Chociaż wracać mi się nie chce. Koszt frachtu to prawie 50zł. Co by powiedzieli mieszkańcy Świnoujścia gdyby kazano im płacić za prom do domu tyle pieniędzy?
       Jakuck już na wstępie dał mi powód do wzburzenia. Najpierw szukanie odpowiedniego promu, potem wjazd na prom, przeciskanie się samochodem przez tłum innych, jakbyśmy wszyscy chcieli wejść do jednego kina, na pierwszy seans następnego odcinka Gwiezdnych Wojen. Następnie wysiadam z gabloty na promie i spotykam się z tymi kierowcami, co przed chwilą chcieli mnie staranować aby wjechać na barkę. Nieodgadnione, zimne, pozbawione zrozumiałych dla białego emocji, podobne do chińskich, trójkątne, płaskie twarze Jakutów i te zwierzęce mordy noworuskich. Występuję jak na scenę, każdy wlepia w turystę gały, ale z dystansem, nie garnie się jak Azjata z południa, jest sceptyczny, bardziej z poczucia wyższości, jakby mówił sobie - co mi tam kolejny turysta z Jewropy, ja tu jestem panem na swoim. Podejrzliwy, ale tak na prawdę spala się z ciekawości, chce podejść i zapytać, zapoznać się, uścisnąć rękę, pokazać innym, że to ja pierwszy podszedłem i z obcym się dogadałem, a wy wystraszone kmioty nie. Obsługa promu traktuje klientów jak zło konieczne, dyryguje kierowcami jakby byli tu z nadania samego Putina, a przewozili przez rzekę z nudów i chęci zrobienia mieszkańcom lewobrzeża łaski.
       Łaska kosztuje i to niemało. Ale na drogach Rosji panuje kult męskości, macho, prężenia muskułów, ten lepszy, kto bardziej arogancki. Nie ważne czy to prom, parking, autostrada, szutrówka, dukt w tajdze. Rosja to świat zwierzęcych instynktów. Mężczyźni mają być męscy, a kobiety do przesady kobiece. Dzięki temu można spostrzec i podziwiać tutaj archetypy tych przeciwstawnych płci. U nas ewolucja kultury osobistej, stosunków społecznych, wpływu elit na plebs, zasad współżycia, wyzuła z tak silnych emocji ten świat codziennej walki o byt w świecie wymagającym wysiłku aby przetrwać, aby utrzymać się na powierzchni. W Europie nie trzeba się starać. Od urodzenia masz swoją pozycję społeczną zapewnioną na minimalnym poziomie. Jeśli chcesz się przeciskać łokciami jak Ruski pod promem, to system szybko ci te łokcie spiłuje, system boi się takich przebojowych gości, a prężących muskuły, czy wypinających tyłki panienki, zakwalifikuje do szuflady z napisem 'margines'.
       Jeśli staniesz w kolejce do kasy w supermarkecie cichutko, spokojnie, uprzejmie przepuścisz starszą panią, dziecko, pana z pojedynczym towarem do zakupu (flaszka), to reszta zrozumie, żeś kiep i cię ominą, a ty będziesz się kłaniał w pas, uśmiechał i był dżentelmenem jak pan Ilo, w nieskończoność, aż sklep zamkną, a pani sklepowa powie ci z poczuciem wyższości godnym Mussoliniego - zakryto - każe ci odstawić koszyk i wyjść z pustymi rękami. To samo się stanie, kiedy będziesz stosował europejską kulturę przy wjeździe na prom, stojąc na światłach ruchu wahadłowego przy remoncie mostu, albo w drzwiach autobusu, wreszcie w rosyjskiej kolejce do okienka z napisem 'szczęście i powodzenie'. Tak się wymądrzam, a na końcu tej podróży, sam staranowałem Rosjanina na moście z ruchem wahadłowym.
       Jednakowoż ci sami ludzie mogą okazać się do przesady gościnni, wręcz namolni, pomocni, oddadzą ci to co mają dla siebie, nie pomyślą, że można zamiast suto zastawionego stołu postawić krakersy i wodę w szklance, wreszcie będą się bawić z tobą i wódką do białego rana, jakby następny dzień nigdy już nie miał przyjść, będą pewnie też kochać na zabój i wierzyć, być wiernymi, lojalnym, zaangażowanymi jak matka Teresa. Przecież to wszystko ma wspólne źródło. My w Europie założyliśmy maski, ukryliśmy swoje prawdziwe JA, za fasadą pozorów, uwarunkowań, po to tylko aby lepiej się przystosować, wygrać konkurencję. A Rosjanie im bardziej w dzicz, tym są prawdziwsi. Jak chcą wjechać na prom, to nie myślą o zasadach dobrego wychowania, ale o celu, jak chcą wyeksponować swoje najlepsze cechy, bo są w odpowiednim wieku do zamążpójścia, to nie będą zgrywać niedostępnej, ubranej w rozciągnięty sweter, albo inne uniseksy dziewoi, tylko wypną tyłek, wystawią cyc ile się da i pocałują pierwszego, który da im to na czym im zależy, bo w odróżnieniu od niezdecydowanych dziewczyn z UE, Rosjanki wiedzą czego chcą. Jak się bawić to trzeba kupić dwa litry wódki, jak gościć to należy zarżnąć barana i sprosić sąsiadów, jak zarabiać pieniądze, to tak aby Arabusom gały wyszły ze zdziwienia, jak nienawidzić to zabić, jak kochać to do końca życia. Nie można więc porównywać cywilizowanych ludzi z Europy z Rosjanami, zwłaszcza z rubieży Syberii, na podstawie bezpośredniej oceny ich zachowań. Różnimy się w źródle naszych postępków, co innego nas motywuje do działania, mamy założone inne maski, wyrachowane kagańce na emocje.
       Następnego dnia pojechałem na jakuckie lotnisko, aby odebrać Iwonę. Okazało się, że Jakuck leży w hongkońskiej strefie czasowej, a nie jak powinien w seulskiej. Więc przyjechałem godzinę za wcześnie. Parking pod lotniskiem jest płatny, na szlabanie odbiera się kartę i potem płaci. Wychodzi 6.22zł za godzinę. Więc postawiłem samochód dalej, pod sklepem. Wszedłem na teren nowoczesnego z wyglądu, budynku portu lotniczego. Oczywiście trudno było domyślić się, które ze szklanych drzwi należy szarpać aby dostać się do środka. Zupełnie jak ze sklepami. W środku panowała jednak typowa dla lotnisk atmosfera światowej nowoczesności, bycia w miejscu dobrze znanym, obcowania z ludźmi przylatującymi z najdziwniejszych miejsc Syberii i ze znanych miejsc Azji, atmosfera wyczekiwania, napiętego spokoju i stania jakby jedną nogą już w miejscu docelowym, z dala od Jakucji. Na lotniskach zawsze czuję się jak światowiec, obywatel Ziemi. Stąd wszędzie jest blisko i szybko. Zwykle ściskam w garści plik kart pokładowych na ten i następne połączenia. Marszruta już jest wytyczona, a ja jestem tym małym punkcikiem przesuwającym się po mapie w zaplanowanym kierunku.
       Teraz wałęsałem się bez celu, podglądając podróżnych, co jakiś czas kontrolując na wyświetlaczu spóźnienie samolotu Iwony. Najbardziej interesowali mnie ludzie wyłaniający się spoza oklejonych reklamami drzwi wahadłowych, ci którzy odebrali już swój bagaż i właśnie mieli zstąpić na jakucką ziemię. Samolotów oczywiście widać nie było, więc pojawiali się jak wyciągnięte, z czarnego cylindra magika, białe króliki. Wychodzili na wywołanie i wyobrażałem sobie miejsca skąd się wzięli. Samolot z Tiksi. To maleńkie miasteczko na wybrzeżu morza Łaptiewów, niedaleko ujścia Leny. Pamiętam jak planowałem spływ tratwą, ponad 2500 kilometrów, z Jakucka do Tiksi, przez najdziksze rejony wschodniej Syberii. Tiksi było takim magicznym celem, jak Indie dla Kolumba. Znałem Tiksi zanim zdecydowałem się tam popłynąć. Ale w końcu zabrakło odwagi.
       Potem samoloty z innych, bardziej egzotycznych, maleńkich osad rdzennych mieszkańców Syberii. Wchodzili ludzie o nieco innych twarzach, ale ubrani tak jakby weszli na lotnisko z dworu, z miasta Jakuck. Mimo, że przylatywali z miejsc tak dziwnych, zazwyczaj niedostępnych w lecie dla samochodów, byli normalnymi ludźmi, a jednak jacyś inni, jak Aborygeni dla Jamesa Cooka. W końcu wyszła tez Iwona.
       Pokręciliśmy się z Iwoną po Jakucku, zrobiliśmy zakupy i wymieniliśmy pieniądze po bardzo dobrym kursie. Im dalej od cywilizacji, tym kursy walut są lepsze. Potem pojechaliśmy do znanego mi już lasu, na zachód od miasta. Dziś impreza powitalna. Mamy wino z Czile, które Marian dał nam na odjezdnym w Polsce. Dokupiłem jeszcze do tego, dla kontrastu i wyeksponowania klasy czilijskiego, dwa miestne szampany o niecodziennie przykrym smaku. Iwona przywiozła kawałki znanego mi świata. Dwa kozie sery francuskie, a do obiadu... dziś kupiłem kawałki kurczaka, co był doprawiony na grila, a ja je ugotowałem... a więc do obiadu majonez Winiary i chrzan Dymeckiego. Rosja socjalistyczna i postsocjalistyczna nigdy nie ekscytowała wykwintnymi smakami, ludy żółte Syberii też nie miały bogatej w doznania kuchni. Nie ma co tu próbować. Jedyne co warto, to kuchnie chińską i japońską, no może też koreańską, ale to w restauracjach dla noworuskich, za zbyt duże dla nas pieniądze.
       Rano wróciliśmy do centrum Jakucka, aby pozwiedzać muzea i miasto. Zaczęliśmy od muzeum regionalnej tradycji, przy ulicy Lenina, gdzie akurat dziś, w sobotę, rozłożył się targ staroci. W Polsce to nic wielce ciekawego, ale w Jakucku... to już zupełnie inna materia. Starocie z czasów komuny są dla przyjezdnych z Europy prawie jak odkrycia archeologiczne. Co nieco nawet kupiliśmy. Podarki dla znajomych Iwony i dla Toyoty. Ściany naszego domu na kółkach upstrzą kolejne souveniry z ekscentrycznie egzotycznych miejsc.
       Zaszliśmy także do nudnego jak flak muzeum archeologicznego, a ponad nim do muzeum mamutów i odkryć archeologicznych, dawnych zwierząt sprzed tysiącleci, zamarzniętych w wiecznej zmarzlinie. Obejrzeliśmy film o odkopaniu zupełnie świeżego mamuta, z którego nawet pobrano próbki krwi, może uda im się odtworzyć mamuta żywego. Pracują wciąż nad tym. Był tak dobrze zachowany, że mięso wyglądało jak steki na grila.
       Pokręciliśmy się jeszcze po centrum. Zaszliśmy na targ miodów z całej Rosji. Popróbowaliśmy jednego z najbardziej znanych na świecie, miodu z Baszkirii. Miodu który wydobywa się z barci dziko żyjących pszczół. Przedziwne smaki. Ale ceny zupełnie nie dla nas. Nawet kupić na prezent nie mogliśmy. Za kilogram od 80zł do 120zł.
       Zaszliśmy na obiad do Uzbeków. Sprawiliśmy im przyjemność opowiadając o naszej zeszłorocznej podróży do ich ojczyzny. Oni sprawili nam mniejszą swoim jadłem. Ale nie było drożej niż w Polsce. Podyskutowaliśmy sobie także z przedstawicielami kompanii telefonii komórkowej MTS. To firma na całą Rosję. Kupiłem u nich w Omsku internet, który w Czita przestał działać. Miał być na całą Rosję, a okazało się, że nie dosyć, że MTS podzielił kraj na województwa i między województwami ma takie stawki jak między państwami Unii Europejskiej, czyli roaming jak tylko wjedziesz do następnego województwa, to na dodatek podzielił Syberię na trzy strefy, zachodnią, centralną i wschodnią. To co miało działać na całą Rosję, działało tylko na strefę centralną. Każda strefa ma inne taryfy i inne promocje. Pan w Jakucku w ogóle nie znał tej taryfy, jaką kupiłem w Omsku. Oni mają tu inne. Przynajmniej był na tyle rozgarnięty aby nam wytłumaczyć, jak system działa. Pani kierowniczka wielkiego sklepu MTS w Omsku, nie potrafiła tego zrobić. Tu każdy się dziwi, że chcemy internet na całą Rosję - po co? - pytają - mamy bardzo dobre taryfy na nasze województwo. I nadal nie pojmują, że my jesteśmy tu tylko przejazdem.
       Jednak zostaliśmy kolejną noc w naszym lesie. Jutro jesteśmy umówieni z Timem, który pracuje w lokalnej telewizji. Mamy kilka trudnych pytań, na które nie możemy znaleźć odpowiedzi w internecie, a i pytani, przygodni ludzie nie potrafią nic nam nowego powiedzieć. Oczywiście jak wszędzie w dzikich krajach, obowiązuje zasada - znam tylko najbliższą okolicę, a co dalej... kto to wie. Jak ten inżynier z kolei, z Tyndy, co nigdy nie był dalej od Tyndy jak 400 kilometrów, nie wiedział nawet, że linię kolejową dociągnięto pod Jakuck. Ciągle i wszędzie w Azji natykamy się na taki mur braku informacji. Ludzie nie chcą wiedzieć nic więcej ponad to co jest im potrzebne do przeżycia w swojej wiosce. Z drugiej strony rzadko spotykamy ludzi nieco bardziej rozgarniętych, z którymi można pogadać szerzej, którzy mają inny od proletariackiego, jakiś w ogóle, punkt widzenia. A co do informacji od innych podróżników?... Zwracają uwagę na rzeczy dla nas mało istotne. Mnie wystarczy zjeść raz na parę miesięcy majonez Winiary i nie potrzebuję szukać w dzikich krajach restauracji gdzie mógłbym zjeść coś typowego dla kuchni polskiej, albo zażyć komfortu w hotelu, jak w domu, czy dojechać do miejsca opisanego w przewodniku jako 'obowiązkowy landmark'. W Jakucku pytają nas czy chcemy popłynąć zobaczyć Leńskie Stołby, takie skały wyrastające z brzegu wielkiej Leny. Wycieczka droga w cholerę, a widoczek... pewnie na miarę Syberii bajeczny, ale widziałem lepsze w innych częściach Azji. To, że wszyscy tam jeżdżą też mnie nie przekonuje, raczej zniechęca. Jak coś robią wszyscy, znaczy jest to mało wartościowe. Wolę pokręcić się po tajdze, znaleźć pozostałości jakiegoś sioła, zakładu pracy, czy tjurmy pośród drzew. Samo domyślanie się co tu było jest ciekawsze od Stołby. Przynajmniej dla mnie. Połazęgować po zwykłych kwartałach starych domów mieszkalnych Jakucka. Zrozumieć jak kiedyś budowali aby domy nie zapadały się w topniejącej, wiecznej zmarzlinie, a jak budują dziś. Pstryknąć parę zdjęć zwykłego życia Jakutów w mieście albo na wsi, te ich ogacone szmatami rury ciepłownicze, powyginane ściany zapadających się mimo wszystko budynków, stare drewniane szeregowce, tu zatopiony w błocie plac zabaw dla dzieci, tam zdychająca fabryka konstrukcji i materiałów budowlanych, założona w 1975. A przyroda jaka jest piękna wszędzie, nie tylko tam gdzie jeżdżą wszyscy, bo tak każe Lonely Planet! Wiem... przekora jest trudna do zniesienia nie tylko dla mnie samego.
       Jednak nie było nam dane nocować w naszym lesie, tego wieczoru. Timur, z którym następnego dnia mieliśmy się spotkać, zapytał nas przez facebooka, czy mamy ochotę wpaść na imprezę urodzinową do jego znajomych, na daczę za miasto. Po to jest zasięg internetu w lesie. Oczywiście mieliśmy ochotę zapoznać Jakutów. Grupa znajomych pracujących w lokalnej telewizji, ludzie w okolicach pięćdziesiątki, za wyjątkiem naszego Timura, młody chłopak który studiował w Polsce i tam kilka lat pracował. Był jeszcze Iwan, biały Rosjanin z włoskim paszportem. Ma żonę i dwie córki w Mediolanie. Towarzystwo było już po pierwszych drinkach i nieźle się bawili. Przyłączyliśmy się do nich na długo, skończyliśmy dopiero po wschodzie słońca.
       Takie swobodne spotkania to idealna okazja do wymiany informacji. Wprawdzie Jakuci byli nowoczesnymi ludźmi, w niewielkim stopniu kultywującymi tradycję ojców, ale mimo to warto było rozmawiać na tematy, które raczej rzadko są poruszane w opowieściach podróżników. Dowiedzieliśmy się, że mieszanych małżeństw jest sporo, że język jakucki, gardłowy, podobny ze słuchu do arabskiego, jest drugim oficjalnym w Republice Saha. Ludzie używają go na codzień, działa wymiennie z rosyjskim, a tradycyjne piosenki jakuckie mają też słowa rosyjskie. Nasi nowi znajomi okazali się niezwykle muzykalni, więc przygrywali do śpiewu na dwóch gitarach i garmoszce.
       Jak to w odległych republikach Rosji bywa, nie są zadowoleni z polityki Moskwy. Czują się wyzyskiwani jak kolonia. Diamenty i złoto jest wywożone, a inwestycje w cywilizowanie regionu, są znikome. Mieli budować most przez Lenę, ale akurat wynikła wojna z Ukrainą i o wszystkim zapomniano. Miasto nadal, na wiosnę i jesień, kiedy Lena odmarza albo zamarza, czyli cztery miesiące w roku, jest odcięte od głównej drogi dojazdowej. Kolej doprowadzono, ale już od wielu lat obiecują uruchomić przewozy pasażerskie i nic z obietnic nie wynika.
       Jakuck jest od czasów XIX wieku stolicą północno-wschodniej Syberii i ośrodkiem cywilizacji dla kopalń, rozsianych po pustkowiu. W pobliżu miasta jednak nie ma przemysłu, ani kopalni. Są rozsiane po olbrzymim terenie pustki syberyjskiej, prawie dziesięć razy większej od Polski. Wydobywa się tutaj 20% światowych diamentów, złoto, srebro, wolfram, miedź, węgiel, ropę i gaz. Miasto Jakuck założyli kozacy Jermaka, którzy w tajnym porozumieniu z carem, kolonizowali północną Syberię. Południowa była pod władzą chanatu Mongolii. Pierwsza osada powstała w 1632 roku. Na całe stulecia przed założeniem takich ważnych w dzisiejszych czasach miast jak Nowosybirsk, Krasjonarsk, Irkutsk. Po odkryciu złóż złota i innych cennych kopalin, Jakuck stał się typową stolicą poszukiwaczy przygód, zesłańców, dorobkiewiczów podobnych Wokulskiemu. Bezprawie, nierząd, handel, zabawa, przez okrągły rok, to było oblicze Jakucka. Poza tym miasteczkiem jak ze spagetii-westernu, nie było w całym regionie nic prócz maleńkich osad Ewenków, Jakutów, Jukagirów, Dołganów i innych nacji. Transport odbywał się po rzekach, tak w lecie, łodziami, jak i zimą, saniami. To chyba był najciekawszy czas dla Jakucji, potem przyszły siermiężne czasy Rosji radzieckiej i następnie krwiożerczy kapitalizm. Jakuci nazywają siebie Saha, a nazwa Jakut pochodzi jak to zwykle z nieporozumienia, kiedy kozacy odkrywali te tereny dla zachodniej cywilizacji.
       Na szczęście impreza z Jakutami, ludźmi rasy żółtej, nie może być zbyt mocno zakrapiana alkoholem. Ludzie ci nie potrafią przyswoić tyle alkoholu co biali. Więc i my nie upiliśmy się zbytnio. Za to było wesoło, głośno od śpiewu i tylko czasami zapadała cisza, kiedy Sasza, najlepszy śpiewak, pytał nas o polskie piosenki, a my jak te ryby wyciągnięte z Leny, otwieraliśmy usta i nic... Nasza muzykalność opiera się na słuchaniu cudzej nuty. Żona Saszy pracuje w turystyce, więc nawiązaliśmy przy okazji ciekawe kontakty na przyszłość.
       Rozmowa z ludźmi na poziomie, to coś zupełnie innego niż przygodne pogaduszki z kierowcami ciężarówek, pracownikami stacji paliw, czy policjantami. Można zrozumieć, że w obcych, dalekich krajach ludzie którzy mają także szersze horyzonty i często żyją na podobnym, lub wyższym poziomie od typowych Polaków, mają podobne zainteresowania i problemy. Ot chociażby narzekają na niskie zarobki, oszukują na podatkach i nic nie rozumieją z życia podróżników. Zupełnie jak Polakom, wydaje się im, że podróż dla nas to hobby, że jeździmy za nadwyżki finansowe, które pozostają nam po spełnieniu obowiązków normalnego życia w Polsce, oraz że wydajemy lekką ręką na wszystko w imię zasady turysty - przecież już chyba tu nigdy nie wrócę, więc raz się żyje. Nasi znajomi Jakuci też co roku wybierają się na zagraniczne wycieczki, dalej niż my. Sądzą, że oszczędzają lecąc samolotem z last minute i nocując po tanich hotelikach o niskim standardzie. Podliczając, wydają dwa, trzy razy więcej niż my, a niski standard dla nich, to wysoki dla nas. Był to moment, abyśmy z Iwoną ponownie zauważyli, że poziom konsumpcji na jakim my egzystujemy jest mniej więcej na wysokości polskiego bezrobotnego, żyjącego z zasiłku, albo renty matki. Tyle nam bowiem zostaje po odliczeniu kosztów transportu.
       A jakie pielgrzymki odchodziły do naszej Toyoty! Ileż to słów zdziwienia musieliśmy się nasłuchać w jej imieniu. Oczywiście chcieli nas z dobrego serca ugościć i nie mogli wierzyć, że mamy lepsze luksusy w samochodzie.
       Osobny temat rozmów to propaganda wschodnia i zachodnia. Porównywaliśmy czym karmią nas w Europie a ich w Rosji. A jest co porównywać. Nasi znajomi także nie pochwalają wojny rosyjsko-ukraińskiej, napaści USA na kolejne kraje islamskie, ale mają na to trochę inny pogląd niż my. Ciekawe też mają spostrzeżenia wobec polityki imigracyjnej EU i Polski.
       Wszystkie dziewczyny uczestniczące w imprezie, studiowały razem historię w Jakucku. Dowiedzieliśmy się nieco o historii Jakutów. To była dość spora społeczność i mocno zróżnicowana. Rusyfikacja i zmiana religii następowały łatwiej, również z tego powodu, że nie istniała tu wcześniej żadna, zinstytucjonalizowana religia, tak jak na przykład u Buriatów panował Buddyzm. Wierzenia animistyczne nigdy nie przekształciły się w rozbudowany konglomerat klerykalny. Jakuci, mimo podobieństwa do Chińczyków, są nacją turecka, tak jak między innymi Ałtajcy. Ich języki brzmią podobnie i jedni z drugimi mogą się dogadać.
       Ojciec Saszy był myśliwym, zabierał więc czasami syna na zimowe polowania. Nocowali bezpośrednio na śniegu, w siarczystym mrozie. Pod plecy kładli skórę renifera, a drugą się przykrywali. Nigdy nie zmarzli. Wilgotność była zerowa, więc skóry nie nasiąkały. Do dziś wiele osad Ewenków, to jurty ze skór, a oni ubierają się tylko z skóry reniferów i nie palą ognisk, bo tak daleko na północy nie ma drzew. Pomyślałem sobie, jak bardzo człowiek nie pasuje do ziemskiej przyrody. Każde zwierzę jest doskonale przystosowane do życia w klimacie, w jakim egzystuje od tysiącleci. Patrzyłem na konie brodzące w bagnistych łąkach. Meszki nas atakowały i nawet w odpowiednim ubraniu, oraz nasmarowani specyfikami, nie byliśmy w stanie spokojnie robić zdjęć, bo owady gryzły jak diabli. A konie nie miały problemów. Futro renifera o specyficznych włosach pustych w środku, jak rurki, jest niezwykle ciepłe, sierść tworzy miąższ jak gruby na kilka centymetrów polar. Cały wieczór siedzieliśmy na takim futrze. Człowiek nie pasuje i musi wynajdywać sobie co i rusz jakieś protezy aby przeżyć w przyrodzie, aby bez końca rozbudowywać swoją populację, aż sama staje się dla siebie zagrożeniem. Nie pasuje do przyrody, nie pochodzi z niej, nie jest z nią tak związany jak reszta zwierząt i może dlatego łatwo przychodzi mu jej niszczenie.
       Pospaliśmy do dziesiątej i z mrozu, o czwartej rano (słońce wstaje tu o 3:21), było zaledwie jeden stopień ciepła. Ale już o dziesiątej były 24 stopnie. Noce są tu krótkie w lecie i jakieś takie szare. Jesteśmy tak daleko na północ, jak środkowa Finlandia. Więc petersburskie, białe noce, są tutaj sporo jaśniejsze. Ale to już koniec lipca, więc noc się wydłuża, a za miesiąc można spodziewać się przymrozków. Podobno to lato jest wyjątkowo zimne. Najstarsi górale jakuccy takiego lata nie pamiętają. Mnie zimno pasuje, przynajmniej pełna odzież nie wadzi, kiedy chcemy chronić się przed owadami. A tu na nizinie jest sporo meszek, Jakuck leży dość nisko, jedynie 125m n.p.m., a dookoła góry, z każdej strony. Tegorocznych meszek jest na prawdę dużo. Coś jak much w Australii. Nie za bardzo biorą się do roboty, słabo gryzą, ale oblepiają jak kurz z drogi, kiedy przejedzie rozpędzony Kamaz. Na razie innych owadów brak.
       W niedzielę wróciliśmy na wschodni brzeg Leny. Jak zwykle na zakończenie weekendu, zobaczyliśmy całe sznury oczekujących na prom zdążający do Jakucka. Policja musiała pilnować porządku, a promy, w dużej ilości, nie nadążały zabierać samochodów. Płynie się około półtorej godziny. Więc kolejka pewnie rozładuje się w nocy. Dobrze, że płyniemy w przeciwnym kierunku. My na noc zjechaliśmy na małą plażę, nad leśne jezioro. Nikogo nie było, mimo że woda dość ciepła, słońce praży, lekki wiaterek chłodzi, ale... meszki oblepiają dokładniej od odzieży z spandexu. Zrobiliśmy pranie, zjedliśmy najlepsze śledzie w oleju jakie kiedykolwiek kupiłem w Rosji, no i poszliśmy wcześniej spać, aby odespać imprezę u Jakutów. Jutro niespiesznie ruszamy dalej na wschód, kierunek Magadan. Ale najpierw Ojmiakon. Wczoraj spotkaliśmy trzech Francuzów jadących terenowym Sprinterem. Wracali właśnie z Magadanu i przekazali nam najświeższe informacje o drodze. My zrewanżowaliśmy się informacjami o alternatywnych drogach nad Bajkał. France przedstawiali sobą typowy obraz turystów jadących na wyprawę życia. Chyba od dawna się nie myli, meszki mogły ich namierzać po zapachu z odległości kilometrów, samochód wyglądał podobnie do nich. Ale kierowali się teraz na Mongolię, gdzie chcą posiedzieć miesiąc. Głowy pełne wrażeń, radość z wakacji, beztroska... ahoj przygodo!
       Następnego dnia wyjechaliśmy na drogę kołymską zatopioną w gęstym, szarym, gryzącym w gardło pyle. Do Czurapcza, sporej wsi, ruch był nawet uciążliwy, chociaż ciężarówek ciągle niewiele. Dziś nie padało, więc każdy, przejeżdżający szybko Jakut wzbija, trudną do przeniknięcia wzrokiem, zasłonę kurzu. Trzeba zwalniać aby trafić w drogę, a nie do rowu, czy na czołówkę z jadącym jeszcze szybciej, Jakutem w nowym Land Cruiserze, wyprzedzającym wszystko z marszu. Szuter był dość dobry i pozwalał nawet na 60km/h. Oczywiście miejscami był dziurawy, ale w okolicy większych wiosek położono asfalt. Tarki jak na razie nie zauważyłem. Średnia z całego dnia wyszła nam prawie 40km/h, czyli całkiem nieźle.
       Tak oto zaczęliśmy naszą podróż po znanej "drodze na kościach". Ja ją nazywam 'via egnatia'. Iwona dla zabicia czasu czyta książkę Badera, z jego podróży po tej drodze. Dyskutujemy niektóre fragmenty. Autor zastanawia się dlaczego tyle lat po rozpadzie komuny, nadal stoją w Magadanie pomniki oprawców, tych którzy wnieśli znaczący wkład w wydobycie złota, srebra, oraz budowę naszej drogi, ale rękami zamęczanych na śmierć więźniów politycznych. Jeździ tyle lat po Rosji, a nadal nie wychodzi mu rozumienie jej mieszkańców. Ciągle porównuje Polaków do Rosjan i zastanawia się dlaczego Rosjanie nie są tacy normalni jak my. A może tylko szuka sensacji? Rosjanie przecież w odróżnieniu od nas Polaków nie żyją przeszłością, nie budują z narodowego upodlenia, klęsk, heroicznych zrywów, niezniszczalnej, jak ze spiżu, postaci martyrologii. Nie chowają tak głęboko w pamięci społecznej poczucia niesprawiedliwości, skrzywdzenia, pretensji i nienawiści. Łatwiej przychodzi im wzbudzić energię do planowania przyszłości, realizowania nawet najgłupszych planów, patrzenia z ufnością w swoich tyranów, aniżeli rozpamiętywania przeszłości, szukania winnych i potwierdzenia swej wielkości w oczach innych. Poza tym należy pamiętać, że Rosja to dziś geny przede wszystkim chłopo-robotnicze. Aby tu dorobić się czegokolwiek, trzeba się nieźle łokciami rozpychać. Czy tacy ludzie, dzisiejsza elita władzy, ma czas i chęci myśleć o tym co było? A zwykli ludzie, czy ich interesuje przeszłość, skoro media karmią ich cały czas nowinkami mającymi zmodelować ich spojrzenie na przyszłość Rosji. Ta niewielka grupa intelektualistów rosyjskich nie ma znaczącego wpływu na mentalność społeczną, na decydentów, wreszcie na kształtowanie rzeczywistości rosyjskiej. Dlatego w sondzie ulicznej nikt nie wie kogo pomnik stoi w parku, a jeśli już, to czym ów uwieczniony w brązie się zajmował za lat swej świetności. To dlaczego Polacy kochają swoją martyrologię, też z czegoś wynika, nic nie powstaje w próżni. Ale tu odsyłam do prac Andrzeja Ledera.
       Porównywanie do normy, do nas samych, nie jest najlepszą drogą do pojęcia lokalnej kultury. Ale najłatwiejszą, dlatego sam często na nią niepostrzeżenie schodzę i dlatego nią kroczą zwykle turyści, że o czytelnikach małopodróżujących nie wspomnę.
       Jedziemy dalej, mijamy kolejne małe wioski i te większe. Nie wyglądają jak ogryzki jabłek rzucone przez przypadek w błoto. Tu się stawia nowe domy, asfaltuje drogi, rozkręca biznes. Może Moskwa ma swoje, krwiożercze zasady rozliczania z wydobycia cennych minerałów, ale jednak lokalne społeczności skądś biorą pieniądze na inwestycje w potężne stadiony do świętowania swoich folk-spotkań, przy drodze stawia się rozbudowane parkingi z tradycyjnymi jurtami drewnianymi, krytymi darnią, stoły, ławki, WCety. Jakoś w Buriacji, województwie czityjskim, takich nie widziałem. Zanocowaliśmy przy jednym z takich parkingów. Łąki wzdłuż rzeki Tamma są koszone na potrzeby odkarmiania stad krów i koni w zimie. Teraz spacerują sobie po bezkresnych trawach, ale w zimie przecież trzeba je zagonić do obór. Zwłaszcza krowy nie wyglądają na takie, co to wykształciły sobie na grzbiecie, w procesie doboru naturalnego Lamarck'a, futra godne reniferów.
       Rano nie spieszyliśmy się z wyjazdem. Wyszło słońce, więc był prąd aby popracować przy komputerze, potem czas by zrobić poranną praktykę yogi. Owadów nie było. Wyruszyliśmy na trasę przed jedenastą i po 20-stu kilometrach dojechaliśmy do sporej wioski Czierkieh (dawniej Czjorkjoh). Na jej wschodnim końcu znajduje sie pokaźne muzeum/skansen. Nasi znajomi z Jakucka, zalecali nam jego odwiedzenie. Jak się okazało warto było. Na jednym brzegu niewielkiej rzeczki zgromadzono obiekty historyczne mające związek z zesłańcami, a na drugim obiekty etnograficzne. Oryginalnie w Czierkieh stała tylko drewniana cerkiew, wykorzystywana za czasów komuny do różnych rzeczy, ale na pewno nie do odprawiania prawosławnych obrzędów. Reszta budynków, jako obiekty historyczne, została przeniesiona z różnych części gminy czierkiehskiej, czasami oryginalnie stały nawet 50-60 kilometrów dalej, w trudnodostępnych wioskach. Muzeum/skansen zorganizowano już pod koniec lat '70-tych. Dość wcześnie rodziła się świadomość historyczna w tym rejonie, chyba równorzędnie z wdrażaniem planu elektryfikacji miast i wsi. Zapewne na początku chodziło o lokalnego bohatera jakuckiego Wasilija Nikiforowa, który za czasów carskich walczył o autonomię Jakutów, był represjonowany, ale nie zesłany, no bo gdzie, skoro mieszkał w Jakucji? Mieli go zesłać do Piotrogrodu?
       Właśnie przy tej okazji warto nadmienić, że zsyłka to nie to samo co gułag. Teraz turyści, nie tylko z Polski, przyjeżdżają na Sybir dobrowolnie, kiedyś dostawali taki wyrok za działalność wywrotową przeciw carowi. Gułagi, czyli więzienia zbudowane w dzikiej tajdze, służyły za darmową siłę roboczą, czy to w kopalniach, czy przy budowie dróg i kolei, zawsze tam gdzie brakowało rąk do pracy, a warunki były bardzo trudne. Gułagi powstały za Stalina, instytucja zsyłki powstała już w XVI wieku, była to powszechna kara, ale i środek prewencji. Nigdy nie określono dokładnie zasad życia zesłańców. Za cara Piotra I powołano do życia instytucję katorgi, czyli że zesłańców można zatrudniać przymusowo na Syberii, ale tyczyło się to tylko tych z większymi przewinieniami. Zsyłka i katorga zakładały przymusowe przesiedlenie na Sybir. Katorga wiązała się z przymusową, ciężką fizycznie pracą bez wynagrodzenia i osadzeniem w specjalnych więzieniach, natomiast kara zesłania nie pozbawiała wolności osobistej, nie nakładała obowiązku pracy i umożliwiała pracę w wielu zawodach umysłowych. W późniejszym okresie kolonizacji Syberii, skazanym na zesłanie, zwłaszcza z powodów politycznych, mocno ograniczano możliwość wykonywania zawodów wyzwolonych czy urzędniczych. Natomiast większość osób po odbyciu katorgi odbywała jeszcze karę zesłania, choć w takim przypadku pozostawiano im znaczny wybór miejsca osiedlenia i możność podróżowania w obrębie guberni. Na zsyłkę wysyłano także pierwszych rewolucjonistów, walczących przeciwko caratowi. Lenin na ten przykład został zesłany do miasta Suszenskoje, w Chakasji, gdzie wziął ślub w cerkwi. Zesłaniec nie był zobowiązany do prac na rzecz państwa. Dostawał mieszkanie za darmo i miał się utrzymać swoją pracą, najczęściej w dzikich ostępach Syberii. Czyli taki oddych z dala od spraw, którymi się zajmował i które szkodziły carowi.
       Hrabia Nikołaj Murawjow-Amurski dekretami wysyłał w tajgę więźniów politycznych, aby cywilizowali dzikich. Uczestników polskich powstań przeciwko caratowi zsyłano do Jakucji. Często byli to ludzie wykształceni i na tych przymusowych wakacjach kontynuowali swoją pracę naukową, za którą czasami byli honorowani nagrodami carskiej akademii nauk. Tak było z Edwardem Piekarskim zesłanym pod koniec XIX wieku w okolice wioski Czierkieh. Był młodym człowiekiem, z głową nabitą ideałami. Dzika Syberia wyciszyła mu emocje, a nuda zmusiła do prac lingwistycznych. Z zawodu był bowiem lingwistą. Można powiedzieć, że rosyjska idea prewencji, resocjalizacji i reedukacji działała znakomicie, zresztą nie tylko w przypadku Piekarskiego i jak sądzę piękno przyrody Syberii oraz wyłączenie z oryginalnego społeczeństwa, pustka, przestrzeń i samotność miały tu największe znaczenie. W muzeum/skansenie stoi dom Piekarskiego. Został rozebrany i przywieziony tutaj z odległej wsi, do której nie ma dojazdu w lecie przez bagna. W półtora roku nauczył się języka swoich krajan z wioski, Jakutów. Zaczął pisać słownik języka jakuckiego, tłumaczony na rosyjski. Wydano go później w trzech tomach, ponad 4000 stron. Napisał też szerokie rozprawy na temat mitologii i literatury jakuckiej. Wniósł tym samym duży wkład w poprawę wizerunku dzikich Jakutów, tak ich bowiem do tej pory widziano w Petersburgu i Moskwie, i z tego powodu także nie chciano im dać autonomii. Wraz ze swoimi współpracownikami Piekarski założył szkołę dla dzieci z okolicznych wiosek. Siedział tu osiemnaście lat, potem wrócił do Europy, a w Piotrogrodzie został uhonorowany nagrodą za swoją pracę. Związków z Rosją nie porzucił do końca życia. Miał stąd żonę Jakutkę i syna.
       Piekarski to nie jedyny przykład polskiego, cennego nabytku carskiej Rosji. Już o tym pisałem w 2005 jakie sukcesy mieli inni, polscy naukowcy, dokonujący odkryć w różnych dziedzinach kolonizowanych przez Rosjan krańców Syberii. Niektórzy nawet po skończeniu wyroku, nie wracali do Polski. Ten sam bezkres przyrody działa na umysły dzisiejszych turystów i zniechęca ich do rychłego powrotu do europejskiej normalności. Innym więzi serca na zawsze, tak że muszą tu wracać w każde wakacje.
       Jednakże wielu zesłańców polskich nie zapisało się pięknie w historii Syberii. Pierwsi Polacy jacy tu trafili, nie byli intelektualistami, raczej więcej mieli do czynienia z szablą niż z piórem i tym siecznym orężem próbowali się dorobić fortuny na zesłaniu. Zatrudniano ich w charakterze dowódców oddziałów handlowo-wojskowych, lub poborców podatkowych. Objeżdżali poddanych carowi tuziemców w ich wioskach i handlowali z nimi na zlecenie władz rosyjskich, albo pobierali podatki. Najczęściej jednak wychodzili na przeciw swoim potrzebom materialnym i grabili wioski. Drugi rzut zesłańców, tych walczących z rosyjskim uciskiem ideami i właśnie piórem, miał utrudnione zadanie w asymilacji z lokalnym ludem, zwłaszcza kiedy chwalili się, że są z Polski. Znano już tu bowiem Polaków z tej drugiej strony.
       Innym tematem jest gułag. Dziś powoli wjeżdżamy w tereny objęte licznymi gułagami. Napisano na ich temat tysiące stron, pisarze śledczy odkryli już prawie wszystkie tajemnice gułagów sowieckich. Każdy więc wie jak to wyglądało. Więźniowie takich miejsc, ci którzy przeżyli, czasami także zostawali na Kołymie, kraju tak odległym od spraw znanego im wcześniej świata, jak to tylko możliwe. Dalej na wschód, już by się zaczęli do niego zbliżać. Im było trudniej wracać do starego świata, czasami po prostu nie podejmowali próby.
       A my wracajmy do muzeum/skansenu. Dom Piekarskiego to drewniany szałas, który wcześniej, zanim Piekarski został przydzielony do swojej wioski, był więzieniem. Piekarski najpierw został przydzielony do terenu prawie zupełnie nie zamieszkanego. Prosił więc w pismach, aby go przeniesiono do wioski, gdzie mógłby żyć między ludźmi. Ale we wiosce nie było wolnego domu dla niego, więc zamieszkał w więzieniu, stąd specyficzna zabudowa tego szałasu, z sypialnią odciętą od reszty domostwa wielkimi belkami, jak sztabami uniemożliwiającymi ucieczkę aresztowanego. Z czasem ten karcer, jak go tu nazywali, stał się jego pracownią, a dobudował do niego tradycyjną budowlę. Trudno ją nazwać jurtą, czy budynkiem. Ma lekko spadziste ściany, jest zrobiona z drewnianych bali, uszczelniona mchem i otynkowana błotem. Dach, jak w Skandynawii, stanowi płaski zagon trawy. Obok domu stała szopa, albo raczej spiżarnia i mały garaż na kolaskę oraz stajnia dla konia.
       Piekarski różni się od innych, polskich zesłańców, którzy prowadzili prace naukowe na zesłaniu. Dziś prawie w ogóle nie jest znany w Polsce, przeciwnie do Jakucji. W polskiej Wikipedii ma bardzo krótką wzmiankę, z osobliwą adnotacją, że podjął pracę naukową na Syberii "z nudów".
       Po muzeum/skansenie oprowadzał nas Igor Reszetnikow, z wyglądu cwaniaczek spod hotelu Wiktoria, ale to spadkobierca założyciela tego przybytku kultury na rubieżach świata. Przeszliśmy przez wiszący mostek na drugą stronę terenu wystawowego. Stoi tutaj uschnięte drzewo/rzeźba. Zostało, tak jak reszta budynków, przeniesione z oryginalnej lokalizacji. Symbolizuje animistyczne wierzenia Jakutów i nie tylko tej jednej nacji syberyjskiej. Ma wiązać trzy światy egzystencji i dwa mentalne. Wyciągnięte ku górze gałęzie zapuszczają się głęboko w świat astralny, niebo, wszystko to co związane z boskością, nadludzkimi siłami, wyższym światem, wyższymi istotami, prawami jakie sankcjonują życie ludzi. Pień drzewa jest mocno osadzony w świecie ludzi, tym co widzimy na codzień, w naszych sprawach doczesnych, w emocjach, prawach społecznych, tym co było, jest i będzie, tym co pozwala ludziom żyć, przyrodzie, zmiennej pogodzie oraz dwoistości natury naszego świata - dobru i złu. Korzenie drzewa zagłębiają się pod ziemię, do świata duchów, złych mocy, zaświatów, tego co było, ale także sił witalnych przyrody. Drzewo tutaj, podobnie jak tą ideę wykorzystał Cameron w filmie "Avatar", symbolizuje pramatkę wszystkiego, łącznik między wszystkim a wszystkim, zbiornik wiedzy i energii. Sądzę, że Cameron lepiej, szerzej, bardziej poetyckimi środkami wyrazu pokazał, czym może być drzewo w wierzeniach animistycznych Syberii.
       Trzeba tu nadmienić słów parę o szamaniźmie w dzisiejszej Jakucji. Nie pełni on takiej roli społecznej jak w Tuwie (pisałem o tym w 2005 i 2007). Szaman nie jest instytucją podobną księdzu w naszej tradycji religijnej. Nie chodzi się do niego po pomoc w trudnych sprawach życiowych, aby odprawiając odpowiednią celebrę, zrytualizował targające nami emocje, również w czas narodzin, ożenku, czy śmierci. W Jakucji pełni zupełnie inną rolę. Oddaje mu się wolność w dobieraniu sobie klientów. Sam musi odnaleźć zło w którymś z członków społeczności, do jakiej jest przydzielony i wtedy posługując się białą, czy też czarną magią, wiedzą, czarami, sprawić aby ów człowiek wyzdrowiał, wszedł na powrót, na dobrą drogę, zaistniał ponownie jako pełnoprawny członek społeczności w jakiej żyje. Jego działalność została więc mocno zmarginalizowana i raczej zepchnięta do małych wiosek, tych oddalonych od cywilizacji, znaczy dróg całorocznych. Pracuje głownie w siołach pasterskich, w osadach bytujących tak jak tysiąc lat temu. Jednakowoż prawosławie także nie zapuściło silnych korzeni w Jakucji. Na wsi nadal wyznaje się tengryzm, odmianę szamanizmu znaną z Mongolii, wyznaje się po domowemu, bez pośredników, no może przy pomocy naturalnych utensyliów, jak to drzewo, szczególne miejsca w przyrodzie, jezioro, przełęcz, skała, kurhan. Na wsiach także język jakucki jest naturalnym sposobem porozumiewania się, rosyjski na równi z angielskim, jest traktowany jako język obcy, a ludzie na wsiach często z trudem wyszukują słowa rosyjskie aby dogadać się z takimi przyjezdnymi jak my.
       Na terenie muzeum/skansenu znajduje się także grób szamana. Dzieci, które wybierano aby stali się w przyszłości szamanami, musiały zdać dość trudny rytuał przejścia z normalnego świata do świata wiedzy. Temu, który został pochowany pod uschniętym drzewem, w krzakach, ten element szkolenia się nie udał. Ale według społecznego światopoglądu, mimo iż martwy, emanował silną energią zadość czyniącą ludzkim potrzebom.
       Inne budynki na terenie muzeum/skansenu to na przykład jurta letnia. Coś w rodzaju gigantycznego ula z dziurą w sklepieniu. Jak wiadomo także w Polsce, taki kształt stropu zabezpiecza przed nadmierną liczbą owadów we wnętrzu. Jurty takie stawiano tylko bogatym rodzinom, które było stać na to aby latem nie pracować, tylko lenić się w luksusach, gdzie śpiewacy, czyli ołoncho umilali im nudę, jadło stało na stołach, a fermentowany kumys lał się litrami. Jurtę taką stawiano na kilku drewnianych słupach, wbitych głęboko w ziemię. Do nich wiązano liche tyczki, a na nie kładziono korę brzozy, jako poszycie dachu. We wnętrzu, pod ścianami stawiano łóżka do wylegiwania się. Każde miało swoje miejsce w hierarchii rodziny, jedno było przeznaczone dla niezamężnej córki możnowładcy. To było zasłonięte wyszywanymi derkami. Podobnie jak na całym, dzikim świecie, córkę uznawano za precjozum na sprzedaż. Pokazywano je tylko wybranym, zainteresowanym nabywcom. Reszta nie mogła dostąpić tego zaszczytu, nie była godna oglądać najcenniejszej rzeczy władcy. W momencie zawarcia związku małżeńskiego, córka stawała się zamężna, a więc już nie tak cenna i mogła chodzić w pełnym słońcu po wiosce. Coś jak dzisiaj z nowymi samochodami. Kiedy wyjedzie z salonu od dealera, już traci na wartości prawie połowę.
       Co jeszcze stało w muzeum/skansenie? Ano kuźnia, również przeniesiona z innej wioski. Razem z miechami uszytymi z krowiej skóry, starym kowadłem ostatniego kowala, rozbitym, jak by to był pieniek drewna, roztrzaskany u nasady przez młot wciskający go w ziemię. Metal rozlał się od tysięcznych uderzeń na boki. Pierwszego kowala, ani nawet jego prawnuka, walącego w to kowadło na świecie dawno już nie ma, a kowadło stoi i wprawia w zadumę przyjezdnych. Dalej jest dwupiętrowy sejf wioskowy. Ściany miał o wiele grubsze, a w nich otwory strzelnicze, zbyt małe aby strzelać i jednocześnie celować, zwłaszcza z łuku. Po prostu walili na ślepo, albo nasz przewodnik soli głupoty. Składowano w nim najcenniejsze zdobycze, kosztowności, dobra jakie posiadali możni danej wioski. Oprócz córek rzecz jasna. Córki powierzano ich matkom, a one były lepsze od klawiszy w więzieniu. Najciekawsza w wioskowym sejfie była wielka jak kowadło kowala kłódka, wisząca na drzwiach. Ważyła pewnie z pięć kilogramów i miała skomplikowany system zapadek. Prędzej by rozwalił siekierą te grube drewniane drzwi, niż otworzył tą kłódkę. Albo lepiej wyrwać skobel na którym wisiała. Był kilkanaście razy cieńszy od pręta kłódki. Dalej stał jeszcze młyn. Napędzany był siłą nóg wołu, albo konia. Zwierze chodziło po wielkim talerzu z drewnianych szczebli. Talerz był tak nachylony, że wół musiał się zapierać, aby ciągle iść pod górę. Inaczej ślizgał by się kopytami. Ten wielki talerz o średnicy może dziesięciu metrów, napędzał wał przez drewnianą przekładnię zębatą, a ten wał koło młyńskie. Podobno jak skansen odwiedzili goście z Jamajki, to opowiadali, że u nich też takie były, tylko z napędem oślim.
       Spędziliśmy w Czierkieh prawie trzy godziny. Zebraliśmy kupę informacji do artykułów jakie potem powstaną, oraz trochę o dalszej drodze. Przy okazji pospawaliśmy mocowanie progu w Toyocie i pojechaliśmy dalej.
       Powoli ślady cywilizacji zanikały. Wystrzyżone z trawy łąki, drewniane jurty na brzegach jezior, drogi odchodzące na pastwiska. Ale krajobraz piękniał. Przypominał Karelię, no może nie był tak piękny jak północna Karelia, ale za to tutejsza droga jest o niebo lepsza od karelskiej. Ciągle nie ma tarki i można jechać ponad 60km/h. Jak przypomnę sobie naszą drogę wzdłuż BAM, z 2005, gdzie jechaliśmy kilka dni niewiele ponad 12km/h... ech to były czasy!
       W końcu dojechaliśmy do rzeki Ałdan. Przekraczałem go za miasteczkiem Ałdan, w drodze z Tyndy do Jakucka, teraz to już potężna rzeka, która niesie w sobie także wody takich rzek jak Amga, Wostoczna Chandyga i Maja. Porównując do Wisły... nie da się... trzeba by cztery Wisły, a Lena jest dwakroć szersza. Woda płynie szparko, a przy nadbrzeżu stoją cztery promy. Kto czytał "Pojedynek z Syberią" Romka Koperskiego, ten może sobie podumać nad przeprawą samochodu przez Ałdan. Zasady logiki pracują także na Syberii. Skoro jest droga, to prom też. Tutaj są aż cztery, w tym trzy bezrobotne. Właśnie stoimy już trzecią godzinę, bo nasz prom ciągle jest w połowie pełen. Brak chętnych. Za mały ruch. Może w weekendy wszystkie promy mają zajęcie. Międzyczasie przypłynął z drugiej strony pełny prom. Wyjechali z niego dwaj motocykliści z Buriacji. Potem prom popłynął na powrót pusty. Widząc nadmiar podaży usług nad popytem, kapitan wolał wracać do domu, do Chandygi. A my nadal stoimy.
       W końcu cierpliwość naszego kapitana skapitulowała. Popłynęliśmy na półpusto. Rejs trwał prawie półtorej godziny. Przymocowany prowizorycznie do rufy płaskodennej barki stateczek, pchał ją nie szybciej niż 5km/h. Barka nie miała dziobu, który ciął by toń rzeki, więc przed nami woda kotłowała się w dużej fali. Musieliśmy minąć ujście rzeki Amga do Ałdanu i potem jeszcze płynąć do wioski Koskił, tam nas wypuścili na drugi brzeg Ałdanu. Cała przejażdżka kosztowała nas 1000wRUBlej (63zł).
       Na promie podszedł do nas starszy, biały Rosjanin. Sądziliśmy, że czegoś od nas chce, a on po prostu nie miał przed kim chwalić się swoją doskonałą znajomością drogi kołymskiej, więc szukał słuchaczy. Opowiedział nam po kolei prawie każdy kilometr tej drogi. Pytaliśmy czym się zajmuje, ale on tylko odpowiedział, że jeździ do Magadanu po zadaniu. Nie naciskaliśmy, bo przy pasie nosił kaburę z pistoletem i mimo wieku wyglądał na takiego co nie zawaha się jej użyć. Znał tutejszą historię jakby sam w gułagach służył, albo w nich siedział. Jeśli siedział to na pewno nie za przekonania, prędzej za jakąś wpadkę w partii, może niewykonanie planu, albo za pomalowanie trawników na przyjazd Breżniewa, na niewłaściwy kolor. Potem na drodze wyprzedził nas prawie nową Toyotą RAV4 z kierownicą z właściwej strony. Znaczy kupił sobie nową, tu w Rosji. W jakimś mundurze maskującym, butach wojskowych, ostrzyżony na zapałkę, nie wyglądał na bogatego, raczej na umnego, byłego wojskowego. Na zimę podobno wynosi się w cieplejsze rejony. Długo siedział też w Polsce, w latach '90-tych. Przewozili wtedy towary z Niemiec na Ukrainę. Słowo 'przewozili' jest tutaj kluczem do zrozumienia zagadki pochodzenia jego dobrobytu.
       W czasie II wojny, w 1944 roku, na Kołymę przyjechał zastępca prezydenta USA. Miał wizytować kopalnie złota. Ameryka wtedy kupowała od Rosji radzieckiej kilkadziesiąt ton złota rocznie. Wtedy wydobywali je więźniowie gułagów, dziś tyle samo wyciągają z ziemi maszyny. Przygotowano się w Dalstroju, to była państwowa firma mająca pieczę nad całą Kołymą i nawet szerzej. Coś jak kompanie handlowe w imieniu królowej, zarządzające kolonialnymi Indiami. Prezydent USA z pewnością dobrze znał sytuację w gułagach od swoich wywiadowców, ale trzeba było jakoś okrasić rozmowy ze Stalinem wizytą oficjalną. USA w zamian za złoto dostarczało między innymi sprzęt wojskowy, aby Rosja mogła walczyć z Niemcami i Japonią. Wszystkim ten układ był na rękę. Stalin wiedział, że Roosevelt wie, ale trzeba było grać w te karty do końca. Zastępca Roosevelta przyjechał aby obejrzeć szopkę z przebierańcami i malowanymi trawnikami. Gdyby Rosjanie puścili wajchę i nie mydlili Amerykanom oczu, to zastępca prezydenta musiałby oficjalnie zaprotestować w kwestii zmuszania więźniów do pracy w nieludzkich warunkach, rozmowy o złocie za know-how wojskowy trzeba by przerwać, Rosja dłużej by się męczyła z hitlerowcami, przy okazji wojska alianckie także, więc zginęło by więcej żołnierzy. Ale USA potrzebowało złota, więc każdy się cieszył z malowanych trawników, a kierownictwo Dalstroju dostało pewnie medale Lenina w nagrodę. Powstał w ten sposób specyficzny wymiennik cierpienia ludzkiego. Zesłańcy do gułagów umierali na Kołymie, by żołnierze, nie tylko radzieccy, nie umierali w Europie. Wiem, że zapalczywym idealistom i tak to nie pasuje. Zamiast gułagów chcieli by widzieć na Ziemi raj, jak z folderów Jehowych. Ale życie jest... ciekawsze i zawsze ktoś musi dostać w dupę, aby inny mógł korzystać.
       Kołyma pod uciskiem NKWudzistów działała jak szwajcarski zegarek. Pierwszym geologiem, który zwrócił uwagę Zachodu na bogate złoża na Kołymie, był polski zesłaniec, Czerski. Wtedy przez Kołymę, jeżdżono konno nad morze Ochockie i to tylko zimą, kiedy bagna zamarzały. Ale już w latach '30-stych zaczęto budować drogę dla samochodów. W niecałe 20 lat zbudowano odcinek z Magadanu do Chandygi. Cały ten rejon był terenem wojskowym, zamkniętym i podlegał bezpośrednio władzy Dalstroju. Budowali oczywiście więźniowie. Przebijali się przez góry Czerskiego, a potem Wierchojańskie. W Chandydze jest port na Ałdanie. Tutaj przywożono i wywożono towary rzeką przez cały rok, a dalej transport szedł na ciężarówkach. Do Chandygi, z Jakucka, był tylko zimnik, droga zimowa. Dużo tu bagien, taka wielka nizina. Kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Chandygi, nagle wyrastają strzeliste góry Wierchojańskie. Dopiero w latach '90-tych ukończono drogę Magadan-Jakuck w całości dostępną zimą i latem. Kilka lat temu zaczęto remontować i modernizować wiele odcinków górskich, poszerzając i budując nowe wytrzymalsze mosty. Jednak droga jest bardzo mało uczęszczana. Samochodów osobowych prawie w ogóle nie widać, jedynie ciężarówki. Chociaż najwięcej pojazdów należy do robotników drogowych. W ciągu pół dnia widzieliśmy kilkadziesiąt koparek, spychaczy, równiarek, walców i Kamazów wywrotek, a wszystkie firmowe, od najdroższych producentów maszyn budowlanych. Minęliśmy trzy bazy robotników, wielkie jak całe wioski. Do Tiopłego Kljucza droga jest jeszcze w miarę uczęszczana, dalej na magistrali kołymskiej i wokół niej robi się pusto. Wioski to zupełny rarytas. Za to wjeżdża się w ładne góry, droga wije się wzdłuż Wostocznej Chandygi, taka górska rzeka. Na pierwszej przełęczy można wyjść z wozu i pstrykać zdjęcia. Wreszcie jest inaczej, wreszcie ładniej - to je krasa! To łańcuch szczytów Semme-Daban.
       Miejscami można pruć ponad 80km/h, a miejscami tylko 20km/h. Kiedy droga odbija od Wostocznej Chandygi na wschód, wzdłuż rzeczki Kljubjume, nawierzchnia całkiem się psuje i robi się wąsko. Ale stan drogi i tak jest na najwyższym, rosyjskim poziomie. Nigdy nie widziałem tak dobrze utrzymanych szutrów w tym kraju, a nawet w Australii. Oczywiście każda odwilż, wielka ulewa w górach, może, a nawet z pewnością, zmienia ten stan rzeczy.
       Dziś oprócz doskonałej szutrówki, zaskoczył nas pomnik narodowej historii Syberii. Najpierw Iwona chciała się zatrzymać aby strzelić fotkę staremu, drewnianemu mostowi. Dziś już nieużywanemu, ale nadal dzielnie się trzymającemu na uboczu nowej drogi. Nowej znaczy dziś starej, bo już obok budują najnowszą. Za mostkiem wbito w ziemię słup, a na nim uwieszono tabliczkę oznajmiającą krótką historię mostu. Otóż jakiś zesłaniec pracujący w gułagu, był także inżynierem. Co za zbieg okoliczności! Pewnie za obietnicę dodatkowych racji żywnościowych, albo miganie się od fizycznej roboty, na rzecz pracy umysłowej, wykombinował ten most, a jego współwięźniowie potem go postawili i tak stoi już od kilkudziesięciu lat. Przypomina to trochę historię z filmu "Most na rzece Kwai", ale tylko trochę, bo to był inny klimat. Nasz więzień i inżynier, z nazwiska Gerlinger, po skończeniu odsiadki został na Syberii, mieszkał w Tjopłym Kljuczu. Tabliczkę na słupie ufundowali uczestnicy ekspedycji architektów i historyków z 2012. Taki to pomnik narodowej historii Syberii. Mam nadzieję znaleźć więcej takich rodzynków w następnych dniach. W tym keksie spodziewałem się tylko suchego ciasta, a jednak jest tu coś więcej.
       Wróćmy jeszcze nad Ałdan. Kiedy zjechaliśmy z promu ściemniało się. Musieliśmy znaleźć jakiś nocleg. Niestety tutaj wokół same bagna. Udało się nam jednak trafić na wielki, żwirowy plac bezpośrednio nad Ałdanem. Stacjonowali tu kiedyś budowniczowie drogi. Tak nas poinformował Wiktor, emeryt z Chandygi, który wraz z żoną i siostrą z Jarosławia przyjechali tutaj na rybałkę. Jarosław leży kilkaset kilometrów na północ od Moskwy. Kobieta leciała cały dzień samolotami do Jakucka, a potem jeszcze jechała drugi dzień samochodem z bratem, aby spędzić tu wakacje, mimo że nadal nie wyjechała ze swojego kraju. Na dalekiej Syberii przechodzi się na emeryturę w wieku 55 lat. W reszcie Rosji ten wiek to 59 lat, tyle samo ile średnio żyją rosyjscy mężczyźni. Większość nie dba o zdrowie, dłużej żyją intelektualiści.
       Zasiedliśmy z Wiktorem i oboma paniami, oraz liczną obstawą komarów, do wieczornych opowieści nad szumiącą w zupełnej pustce przyrody rzeką. Jakie to rosyjskie spotkanie jest typowe! Przyroda, gościnni Rosjanie, komary, wódka i rzeka. Nie powiem... lubię takie spotkania, a tym razem, dodatkowym plusem było to, że Wiktor całe, dorosłe życie jeździł ciężarówkami po Syberii. W promieniu paru tysięcy kilometrów od Chandygi zna wszystkie drogi, te letnie i te zimowe, za komuny i dziś. Można powiedzieć, że jest światowcem. Niekierowcy znają jedynie najbliższą wioskę, dobre miejsce na rybałkę i lotnisko, skąd latają na wakacje do Bangkoku, albo dalej, na Krym. Reszta ich województwa, czasami nawet gminy, w ogóle ich nie interesuje. Policjant, pracownik na promie, biznesmen z nowej Toyoty, każdy pyta dokąd jedziemy. Ja odpowiadam - w Magadan, kak wsje turisty, a ty tam był? - ja nie... a po co? No właśnie po co jeździć dalej niż wzrok sięga? Nie zgłębiłem jeszcze tego kawałka psychiki ludzi mieszkających w dzikich stronach cywilizacji ziemskiej. Tak na prawdę nie wiem, dlaczego oni nie interesują się nieco dalszą okolicą swego domostwa, a ja z kolei nie interesuję się bliską okolicą.
       Iwona od razu zapytała Wiktora o niedźwiedzie. Wiktor przez 60 lat widział tylko dwa na drodze, raz nocował na rybałce pod namiotem, a kiedy się obudził zobaczył obok świeże gówno niedźwiedzia. Tyle o bezpieczeństwie.
       Nasz gospodarz, jeździł głównie Uralami. Wychwalał te wojskowe, produkowane za komuny z benzynowymi silnikami. Te nowsze już się psuły na potęgę. Jak mówił - dwie rzeczy w Uralu są pewne, że przejedzie i że się zepsuje. Opowiadał jak pojechali do Kuandy, to wioska na zachód od Tyndy, przy magistrali kolejowej BAM. Tam nie ma mostu na rzece, wtedy jeszcze nie strzegli mostów kolejowych strażnicy z bronią, więc wjechali na szyny aby przejechać po nich na drugą stronę rzeki. Ale wóz się zepsuł na środku mostu i nie chciał zapalić. Po jakimś czasie słychać już było nadjeżdżający pociąg. Udało się go zatrzymać. Do lokomotywy doczepili linę i zapalili samochód na zaciąg. W opowieści i na Syberii wszystko jest możliwe.
       Wiktor jeździł oczywiście także w zimie. Podziwia Ewenków i Jukagirów jako przewodników. Jakuci nie są koczownikami, nie wędrują za swoimi stadami. Prowadzą osiadły tryb życia. Ewenkowie i Jukagirowie, zamieszkują także Jakucję, oni żyją głównie w jurtach ze skór reniferów. Wędrówka w zimie po tundrze to dla nich norma. Latem nie wędrują, bo bagna nie pozwalają. Zimniki idące na północ, aż do morza Łaptiewów, biegną przez tundrę. Kiedy zasypie ją śnieg, nie ma punktów orientacyjnych. Jednak lokalni przewodnicy potrafili prowadzić tak, aby samochód nie wpadł w żadną wielką dziurę ukrytą pod śniegiem i to na przestrzeni setek kilometrów.
       Kiedyś, w zimie, Wiktor wracał starą drogą z Magadanu. W okolicy Ojmiakonu temperatura spadła do -60st.C. Złapał gumę i musiał zmienić koło. Kiedy założył klucz na pierwszą śrubę i nacisnął nogą, ta odpadła razem ze szpilką. Więc chwycił za lutlampę i zaczął grzać śruby. Kiedy je odkręcił i zdjął dziurawe koło, musiał grzać oponę od koła zapasowego. Guma w tej temperaturze była jak szkło. Zapasowe koło było zimne, bo wisiało nieużywane. Te które się kręciły, jakoś się rozgrzewały.
       Tym podobne opowieści szoferskie sypały się jak lawina, a pomiędzy słowa, Wiktor wciskał sztakany wódki. Na zagrychę były racuchy z domową śmietaną oraz kwas od babci ze wsi. Dowiedzieliśmy się masa ciekawych rzeczy, a to o zamkniętych miastach, gdzie przecież także trzeba było dostarczać towary, a to o jeżdżeniu po świeżym lodzie i budowaniu lodowych mostów, o łowieniu ryb z przerębli i o wiecznej zmarzlinie. Wiktor już chciał się brać do szpadla aby pokazać, że wystarczy zrobić dziurę na metr i już widać lód. W końcu zrobiła się noc i przyszła pora na pasljedni sztakan wodki. Ale tu nas Sybiracy uczulili, że nic nie można robić ostatni raz, bo to jak hasło dla śmierci, aby przyszła. Tutaj lepiej mówić - pasaszok. Znaczy to mniej więcej tyle co w piosence starego, dobrego Franka - one for the road. Chociaż nasi znajomi Jakuci z Jakucka, którzy już stali się także naszymi znajomymi na facetbuku, życzyli nam - poputnych wietrów. Znaczy wiatru w dupu, a nie w czoło. Nie opowiadałem im mojej przygody z zaśnięciem na środku australijskiej międzystanowej drogi. Te ich lękliwe, przesądne serducha mogłyby tego nie wytrzymać. A więc jednak pasljedni sztakan wodki i idziemy spać. Jeśli pani z kosą przyjdzie w nocy, to nie mam zamiaru jej wyganiać.
       Rano nie wypuścili nas bez gościńca. Iwona dostała garść kanfjetów, znaczy cukierków, a ja reklamówkę pełną upieczonych w ognisku ryb. Ach ci Sybiracy... jacy to sympatyczni ludzie. Wypadliśmy na główną i dosłownie pognaliśmy do Chandygi. Ten odcinek pozwalał na swobodną jazdę na piątym biegu.
       W Chandydze zatrzymaliśmy się na niepozornym skrzyżowaniu, gdzie umieszczono wszystkie sklepy. Zrobiliśmy zakupy i połączyliśmy się ze światem przez internet. Miasteczko jest całkiem spore, jak na jakuckie warunki. Jest tu duża baza samochodowa i olbrzymie zbiorniki z paliwem. Nie znaleźliśmy zaprawki z gazem, a butla kuchenna już nam się kończy. Podobno nawet w Magadanie nie będzie gazu. Trzeba będzie przejść na kuchnię benzynową.
       Chandyga jest w rankingu miast jakuckich uznawana za najczystsze. Młodzież szkolną zmusza się tutaj do zbierania śmieci na zajęciach z przystosowania do życia w społeczeństwie. Może na stare lata nauczą się nieśmiecić. Na ulicach miasteczka jest więcej koszy na śmieci niż przechodniów. Od razu widać kto chodził na wagary. Pan policjant w Ładzie, wyrzucił papierek po cukierku za okno. A może chodzi tu o demonstrację władzy jaką posiada.
       Działa tutaj dom kultury, kilka pomników z dawnych czasów jest utrzymane jakby na przylot samego prezydenta z USA. Krótko mówiąc, Chandyga zrobiła na nas pozytywne wrażenie, nawet swoimi drewnianymi chodnikami, jak z czasów wiosek z Dzikiego Zachodu, albo Gorączki Złota.
       Dzisiejszy dzień był znacząco inny od poprzednich. Po pierwsze udało się nam zrobić całkiem sporo kilometrów, ponad 270. To niezły wynik, jak dla nas. Ostatnio przez całe dnie robiliśmy zaledwie 180. Tak się rozleniwiłem w kręceniu kierownicą i duszeniu pedałów przez te dwa tygodnie niezwykle spokojnej drogi z Ułan Ude do Jakucka, że teraz wydaje mi się duractwem aby jechać więcej, szybciej, dalej. Przecież tak przyjemnie jest zatrzymać się wcześnie na nocleg, w jakimś niezwykle pięknym miejscu. Poczuć, tak w środku, ciszę tej naciskającej zewsząd potęgi przyrody. Napić się herbaty, posłuchać muzyki, poczytać, potem popisać dla kosmicznej harmonii. Wreszcie pójść na spacer, a na wieczór wskoczyć w czyjś inny żywot, oglądając ciekawy film. Rano też się nie spieszymy. Iwona ma swoje ćwiczenia, a ja walczę dalej z australijskim filmem. Jak tak dalej pójdzie, to zima nas na Syberii zblokuje w jakiejś zaspie.
       Jak tylko odłączyliśmy się od Wostocznej Chandygi i pojechaliśmy na północ, wzdłuż Kljubljume, pożegnaliśmy łańcuch szczytów Suntar-Chajata, a wjechaliśmy na Ojmiakońską wyżynę. Pojawiły się niebieskawe łaty śniegu w dolinie. Śnieg był zmrożony jak lód i dlatego ostał się do środka lata. Gdzieś minęliśmy rozłupaną na dwoje skałę. Nazywają ją tu Czarcie Wrota. No cóż... na bezrybiu i rak ryba.
       Następnego dnia, jak tylko ruszyliśmy, trzeba było delikatnie wspiąć się na przełęcz, coś pod 1300m n.p.m. Chwilę później przejechaliśmy strumień. Ten odcinek drogi nie jest wyremontowany, mosty nie są obowiązkowe. Nie wiem jak te nowe Volvo i Scanie to przejeżdżają, z tymi plastykowymi zderzakami tuż nad ziemią, skonstruowanymi dla lepszej aerodynamiki, bo w Europie spalanie się liczy, a bez dobrego współczynnika Cx, dobrego spalania się nie uzyska. Tutaj kupuje się te nowe ciągniki chyba tylko z powodu niezawodności. Dzisiaj minęliśmy trzy zepsute, całkiem nowe Kamazy i ani jednej popsutej ciężarówki zachodniej. Nie wiem czy te nowoczesne Scanie jeżdżą tędy także w zimie. Muszę podłapać jakiegoś szofera i pogadać z nim przy wódeczce. Najlepiej niech on polewa, ze swoich zapasów, bo tutaj wódka droga, znaczy tak jak w Polsce, a picie na krzywy ryj to moja specjalność.
       Chwilę za tym ruczajem bez nazwy, który przejechaliśmy w bród, zrobił się zator na drodze. Z lewej stał zepsuty Kamaz. Padła turbina. I sprzedawał paliwo na lewo - bo szofier musi dzięgi zarabatać - jak to objaśnił. Więc w przeciwnym kierunku stał amerykański International i pompował do beczek na pace. Trochę to trwało, więc zjechały się trzy inne ciężarówki. Jeden Chińczyk, jeden Amerykan i jedno Volvo. Kierowca Kamaza dał znać innym, aby z awtobazy podesłali mu najbliższym transportem nową turbinę. Znaczy najpierw poczeka, aż kolega Kamazem dojedzie do Chandygi, potem inny weźmie turbinę i mu ją dowiezie. Jakieś cztery dni wakacji w prirodzie. Na pewno jest zły jak diabli, więc sprzedaje oszczędności na lewo.
       Ładny krajobraz nie ustępował. Nie powiem aby Wierchojańskie góry były jakoś szczególnie priekrasne, ale są warte uwagi, przynajmniej na jedne wakacje wystarczy ich urody. W Kljubeme, gdzie odchodzi droga na Ojmiakon, musieliśmy podjąć decyzję jak jechać dalej. Zdecydowaliśmy jednak jechać dalej na Magadan, a Ojmiakon zostawić sobie na powrót. To dodatkowe 400 kilometrów po kiepskiej drodze. W Kljubeme jest restauracja i stacja paliw, to wszystko.
       Zaraz po tym jak poczytaliśmy sobie te wszystkie naklejki podróżników, wyklejające cały front budynku stacji paliw, nakleiliśmy własną i puściliśmy się dalej. Budynek stacji to trubdoma. Wygląda jak by uciąć kawałek rurociągu o średnicy 250 centymetrów. To popularny sposób budowania na Syberii. Nigdy, nikt mi nie wyjaśnił logicznie, praktyczności tego konceptu. To nie jest rura z rurociągu. Po prostu spawa się konstrukcję i obkłada blachą. Tylko po co w kształcie torusa? Widzieliśmy takie urzędy pocztowe, garaże przydomowe, stacje paliw, posterunki DPS, dacze i inne chaty.
       No więc front tej trubdomy był obklejony całkowicie nalepkami przejeżdżających tędy turystów. To znane miejsce pośród braci podróżniczej. Jakieś 90% naklejek pochodzi od podróżników rosyjskich. Większość z nich to motocykliści. Była jedna naklejka chińska. W języku angielskim sławiła zmotoryzowanego podróżnika, który mniemał się być pierwszym Chińczykiem na tej trasie. Jakoś znaleźliśmy miejsce i dla naszej sticzki. Dziś, ani wczoraj, nie widzieliśmy turystów. Może prędzej zobaczymy niedźwiedzia stojącego na stopa.
       Jeszcze do kolejnej przełęczy krajobraz przykuwał zmysły. Szeroka dolina rzeki Brjungrjade zarosła modrzewiami i podmokła czystą, niebieską w słońcu wodą. Łańcuch wzgórz nadgryzły kopalnie żwiru i inne rudniki. Co chwilę tu coś znajdują. Mapy wojskowe z lat '80-tych nie pokazują tutaj zabudowy, a my widzimy potężne bazy górnicze. Co by to było gdyby region Leny, Ałdanu, Indygarki, Kołymy był tak jałowy jak województwo archangielskie? Pewnie by nas tutaj nie było. Drogi by nie było, bo i po co. Koczownikom droga niepotrzebna, a biały Rosjanin by tu nie przyjechał, nawet na zesłanie, jeśliby nie było czego kopać. Jakoś tak dziwnym trafem, te najbardziej odludne tereny Północy, od Uralu po Kanadę, mają w sobie tak cenne rzeczy, że drogi się jednak buduje, a jak nie da się drogi zbudować, to helikopterem się lata. Gdzie byłaby Australia i Norwegia, dwa kraje nic nie znaczące przed gorączką światowej konsumpcji ropy, gazu i innych cennych kopalin? A co by było z Arabusami?
       Zatrzymaliśmy się na przełęczy. Wjechaliśmy na stary kamieniołom powyżej. Akurat nieźle wiało i świeciło piękne słońce. Owady na wietrze się nie utrzymają, więc zrobiliśmy sobie przystanek na irańskie karaluchy, znaczy suszone daktyle i zieloną herbatę. Na przeciw nas rozciągała się szeroka dolina. Patrzeliśmy w jej głąb, dalej i dalej. Stąd było widać na 30-40 kilometrów pustki. Ale gdyby tak przedłużyć linię naszego wzroku to sięgnęła by arktycznego okeana, a po drodze NIC. To trzeba zobaczyć w rzeczywistości i na mapie, aby pojąć, tą nicość, brak cywilizacji ludzkiej, setki, tysiące kilometrów nicości. Mnie to fascynuje, zaczarowuje gdzieś, w jakiejś komórce, w środku. Ten bezkres przyrody bez wirusa ludzkości. Nie umiem do końca określić, złapać tej części mojej istoty tęskniącej do nicości. Może pochodzi z poprzednich wcieleń, kiedy byłem rzeką płynącą przez nicość przyrody. Może jednak jakimś ptakiem, może albatrosem, bo chciałbym rzucić się w tą otchłań głową naprzód, poczuć jak wszystko mnie mija, a ja widzę tylko daleki punkt, jak wówczas kiedy nie znałem granicy prędkości na sportowym motocyklu.
       Za przełęczą odgraniczającą to co dla nas ładne od tego co brzydkie, wjechaliśmy w dolinę Indygarki. Szybkiej rzeki, na której, kiedyś organizowano zawody kajakowe. Przełęcz miała szczyt na wysokości 1172m n.p.m., na takiej wysokości dziś nocowaliśmy, w dolinie rzeki Kljubjume. Najwyższe góry za nami, teraz doliny rozdzielające góry Wierchojańskie od Czerskiego. Na początek miasteczko Ust-Nera.
       Dawno już nie widziałem tak brzydkiego miasta. Mieszka tu prawie 7 tysięcy mieszkańców, ale w każdym szczególe widać, że to koniec świata. Nawet mieszkańcy tak traktują swoje miejsce. Większość z nich jest tu tymczasowo, przyjechali do pracy w kopalniach, tak jak nasz nowy znajomy z Nowosybirska. Pewnie nawet nie ma zielonego pojęcia jak wygląda droga z Nowosybirska do Ust-Nera. Większość bloków mieszkalnych stoi pusta. Są za stare aby osiedlać w nich nowych pracowników. Trzeba ich jakoś zanęcić, aby tu przyjechali, więc stawia się nowe blokhauzy, a stare mają się zapaść pod ziemię, bo nikt się nimi nie interesuje, prócz turystów. To wdzięczny plener zdjęciowy. Przecież tego się spodziewamy zobaczyć na końcu świata. Rudery na wpół zatopione w gruncie i wiecznej zmarzlinie. Ściany odarte z tynku przez wiatry i mróz, dachy podziurawione, okna rozbite lub wyrwane na opał. Ale obok stoją nowe, kolorowane w pstrokate żółcie i czerwienie, z satelitkami na dachach i kręcącą się na nowych mountain bikeach młodzieżą w błocie. W Ust-Nera nie wyasfaltowano żadnej ulicy. Normalnie asfaltuje się wszystko w każdej wiosce, aby nie błocić w zimie i nie kurzyć w lecie. Tutaj na inwestycje stać jedynie komendanta lokalnej jednostki wojskowej. Kazał zrobić maleńki park z miejscem chwały i historii regionu. Postawili kilka starych maszyn wojennych i pomników żołnierzy. Dla zmiękczenia wizerunku, także miniaturę Matki Rosji z Wołgogradu/Stalingradu. Ta kopia, dla podbicia poziomu emocji, w drugiej, wolnej ręce, trzyma dziecko. W prawicy ma miecz. Poziom kiczu godny tureckich oper mydlanych. Ale ważne, że ludziom się podoba.
       Miasto jak z hollywoodzkiego filmu o świecie po wojnie Ruskich z Amerykańcami, a jednak żyje i to dobrze. Ceny w sklepach z kosmosu, ale ktoś kupuje dwie małe kiełbaski za 50zł. Ludzie z siatkami wychodzą ze sklepów zapadających się w gruncie. Ładnie tu nie jest, czysto też, to nie Chandyga. Ale ludzie wyglądają normalnie, jak na Rosjan przystało. Większość to biali. Są nawet taksówki. Cały rok wszystko tonie w błocie, więc samochody też wyglądają jak ziemia po której jeżdżą. Jestem jednak pewien, że gdybyśmy tylko znaleźli punkt oparcia, jak ten facio od sfer niebieskich... Kopernik... to byśmy tu mogli zostać trochę dłużej i z pewnością odkrylibyśmy piękno wewnątrz tego brudnego, ubłoconego świata. Na pewno znaleźlibyśmy rosyjską normalność przeflancowaną z... chociażby Nowosybirska, a pani sklepowa, co nas chciała zabić wzrokiem, okazała by się nawet interesującą osobą, godną zabiegów podrywacza. Taka już jest Rosja... żyje do wewnątrz, trzyma wysoko gardę na zewnątrz. Tego sami siebie nauczyli, przez te kilkadziesiąt lat komuny. Ciekawe dlaczego tak łatwo rozkwitają, kiedy przeflancować ich do krajów otwartych, jak na przykład Indie, czy Australia. Zupełnie jak Polacy, co w Polsce pracować nie umieją, a w Niemczech biją rekordy jakości i ilości godzin pracy.
       Ust-Nera to największe miasteczko ojmiakońskiego dystryktu, którego godłem jest rozjuszony byk, dyszący z nozdrzy. W wierzeniach dawnych Jakutów, piekło nie tylko znajdowało się pod ziemią, ale także północ było z nim kojarzona, a krowy i byki były jego przedstawicielami. Ojmiakon to daleka północ. Ust-Nera jest stolicą jakuckiego złota. Wyciąga się go głównie z rzek. Ale o tym później. Miasto ma swoje, małe lotnisko, skąd codziennie odlatują samoloty do Jakucka. Są też loty do Tomtor, to wioska na starej drodze, my jedziemy nowszą. W Ust-Nera mieszka około 6 tysięcy ludzi. Pierwsza, plusowa temperatura pojawia się tutaj w maju, a ostatnia we wrześniu. Miasto założono w 1937, kiedy zbudowano pierwszą drogę dla samochodów. Było zapleczem dla gułagów związanych z wydobyciem złota, a w 1950 przyznano prawa miejskie.
       Zanocowaliśmy tuż za Ust-Nera, nad małym ruczajem, teraz jego nazwy nie pomnę. Las modrzewiowy otaczał nas wokół, dusił wspaniałym, zielonym zapachem świeżej, nieskrępowanej natury. W tle szumiał na kamieniach strumień. Tylko dojazd był przez błota, no i komary chciały nas zjeść na obiadokolację. Taka ich natura. Nie można im mieć tego za złe, jak Rosjanom tej Ust-Nery. Rzeki Nery uchodzącej do rzeki Indygarki, jakby to był Styks, a droga dalej do niego uchodziła. Potem już nicość. Nam jednak trzeba jechać dalej.
       Na wyjeździe z miasteczka zatrzymał nas patrol policji w UAZie. Czepili się jednego, niedziałającego światła dziennego. Po prawie 13 tysiącach kilometrów, pierwszy policjant się tego czepił. Światło wysiadło w Łodzi. No nic. Dałem białemu Rosjaninowi wszystkie możliwe papiery do poczytania. Oni tak lubią czytać jakby literatami byli. A jedyne co mają z nimi wspólnego, to objętość szklan do wódki, literatek. Poszliśmy do UAZa, a tam młodszy Jakut za szefa robi. Pogadać trzeba, pouśmiechać, zażartować, a nóż widelec się uda. Pan oficyjer pyta - skąd jedziecie? - ano tu jedna droga, my z Jakucka jedziemy - a dokąd? - do Magadanu jak wszyscy turyści - a co tam w Magadanie takiego, u nas nie jest ładnie? - no toż najpierw przyjechaliśmy do was i jak będziemy wracać to jeszcze raz przyjedziemy, w Magadanie będziemy tylko raz, a u was w Ust-Nera dwa razy - no dobra, ale włączcie światła, bo tu kurz na drodze i was nie widać, szczęśliwej drogi. Nawet lubię te pogaduszki z rosyjskimi policjantami.
       Następny dzień zaczął się słońcem, ale za godzinę już lał deszcz i tak do wieczora. Dość późno wychynęliśmy z modrzewiowego lasu, na główną drogę. Rano zajmowaliśmy się innymi sprawami i ruszyliśmy dopiero w południe. Już przed Ust-Nera droga zrobiła się dziurawa i jechaliśmy na trzecim i czasami na drugim biegu. Tak to trwało aż do nieistniejącej wioski Burustach. Kiedyś stał tu gułag. Nic po tym wszystkim nie zostało, tylko rozorana do żywego rzeka Nera. Jechaliśmy już kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż tej rany Ziemi. Z dość ładnego koryta Nery zostały hałdy kopalniane. Tak się wydobywa klejnoty Syberii. Woda i tak płynąć musi, więc zrobiła sobie nowe koryto przez ten księżycowy krajobraz czarnych piargowisk. Ale w padającym ciągle deszczu, jadąc po rynnie czarnego błota i widząc dookoła ten krajobraz pobojowiska, konfrontacji człowieka z naturą, ogarnęło nas przygnębienie. Akurat Iwona czytała na głos, po raz kolejny, książkę Iwanickiego o Syberii minionej. A rozdział był o poszukiwaniach i wydobyciu diamentów w Jakucji, więc w sam raz do krajobrazu za oknami samochodu pasował.
       W tej wiosce co jej już nie ma, w Burustach, odchodzi od drogi kołymskiej zimnik, gdzieś na północ, w tundrę. Znak głosił, że do ostatniej miejscowości jest prawie 850 kilometrów. Droga zaczynała się niewinnie, zwykłym szutrem. Skrzyżowanie... niby nic takiego. W europejskiej rzeczywistości skrzyżowań jest prawie tyle co ludzi, ale tutaj to widok niecodzienny. Spotkać drogę odchodzącą gdzieś w bok, w nieznane, to jak spostrzec w życiu rozwiązanie sytuacji bez wyjścia. My jedziemy na wschód główną, kołymską, mniej więcej wiemy co nas czeka i dokąd dojedziemy, ale takie odbicie w nieznane nęci tajemnicą. Przynajmniej mnie nęci, człowieka który sam mapy dróg w lesie rysował, w dzieciństwie. Wtedy las dookoła domu był mi równie nieznany jak Kołyma. Żal było wracać na obiad, skoro otwierała się jakaś nieznana ścieżka, w nieznanym kierunku. Więc jechałem w nią rowerem i tak schodził dzień do wieczora, kiedy to nowe odkrycie trzeba było wrysować na wielki arkusz mojej mapy. Przypomina to dziecinną zabawę w rzucanie śnieżkami. Wszystko jest miłe i piękne, kiedy dzieci widzą w tym jedynie niewinną zabawę i szybko się nią nudzą. Ale czasami znajdzie się zawzięty w ambicji młodzian, który chce więcej i bardziej. Obtacza kamień śniegiem i jego pociski są bardziej celne, a zarazem czynią to, do czego teoretycznie się je wytwarza, czyli szkody na ciele przeciwnika. Kiedy dorośnie może nie będzie mógł przestać i znajdzie inne zabawki do celowania i czynienia spustoszenia. Chcę tylko powiedzieć, że to co niewinne, zabawne i piękne u dziecka, na stare lata może dojrzeć i zestarzeć się w pasji, a nawet dewiacji. Któż jednak mógł przewidzieć, że ten nicpoń spędzający całe dnie w lesie na rowerze, nie będzie potrafił przestać na stare lata i ciągle będzie jeździł, coraz to dalej i dalej, gnany pożądaniem odkrywania nowych dróg, i że głodu tego nie będzie mógł zaspokoić, a życie, dobrobyt i spokój temu poświęci. Według mapy, droga odchodząca od kołymskiej, na północ to arktika, tak się nazywa ten zimnik i wiedzie do Wierhniekołymska, a potem Sriedniekołymsk i dalej po rzece Kołyma aż do Północnosyberyjskiego morza i wioski Ambarczik. Samo przeglądanie mapy burzy mój spokój i budzi ochotę by tam się niezwłocznie udać. Nieodgadnione jest źródło tej ochoty. Coś jakby pijak przyglądał się półkom zastawionym flaszkami w monopolowym.
       Dalej pojechaliśmy nieco szybciej, nawierzchnia się poprawiła. Tuż przed rzeką Deljankir, stał pojedynczy, zamieszkany dom. To pozostałość po wiosce o tej samej nazwie co rzeka, na której postawiono nowy most, ale obok sterczały jeszcze przypory starej konstrukcji, prawie zniesionej przez wielką wodę, która teraz zupełnie spokojnie, cichutko szemrała, pośród żwiru, z którego wystawały pogniecione burty jakiejś ciężarówki. Dalej już inne województwo, magadańskie, chociaż wszyscy mówią krótko - Kołyma.
       Deszcz nie chciał przestać padać, a na drodze dziś minęliśmy ledwie parę ciężarówek. Można je policzyć na jednej ręce. Pojazdy robotników drogowych też gdzieś zniknęły, poza jednym, samotnym bojownikiem o czystość. Zobaczyliśmy go z daleka, migał pomarańczowymi kogutami i stał na moście. Kiedy się zbliżyliśmy okazało się, że to przerobiony Kamaz cysterna. Z przodu miał wielką, wirującą szczotkę z wężami natryskującymi wodę, jaką pobierał z rzeki. Tą szczotką na wysięgniku mył bariery energochłonne. To podobny absurd, jakby na niemieckiej autostradzie, kobieta na kolanach, ze szmatą w ręku, szorowała asfalt. Jeśli świeci słońce na kołymskiej magistrali, to przejeżdżające samochody wzniecają taki kurz, że widoczność spada do dwóch metrów. Kiedy pada deszcz, koła ciężarówek podnoszą z ziemi szary lub czarny pył błotny, oblepiający wszystko. Po stu kilometrach jazdy taką, mokrą drogą, tył samochodu ma jeden kolor, nie ważne jaki był kiedy wyjechał z fabryki, jest czarny. Nawet nie można znaleźć gdzie są lampy, a co dopiero zobaczyć czy stopy się świecą. Tylko w zimie jest czysto i biało. Po co myć cokolwiek, no może znaki, ale one stoją tu bez sensu, tylko z powodu biurokracji, ale i tak w ciągu jednego dnia wszystko stanie się na powrót brudne? Zresztą nie w tym rzecz. Spodziewać się tutaj myjki barierek, to jak wierzyć w świętego Mikołaja.
       Kiedy wyjechaliśmy na zabagniony płaskowyż, za przełęczą Sokdjach 1172m n.p.m., krajobraz nieco się urozmaicił i otworzył na szeroki horyzont. Jeszcze w Jakucji było kilka miejsc ze zwalistymi skałami, schodzącymi do Nery, a droga u ich stóp niosła nas na krawędzi osypisk głazów i żwirowisk, teraz jednak zrobiło się przejrzyście, oko mogło sięgać daleko, nawet z tej okazji wyszło słońce. Minęliśmy parę opuszczonych wiosek widmo. Podobnie wyglądały bośniackie sioła, kiedy wyznaczaliśmy trasy turystyczne, w 2005, w okolicach Sarajewa. W Jakucji jeszcze przejechaliśmy przez wioskę Artyk. To dopiero plener zdjęciowy! Z Hollywooda powinni tu przyjeżdżać i kręcić filmy wojenne, scenografia gotowa. Ale pewnie taniej jest zbudować taką wioskę w studiu. Prawie wszystkie kamienice były opuszczone i zdewastowane, nie tylko przez czas i klimat, ale przez poszukiwaczy drewna na opał. Jako tako stały jedynie murowane budynki z lat '30-stych, otynkowane i w stylu kolonialnych gmachów z Krasnojarska. Może nadal urzęduje tam jakaś władza. Dacze na obrzeżach wioski już prawie zapadły się pod ziemię. Warsztaty autobazy opustoszały, dachy zapadły się od śniegu, drzwi wyrwał wiatr i złodzieje. Wzdłuż ulic stały trupy pojazdów. Już nie pojadą, więc wyrywa się z nich co tylko można jeszcze wykorzystać. Najstarsze są Moskwicze, Zaporka aż tak daleko od Ukrainy jeszcze nie widziałem, ale całkiem nowoczesne Kamazy też wryły się w czarny żwir brzuchami, kadłubkami pozbawionymi kończyn, bez osi i kół. Tylko robić zdjęcia, a potem umieszczać w artykułach o upadku planowanej gospodarki socjalistycznej, która zderzyła się z kapitalizmem. To tu jest ta zaginiona linia frontu, gdzie gospodarka socjalistyczna nadal ściera się z kapitalizmem. Ofiary widać gołym okiem. Niewinni, postronni uczestnicy tego konfliktu też doznali ran. Przyroda jednak powoli podnosi się z upodlenia i przechodzi do kontrofensywy. Jest jak czas, nie da się jej powstrzymać. Kiedy tylko człowiek przestanie na nią napierać z całych sił, zaleje go i utopi jego dzieła zepsucia w powodzi zieleni.
       Zatrzymaliśmy się przy pomniku radzieckich lotników, którzy spadli tutaj amerykańskim samolotem z darów. Przy pomniku spotkaliśmy kierowcę Kamaza, co wiózł paliwo do Jakucji. Miał wielką, nowoczesną lustrzankę i robił zdjęcia pomnikowi. Kolejne kuriozum na dzisiejszej trasie. Nie zdążyliśmy go o nic zapytać, bo się spieszył. Ale powiedział na odchodnym, że wczoraj widział niedźwiedzicę z małym i wielkiego samca, jak przechodziły przez drogę. Więc kiedy poszedłem na piechotę sprawdzać zarośnięty wjazd do starego kamieniołomu, to starałem się robić dużo hałasu, jak jakiś klakier zgubiony w lesie, bijący brawo swojej wyobraźni, waliłem w dłonie aż mnie rozbolały. Krzyczeć się wstydziłem.
       Następny dzień niestety także był deszczowy, na dodatek temperatura spadała z każdym przejechanym kilometrem, aż osiągnęła pod wieczór pułap siedmiu stopni. Wysokość raczej nie miała na to wpływu, bo znowu zjechaliśmy na około 600m n.p.m. Przyroda nie cieszyła naszych oczu. Wokoło było tak normalnie, jak tylko może być w północnej Syberii. Za to odwiedziliśmy opuszczone miasteczko Kadykczan, nad rzeczką Kadykczanką i u zbiegu starej i nowej drogi kołymskiej. Stara to ta, co w Kljubeme odchodziła przez nowy most do Tomtor i Ojmiakon. Teraz obie ponownie się połączyły. Dobrze, że nie pojechaliśmy starą drogą. Przy tych deszczach topilibyśmy się w rozlewiskach, a łopatowanie odchodziło by przy każdym strumieniu. Górskie rzeczki po trwających kilka dni deszczach, potrafią mocno wyżłobić sobie koryto i utworzyć bandy ze żwiru. Jeśli droga nie ma mostów, to za każdym razem musiałbym walczyć łopatą aby odkopać taki wysoki brzeg, by móc samochodem zjechać do rzeki, a potem z niej wyjechać. To dobre dla tych co szukają silnych wrażeń i potem chwały, ale nie dla mnie. Ja tu przyjechałem odkrywać to co dla mnie było nieznane, a nie przełamywać własne słabości.
       Miasteczka kołymskie różnią się dość poważnie od tych jakuckich. Powstały później, więc widać tu tylko zabudowę murowaną i z wielkiej płyty. Powstawały po zadaniu, jako zaplecze dla robotników w kopalniach, ich historia nie jest związana z rdzennymi mieszkańcami Syberii. Nie są to zwykłe blokhauzy, ale postarano się o dodanie kilku elementów architektonicznych, zwiększających atrakcyjność tej, dość mało finezyjnej, formy. Jedyne, drewniane budynki to dacze i garaże mieszkańców i one najszybciej zanikają, nie tylko z powodu słabej konstrukcji, ale także z powodu drewna, cennego surowca na opał. Kadykczan to ponad dwadzieścia wieżowców czteropiętrowych i sporo mniejszych budynków użyteczności publicznej. Jest także osiedlowa restauracja i na obrzeżach miasteczka, konieczna do jego powstania, mała fabryka. Wszystko jest od 2003 roku opuszczone. Ludzie nie zabierali swojego dobytku, bo nie wszystko da się sprzedać na Kołymie i nie wszystko da się zabrać do samolotu. Mówi się, że takie miasteczka są zamrażane. Nikt ludzi nie wyrzuca, ale kiedy przestaje opłacać się wydobywanie czegokolwiek w okolicy, firma, czyli państwo, zamyka zakład, a ludziom oferuje inne miejsca pracy, często odległe o tysiące kilometrów. Miasto bez firmy przestaje działać, bo przenosi się elektrownię, ciepłownię i sprzęt wodociągowy. Jeśli ktoś chce zostać, nikt mu nie broni, ale musi sobie zapewnić byt samodzielnie, jak w chacie myśliwskiej w tajdze. Kolejni złomiarze z okolicznych wiosek i poszukiwacze dobra wszelakiego, szabrują to co zostało. Niektórzy zaczynają nowe życie, zakładając rodzinę, dostają mieszkanie z firmy, a meble zbiorą po domach w miasteczkach zamrożonych. Do Kadykczanu dochodzi normalna droga, całoroczna droga. Ale jest wiele takich miejsc, gdzie nawet zimą nie dojedziesz samochodem, bo rzeka jest za wąska i górska, a droga zrobiona spychaczem już dawno przestała istnieć.
       W ten zimny, wietrzny, deszczowy dzień zajechaliśmy do Kadykczanu i poczuliśmy się jak w innej bajce. Znamy takie opuszczone miasteczka z innych rejonów Rosji. Chociażby z Republiki Komi, opuszczone miasta Bułgarów. Ale specyficzna aura, hałdy kopalniane wokół, bezgraniczna cisza przyrody osadziły tą scenografię w skojarzeniach jakie każdy, nowoczesny człowiek oglądający hollywoodzkie filmy posiada. Ile to takich scen aranżowanych na potrzeby filmów katastroficznych, czy science fiction widziałem, a teraz sam czułem się jak ten jedyny ocalały z zagłady, wałęsający się trochę bez celu po resztkach dawnego świata. Zajechaliśmy na najwyższy punkt miasteczka i zaczęliśmy penetrację od zielonego wieżowca. Weszliśmy na klatkę schodową i kolejno, mieszkanie po mieszkaniu, przeglądaliśmy jakbyśmy byli zmuszeniu szukać puszek z żywnością, albo innych ocalałych. Sceneria sama podpowiadała gdzie mogą być ukryte duchy przeszłości. Iwona zaczęła się bać, że otworzywszy kolejne drzwi zobaczymy trupa w łóżku, a mnie skojarzenia z filmem "Jestem legendą" nie dawały spokoju i w każdym cieniu widziałem innego, ocalałego po epidemii, który czeka na mnie by wreszcie coś upolować do jedzenia. Jednakże to były puste mieszkania. Niektóre były dobrze wyczyszczone z mebli i wszystkiego co ludzie muszący się wyprowadzić w specyficznych warunkach, zostawiają za sobą, jako mało potrzebne na nowej drodze życia. Inne mieszkania nosiły ślady swoich właścicieli. Powiewające na wietrze, hulającym przez wybite szyby, resztki fototapety. Albo kolekcjonowane ze słodyczy, małe zdjęcia słynnych celebrytów światowych, pewnie przez jakieś dziecko mieszkające w tym pokoju. Najwięcej walało się butów i walonek. Może ludzie opuszczali miasto w lecie, bo na podłodze znajdywaliśmy także rękawice i czapki. Całe stosy różnych książek zalegały pod ścianami i na parapetach. Kiedyś ludzie zabierali przede wszystkim książki, bo one pozwalały na krótki chociaż czas uciec z życia, którego nie akceptowali. Dziś ludzie bardziej akceptują swoje życie i mają lepsze sposoby na uciekanie.
       Najwięcej było śmieci, potłuczonego szkła, odpadającego tynku, połamanych mebli, rozwalonych lodówek, spalonych żarówek i papierzysk z pustymi, niezapełnionymi rubrykami. Na ścianach wisiały jeszcze kalendarze z 2002 i 2003 roku. Jedno mieszkanie rozpoznaliśmy jako zamieszkane przez jakiegoś kołymskiego bezdomnego. Musiał długo tu siedzieć, bo naznosił sobie mebli i gazet do czytania. Nie miał lotnego umysłu, bo książek nie przyniósł z innych mieszkań, porządku też nie utrzymywał. Mieszkanie poniżej zaanektował jako toaletę. Sądząc po ilości gówien, mieszkał tu kilka miesięcy i odżywiał się mięsem. Nie znaleźliśmy zużytych opakowań, więc raczej jadał to co upolował w lesie i w rzece.
       W swoich ponad godzinnych poszukiwaniach, natrafiliśmy na dwie, zdechłe sowy. Wyglądały jakby same tu przyleciały na swój pogrzeb i położyły się pod ścianą. Nikt ich nie oskubał, nie ustrzelił i nie zagryzł.
       Po spenetrowaniu jednej klatki schodowej mieliśmy dość przygnębiającej akcji rozpoznawczej. Iwona miała swoje zdjęcia, a ja dwa souveniry. Gazetę motoryzacyjną z 1988 roku i okładkę radzieckiego wydania płyty Boney-M. Na odchodnym zaszliśmy do urzędu pocztowego. Tak miałem go oznaczonego na najnowszej mapie GPS. I rzeczywiście była to kiedyś poczta. Nic ciekawego tam nie znaleźliśmy, ale zobaczyliśmy ładne, drewniane boazerie, rzeźbione w scenki rodzajowe z Dalekiego Wschodu. Była też nieco zniszczona, szklana mozaika. Kiedy odjeżdżaliśmy, jacyś rosyjscy turyści właśnie zaczęli penetrować przeciwległy wieżowiec. Biegali po piętrach z fotoaparatem tak jak my.
       42 kilometry dalej wjechaliśmy do miasteczka Susuman. To akurat było żywe i zamieszkane. Dużo wcześniej zaczęliśmy jechać ponownie rozkopaną przez górników doliną rzeki Bjerjeljech. Mijaliśmy zamieszkane i opustoszałe wsie. Niektóre wzięli w tymczasowe posiadanie robotnicy drogowi, inne jacyś Sybiracy, niewiadomo z czego się utrzymujący. W okolicy Chołodnego zaczął się dziurawy asfalt, który w Susumanie zrobił się niezwykle dziurawy, jak w Armenii. Zajechaliśmy na stację benzynową aby dopełnić na wszelki wypadek kilka litrów paliwa. Niby powinno do Magadanu starczyć, ale lepiej mieć więcej. Koszt litra był 90% wyższy niż normalnie w Rosji. Za to sklepy w Susumanie były zaopatrzone wybornie. Co chcesz to kupisz, tylko ceny z kosmosu. Jednakowoż ktoś to kupuje, bo na półkach nie stawia się ekspozycji stałej. Zresztą sami widzieliśmy jak dwoje młodych zakupiło kiść bananów i parę luksusowych, ze względu na cenę, produktów. Wydali na małą siatkę zakupów ponad 75zł. Ludzie w kopalni zarabiają dużo, mieszka tu trochę Osetyjczyków, wszyscy się tu garną, bo tu jest praca. W każdym, kołymskim i jakuckim miasteczku znaleźć można Uzbeków. Mają restauracje i sklepy, prowadzą handel fruktami za pośrednictwem samolotów. Ingusze zajmują się nielegalnym, pozapaństwowym handlem złotem. A turyści zajmują się odpowiadaniem na głupie pytania i pokazywaniem co takiego ciekawego jest we wnętrzu Toyoty.
       Trochę liczyłem, że ktoś, jakiś znudzony, lokalny oligarcha zaprosi nas na kolację z alkoholem, abyśmy robili za nadwornych błaznów i atrakcję dla znajomych. Ale niestety tym razem się nie udało wkręcić na krzywy ryj. Może w Magadanie. No cóż, napstrykaliśmy kupę zdjęć z Susumana, jakby to był Paryż. Przecież to wszystko jedno, na szkło obiektywu największe parcie ma to co jest inne od znanego. Wyjechaliśmy czarną od błota, dziurawką na wschód, w poszukiwaniu opuszczonego kamieniołomu na nocleg. W Susumanie dowiedzieliśmy się, że województwo magadańskie, zgodnie z normami światowymi, ma czas taki jak na wyspie Guam, więc 9 godzin różnicy do Polski i 2 do Jakucji. Nagle zrobiło się późno i trzeba było zjechać na noc. Niedużo dziś pojechaliśmy, ledwie 132 kilometry. Ale za to treściwe kilometry. Za dwa dni powinniśmy dojechać nad morze Ochockie, ja tam wolę myśleć, że to ocean Spokojny. Kąpałem się w nim siedem miesięcy temu. Może tutaj też się wykąpię.
       Rano dalej pchaliśmy nasz wózek na wschód. Droga ciągle nie była tak dobra jak w Jakucji, mimo że wjechaliśmy w rejon rosyjskiej stolicy wydobycia złota. Ruch na kołymskiej wzmógł się znacznie, a wiadomo że więcej samochodów to bardziej zniszczona droga. Bogate w złoto rejony, ale czy instytucje publiczne mają szmal na remont dróg? Przestaliśmy widywać maszyny naprawiające nawierzchnię. Zniknęły nawet Kamazy myjące znaki i bariery energochłonne. Pojawiły się za to nowoczesne bazy górnicze z masztami na międzynarodowe flagi. Wiadomo nie od dziś, że Rosja sprzedaje działki pod wydobycie światowym kompaniom. My dziś widzieliśmy flagi tureckie, norweskie i niemieckie. Ale nie trzeba szukać flag, aby rozpoznać czy baza górnicza jest rosyjska czy zagraniczna. To widać na pierwszy rzut oka. Materiały do budowy budynków, organizacja ruchu maszyn kopalni, baraki mieszkalne, drogi dojazdowe do kopalni, tudzież wyrobiska przesiewania złotonośnego żwiru czerpanego z rzeki, ogrodzenia, a nawet zagrody gdzie górnicy hodują zwierzęta na mięso, wszystko to od razu mówi wnikliwemu obserwatorowi, czy dana baza jest rosyjska, czy na ten przykład norweska, czy australijska. Jedyne co Rosjanie mają lepsze to znaki drogowe - umiłowanie do biurokracji zastępującej odpowiedzialność za własne czyny. Mają też lepsze maszyny - Rosjanie kochają markę i używają tylko najlepszych sprzętów.
       Rosyjska dusza, ten proletariacki brak poszanowania porządku, kochają prowizorkę, chodzenie na skróty, a przede wszystkim nie mają poczucia estetyki publicznej. Przez te kilkadziesiąt lat system uczył ich zamykania się w swoich domach, tam pielęgnowania szacunku do rzeczy, porządku, osobistego gustu, umiłowania w poszukiwaniu funkcjonalizmu, wynalazczości. Przyozdabiali swoje, nienadające się do życia, ale doskonale nadające się na hobby, mieszkanka tak, że było w nich przytulnie jak w pościeli. Na zewnątrz, to co publiczne się nie liczyło, chyba że na pokaz, dla władz, dla osiągnięcia, zrealizowania planu, a potem mogło się zawalić. Nikt o to nie dbał, bo to nie jego.
       Tu na Dalekim Wschodzie królują mężczyźni, to oni budują te bazy i miasteczka. A mężczyzna rosyjski to człek nie troszczący się o wygląd, formę, dla niego liczy się cel i środki do jego osiągnięcia. Tak właśnie wyglądają miasteczka górnicze, brak tu kobiecej ręki, chociaż kiedyś było inaczej. W Jagodnoje zajechaliśmy do bohatera jednej z opowieści Hugo Badera. Nie ukrywam, bardziej z chęci sprawdzenia, bo nie raz jeździliśmy w tereny opisywane przez Badera i nic się nie zgadzało. Juri, złomiarz z Jagodnoje, z polskiej matki spod Lwowa i ojca Banderowca, jest tu znaną osobistością. Sam o to zabiega. Ma naturę aktora, który karmi się poklaskiem. Nie przepuści żadnej okazji do rozmowy, a kiedy złapie słuchacza, to jak pit bull długo nie puści. Jednak mimo to jest kopalnią wiedzy o Kołymie, siedzi tu z nakazu od 1964 roku. Zagadywany i sprawdzany krzyżowymi pytaniami, opowie ciekawe historie, a ma życie niecodzienne, pewnie jak wszyscy Sybiracy. To ich cecha charakterystyczna.
       W każdym razie Juri opowiadał jak było na Kołymie za komuny i potwierdził nasze oczekiwania. Droga była przejezdna i równa jak stół, miasteczka kwitły, jak kwiaty w doniczkach na balkonach, domy były nowe, krawężniki pomalowane na biało, ludzie na odpust przyjeżdżali do Jagodnoje bo tu najładniej, spacerowali, cieszyli się życiem inaczej niż dziś. Ale przecież taka była kiedyś Rosja radziecka. Może totalitarna, ale dobro publiczne było szanowane z obowiązku i strachu. Dziś wajcha poszła w drugą stronę. Jagodnoje i tak jest chyba dość ładnym miasteczkiem, ale to jednak obraz upadku. Nie ma już komu dbać o porządek i drogi, nie ma już moskiewskiej formy nacisku, zastraszenia, które kiedyś ludzi trzymały za gardło. Sami się nawzajem trzymali. Jest za to kapitalistyczna wolność z silną pozycją rabunkową Moskwy, a to nie sprzyja budowie, tylko wyszarpywaniu czego się da z tej ziemi i dalszemu zamykaniu się ludzi w ich prywatnych zamkach, domach, rodzinach, klanach, mafiach. Nie ma tu poczucia więzi społecznej, jedności lokalnej, tożsamości grupy. Chociaż istnieje lokalny patriotyzm, duma z regionu, w którym mieszkają. Rosjanie nadal powtarzają ten sam model stosunku do otaczającego ich świata. Ciągle nie widać przyjaznego związku obywateli z państwem. Jak to Juri mówi, my tu wydobywamy złoto, a oni z Moskwy je mają i nic nam z tego nie zostaje. Niczym to się nie różni od stosunku radzieckiego Rosjanina do ZSRR. Dla Rosjan państwo to wróg, a ojczyzna to inni Rosjanie, chwała wojenna, przetrwanie, bohaterzy lokalnej walki z czym się da. Jednak mimo nienawiści do Moskwy, czują w Putinie strażnika imperialnego etosu, ulegają mitowi wielkiej Rosji, bezwiednie powtarzają slogany radzieckiej i noworosyjskiej propagandy. Potrzebują wizerunku siły imperium, to ich tożsamość państwowa, narodowa, zwłaszcza tu na rubieżach Syberii, gdzie przecież są kolonizatorami, muszą mieszkać z Azjatami, ciągle ich nie rozumiejąc, ciągle nie starając się ich zaakceptować jak swoich, jak Rosjan, jak równych sobie. Za komuny Azjaci byli potrzebnym czynnikiem gospodarczego i kolektywnego krajobrazu, potem na krótko stali się wrogami. W okresie przemian gospodarczych biali, w satelitarnych republikach muzułmańskich, nieźle dostali w dupę, teraz egzystują obok siebie nie mając zdecydowanego do siebie stosunku, trochę jak Wietnamczycy i Warszawiacy.
       W Jagodnoje wczoraj był prazdnik pasiołka, taki coroczny odpust, święto miasteczka z emblematem "prazdnik kołymskiego kluba". Niestety nie wiedzieliśmy, inaczej byśmy starali się ze wszech sił tu dotrzeć na wczoraj. Za to pooglądaliśmy sobie stare zdjęcia z czasów budowy kołymskiego traktu i fotografie bohaterów regionu, wraz z krótkimi życiorysami. To pewnie pozostałość po wczorajszym świętowaniu. Ale jakie to twarze! Zawsze lubię oglądać stare zdjęcia, kiedyś twarz była zwierciadłem duszy, dziś jest cenzurką z testu na udawanie kogoś innego. Kiedyś Kobuszewski w Dudku śpiewał - "robić małpę, robić osła, robić świnię, w końcu sam człek nie wie kim się stał". Kiedyś jak ktoś chciał się wybić, musiał przypasować się do sytuacji. Teraz plastykowa maska nijakości, dystansu, poprawności stała się obowiązkiem.
       Zaszliśmy także do uniwermagu z dawnych czasów, a dziś będącym ogryzkiem komunistycznej świetności idei budowy nowego świata na wschodnich krańcach wielkiej Rosji. Pisałem w 2005 o tym zachłyśnięciu, prawdziwej wierze w nieprawdziwe hasła z epoki Chruszczowa i budowy Bajkalsko Amurskiej Magistrali kolejowej. W jagodnym uniwermagu, na stoiskach z chińską tandetą odzieżową stacjonowali Uzbecy. Oczywiście pogadaliśmy z chłopakami tęskniącymi do domu w Taszkiencie. Stoją po zadaniu, bo szef kazał. Na innych stoiskach radzieckie panie sklepowe, tylko jakby trochu przepalone zbyt dużą ilością trwałej ondulacji. Z tą swoistą dawnym mężom zaufania społecznego, pewnością istnienia instytucji 'pani sklepowej', premedytacją w silnym spojrzeniu spod długich, sztucznych rzęs, nonszalanckim traktowaniu klienta jak syberyjskiego, natrętnego komara. Dwie matrony rozpakowywały paczki z Magadanu, z ostatniej dostawy dóbr luksusowych. Banany z Hondurasu, arbuzy z Azerbejdżanu, koniak z Mołdawii, szampańskoje z Moskwy, aloes w płynie z Korei, sjumga z okeana, krem na twarz z Indii, co tylko zechcesz, a one, tymi łapskami o krótkich, pulchnych, ruchliwych paluszkach, zakończonych czerwonymi, pazernymi szponami przebierają w towarze jak szejk w szkatule pełnej złotych talarów. To też mamuty z dawnej epoki. Biel krawężników wyblakła, jak ich fryzury, a one nadal trwają. Co ja mówię, przecież te babska nie wiedzą co to komuna, kiedy się kończyła, miały po kilkanaście lat. Ale po przejściu systemu najlepszych szkoleń zawodowych, nauk jakie pobrały od poprzedniego pokolenia mistrzyń w swoim fachu, godnie trwają na posterunku 'pani sklepowej'.
       Kurde jednak nie wszystko kiedyś było takie piękne. Ludzie kładli się czwórkami pod walce drogowe, aby powstała magistrala kołymska, kładli się nie tylko za swoje przekonania, ale również za przeszłość kryminalną. Ludzie żyli w skrytości własnych serc, jak myszy pod miotłą, bo każdy donosił, a komuny nie tworzyli jacyś "oni", tylko ci sami, normalni Rosjanie, najczęściej ze strachu, ale także z chciwości, zawiści, wiary w nieprawdziwe ideały. Krótko i na temat - ludzie, jak zwykle, ludziom zgotowali ten komunistyczny los, ale z bielonymi krawężnikami i gładkimi asfaltami.
       Tak się wciągnąłem w to rozpamiętywanie, że zapomniałem o misiach. Dziś na kamieniołom zjeżdżaliśmy w niejakim strachu, strzygąc uszami i strzelając na boki oczyma, jak jacyś złodzieje żwiru. Na drodze widzieliśmy niedźwiedzicę z małym. Cośmy zdjęć i filmów narobili siedząc cichutko w Toyocie to historia do opowiadania przy kominku w zimie. A pani miś nic sobie z nas nie robiąc, a nawet z mojego trąbienia, łaziła w te i we fte, szukając dziecka. Jurij nas ostrzegał, aby nie napierać na misia, bo łapą kapotę na Toyocie przetrąci. Więc jak pani miś się zaczęła zbliżać, to ja dalej dusić na klakson Coś jak pan Anatol wołał by - milicja! W końcu jednak zwierze wlazło w las, a my pojechaliśmy dalej. Obok dzikiego słonia na Sri Lance, przejeżdżałem na motocyklu jakby był wesołą zabawką z wypisanym na czole imieniem - Pinio. Ale niedźwiedź to co innego. Chociaż tak samo skory do zabawy jak słoń, to jednak bez własnej oceny, podświadomie bazuje się na tym całym straszeniu, jakie żądni chwały myśliwi, wdrukowali nam pod dekle.
       Ostatni dzień tego szaleństwa na drodze kołymskiej upłynął nam na podskokach. Szutrówka poprawiła się dopiero na 260 kilometrów przed Magadanem, a sto kilometrów dalej zaczął się asfalt. Z początku dziurawy jak cholera, ale potem już dużo lepszy. Krajobraz zmienił się nie do poznania. Wjechaliśmy pomiędzy łagodne stoki żwirowe. Gdyby nie ich rozmiar można by pomyśleć, że to hałdy wałbrzyskie z lekka porośnięte pierwszymi krzakami. Czarny żwir wulkaniczny zdradza najstarszą historię tego regionu. Cywilizacja zaczęła się nagle. Dla nas w supermarkecie Wersal, w miasteczku Pałatka. Takiego sklepu nawet w Jakucku nie widzieliśmy, a ja ostatnio to w Ulan Batar. Dziś ciągle mijaliśmy jakieś zabudowania, większość była nieżywa, teraz zresztą już mniej potrzeba ludzi do wydobywania skarbów Syberii niż dawniej. Już na asfalcie zauważyliśmy pierwszy, podmiejski autobus i zrobiło się rojno od osobówek.
       Wcześniej zaatakowaliśmy drogę do dawnego gułagu Dnieprowskiego. GPS znalazł drogę i obliczył, że mamy wjechać w plener 18.8 kilometra. Z początku dobrze szło, ale drogę zagrodziła nam koparka Caterpilar. Kiedy odjechał załadowany żwirem Kamaz, pan operator zauważył naszą Toyotę i odsunął się nieco, abyśmy przejechali. Przez otwarte drzwi krzyknąłem do niego, aby potwierdzić, że to droga do starego gułagu. Uśmiał się z głupich turystów, pokręcił głową i wzruszył ramionami. No tak, przecież on tu w pracy, kazali kopać tu, to kopie, a co dalej w tajdze było pięćdziesiąt lat temu, to mi wisi. Odwzajemniłem zdziwiony uśmiech, bo sam nie widziałem sensu w jechaniu do gułagu. Jednak pojechaliśmy. Droga nas nie rozpieszczała. Zrobiliśmy trzy kilometry z średnią prędkością 11km/h. Jak nic wychodziło, że dojedziemy do celu za półtorej godziny, a potem następne tyle będziemy wracać. Przyznam, że mnie to wnerwiło. Nurkowanie w błoto ukryte pod wodą i gramolenie się na przeciwległy brzeg. Tak bez końca, na redukowanej dwójce. Za zakrętem spodziewałem się poprawy, za wzniesieniem też, przecież tak nie może być bez końca, przecież widzę co najwyżej tygodniowe ślady UAZa, co jest do cholery?! Czy ja nie widziałem gułagów, czy ten będzie inny? No tak przecież to Rosja, ile takich dróg spenetrowałem, a z ilu zawróciłem. Zatrzymaliśmy się dla rozprostowania nóg i obsiadły nas komary, w liczbie normalnej jak na najlepszy czas komarowy na Syberii, czyli można je zgarniać ręką z twarzy jak parę z szyby. Diabli tam z gułagiem! Zawracamy! Iwona woli pojechać do Talaja, do gorących źródeł. Ale ja, król i władca, jestem pokłuty przez komary i rozdrażniony błotem. Odpowiadam, że - mamy gorącej wody dziesięć litrów w bojlerze, na chuj jechać do Talaji, co tam jest, czego nie widzieliśmy?! Wracamy do głównej, zakurzonej, bo dziś słońce, deszcz się schował na zachodzie.
       Do pana z koparki uśmiechnęliśmy się ponownie, pomachał nam, jakby wiedział od razu, czym skończy się nasza archeologiczna ekspedycja do gułagu Dnieprowskiego. Na głównej minęliśmy dwa stare kampery, na oko amerykańskie, na rejestracjach magadańskich. Powoli wkraczamy w świat cywilizacji jaki narósł wokół tego Magadanu. Tego celu, marzenia wielu podróżników, jak Nordkapp, czy Ziemia Ognista. Oczywiście tu też żyją ludzie i mają swoje marzenia. Kto wie może o grobach czerwonoarmieńców w Poznaniu.
       Za Pałatką zaczęliśmy szukać noclegu. Już wieczór, a do Magadanu zostało 75km. A niech tam, na złość tym zaliczającym atrakcje, zatrzymamy się na nocleg tuż przed celem. Aby było inaczej niż wszyscy robią. Wjechaliśmy w tajgę daleko od głównej. Droga prowadziła na szczyt wzniesienia z piękną panoramą. Jak to w Rosji, droga potrafi prowadzić całymi kilometrami, aby skończyć się nigdzie, albo wprost przeciwnie, w ważnym miejscu. Trudno było wypoziomować Toyotę, ale się udało. Z panoramy mało skorzystaliśmy, bo owady zapędziły nas do domu, jak wilki gęsi do zagrody. Nic to, mamy flaszkę jakiejś, ruskiej wódki, sok z brzoskwiń, tańszy od pepsi i na wieczór bardzo dobry film do obejrzenia. A rano muszę coś poradzić na gwóźdź w tylnej oponie i łapanie lewego powietrza na przeźroczystym filterku paliwa. Taka równowaga, tu wozduch uchodjat a tam wychodjat. Jak znam komary, to z pewnością będą mi przy tych pracach towarzyszyły. One są bardzo ciekawskie. Zupełnie jak, na ten przykład, Indyjczycy. Przypomniałem sobie zdjęcie, jakie mi Iwona zrobiła w Himalajach, w 2003. Ja ustawiam zawory, bez szczelinomierza, a sadhu, wędrowny pielgrzym, fanatyk hinduistyczny, niebieski ptak, jak go zwał tak zwał, patrzy mi z ciekawością przez ramię, zupełnie jak te magadańskie komary. Niezaproszony, nieoczekiwany, nie do odpędzenia.
       Iwona ugotowała magadańskie ziemniaki. W smaku oczywiście pastewne, czego można się spodziewać po tutejszych plantatorach? Posmarowane moskiewskim majonezem są nawet wkusne. Dokładam sobie mundurków, które Iwona zdejmuje z pyry, bo jej za gorzkie, a dla mnie jedyne zdrowotne w tej bulwiastej truciźnie. Zapijamy Ruską Waljutą z sokiem brzoskwiniowym. Tym razem Iwona sote, bez soku, lubi czuć ten odór wódki, a ja zalewam sokiem, aby go nie czuć. Ludzie się dopełniają. To już piętnasty rok tak sobie razem podróżujemy i wytrzymujemy w małej przestrzeni, a w Polsce to różnie bywa. Na szczęście w Polsce nie jesteśmy na siebie skazani.
       Około południa już pędziliśmy w korowodzie samochodów do Magadanu. Ruch taki, że przez 65 kilometrów nie mogłem wyprzedzić ciężarówki. Dojechaliśmy na przedmieścia i ostatnie wzniesienie przed centrum. Roztacza się stąd ładna panorama na miasto. Od razu widać, że to nie Jakuck, a taki mały Nowosybirsk, miasto białych, zbudowane na pieniądzach z eksploatacji bogatych złóż w tajdze. Takie trochę bez duszy, ale czyste, zadbane, świecące po oczach noworuskim blichtrem. Jest nawet park w centrum, a w parku komicznie kiczowata rzeźba na wysokim cokole, oczywiście złocona, bo Magadan to złote miasto. Rzeźba ma symbolizować dobrego anioła świata. Park jest na wzniesieniu w centrum, a na zachód od centrum, na przedmieściach, jest kolejny pomnik postawiony w dzień święta Rosji, w 1996, ten z kolei ma podnieść z pyłu chwałę tych, którzy oddali życie za budowę nowej cywilizacji na dalekiej ziemi, tych co tu zesłano i zamęczono. Artysta który go zrobił, ma na nazwisko Niesławny i mówi o swoim dziele - to pomnik utraconej duszy. Magadan nie zapomina o swej nieprzyjemnej historii, stawia pomniki, również tym, których dziś się nazywa oprawcami, zarządcami gułagów. To też historia Magadanu i Kołymy. Można odnieść wrażenie, że nie do końca wiedzą jaki stosunek przyjąć do swojej niesławnej historii, albo nie wszystkim Magadańczykom zależy na pamiętaniu o tych zamęczonych w kopalniach, albo raczej, zgodnie z sondą uliczną Hugo Badera, normalni obywatele miasta mają ważniejsze problemy na głowie, aniżeli rozpamiętywanie tego co przeminęło, doszukiwania się prawdy, odbrązowianie przeszłości, przyjmowanie poczucia winy za tych, którzy byli tu przed nimi i miasto zbudowali. Kiedyś, kiedy Magadanu jeszcze nie było, najważniejszym portem nad morzem Ochockim była wioska Ochock. Istnieje do dziś, na południe od Magadanu, ale w lecie nie da się tam samochodem dojechać. Za czasów carskich wędrowały karawany przez Kołymę nad morze, przez góry i bagna w zimie. Drogę zbudowano dalej na północ, tu gdzie jest złoto.
       Magadan leży na stromych pagórkach, jak zawieje to czuć zapach morza, glonów, słychać w każdym miejscu skrzeczące mewy. Zupełnie jak w Murmańsku, tyle że Magadan jest mniejszy. Ale ma za to większe ceny. Za pizzę trzeba tu zapłacić 45zł, za kawę 12zł, ale paliwo jest tańsze od tego z Jakucka o 5%. Przed supermarketem zorganizowano stoisko dla warzywniaków, znaczy ludzi handlujących produktami ze swoich ogródków, taka bio żywność. Kilogram pyrów za 15zł, te co jedliśmy wczoraj są z Chin, kosztują 4zł za kilo. Na każdym rogu ulicy jubiler. Zupełnie jak w Broome, w Australii. Tam wciska się ludziom perły, a tu pod każdą postacią złoto. Spędziliśmy prawie cały dzień w mieście. Na nocleg pojechaliśmy na miejską plażę. Są dwie. Magadan leży nad dwiema zatokami, przy wąskim pasie lądu łączącym skalistą, sporą wyspę, z lądem. W jednej zatoce jest port, a nad drugą dacze w lesie. Tam pojechaliśmy. Znaleźliśmy tu spory parking, ładną, żwirową plażę do spacerów, zadaszone miejsca z blaszanymi grilami i dość spory ruch samochodów pod wieczór. To popularne miejsce schadzek i spędzania czasu z rodziną. Panienki przywozi się po ciemku, a żony w blasku dnia. Dziś dzień powszedni i zimna pogoda, więc pewnie nie jest tak tłoczno jak by być mogło. W oddali, na morzu Ochockim widać ostre skały małych wysepek. Woda jest szarobrązowa, zimna jak dotyk śmierci, zapach glonów wyrzuconych między kamienie plaży jest dojmujący. Pozostaje w głowie, potem nawet herbata smakuje jak z glonami mieszana.
       No to dojechaliśmy. Dziewięć stref czasowych od Polski i 135 południków, 47 dni za nami. Dalej drogi nie ma, nawet nie można stąd wysłać samochodu na Alaskę. Teraz można tylko odwrócić się na pięcie i wracać. Po prostu wyjeżdżając z noclegu trzeba skręcić w tą stronę, z której przyjechaliśmy, po prostu zrobić inaczej niż robiliśmy przez ostatnie 6 tygodni i 13892 kilometry. Coś się kończy, coś się zaczyna. Mamy jeszcze czas na podjęcie decyzji co dalej robić. Do Jakucka i tak musimy wrócić, innej drogi z Magadanu nie ma, przynajmniej latem. Osiągnięcie celu przygnębiło mnie swym nieodwołalnym końcem. Utraciłem go i teraz trzeba szukać nowego, wyodrębnić go z chaosu w głowie, nadać jutrzejszemu dniu celowości działania.
       Dziś pojechaliśmy w mżawce i mgle odwiedzić stalowego mamuta. Lokalny artysta wyspawał go z kawałków metalu, śrub i starych części samochodowych. Wzorował się na postaci z kreskówki "Epoka lodowcowa". Nie jest zabezpieczony od czynników atmosferycznych, ma bowiem się starzeć razem z Magadanem i symbolizować upływ czasu. Potem pojechaliśmy do Uzbeków kupić trochę warzyw chińskich, a następnie do muzeum etnograficznego. Nie spodziewałem się czegoś szczególnego, ale magadańskie muzeum okazało się całkiem dobrze zorganizowane i niezwykle ciekawe. Nie jest tak duże jak to w Krasnojarsku, ale równie ciekawe. Ekspozycja poświęcona rdzennym mieszkańcom tych stron jest przygotowana z niezwykłą pieczołowitością, a stare zdjęcia z początku kolonizacji Syberii, dobrze dopełniają tło zbiorom odzieży, uzbrojenia, narzędzi jakie ludzie używali tutaj od tysięcy lat. Osobny dział poświęcono mineralogii, osobny faunie i florze, były także ekspozycje czasowe. Jedna z okazji stulecia rewolucji październikowej, inne to wystawy zdjęć lokalnych fotografów. Tych dzisiejszych i tych sprzed lat. Muzeum założono już w latach '30-tych. Na początku były to tylko zbiory archeologiczne, ale potem rozrosło się to także o ekspozycję na temat gułagów. Zebrano sporo materiału dokumentalnego i pozostałości po łagrach. Znaleźliśmy nawet wspomnienia Polki, Ireny Krajewskiej, pod tytułem "Siła nadziei". Może uda się je odnaleźć w Polsce, by przeczytać w całości. To co było wystawione już brzmiało zachęcająco. Historia zaczynała się od transportu statkiem z Władywostoku do Magadanu, potem obozy przejściowe i prace przymusowe w zakładach pracy, gdzie byli również zwykli pracownicy. Dalej farma hodowlana i rolnicza, którą prowadził były łagiernik z żoną. Dobrze to było napisane, bez niepotrzebnego patosu i wzbudzania u czytelników politowania nad losem zesłańca, aż by się chciało czytać dalej. W ekspozycji na temat gułagów, zamieszczono również zdjęcia i życiorysy co bardziej znanych więźniów. Zdjęcia przed, w trakcie i po więzieniu. Zdigitalizowano to wszystko, tak że można to oglądać interaktywnie na wielkim ekranie. Jednym słowem warto odwiedzić muzeum etnograficzne w Magadanie. Mieliśmy jeszcze zajść do muzeum sztuki współczesnej, ale zbrakło czasu. Po prostu je dziś zamknęli.
       Do biblioteki weszliśmy tylko w poszukiwaniu toalety, ale przy tej okazji spotkaliśmy panią, która pracuje w agencji turystycznej. Opowiedziała nam, że dziś jest taki zjazd starszych mieszkańców Magadanu, którzy rozjechali się po świecie. Zapewniła nas także, że można z Magadanu wysłać samochód do Władywostoku. Kosztuje to 50000RUB (3000zł). Francuzi jakich spotkaliśmy w Jakucku, mówili że ich Sprintera wycenili na 2000EUR i nie skorzystali. Za to dziś do nas napisali maila, że dojechali już do Mongolii i przepłynęli promem z Leńska do Ust-Kut. Opisali nam całą procedurę okrętowania na prom i koszty. To dało nam do myślenia. Chyba także pojedziemy z Jakucka wzdłuż Wiluja do Mirnego, a może nawet do Udacznego, na koło podbiegunowe. W każdym razie chcemy popłynąć promem z Leńska do Ust-Kut i w ten sposób nie wracać po swoich śladach z Jakucka do Skoworodino. Tym samym rezygnujemy z Władywostoku, ale mamy plan aby go odwiedzić zimą, pociągiem.
       Sporo się dziś wydarzyło. Późnym popołudniem wyjechaliśmy z Magadanu, w drogę powrotną do Jakucka. Zatankowaliśmy paliwo, które powinno nam starczyć aż nad Lenę, to tylko 1850km. Mamy zamiar wracać krótszą drogą, przez Ust-Omczug, która łączy się ze znaną już nam magistralą kołymską pod Susumanem. Dalej pojedziemy po swoich śladach. Tymczasem zajechaliśmy na zalesioną górkę przed Pałatką, na nocleg. Nocowaliśmy tutaj przedwczoraj.
       Rano pojechaliśmy do Pałatki, która chwali się rekordem Guinnessa, w kwestii największej liczby fontann w mieście. Trudno w to uwierzyć. Widzieliśmy dwie i to wątpliwej urody blaszane wykwity noworosyjskiej twórczości artystycznej. Na zjeździe w kierunku Ust-Omczug, zatrzymali nas policjanci i celnicy. Chcieli sprawdzić papiery, nic specjalnego. Ale przy tej okazji pogadaliśmy trochę. Okazuje się, że listopadowa pogoda w Magadanie, która mi tak przypadła do gustu, to w lecie norma. W zimie zaś, Magadan jest najcieplejszym miejscem w szeroko rozumianej okolicy. Panowie i pani policjanci dziwili się, że tak się nam podoba Rosja, że jeździmy tutaj co roku od 12-stu lat. Jak sami zauważyli, Polacy w rosyjskiej telewizji są przedstawiani, jako ci którzy Rosji nie znoszą. Ale stwierdzili także, że telewizja to polityka i propaganda. Trzeba przy tej okazji zauważyć, że rosyjska wersja kultu jednostki roztoczona wokół postaci Putina, kończy się na Bajkale. Dalej już jej tak nie widać. Nie ma takiej ilości portretów władcy w każdym urzędzie i na ulicach, jak portretów Franciszka Józefa w powieści Haszka, a i obywatele bardziej otwarcie i częściej krytykują politykę Putina. Jednocześnie, tak jak w reszcie Rosji, można zauważyć sporo samochodów oklejonych flagami Rosji i hasłami patriotycznymi. Tak jak wcześniej pisałem, patriotyzm Rosjan nie musi dotyczyć Moskwy i jej polityki. Jest zawieszony w umysłach, nie tylko białych Sybiraków, w zupełnie innym miejscu niż byśmy się tego my Polacy spodziewali.
       Pojechaliśmy na Ust-Omczug. Połowa tej południowej drogi okazała się sporo lepsza niż północna. Drugą połowę sprawdzimy jutro. W dodatku ta droga jest krótsza o ponad 150 kilometrów. Przeciska się jednak przez dużo bardziej strome wzniesienia pasma Czerskiego, ma więcej serpentyn, ale także przy okazji, więcej pięknych panoram dzikich gór, zatopionych w naszym przeświadczeniu, że jesteśmy na końcu świata cywilizacji, w pustce i patrząc poza szczyty, nie możemy wyobrażać sobie, że tam dalej jest kolejna dolina z takim, czy innym miastem, drogą, innym państwem, ludźmi wyglądającymi i żyjącymi tak samo jak my. Bo tam za tym łańcuchem szczytów, nie ma nic co nazwać można ludzkimi osadami. Dalej, tysiąc kilometrów dalej, zaczyna się kraj Ussuryjski i tam dopiero coś może by się znalazło. Idąc po grzbietach gór Dzhugdzhur, dojdzie się do kraju nad Amurem, a sam Amur, czyli granica Mandżurii i Chin, to dopiero za jakieś 1800 kilometrów w linii prostej. Prędzej znajdziemy coś idąc na północ. Najpierw złotonośne tereny Susumanu z jego kopalniami w korycie każdej rzeczki, a potem krainę Czukczów, największych szczęśliwców Syberii. Tak rozmyślając o przestrzeni Syberii wjechaliśmy na małe wzniesienie i zatrzymał nas jakiś Rosjanin z córką. Poprosił o kawałek chleba. Córka łowi ryby w małej sadzawce na szczycie góry, a nie mają nic na haczyk. Nie zdziwiło go to, że jedziemy z Polski, ale życzył nam szerokiej drogi powrotu.
       W końcu dojechaliśmy do Ust-Omczug. Jak zwykle okazało się, że nie wyglądał tak jak się tego spodziewaliśmy. Zatopione w bujnej zieleni wysokiej trawy i zbitych krzaków obdrapane blokowiska otoczone gruntowymi ulicami polewanymi wodą, aby się nie kurzyły. Nawet skwer imienia jakiegoś kawalera orderu czerwonej gwiazdy, zarósł na metr zielenią. Centrum życia miasteczka przeniosło się na betonowy plac, pod urzędem gminy. Okupowały go matki z dzieciakami jeżdżącymi plastykowymi zabawkami, z elektrycznymi silniczkami, a w powietrzu unosiła się zawiesista maź disco-rus. Placów zabaw dla dzieci było zresztą w Ust-Omczug chyba z kilkanaście. Zupełnie jak w micie Jakutów. Stworzono sztywne zasady które mają kierować życiem ludzi od kołyski po grób. Mają ułatwiać podejmowanie życiowych decyzji mało pewnym siebie obywatelom i konsolidować społeczność wokół jednego wzorca zachowań, stylu życia, światopoglądu, ideałów. Dzieciak idzie do szkoły, potem szuka roboty w kopalni i w wolnym czasie kobiety. A jak znajdzie to już wiedzą oboje co mają robić, kiedy znowu zabraknie prądu w jakiś zimowy wieczór. To co robią po krzakach w ciepłe, letnie wieczory jest społecznie nieakceptowane, ale produkt ich wysiłku, jest już dobrem społecznym. Dalej kupno wózka, wynajem mieszkania, na samochód dostaną od rodziców, a dalej to już na raty. Kiedy potomstwo wejdzie w te same koleiny, to przyprowadzi im swoje dzieciaki do pilnowania, boś już emeryt i nie pracujesz, daleko nie chodzisz, bo nogi wolą odpoczywać. Za chwilę zawiozą cię do szpitala z byle powodu i znajdą jakąś odpowiednią nazwę dla twojego stanu, coś co potem wpiszą do aktu zgonu. To będzie ostatni ślad biurokracji po tobie. Parcela na cementowni, poza miasteczkiem, już na ciebie czeka. Krzyż wbiją w trawę i ogrodzą niskim płotkiem. Będziesz miał widok, na który nigdy nie miałeś czasu spoglądać. Może teraz znajdziesz czas by przemyśleć to wszystko, to co już za tobą. Ja nie umiem patrzeć inaczej. Kiedy usiądę i widzę żywe przykłady, każdego etapu tej drabiny pokoleniowej, jak brykają z lizakiem w ręku, pchają wózki z wkładem, biegną do najnowszego, terenowego wozu, ciągle w pośpiechu, bo doba za krótka aby wszystko załatwić, jak siedzą na ławkach tępo wpatrzeni we wnuków, a wcześniej widziałem krzyże w trawie, to widzę tylko ciągłość trwania tego miasteczka i roboty które go ożywiają. Strasznie to przygnębiające, chociaż dla mnie bardziej z powodu tych betonowych ścian, milcząco stojących od dziesiątek lat, kiedy pokolenia, systemy się zmieniały.
       Jakiś czas za Ust-Omczug skręciliśmy w plener, aby spróbować dojechać do kolejnego gułagu. Miałem jego punkt na GPSie z internetu. Tym razem też się nie udało. Było bliżej, znacznie bliżej, brakowało tylko 6.5 kilometra w linii prostej, ale już nawet jedynka na reduktorze była za szybka aby pełzać po głazach w korycie strumienia i szorować bokami po twardych krzakach. Iść się nam nie chciało, bo dziś upał, ponad 30st.C, a żeby dojść gdziekolwiek, trzeba się ubrać po szyję i jeszcze włożyć kapelusz z woalem. Jak jest taki upał to gzy wielkości pudełka zapałek rąbią nawet przez jeansy. Tutaj więźniowie pracowali w kopalni uranu, chyba uranu, bo nawet postawiono znaki ostrzegające o radioaktywności terenu. Kopalnia była dość wysoko, na zboczu łysej jak kolano góry. Zabudowania fabryki odsiewającej rudę z kopalni usytuowano przy głównej drodze, ale baraki więźniów pewnie były niedaleko chodników kopalni, tam nie dotarliśmy. Pospacerowaliśmy po rozwalonych jakby dynamitem budynkach fabrycznych. Drzewa które wyrosły na środku hal, miały po około 35 lat. Po ścieżkach między budynkami nie było już śladu, ale początek drogi do kopalni wyglądał całkiem dobrze. Może jeszcze tam po coś jeżdżą, ale nie ciężarówkami, droga jest za wąska.
       Na początku lat '80-tych, kiedy powstawały najfajniejsze samochody w Niemczech, a robiono w USA przelukrowaną muzykę taneczną, kiedy chodziłem do podstawówki i kolekcjonowałem wszystko co z Zachodu, nawet puste puszki po piwie, tutaj ludzie maszerowali na stracenie. Nie sądzę aby ktokolwiek przetrwał pracę w kopalni radioaktywnej. Przywozili ich ciężarówkami z plandeką, a potem marsz pod górę, tam gdzie nam się dziś nie chciało, im pewnie też się nie chciało. Może już wiedzieli gdzie się dostali, znali statystyki przeżywalności pierwszego roku pracy przymusowej, a może ciągle byli myślami w świecie skąd ich wyrwano, może ciągle się jeszcze łudzili, że tam wrócą, że ktoś na nich będzie czekał. Bo jak inaczej znaleźli by motywację aby iść tam pod górę. Ja bym nie znalazł. Rzuciłbym się na jakiegoś strażnika, to by mnie zastrzelili i z głowy.
       Niestety nie zatrzymaliśmy się na noc w okolicy gułagu. Niestety, ponieważ wieczorem Iwona zaczęła przeglądać zestaw starych widokówek, jakie kupiła w Magadanie. Wyprodukowano je pod koniec lat '80-tych i opatrzono tekstem, również angielskim. Nikt ich nie kupił od trzydziestu lat. Czekały na Iwonę i nasz skromny budżet. Były wielokrotnie przeceniane. Mimo to były piękne, chociaż lekko wyblakłe, no i nie tak błyszczące, kiczowate, jak te robione w XXI wieku. Jedna z nich pokazywała szczyt z kopalnią, ruinami kamiennych budynków i zębatym krenelażem skał, w tle piękna panorama gór Czerskiego. Gdyby więźniowie mogli wysyłać takie widokówki do rodziny, to może by im nawet zazdrościli tak pięknych okoliczności odsiadki. Przecież znalazłoby się wielu, którzy zazdrościli by parceli na wieczny odpoczynek z ładną panoramą gór, a leżakowanie w drewnianym pudle pod ziemią też do przyjemnych nie należy. No więc gdybyśmy wcześniej zobaczyli tą widokówkę, to zostalibyśmy na noc u podnóża góry z kopalnią, aby wcześnie rano wybrać się na szczyt pieszo. To byłby niezły treking, chociaż nie wiadomo czy jakiś miś by nas z niego nie zdjął.
       Po noclegu na żwirowni z dwoma jeziorkami o przejrzystej wodzie jak kryształ, pojechaliśmy dalej na zachód. Druga część drogi przez Ust-Omczug okazała się jeszcze lepsza. Dziś używaliśmy czwartego i piątego biegu, a ostatnie 20 kilometrów to chyba najpiękniejszy fragment górskich serpentyn jakie widzieliśmy na Kołymie. Ładniejszych już nie zobaczymy, bo dziś po południu wróciliśmy na znaną już nam magistralę kołymską. Tylko pomyśleć jak tu musi być ładnie pod koniec sierpnia, kiedy modrzewie zmienią kolor na rdzawy, przebarwią się też liście krzaków i mchy. Wtedy góry będą wyglądały jakby płonęły. Dziś pokonaliśmy trzy przełęcze, prawie 1200m n.p.m. Przypominały sajańską, między Ad-Dovurak w Tuwie, a Abazą w Chakasji. Jeśli na jesień wyglądają jak ta w Sajanach, to warto tu jeszcze wrócić. Przyciąga mnie ta dzikość i surowość krajobrazu. To nie są takie góry jak w Europie. Tak jak Sybiracy nie są tacy jak Europejczycy. Ich twarze są bardziej prawdziwe, wyrażają duszę człowieka, można je czytać jak książkę. Są surowe kiedy się na nie spojrzy z ukradka. Są jak słońce w listopadowy dzień, kiedy się śmieją. Są całym smutkiem, kiedy popadają w melancholię. Są jak dziki zwierz, kiedy się złoszczą. Taka też jest tutejsza przyroda gór, silnie prawdziwa w każdym przejawie swego jestestwa.
       Ostatnią cywilizacją jaką zobaczyliśmy na szlaku przez Ust-Omczug, były nowe kopalnie w okolicach wioski Omczak. Całkowicie nowe inwestycje, z szerokim rozmachem finansowym. Można by pomyśleć, że jesteśmy na Alasce. Dalej ruch na drodze mocno zmalał, a nawierzchnia się polepszyła.
       Cały czas, podczas jazdy, analizujemy z Iwoną kolejne pozycje etnograficznych opracowań kultury Jakutów. Przygotowujemy się do powrotu do Jakucji. Kontynuując wczorajsze rozważania na temat ram społecznych, do jakich natchnął mnie plac zabaw dla dzieci w Ust-Omczug, wróciliśmy do analizy systemu społecznego Jakutów. Narósł na mieszance wielu, różnych nacji, z jakich powstało plemię Jakutów. To jedna z tych ras ludzkich, która w odróżnieniu od Słowian, łatwo miesza się z innymi, wchłaniają i adoptują wyższe kultury, stojące na wyższym poziomie cywilizacji, ale także i niższe. Więc system ram społecznych Jakutów tworzył się przez setki lat, a nawet tysiące, wliczając w to wytwory cywilizacji współtworzących ród Jakutów. Nawet najazd białych odmienił ich kulturę. Już na początku XIX wieku kościół prawosławny łatwo przekabacił prawie wszystkich Jakutów na swoją stronę. W odróżnieniu od działań Chrobrego w Polsce, cerkiew po prostu dawała trzyletnią dyspensę od płacenia podatków przez nowonawróconych, no i pop rozdawał podarki na chrzcie. W momencie badania kultury Jakutów przez, także i polskich etnografów w XIX wieku, ta społeczność tworzyła dość skomplikowany system reguł rządzących życiem plemiennym, gospodarzeniem dobrami wspólnymi, rozbudowany panteon bóstw, o nie do końca określonych jednoznacznie cechach poszczególnych bogów. Także kultura jakucka, chociaż pozbawiona języka pisanego, przekazywana z pokolenia na pokolenie ustnie, obejmowała skomplikowane opowieści jednoczące w sobie religię, zasady praw, tradycję przodków, opis przyrody w służbie człowieka, itp. Co sto lat nadpisywana przez kolejne pokolenia i kolejne domieszki innych nacji, zmieniała się i narastała do rozmiarów trudnych do ogarnięcia i zrozumienia. Coś jak liturgia kościoła katolickiego. Można by o tym długo rozprawiać. Ale po dwóch dniach czytania i analizowania, nasunął mi się pewien ogólny wniosek. Otóż rozumienie norm społecznych, zasad współżycia, tak w państwie jak i w rodzinie, nawet rozumienie konstrukcji na jakiej zasadza się obowiązująca w danej społeczności religia, przez obywateli danej społeczności jest niepotrzebne, a nawet niewskazane. Albowiem zasady te stworzone przez samą społeczność są po to aby skonsolidować ją w jednakiej wierze i posłuszeństwie, tak aby oparła się silnym falom zewnętrznych ataków, czy to zbrojnych czy innych. Kiedy większość obywateli posiądzie wiedzę i możliwość zrozumienia tych zasad rządzących życiem społecznym, zaczną je kwestionować i przystosowywać do swoich, partykularnych interesów, a na pewno stracą silną w nie wiarę. Wtedy społeczność zacznie toczyć choroba zwątpienia, jak próchnica, zaniknie siła czynnika konsolidującego. W obliczu najeźdźcy, nie tylko zbrojnego, ale także napływu imigracji, misjonarzy innej religii, katastrof naturalnych, nawet krachu na giełdzie nowojorskiej, taka społeczność nie będzie miała już siły zdolnej zebrać wszystkich w jednej idei, co zapoczątkuje upadek tradycji, czyli iluzji ciągłości istnienia tej grupy.
       Z tego powodu praca etnografów jest taka trudna. Ponieważ badając stare kultury nie mogą bazować na przekazie bezpośrednim, na zapiskach dawnych socjologów, ani na opowiadaniach ludzi. Nie mogą wprost zapytać, dlaczego wierzycie, że wasz bóg ma dziewięciu synów, odpowiedzialnych za różne funkcje życiowe, albo dlaczego wasz rytuał inicjacyjny chłopców przebiega w ten, a nie inny sposób. Dawne kultury bazowały na silnej konsolidacji jej członków, którzy nie mogli rozumieć zasad, mieli je tylko przestrzegać. A co to ma do nas, ludzi z Europy? Ano ma! Jesteśmy świadkami coraz to szybszego wzrostu świadomości wszystkich członków społeczeństwa zachodniego. Religia w krajach Zachodu w zasadzie została już zakwestionowana całkowicie, demokracja też w opinii wielu się nie sprawdza, a to idzie dalej. Czyż kraje rozwinięte nie są rekordzistami w ilości rozwodów, bodajże Belgia, ponad 75%. Ludzie kwestionują instytucję rodzinną, nie chcą mieć dzieci, wiązać się na całe życie, bo są świadomi zagrożeń ich wolności osobistej. Całość takich działań prowadzi do zaniku konsolidacji grup społecznych, narodowych, etnicznych i do upadku tych grup. Rozmyciu się tradycji ojców, granic narodowych, językowych, obyczajowych. To się właśnie dzieje, nawet w tej zacofanej obyczajowo Polsce. A co przyniesie zmasowany wyjazd do pracy, czy emigracji milionów Polaków na zachód Unii? Właśnie ten upadek za dwa pokolenia. To naturalny proces zmian społecznych, jak epoka lodowcowa, musi nadejść i ustąpić przed następnym etapem. To nic złego. Może mają rację cymbały, lepiej się nie zastanawiać i nie rozdzielać włosa na czworo. Scenariusz jak z eksperymentów ze szczurami Calhouna. Właśnie dlatego nam się nie nudzi podczas podróży. Nasza Toyota to taki pojazd wędrownych analityków społecznych... chociaż nie tylko. Kiedyś tam nawiążę do prapoczątków wszechświata i może objaśnię ideę biocentryzmu, świetna historia.
       Zanocowaliśmy, tak jak wczoraj, w rozrytym przez poszukiwaczy złota, korycie rzeki. Czyli wrzodzie na tej ładnej dupie Kołymy. Rano znowu zrobiło się chłodno, dla mnie lepiej. Tutaj jeden dzień temperatura skacze pod trzydzieści, a drugiego w okolicy siedem. Najgorzej jak się zmienia w środku dnia, wtedy trzeba się przebierać. Właśnie dziś tak było, popołudnie okazało się upalne. Ale jeszcze rano, przed wyjazdem, odwiedził nas syberyjski lis. Zmokły od nocnego deszczu, rudy i głodny. Zupełnie nie bał się ludzi, przyszedł i kręcił się między naszymi nogami jak bezdomny pies. Dostał na piękne oczy dwa jajka na surowo. Zjadł do czysta i czekał na więcej. Nie wystraszył się nawet hałaśliwej kuchenki benzynowej. Poszedł sobie dopiero kiedy uznał, że więcej z nas na litość zmokłej kury nie wyciśnie. Został obpstrykany z każdej strony, w końcu nam też się znudził i już więcej zdjęć nie było.
       Jechaliśmy w kurzu prawie cały dzień. Wracaliśmy po własnych śladach sprzed tygodnia, ale niewiele poznawaliśmy, za to wiele się zmieniło. Niektóre drzewa, jakby dotknięte ostatnim spadkiem temperatur w okolice zera, zaczęły przebarwiać listowie. Po kilka liści na jednej, czy dwóch gałęziach, dotkniętych przez forpocztę pani Zima. Powietrze stało się inne. Mimo, że dziś jest upalnie, to jednak w powietrzu jest jakaś jesień. Zatrzymaliśmy się na przerwę w korycie górskiej rzeki. Tutaj rzeki są płytkie, ale bardzo szerokie, jak Wisła. Z łachami kamiennych plaż i płasko schodzącymi do nich modrzewiowymi lasami. Tuż za nimi piętrzą się brązowe skały, a woda jak kryształ, szumi na głazach i skrzy się niebiesko w słońcu. Wiatr mocno dziś duje, szumi twardymi już, ale ciągle w większości zielonymi, liśćmi na drzewach. Może to inna, niska faza Słońca, jak u nas na jesień. Może nieco nieprzejrzyste powietrze, jak u nas na jesień, kiedy ludzie na ogródkach działkowych palą kupy zeschłych liści i gałęzi. Może ten szum gałęzi wierzb. Wyraźnie czułem jesień w powietrzu. Taki ostatni, ciepły, październikowy dzień. Ale gdzieś na dnie jest świadomość zimnego wieczoru, pewność że się ochłodzi na tyle, aby założyć polar, gdy słońce zrobi się pomarańczowe. Ta cisza w tle pogłębia świadomość jesiennej pustki, końca kolejnego, wyczekiwanego lata.
       Dziś sobota. Władze Ust-Nera postanowiły uczcić 80-tą rocznicę powstania miasteczka. Zaproszono dwa zespoły grające muzykę niezwykle lekką ale i dojmująco antypatyczną. Przyjechali aż z Moskwy i na stadionie Metalurg występowali na zaimprowizowanej scenie, na przeciw drewnianych ławek widowni. Wyskoczyli niezwykle głośno i kolorowo odziani w marynarki nadziane cekinami. Coś jakby skrzyżowanie hipisów z wiejską orkiestrą weselną. Ale ludziska się bawili, nawet repertuar znali i czasami zastępowali pieśniarza, z czego był nieopisanie kontent. Zresztą, nawet bez znajomości słów i bez rozumienia ich sensu, sam potrafiłem powtarzać refren. Disco-rus wpada do głowy łatwym rytmem i nie chce wypaść drugim uchem. Czepia się komórek w głowie jak rzep psiej dupy. Na tyłach już gotował się następny zespół. Sądząc po pozorach kwiecistego wdzianka, z pewnością ma jeszcze ciekawsze kawałki do zaprezentowania. Stali tak w niekoszonej trawie, nieużywanego stadionu, za plecami mieli wojskowe ciężarówki terenowe. Kumendant kazali postawić je tutaj jako garderoby dla panów artystów. Ciekawy jest ten imperatyw bycia przebierańcem na scenie. Czasami widuję koncerty muzyki alternatywnej, albo nawet starych rockmanów, którzy występują w rozciągniętych t-shirtach, niechlujnych jeansach. Wiem, że to styl za gruby szmal, ale styl łachmaniarza. Kiedy taki styl zawita do gwiazd disco-rus? Oni są jeszcze na etapie amerykańskiego króla pop.
       Koncerty były bezpłatne, ale wieczorne wybory miss Ust-Nera już nie. Trzeba było kupić bilet za 24zł. Może dochód szedł na poskromienie nieśmiałości kandydatek. Wcześniej natomiast zorganizowano poczęstunki, wręczanie nagród, ale nie wiem za co, oraz występy folklorystyczne i poświęcenie dwóch, metalowych, ażurowych krzyży prawosławnych, wielkości domu jednorodzinnego, jakie wmurowano przy tablicach z nazwą miasteczka, na obu jego końcach. Na godzinę pierwszą w nocy zapowiedziano wycieczkę na pobliski szczyt górski, a jest ich tu wokół bez liku. Miano dojść na skaliste plateau o świcie, aby przywitać Słońce.
       Nie sądziłem, że w tym upadającym, kopalnianym miasteczku siedzą ludzie chcący cokolwiek zorganizować, poczuwający się do odpowiedzialności za kondycję kulturalną i promocję miasta. Stojąc na zewnątrz festynu, łatwo odnieść wrażenie, że uczestniczy się w politowania godnym przedstawieniu, że nikogo i nic tu nie obchodzi, że ludzie przyszli tylko dlatego, że nic innego nie mają do roboty, bo dziś sklep z alkoholem policja zamknęła, bo w telewizji nic dziś nie ma, bo najpierw zabiorę dziewczynę na festyn, potem będzie łatwiejsza. Ale jednak ludzie tu żyją, nie tylko mieszkają i nie tylko marzą o chwili, w której stąd wyjadą. Przyjemnie jest przełamywać pozory, które budują zupełnie inny wizerunek takich miejsc.
       Nie uczestniczyliśmy w całym festynie. Pooglądaliśmy za to wystawkę ze starymi zdjęciami, okresu gułagów i laurkami wystawionymi co bardziej znamienitym obywatelom miasteczka. Taki pomysł na promocję regionu jest tu chyba powszechny we wszystkich pasiołkach. Wyjechaliśmy na nocleg, na przełęcz, a nawet powyżej, na szczyt, na który prowadziła karkołomna ścieżyna. Jeszcze zanim Słońce schowało się na zachodzie, za zamglonymi, szaro-pomarańczowymi szczytami, jak publiczność na widowni, usadzona rzędami, z wystającymi głowami zza ramion poprzedników... jeszcze zanim za te głowy wierchojańskie Słońce się schowało, już zza przeciwległej widowni gramolił się biały, prawie pełen Księżyc. Niebo było prawie czyste. Jedynie kilka chmurek rozścielało się jak pościel na łóżku Słońca, aby mogło się skryć za ich efemeryczny, podświetlony woal. Księżyc też miał kilka chmur do swojej dyspozycji. Nieśmiało gonił Słońce, karmiąc się jego ciepłem i blaskiem. Chował się jednak za chmury, nie do końca jednak, jakby tylko udawał skromność. Dla nas maluczkich, tym ciałom niebieskim zupełnie niepotrzebnym, ta odwieczna, niebiańska gonitwa służyła jedynie za impuls do przeżyć osobistych. Podwoiły się one, a nawet potroiły, kiedy Słońce ułożyło się już w swym łożu i całkiem usnęło. Widownia szczytów szarych gór utonęła wtedy w głębokim, prawie czarnym błękicie. To ten moment, kiedy w kinie muzyka przycicha i decydują się losy bohaterów na srebrnym ekranie. Kiedyś, kiedy jeszcze wolno było ćmić pety w kinie, widownia tonęła w dymie i blasku ekranu. Tak jest właśnie teraz przed moimi oczami. Głowy szczytów gór toną w jakiejś szarości, ziarnistości powietrza, które przesycone jest niebieską poświatą Księżyca, już dumnie przepalającego cienką firanę chmur. Na chwilę zmieniłem percepcję. Przypomniałem sobie, że siedzimy na bezimiennym gór szczycie, nawet na mapie wojskowej ma tylko trójkącik z kropką i podaną wysokość. A wokół nas wiele takich bezimiennych trójkącików, właśnie jak na widowni, w kinie. Cisza poraża zmysły, droga opustoszała, szarość zmierzchu, wiatr i chłód mówią, że jesteśmy daleko od wszystkiego, co dla nowoczesnego człowieka jest w życiu istotne. Tak właśnie powraca to poczucie pustki zewnętrznej, kiedy siedzi się na dalekiej Syberii. Ono jest zawsze, ale uświadamia się czasami, za pośrednictwem takich magnetycznych chwil, kiedy piękno przyrody nietkniętej niszczącą ręką, człowieka zmusza do refleksji, do zadumy nad samym sobą, tu i teraz. Wtedy łatwiej zwrócić się do pustki wewnętrznej, zaobserwować ją, poznać, oswoić, wykorzystać do zbożnych celów. Może właśnie po to ludzie z przeludnionych rejonów świata, dużym nakładam sił i środków, przenoszą się w takie miejsca jak ten bezimienny trójkącik z kropką w środku. Dla mnie może być on BTKS01. Skoro mamy już taką skazę, że musimy nazywać.
       Kolejny dzień nie wyróżnił się niczym szczególnym. Może spotkaniem z jakuckim kierowcą ciężarówki, który opowiedział nam o realiach pracy na gruzawiku, na Kołymie. O zarobkach podobnych do tych z zachodniej Europy, o tym jak trzeba dbać o swój samochód, kupiony na raty, aby przeżył zimę, o tym że jak się w październiku zapali silnik, to się go gasi w kwietniu, a w największe mrozy jeździ w kółko aby opony, resory i rama nie zziębły, bo pokruszą się jak szkło, o tym że nawet własne dzieci nie znają gór, przez które on ciągle jeździ i o tym jak sobie wyobraża pracę europejskich szoferów. Teraz w dobie internetu, trudno ludzi z drugiego końca świata zaskoczyć czymkolwiek.
       Ostatni nocleg w górach spędziliśmy na szczycie wzniesienia, które kiedyś służyło za bazę drogowców. Porzucili tu wiele sprzętu, nawet ocieploną styropianem budę psa Misza. Gdybym był mieszkańcem tych stron, nazbierałbym tutaj sporo ciekawych rzeczy, jakie można wykorzystać w gospodarstwie. Zawsze fascynowało mnie przeszukiwanie cudzych śmieci, kolekcjonowanie gratów i nikomu już nie potrzebnych szpargałów, dla których bez trudu znajduję zastosowanie w zupełnie innych dziedzinach. Szaman załamał by ręce. Zbierać stare śmieci! To jak prosić się o guza. Jak to mówią - stare rzeczy powinny być w muzeum, tam energia ich właścicieli nikomu szkody nie przyniesie. Ale to nie tylko chodzi o antyki. Tyczy się to także naszych związków z ludźmi, którzy odeszli. Tu na Wschodzie otacza się ciągle wielką czcią przodków, nie tylko tych zasłużonych. My to robimy bardziej z przywiązania, niechęci do zmian, wolimy żyć przeszłością, jakby nasi bliscy ciągle byli pośród nas. Cmentarz staje się często ulubionym miejscem codziennych spacerów, miejscem tymczasowego przebywania zmarłego, a mogiła osoby która odeszła, obowiązkowym celem. Na Wschodzie, nie tyczy się to tylko Jakutów rzecz jasna, szacunek dla zmarłych jest tym większym im bardziej chce się o nich zapomnieć. Czasami stawia się wystawne grobowce, dawniej zmarłemu oddawało się co lepsze narzędzia domowe, biżuterię, odzież, że o koniach i żonach nie wspomnę, a wszystko to po to aby nie wracał do świata żywych, aby niczego mu tam, w innym świecie nie brakowało. W wierzeniach dawnych Jakutów stało, aby zaopatrzyć zmarłego w wynalazki ludzkiej cywilizacji, aby po śmierci był rozpoznany jako człowiek, a nie jako upadły duch z podziemi, który egzystuje jak ziemne zwierze. Źle rozpoznana dusza, może się przecież potem mścić na żywych, za brak odpowiedniej opieki w czasie pogrzebu. Jak to szamani mówią - jeśli ciągle myślisz o tym który odszedł, odwiedzasz zmarłego na jego mogile, to nie pozwalasz mu odejść do swojego świata, on przyzwyczaja się przebywać przy tobie, w jakiej by postaci akurat nie był i wiązać swoje sprawy z twoimi, nie zawsze to wychodzi na dobre. Nawet jeśli zmarły był nam ze wszech miar życzliwy, to ingerencja jego ducha w nasze bezduszne, przyziemne sprawy zwykle źle się kończy. Jak to czasami opowiadają, taki duch przodka siedzi na plecach jak na barana, a nogami oplata nam klatkę piersiową, ciasno aby nie spaść i nosimy go tak do końca życia nie mogąc nabrać oddechu pełną piersią, a on często kłóci się z nami za naszymi uszami. Niekiedy zmarłym trudno odejść. Trzymając ich bezustannym rozpamiętywaniem, nie ułatwiamy im decyzji, zmuszamy do pozostania w zawieszeniu, tu gdzie nie czują się ani żywi, ani martwi. Na wspominanie i żal po śmierci bliskiej osoby jest 40 dni. To czas kiedy dusza zmarłego szuka drogi, są sposoby aby mu to ułatwić. Później, nam żywym, trzeba iść do spraw codziennych i dać spokój temu co przeszło.
       Jakuci mieli trzy sposoby na chowanie zmarłych. Pierwszy, zwykle zarezerwowany dla szamanów, to sposób napowietrzny. Wkładano zwłoki w pozycji embrionalnej do drewnianej skrzynki z daszkiem, zupełnie jak nasze budy dla psa i mocowano je w koronach drzew. Pamiętacie z Czerkiech, co znaczyło drzewo dla Jakutów... łącznik trzech światów, nieba, ziemi i podziemi. Drugi sposób przynależy światu ziemskiemu, światu zwykłych ludzi. Stawiano takie budy dla psa na ziemi, na cmentarzu, w szczególnych miejscach przyrody. Dla nas także jest ważne aby zmarli mieli ładny widok, z pagórka, znad rzeki... przynajmniej kiedyś to było ważne, kiedy było mniej ludzi, a więcej przyrody. Trzeci sposób to chowanie zmarłych w ziemi, czyli tak jak u nas. Dzisiaj obowiązuje w Jakucji ten właśnie sposób, bo mamy koparki zdolne wykopać dziurę w ziemi, nawet w zimie. Ale nadal stawia się te drewniane budy dla psów na mogile, tradycyjnie, zamiast naszych nagrobków z lastriko. Oprócz tego, przyozdabia się, albo jeszcze do niedawna, przyozdabiało się taką drewnianą budkę czerwoną gwiazdą, albo krzyżem prawosławnym, albo jednym i drugim. Ach ta ludyczna religijność... Nie zaszkodzi pieczątkę na papierze uzyskać od wójta. Ksiądz niech kropidłem poświęci, a na koniec jeszcze w lęku przed bogiem, Chrystuska w stópkę ucałuję. Naród ciemny był, jest i będzie, zawsze i wszędzie. Żyje w lęku od urodzin do śmierci. Więc nie dziwota, że chce się zabezpieczyć z każdej strony. Pamiętam jak w Tuwie, mówiono nam, że w niedzielę chodzą do cerkwi, w tygodniu do dacanu, a jak się coś wydarzy to do szamana. Dlatego takie ważne było dla społeczeństwa zachodniego, aby w XIX wieku mógł oddać swe lęki pod pieczę nauki. Jak wszystko się racjonalnie wytłumaczy, świadomość podniesie, wyemancypuje z tłumu ego każdej jednostki, to lękać się nie ma czego. No chyba, że człek nowoczesny zderzy się z niewytłumaczalnym, wtedy najlepiej w te pędy biec do najbliższego księdza, a nóż nie jest jeszcze za późno. Poza tym wiadomo, Chrystus nauczał, że nawrócony grzesznik jest lepszy, od tego co był uczciwy całe życie.
       Spędziliśmy wieczór siedząc na krzesełkach. Owadów nie było w ogóle. Dawno nie siedzieliśmy tak sobie swobodnie na dworze. Zwykle spędzamy czas w domu na kółkach, tam nic nie upuszcza z nas krwi. Był taki spokój i cisza. Z rzadka przejeżdżały w dole, po zakurzonej drodze, ciężarówki. Majestat srożących się ponad nami szczytów dusił wszelkie dźwięki i unosił myśli na wyższy poziom egzystencji.
       Rano wyjechaliśmy z gór Wierchojańskich. Już w tej podróży nie zobaczymy szczytów, jedynie pagórki. Kolejny dzień okazał się znowu gorącym. Temperatura dusiła nas w samochodzie zamkniętym szczelnie, bo tonęliśmy w kurzu drogi. Było ponad 32st.C. Często zwalniałem, bo w ogóle nic nie widziałem. Ruch samochodów osobowych mocno się wzmógł. Tutaj jest sporo wiosek jakuckich. Nie spodziewałem się, że tak daleko na północ może być upalnie. W końcu dojechaliśmy do Chandygi i sprawdziliśmy pocztę internetową. Francuzi, których spotkaliśmy ponad dwa tygodnie temu w Jakucku, dokładnie napisali nam ile kosztuje prom z Leńska do Ust-Kut. Dla samochodów dostawczych, typu Sprinter wyszło prawie 3500zł, dla nas byłoby coś koło 2100zł. Płynie się cztery dni, bo pod prąd rzeki. Co niepokojące, nasi znajomi z Jakucka donoszą zaś, że Lena ma bardzo niski poziom i statki czasami stoją wiele dni na mieliznach. Ale co ważniejsze, Francuzi napisali także o innej ewentualności. Gazowa kompania zbudowała rurociąg wzdłuż Leny na południe. A do jego budowy musieli zbudować drogę, którą teraz można jeździć. Droga należy do kompanii gazowej, ale udostępniają ją odpłatnie. Po krótkim namyśle, ta droga stała się naszym, kolejnym celem w podróży. Zapaliłem się do idei przetarcia nowego szlaku, który w ogóle nie jest jeszcze znany w świecie podróżniczym. Napisaliśmy do naszych znajomych Jakutów, aby zorientowali się w sytuacji. Mamy się z nimi spotkać za dwa dni, to może będą już mieli bardziej dokładne wieści co do gazowej drogi.
       Kiedy tak staliśmy w Chandydze, podszedł do nas odziany na pomarańczowo facet w średnim wieku. W ręku trzymał książki w kwiecistej oprawie, na twarzy miał uśmiech pełen uniesienia, ruchy zamaszyste, wyzwolone z rosyjskiego lęku przed ekspresją, w oczach zapał młodego misjonarza. Z marszu wziął się do przekonywania nas o tym, że nie jesteśmy tylko tym gruzowatym ciałem, ale siedzi w nas nieśmiertelna dusza, która nigdy się nie starzeje i jest piękna jak światło z gwiazd. Przy okazji Hare Kryszna kaznodziejstwa, sprzedawał za 6zł książki i nawet mu szło, zdawało by się, to trudne, ze względu na specyfikę miejsca, zadanie. Pewnej pani, która objuczona swym bardzo gruzowatym cielskiem i dwiema torbami zakupów, nie poświęcił nawet trzeciej części tyle czasu co mnie, a już inkasował 100wRUBliej za posłanie w książce spisane. Z pozoru mogłoby się wydawać, że Rosjanie przytłoczeni przyziemnymi problemami walki o przetrwanie na kapitalistycznym rynku, zdolni do uśmiechu tylko po kielichu, noszący w sobie ciągle to komunistyczne zalęknienie, wycofanie ze spraw publicznych w swój świat, do swojego mieszkanka, nie wychylają się. Zdawałoby się, że takie społeczeństwo jest nieczułe na potrzeby wyższego rzędu. Ale pod tymi pozorami smutnych twarzy kryje się wielki, ale żyzny ugór do zaorania przez misjonarzy wszelakiej maści. Ich dusycki ciągle są gotowe na obietnice jakiegokolwiek raju.
       Tym razem przepłynęliśmy Ałdan tuż za Chandygą, promem zarządzanym przez Ormianina. Przylatuje tu co roku na sezon letni i zarabia sobie spory szmal. Jak wiadomo, w Armenii trwa kryzys i nie ma pracy. Większość byłych republik radzieckich, które po rozpadzie ZSRR odłączyły się od Rosji, utrzymuje dobre stosunki z Moskwą i uczestniczą we Wspólnocie Niepodległych Państw. Swobodny obrót towarów, usług, migracja pracowników jest możliwa. Dlatego Uzbecy handlują warzywami i owocami na Syberii, Ingusze nielegalnie wydobywanym złotem, można spotkać pracowników i biznesmenów z różnych stron centralnej Azji. Nie dotyczy to oczywiście Gruzji, która uniosła się dumą, podobną do polskiej i wypięła się na Rosję. Polacy także pielęgnują urazę do Moskwy, chociaż narody takie jak Kirgizi, czy Ormianie, mają dużo bardziej tragiczną historię związku z wielką Rosją, a jednak przyjaźń z nią na dobre im wychodzi. My wolimy szukać przyjaciół daleko i ciągle oczekiwać od Rosjan niekończących się przeprosin. Jednocześnie obrzucamy ich błotem i mamy im za złe, że robią interesy z Niemcami, ponad naszymi głowami. Jakie to polskie, małostkowe, infantylne.
       Na promie znowu zeszło nam dużo czasu. Najpierw oczekiwanie na zapełnienie, potem powolne płynięcie. Chociaż tym razem z prądem szło trzy razy szybciej. Jednakowoż skończyliśmy pod wieczór więc poszukaliśmy sobie noclegu na skoszonych łąkach, nad Ałdanem. Siano w tradycji Jakutów często służyło jako ekwiwalent pieniężny. Do dziś bogactwo Jakuta zależy od ilości łąk sianokosnych jakie posiada, ale także od wielkości stad koni i krów. Konie hołubi się tutaj jak w Mongolii, ale rzadko się na nich jeździ. Mają produkować mleko i służyć sobą jako obiata dla ludzi. Jednakże etos pięknego konia pod wierzch pozostał w tradycji społecznej i mitologii przekazywanej ustnie.
       Nocleg na łąkach, nad Ałdanem przyniósł możliwość kąpieli w rzece i wiele owadów. Elektryczna paletka miała sporo pracy, a rzeź niewiniątek następowała po każdorazowym otwarciu drzwi Toyoty. Jakże lekko odbierać życie małym istotom.
       W nocy padał deszcz, ale poranek okazał się znowu słoneczny. Więc całą drogę do Jakucka kisiliśmy się w zamkniętym samochodzie, podskakując na dziurawej drodze. Może gdybym tu mieszkał na stałe, to potrafiłbym zaakceptować jeżdżenie w szarym tunelu wypełnionym wzbijanym przez koła samochodów piachu.
       Dojechaliśmy do prawobrzeża Leny i zanocowaliśmy nad małym jeziorkiem w lesie. Kąpiel była obowiązkowa, chociaż zimna. Następnego dnia pojawiliśmy się na promie do Jakucka dość wcześnie. Mamy umówione dwa spotkania z szamanami w mieście. Najpierw jednak poświęciliśmy dwie godziny na szukanie stacji z gazem. Specjalnie przed wyjazdem z Polski wykonałem przejściówkę do napełniania polskich butli gazowych w Rosji. Ale okazało się, że w tym roku, w Rosji wchodzą powoli europejskie standardy i większość stacji ma już pistolety takie jak w Polsce. Więc najpierw szukaliśmy stacji ze starymi pistoletami. Kiedy w końcu znaleźliśmy, to okazało się, że to stacja państwowa i nie wolno im łamać przepisów, i napełniać butli gazowych, w dodatku bez rosyjskiego atestu i pordzewiałych. Szukaliśmy dalej i w końcu na dalekich przedmieściach trafiliśmy do prywatnej stacji z LPG. Niestety dziś nie ma prądu i nie działa. Jakie to rosyjskie, załatwić cokolwiek jest ponad siły normalnego Europejczyka. Dziwię się jak tutaj robią interesy zachodnie koncerny. W końcu czas się nam skończył. Pojechaliśmy na spotkanie z szamanem Grigorijem, z naszą znajomą Jakutką - Nataszą.
       Trudno było znaleźć dom córki Grigorija. Nazwy ulic dla Jakutów to rzecz umowna, trochę jak w małych, francuskich miejscowościach. Trzeba zasięgać języka, dzwonić, być prowadzonym za rękę. W końcu trafiliśmy do drewnianego, nowego domu na brzegu jeziora, otoczonego już szczelnie przez podobne budyneczki. Jeśli Jakuta stać, to woli zbudować sobie domek na przedmieściach i dojeżdżać do centrum po tak dziurawej drodze, że samochód się wiesza. Grigori na stałe mieszka w niewielkiej miejscowości Amga, nad rzeką Amga. Tam czuje się najlepiej, ale często wyjeżdża i żyje w podróży. W każde lato robi tur po kraju Amurskim, Buriacji i Mongolii. Odwiedza ciągle te same miasteczka i leczy ludzi. W zimie leci do Emiratów na zaproszenie tamtejszych ludzi, którzy wolą medycynę naturalną, z jakże odległego kręgu kulturalnego. Grigori pracuje ze swoją żoną. Powołanie poczuł w wieku sześciu lat, kiedy zaczął widzieć duchy ludzi, którzy dawno już odeszli z tego świata. W tej rodzinie tradycja szamańska była przekazywana po mieczu od wielu pokoleń. Ojciec Grigorija musiał być więc dumny z syna, że tenże jest gotów do inicjacji szamańskiej, znanej jako 'choroba szamańska'. To były czasy wczesnej, głębokiej komuny, takich malczików, którzy przejawiali nienormalne zdolności zamykano w miejscach odosobnienia i faszerowano lekami, dopóki nie znormalnieli. W tej kwestii od początków cywilizacji ludzkiej, do dziś, nic się nie zmieniło. Dzieciaki przystrzyga się jak trawę na boisku szkolnym, do równej wysokości. Na Zachodzie promuje się programy wyławiania wybitnych jednostek, ale nie w państwowym systemie szkolnictwa.
       Za komuny Grigori nie udzielał się jako szaman. Dopiero po pieriestrojce powziął plan innego sposobu zarabiana na życie. Teraz jest znanym i cenionym szamanem jakuckim. Przypominał mi pierwszego szamana syberyjskiego, jakiego spotkaliśmy w 2005, w Tuwie, zamawiając u niego rytuał z wróżeniem z kamieni. Pytanie było proste - czy nasza ówczesna podróż dobiegnie szczęśliwie do końca. Wzniesiony kciuk wzorem facetbuka, zwieńczył tamten zabieg na energiach kosmosu.
       Grigorii jest nieśmiałym, starszym mężczyzną, od którego ciężko cokolwiek wyciągnąć. Na szczęście jego żona, która przygotowała się z gestem na przyjazd gości, była bardziej komunikatywna i jednocześnie wciągała męża do rozmowy. Przed spotkaniem debatowaliśmy z Iwoną, podczas wielu godzin jazdy Toyotą w kurzu, nad pytaniami jakie mamy do szamanów. Najbardziej zależało nam na rozpoznaniu pozycji szamana w społeczeństwie jakuckim dziś i kiedyś, ale także na zgłębieniu sposobów pracy szamanów. Zgodnie z tym czego się spodziewałem, trafiliśmy na ludzi, którzy bardziej skupiają się na pracy, aniżeli na jej analizowaniu. Bliżsi są ludowej, wiejskiej tradycji, aniżeli naukowemu podejściu, jeśli w ogóle go dotykają. Czy są skuteczni? Dla tych, którym pomagają są, a dla innych...
       Jak zawsze, wolimy patrzeć na ludzi jak na jednakowe jednostki, a przecież diametralnie się od siebie różnimy, nawet dla medycyny zachodniej. Znalezienie odpowiedniego klucza podejścia do pacjenta, to podstawowy problem każdej dziedziny medycyny szeroko rozumianego Wschodu. Można porównać to do języków świata. Jedne są łatwiejsze do opanowania, inne trudniejsze, ale jedne nie są gorsze, ani lepsze od innych. Są po prostu inne. Niektóre nadają się bardziej do wysłowienia emocji, inne zaś do wyrażenia koncepcji. Poliglota potrafi nauczyć się każdego języka, jeśli znajdzie ku temu motywację. Zwykły uczeń potrafi nauczyć się łatwiejszych języków, jak angielski, czy hiszpański. Większość ludzi zajmujących się medycyną Wschodu, to zwykli lekarze. Dlatego nie zawsze potrafią odnaleźć odpowiedni klucz dostępu, mylą się, idą po najłatwiejszej drodze, pokrywają słaby warsztat rutyną. Tylko niektórzy potrafią się przyznać do błędu. Odwiedziłem w swoim życiu tak wielu fachowców, z tak wielu dziedzin ezoteryki Wschodu, że już wszystkich nie pamiętam. Zawsze starałem się wprzód, przynajmniej teoretycznie, opanować sztukę, jaką włada mistrz do którego zmierzałem. Nasz Grigorii przysłużył się nam po trochu swoim życiowym doświadczeniem szamana i wiedzą, gorzej z jego warsztatem.
       A więc dowiedzieliśmy się, że w zbiurokratyzowanej Rosji, szamani muszą posiadać licencję na leczenie, czy w ogóle zajmowanie się swoim fachem. Że pozycja szamana w Jakucji jest dość słaba, mało wiarygodna dla większości, ale z roku na rok to się poprawia. W innych regionach bywa różnie. Tam gdzie większość obywateli to biali, jest kiepsko i szaman spotyka się z czynnym oporem ze strony przedstawicieli kościoła prawosławnego, z braniem się do rękoczynów włącznie. Ze strony władz natomiast, oporu nie ma.
       Natomiast do Jakucji przyjeżdża coraz więcej ludzi z Zachodu, właśnie po to aby spotkać się z szamanem i skorzystać z jego umiejętności. Kiedy się sprawdzi, jest zapraszany na Zachód w roli mistrza nauczającego i praktykującego. Przeszkodą jest poziom cen za usługi szamańskie w Rosji. Jest wyższy niż na przykład w Polsce. Za usługę szamana płaci się prawie dwa razy więcej niż w Polsce za usługę lekarza biegłego w klasycznej akupunkturze. My Europejczycy, naród pragmatyczny, wolimy być pokłóci igłami, aniżeli poobcować chwilę z bębniącym w szamański tamburyn i coś tam mruczącym Jakutem. Najbardziej wierzymy w rzeczy namacalne, dla nas zrozumiałe. Coś czego nie potrafimy sobie wyobrazić, nadać temu kształt i sens istnienia, nie jest dla nas godne zauważenia. Zresztą tak jest z każdym z ośmiu miliardów ludzi na Ziemi.
       No dobra. Posiedzieliśmy u Grigorija i pojechaliśmy dalej szukać stacji z gazem. W końcu się udało. Mieliśmy wybór między jazdą przez zakorkowane centrum i dziurawą obwodnicą. Wybraliśmy obwodnicę i jechałem na jedynce, czasami na dwójce. Takie dziury w asfalcie. Potem jeszcze mieliśmy nieco czasu do drugiego spotkania z szamanem Anatolijem, więc pozwiedzaliśmy drewnianą starówkę Jakucka, z jego sklepami z souvenirami. Spotkaliśmy wycieczkę z USA i pooglądaliśmy kiczowate rzeźby z kłów mamuta.
       Anatolij to szaman z zupełnie innej kasty. Prężny biznesmen, bystry rozmówca, ale tak samo jak Grigori skryty. Zresztą przecież tyle razy zauważałem, jak trudno dotrzeć do ludzi z rasy żółtej. Sprowadzić rozmowę na pułap przyjacielskiej pogaduszki, tak aby rozmówca się otworzył, nieco pofolgował emocjom. U Anatolija właśnie gościł jego kolega szaman z Tuwy, który trochę nawet znał naszą znajomą szamankę z Czadanu.
       Anatolij zaczynał swój fach zupełnie inaczej. Nie kontynuuje tradycji przodków, mieszka prawie całe życie w mieście, żyje po nowoczesnemu. Swoją pracę szamana traktuje bardziej jako sposób zarabiania dość dogodnych pieniędzy. Strzeże sekretów warsztatu, jakby bał się jego utraty, albo wpadki. Na Zachód chciałby jechać, ale to mu się nie kalkuluje i nie chce występować w roli głównej atrakcji w cyrku osobliwości z Syberii. Trudno mi uwierzyć, że leczy, ale przecież większość z chorych potrafi się sama uleczyć, jeśli tylko odpowiednio skanalizować ich chęci umiejętną sugestią.
       Wyszliśmy od Anatolija nieco zawiedzeni. Jak się potem okazało zawiedzenie było podwójne. W tym samym czasie, na placu głównym w mieście odbywał się niewielki meeting przedstawicieli różnych plemion Jakucji. Były występy artystów, pokazy rzemiosła, itp. Niewiedza boli. Ale mamy też trochę za złe naszym przyjaciołom Jakutom, którzy powiedzieli nam o spotkaniu dopiero po fakcie. Uznali, że takie głupoty nas nie za bardzo interesują. Ciągle myślą, że jesteśmy rosyjskimi turystami z Moskwy, którzy najchętniej to by poszli do ekskluzywnej restauracji wciśniętej pod ziemię, w wieczną zmarzlinę, zatopioną w kiczowatym podświetleniu lodowych rzeźb. W każdym razie spędziliśmy w ich gronie niezwykle miły wieczór. Była degustacja tradycyjnych potraw jakuckich i trunków. Przynajmniej na tyle tradycyjna, na ile tradycja przetrwała w pamięci od wielu pokoleń miastowych Jakutów. Poopowiadaliśmy im o Rosji jakiej nie znają. Jeszcze nie spotkaliśmy Rosjanina, który znałby lepiej Rosję od nas. Oni po ojczyźnie nie podróżują. Zanocowaliśmy pod blokiem, na parkingu, a rano ruszyliśmy w kierunku Mirnego, stolicy rosyjskich diamentów.
       Mamy do tego miasta coś pod 1200 kilometrów kiepskiej drogi. Na dziś bez zbytniego wysiłku zrobiliśmy ponad 250. Pierwsze dwieście kilometrów to wielka budowa drogi asfaltowej. Tak więc co chwilę nawierzchnia zmienia się z nowego asfaltu na dość grząskie błoto. Dziś bowiem wreszcie zmieniła się pogoda, na bardziej odpowiednią dla Północy. Siąpi deszcz, jest coś koło 19-stu stopni. Krajobraz też nas nie rozpieszczał. Chociaż to początek Wyżyny Wschodniosyberyjskiej, to jest płasko jak w Wielkopolsce. Zmieniał się tylko otaczający nas las. Najpierw był to suchy, sosnowy bór, potem bardziej podmokła tajga, następnie regularne bagna z licznymi oczkami wodnymi, a na koniec dnia, za miejscowością Asyma, ponownie wjechaliśmy w sosny. Za sporą osadą Berdigiestach, intensywność prac nad budową nowej drogi, znacznie zmalała. Tutaj buduje się już od niechcenia. Większość to droga piaskowa, z wielką tarką powodowaną przez ciężarówki. Jechaliśmy teraz coś koło 20km/h. I w końcu zanocowaliśmy na jakiejś żwirowni pełnej komarów.
       Minęliśmy dziś zaledwie trzy jakuckie miejscowości. Każda była zupełnie inna od miasteczek na Kołymie. Od razu widać, że w tej okolicy nic się nie wydobywa. Wioski powstały jako skupiska ludności tubylczej, żyjącej w tradycyjny sposób, budującej tradycyjne chaty drewniane, a nie bloki z wielkiej płyty. Białych widać tutaj niewiele. Na drodze większość pojazdów to busy zastępujące autobusy i osobówki. Tak jak na prawobrzeżu Leny królowały w Jakucji UAZy452, czyli 'buchanki', tak na lewobrzeżu Toyoty Hiace. Nowe, kupione od dealera, nie żadne tam używki sprowadzane z Japonii.
       Następnego dnia mieliśmy tylko kilkadziesiąt kilometrów asfaltu, a reszta to ruski standard szutrówki. Większość nie pozwalała osiągnąć nawet 30km/h, ale miejscami dawało się włączyć czwórkę. W Rosji jest taka wódka 'ruski standard', podobno dobra, ale mnie się źle kojarzy. Francuzi przejechali te 1200km do Mirnego w 29 godzin, lokalne busy z ludźmi robią to w 25 godzin. My jedziemy już drugi dzień, a jeszcze połowy nie osiągnęliśmy.
       Gdzieś za wioską Liekieczień, wjechaliśmy w jakuckie piaski. Porastają je lasy iglaste. Podobno można tu znaleźć wydmy, nawet dwudziestometrowej wysokości. Wieczna zmarzlina nie przepuszcza wody i dzięki temu cokolwiek tu na powierzchni rośnie. A pod wieczną zmarzliną są bogate złoża gazu. Kiedy zbliżyliśmy się do rzeki Wiljuj, wjechaliśmy na powrót w tereny podmokłe. Wiljuj to słowo z języka Ewenków i oznacza błoto. Pewnie dla ludów Północy, przywykłych do suchej tundry, bagna, jeziora, to nie był przyjemny widok, kojarzący się z błotem. Na tych terenach ledwie kilka procent ludności przyznaje się do korzeni eweńskich, albo jak ich kiedyś nazywano tunguskich. Jakucki język to tutejsza lingua franca, jest dość łatwy i podobny do wszystkich języków plemion tureckich Syberii. Jakutów jest tutaj najwięcej, siłą rzeczy ich język zdominował kontakty w terenie wiejskim. Nawet nieliczni biali przejęli ten język jako swój. W latach '90-tych próbowano wcielić w życie plan odnowy wymierających języków. Zaczęto nauczać w szkołach języków regionalnych. Często, podobnie jak w Australii, to biali przyjeżdżali uczyć dawnych języków, bo lokalni ludzie już je zapomnieli. Dziś na wsiach króluje jednak jakucki. Trafiliśmy na chwilę do wioski Hampa, aby kupić trochę jajek na śniadanie. Na drzwiach sklepu przyklejono obwieszczenie o festynie we wiosce, ale nic prócz liczb nie przeczytaliśmy, wszystko było po jakucku. Nikt tu nie używa rosyjskiego, chociaż każdy go zna z tele-jaszczika. Wioska nie wyglądała jak te rosyjskie, syberyjskie, obraz upadku i rozkładu. Nie spotkaliśmy pijaków na ulicach. Stare domy nie przewracały się ze starości, a stawiano dużo nowych, nowoczesnych. Na podwórku przed szkołą, budują plac zabaw dla dzieci. Na ulicach stawia się nowoczesne oświetlenie ledowe, przed domami stoją całkiem nowoczesne samochody japońskie. Nie wygląda na to, że ludzie pragną stąd jak najszybciej uciec do Moskwy, albo przynajmniej do Jakucka.
       Zanocowaliśmy po raz kolejny na żwirowni, która służyła kiedyś jako wyrobisko budulca na drogę. Chyba dziś będziemy świętować. Mamy powód. Od kilku dni słuchaliśmy ciurkiem Franka Sinatry. Mam taką składankę jego piosenek. W Australii doszliśmy ledwie do utworu 257, a dziś dojechaliśmy do końca, do 479. Kiedy odtwarzacz przeskoczył do następnego albumu, zrobiło się jakoś smutno bez Franka. Przyzwyczailiśmy się do jego głosu. Może jutro zaczniemy słuchać go od nowa.
       Jednak nie zaczęliśmy. Tak jakoś pomysł utonął w powodzi codziennych spraw. Skoro świt wstaliśmy aby zrobić codzienną praktykę, popracować przy komputerze, potem przed południem śniadanio-obiad i jak tylko pierwsze meszki zaczęły nas terroryzować, wyjechaliśmy z naszej żwirowni zamienionej w śmietnisko dla pobliskiej wioski, na nędzną, rosyjską szutrówkę. Jedynka, dwójka, trójka i więcej nie można... nawet trzeba zwolnić, bo tarka zrobiona 64-rocalowymi kołami od terenowego Kamaza. Zajęliśmy się rozmową na tematy nie związane z rzeczywistością jaka nas otaczała i już po godzinie dojechaliśmy do miasteczka Wiljujsk, czyli zrobiliśmy jakieś 30 kilometrów.
       Zatrzymaliśmy się tutaj na ponad trzy godziny. Najpierw małe zakupy, Iwona musiała obkolędować magazyny hoztowary, znaczy sklepy AGD. Szuka ytyk, taki drewniany wiertalot, który kręci się między dwoma dłońmi złożonymi jak do modlitwy za pokój światowy i wyrabia się jakuckie desery z krowiego mleka. U nas też takie coś jest... widziałem kiedyś w kuchni, ale nie pamiętam czyjej. Ale Iwona chce kupić jakucki ytyk, bo ma inne skrzydełka, bardziej przypomina śrubę rzymską i nie jest jak polski, podobny do wiatraczka. Ja próbuję ją przekonać, że dla krowiego mleka to obojętne.
       Sprawdziliśmy też facetbuka, czy ktoś jeszcze nas lubi. Okazuje się, że im dalej pojedziemy, tym bardziej jesteśmy lubiani. Nurtuje mnie jednak pytanie, czy to lepiej, czy gorzej. Potem w kłębowisku meszek pojechaliśmy pod lokalne muzeum, zbudowane na wysokim brzegu rzeki Wiljuj. Myśleliśmy, że jest zamknięte. To znaczy ja miałem taką nadzieję, ale jednak nadzieja okazała się płonną. Zupełnie jak nadzieje Iwony, na to że znajdzie w pierwszym magazynie hoztowary ytyk i homus, a w magazynie produkty - kumys. Homus to amerykańska drumla, chociaż mam takie podejrzenie, że uzbeccy Muzułmanie, przyjechali tutaj nie tylko handlować warzywami, ale również znęceni humusem. Kumys wiadomo, mleko klaczy.
       W wiljujskim muzeum przyjęła nas młoda pracowniczka na stażu. Reszta zatrudnionych wyjechała na urlop. Na parterze mają wypchane zwierzaki. Wypchane trocinami. Niektóre nieco wyleniałe, bo muzeum otwarto równo sto lat temu, pięć lat przed rewolucją Lenina. Znaczy równo z rewolucją, ale do Jakucji dotarła ona dopiero pięć lat później, jak czerwonoarmieńcy przewojowali białoarmieńców. Na parterze wiljujskiego muzeum znaleźliśmy także pozostałości po pradawnej, jakuckiej tradycji, ich pierwsze noże, łuki, odzienie, łódki z kory brzozy, ozdoby z żelaza. Sami je robili, mieli huty i rozwinięte kowalstwo. Pierwsi, biali kolonizatorzy korzystali z jakuckiego kowalstwa.
       Na drugim piętrze zgromadzono pozostałości po kolonizatorach. Od tych pierwszych, Kozaków, po najostatniejszych, radzieckich geologów i noworuskich inwestorów, nawet pamiątki po pierwszym Jakucie w kosmosie. Albo stare strzały ogłuszające. W polowaniu na sobole nie za bardzo opłaca się walić do nich z ostrych strzał zakończonych żelaznym grotem. Lepiej takimi co mają na końcu drewnianą gruchę. Jak się taką gruchnie w łeb zwierzaka, to skórka cała i sobol w garści. Drugie piętro znacznie ciekawsze. W sumie ja się nie nudziłem, nie wiem jak Iwona, bo gadatliwa do nieskończoności pani muzealniczka, nie odstępowała jej na krok.
       Za muzeum jest kilka pomników, sam nie wiem co mają upamiętniać. Ale zwracają się plecami do miasteczka, a twarzami w kierunku szerokiej, bezgranicznej panoramie wielkiej rzeki Wiljuj. Miasteczko wygląda dość nowocześnie. Dla niewprawnego, nieczułego oka, może wydać się rozrośniętą wioską, ale jest dość nowoczesne, a na pewno zadbane. Podobnie następne miasteczko - Wierchniewiljujsk. To miało nawet asfaltowe ulice, oblepione było plakatami reklamującymi spartakiadę Manczaary, która odbyła się tutaj miesiąc temu. Zbudowano trzy wybrukowane, ogrodzone place, z nowoczesnymi pomnikami, nie jakimiś tam gniotami z brązu, użyto najnowszych materiałów, jak plastyk, stal nierdzewna, szkło. Były tam też place zabaw dla dzieci, ławki, śmietniki, latarnie ledowe. Postawiono okazjonalny pomnik z białej siatki stalowej. Piękna pani, chyba uwielbienie do rzeźb kobiet-matek wzięli razem z Ładami od białych Rosjan, trzyma w ręku symbol diamentu, symbol zachodniej Jakucji. Iwona ciągle szuka diamentów u miestnych jubilerów, a tam nic. Ja jestem jak Wall-e, z tego filmu animowanego. Kiedy robot-złomiarz znajduje na śmietnisku puzderko z wielkim diamentem, wyrzuca go, a pudełko zabiera do swego legowiska, a nóż się do czego przyda.
       Od czasu Champy wjechaliśmy w cywilizację. Skończyła się bezdenna pustka tajgi, teraz mijamy co kilkanaście kilometrów kolejne wioski i miasteczka. Trzeba wiedzieć, że podążamy wzdłuż odwiecznej trasy cywilizowania wschodniej i północnej Syberii. To wzdłuż Leny i Wiluja przybywali tutaj Jakuci z południa, tak samo pierwsi biali kolonizatorzy - Kozacy, a za nimi carskie wojsko, poborcy podatków, polscy Wokulscy, angielscy etnografowie i zielarze, jak Kate Marsden. Do dziś nie ma tu głównej drogi, ale są rzeki, te naturalne arterie komunikacji na Syberii. My jednak jedziemy pełni nadziei na to, że nie będziemy musieli wracać do Jakucka. Dostaliśmy od Nataszy, naszej jakuckiej znajomej potwierdzenie, że kompania gazownicza wyda nam za trzy dni zgodę na jednokrotny przejazd po ich drodze na południe, wzdłuż Leny. Na początku nie wyglądało to różowo. Jak to w Rosji. Główna siedziba z Surgutu odpowiedziała, że inostrańcom, znaczy turystom z Zachodu, pozwoleń się nie wydaje. Ale usilne wydzwanianie do kolejnych urzędasów, już tu, na miejscu w Jakucji, dało rezultaty. Pozwolenie dają tylko dla firm, a Natasza reprezentuje agencję turystyczną.
       Za Wierchniewiljujskiem czekała nas przeprawa promowa przez rzekę Wiljuj. Teraz wygląda jakby wyschła. Promy wieszają się na mieliznach, muszą omijać wielkie łachy piachu. A koszt przeprawy to 60zł za 35 minut płynięcia pod prąd rzeki. Widać na wysokich, piaszczystych brzegach, że rzeka potrafi przybrać nawet więcej niż dziesięć metrów i wynieść do lasu stare, pordzewiałe kutry.
       Na drugim brzegu czekały na nas bagna i meszki. Trudno było znaleźć nocleg, ale w końcu przypadkowo trafiliśmy na zabudowane wiatami miejsce piknikowe w lesie, nad zabagnionym, ładnym jeziorem otoczonym sianokośnymi łąkami, na których wałęsały się krowy i konie. Obok była scena dla występów, zadaszone kramy dla sprzedawców dobra wszelakiego, najpewniej z Chin, oraz tradycyjna jurta drewniana, ogacona mchem i ziemią. Co najważniejsze było pusto, bezludnie, to dla nas najlepsze. Przynajmniej nikt nie będzie nas pytał co sprzedajemy. Toyota wygląda jak chłodnia, przynajmniej dla Sybiraków, więc często się spodziewają, że przyjechaliśmy serwować im polskie lody bambino.
       Następnego dnia znowu było gorąco, coś tak pod 34 stopnie. Droga też nas nie rozpieszczała, a jeszcze gorzej zrobiło się za rzeką Marcha, na oko tak szeroką jak Wisła w Tczewie. Budują tam most, ale póki co trzeba przepływać promem. Promiarze, a jest tu ich wielu, nie garną się do roboty. Te większe promy pływają od niechcenia, czasami nie zabierają klientów, tylko jeden samochód i trochę ludzi. Nikt nie wie o co tu chodzi. Małe promy pływają częściej. Małe czyli takie stare barki z uczepionym ich boku zdezelowanym, milicyjnym ścigaczem, nie większym niż łódka na cztery osoby. Na Marsze skasowali nas 30zł za dziesięć minut płynięcia. Jeszcze się korek przed promem zrobił i przepychanka. Więc zajechałem drogę jakiemuś busikowi, aby się nie wpychał. Potem kierowca przyszedł z pretensją, że niby busy są uprzywilejowane. Ale dla mnie nie są. Na promie był jeden samochód z białymi Rosjanami. Mało ich tu mieszka, ledwie jeden procent ludności. Prędzej w Polsce spotka się czarnego, niż tu, nad Wiljujem białego.
       Na lewobrzeżu Wiljuja droga była fatalna, miejscami jechaliśmy poniżej 20km/h. Na dodatek sporo tu jeździ osobówek, więc kurzy się nieustająco, trzeba zamknąć dopływ powietrza z zewnątrz i topić się w duchocie i skwarze. Na dodatek śniadanie mi zaszkodziło i skręca mi wnętrzności. Ale jakoś doczłapaliśmy do miasteczka Njurba. Wygląda zupełnie inaczej niż te poprzednie, odwiedzane przez nas nad Wiljujem. Jakoś tak sowiecko, jakby ją biali budowali. Podobno mają tu kilka kopalń diamentów, ale na drogach nie widać ani cystern dowożących paliwo do kopalń, ani innych ciężarówek. Może dlatego, że dziś niedziela?
       Trzydzieści parę kilometrów za Njurbą dojechaliśmy do kolejnego promu, tym razem na drugą stronę Wiljuja. Tutaj jest węższy, mniej rozlany po piaskowych łachach i głębszy. Tym razem zapłaciliśmy 24zł. Na prawobrzeżu droga dla odmiany pozwalała nawet na włączenie piątego biegu. Ruch zmalał prawie do zera, więc całkiem przyjemnie się jechało. Krajobraz zmienił się nie do poznania. Nie było już piaskowych wydm zalesionych iglakami. Teraz pośród podmokłego lasu otwierały się co chwilę wielkie połacie trawiastych łąk, z torfowymi bagnami po środku, albo małymi jeziorkami. Droga przecinała to wszystko wysoką, żwirową groblą. Potem, przed miasteczkiem Suntar, otoczyły nas wysokie lasy sosnowe, porastające ponownie suche, piaszczyste pagórki.
       Gdzieś po drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze. Był czysty i nowy, prócz nas i starszej pani kucharki, nikogo tu nie było. W telewizji leciał program o Rosjanach, którzy przeprowadzili się z tego kraju szczęśliwości do Włoch. W krótkich wywiadach opowiadali jak im tam dobrze, a operator kamery nie omieszkał pokazywać co bardziej soczyste uroki nadmorskich kurortów turystycznych Italii. Do drzwi tej 'cafe' dobijają się chmary meszek oblepiających twarze ludzi i wciskające się pod koszulę. Jedyna droga, na którą nanizane są paciorki wiosek, przecina ten bezkres lasów i bagien, a tu w telewizji podglądamy sobie włoski raj. Tu na końcu cywilizowanego świata, można docenić to okno na świat. Doświadczyć jak na prawdę roznosi informację do najbardziej zapyziałych dziur, a nawet najdroższe, najbardziej pożądane przez turystów miejsca na Ziemi, stają się bliskie, na wyciągnięcie ręki z głębin tajgi. Można poznać świat nie ruszając dupska znad Wiljuja i jednocześnie nadal nic o nim nie wiedzieć.
       Pod wieczór przepłynęliśmy ponownie promem za 30zł na lewobrzeże Wiljuja i pojechaliśmy żwirową plażą w kierunku niedzielnych letników pławiących się w czystej wodzie rzeki. O dziwo nikt tu nie łowi ryb, ale wszyscy się kąpią. Woda jest cieplejsza niż w niejednej, polskiej rzece, mimo że jesteśmy daleko na północy. Porównując do Europy, to jesteśmy tak daleko na północy, jak środkowa Finlandia.
       Ranek nas nie zachwycił. Kiedy wyszło słońce czułem się spocony po dusznej nocy i niewyspany po koszmarach, pewnie od tych śmierdzących spiral antymeszkowych. Niech będą dzięki najwyższemu Leninowi za spirale. Nie wiem jak byśmy przetrwali zmasowany, samobójczy atak małych jak nanotechnologia meszek. Czasami czuję, że mnie gryzą, ale ich nie widzę. Chyba już potrzebuję okularów. Są tak małe jak centki, przecinki na skórze, jakieś milimetr długości i 0.3mm szerokości. Kiedy spirala wypali się do końca, rano budzisz się z czerwonymi wezuwiuszami na skórze, a te skurczybyki potrafią wejść pod odzież i dziabnąć na przykład w dupę. Takie swędzące znamię trzyma się potem pięć dni.
       A więc ranek okazał się, wbrew anonsom pogodynki z amerykańskiego internetu, znowu gorący. Dziś temperatura podskoczyła do 35 stopni. Ale póki nasza izoterma się nie nagrzała, można było w niej siedzieć i pracować przy komputerze. Niedługo... bo przyjechali lokalni jakąś zdezelowaną, osobową Toyotą. Drugą zakopali bawiąc się na żwirowej plaży Wiljuja. Przyjechali po pomoc. Jak mnie wnerwili. Trzeba było rzucić robotę, spakować obóz i jechać wyciągnąć ich z piasku. Podczas tego pakowania zapomnieliśmy o spirali, a ona na podskokach wypaliła dziurę w tapicerce naszego domu. I pomagaj tu ludziom. Mnie by było wstyd przeszkadzać pracującym ludziom, a kiedy by powiedzieli - przyjdź za godzinę, kiedy będziemy wolni - to bym przyszedł za godzinę. Ale dziki nie! On chce teraz. Będzie błagał i walił do drzwi, aż cywilizowany człowiek kulturalny ulegnie i wypali sobie dziurę w domu. W podzięce za pomoc dostałem do uściśnięcia prawicę dzikiego, wilgotną i brudną. Niewiadomo gdzie ją wtykał. Dlatego jestem rasistą. Wierzę, że rasy ludzkie się różnią od siebie, chociażby w obrębie kultury osobistej.
       Dzień zaczął się kiepsko, ale dalej było gorzej. Pojechaliśmy do Suntar, aby zrobić zakupy. Spotkaliśmy białego, z wyglądu Polaka. Ale może nie wie, że Polak, bo nie męczył nas swoim pochodzeniem. Pogadaliśmy sobie krótko ale treściwie. Opowiedział nam o muzeum w Tojbokoj, które budował, kiedy jeszcze pracował. Teraz chyba jest na emeryturze. Potem widzieliśmy jeszcze z daleka, jak pokazywał żonie nasz samochód i długo stał na parkingu patrząc za nami. Kilku turystów, którzy tędy przejechali znam, ale pewnie niewiele więcej ich w ogóle było. Jest to pewna atrakcja, coś wyjątkowego w codzienności, dniach podobnych do siebie, w tym miasteczku. W zasadzie, gdybyśmy powiedzieli, że Toyotą wylądowaliśmy tutaj przed chwilą lecąc z Jowisza, to nie byłoby większej różnicy. Europa jest tak daleko, jak to tylko możliwe. Więc można powiedzieć równie dobrze - jesteśmy z Australii, albo USA, to chyba nawet bliżej. Jeden pies. To abstrakcja, nawet dla ludzi znających geografię świata na pamięć. A co by powstało w głowie człeka z polskiej wsi... dajmy na to lubuskiej... gdyby mu jakiś facet po rosyjsku objaśnił, że przyjechał z Jakucji, z miasteczka Suntar? Pewnie by się mniej zdziwił, bo kmiot z Europy ma o sobie większe mniemanie, niż ten z Jakucji. Lubuskie jest bliżej pępka świata, aniżeli Jakucja.
       Pojechaliśmy w kurzu, 17km/h po tarce do Tojbokoj. Po drodze zatrzymały nas trzy kobity w Toyocie. Coś im cieknie i chcą aby mężczyzna to obejrzał. Już wyciągały jakieś poduszki abym się położył pod Toyotę, ale zrezygnowały kiedy zakomunikowałem, że jestem inostraniec i nic nie rozumiem co do mnie mówią. Chwilę później dostaliśmy kamieniem w przednią szybę. Przejechałem kilkadziesiąt tysięcy kilometrów po szutrach tą Toyotą i dziś dostałem pierwszym kamieniem.
       W półtorej godziny dojechaliśmy do Tojbokoj. Tutejsze wsie, z zachodniego Wiljuja są nieco inne. Takie jakieś bardziej rosyjskie, mniej tradycyjne. Ale lud tutaj żyje po staremu. Dzięki wstawiennictwu pewnej pani, co akurat przechodziła mimo, otwarto dla nas wielkie, dwuetarzne muzeum. Najpierw pozwiedzaliśmy parter na własną rękę, bo nikt się nami nie interesował. Potem jednak pojawiła się kustoszka. Skasowała nas po 9zł za osobę i zaoferowała oprowadzanie, na które ja niechętnie przystałem. Jednak okazało się, że bez opowieści nic byśmy z tego muzeum nie wynieśli.
       Pozwiedzaliśmy pokój poświęcony produkcji chleba w Rosji. Wszystko tu jest wymieszane w czasie. Patron i założyciel muzeum stoi na cokole i sroży się brwiami jak Breżniew, a pod torsem ma napisane - w pochwale za trud socjalistycznej, dobrej roboty. W pokoiku 'chleba' malunki i zdjęcia jako żywo wyciągnięte z zaprzeszłej epoki. Kiedy twarze roześmiane na tle snopków słomy znaczyły więcej niż udręka z powodu wielkiej na dziesięć centymetrów tarki, na nowej drodze. Wtedy nawet drogi całorocznej nie było. Ludzie tu żyli w izolacji od świata, ale to był ich świat, więcej nie potrzebowali do szczęścia, prócz chleba i sało na zagrychę. Wtedy w Tojbokoj mieszkało prawie 3000 ludzi, dziś coś koło 1700. Reszta wyemigrowała w latach '90-tych, kiedy nagle informacja ze świata przyszła, że świat istnieje i jest ciekawszy od tego jaki mają tu na zabitej dechami wsi. Drogę zrobili dużo później, teraz można w Tojbokoj w sklepie nawet banany z Hondurasu kupić, albo najnowszy model automatu do kawy z Italii. Ci co zostali, już nie chcą wyjeżdżać. Tutaj im żyć, tutaj budują swój świat. Mają plac zabaw dla dzieci, w pobliskim lasku, o którym legendy już stworzono przez ostatnie trzysta lat, mają piękne okazy drzew, wiaty i amfiteatr. A obok zbudowali tradycyjne miejsce na isyk, największe święto Jakutów, jakie corocznie odbywa się w czerwcu. Niby tu wszyscy do cerkwi chodzą, ale isyk w równonoc odprawiają. Mają serge, takie tradycyjne, zrytualizowane koniowiązy, wielkie pale drewniane, bogato zdobione, w dawnych mitach opisywane, stawiają je w linii wstającego słońca w czerwcu. Coś jak tańce gospel u czarnych w USA, albo mieszanka Buddyzmu i Bon w Tybecie. Po co porzucać stare, skoro zaspokaja potrzeby lepiej niż nowe. Przyłączmy nowe do starego. Nam, polskim Słowianom taki zabieg jest bardziej obcy.
       Dla tutejszych istotne jest każde drzewo, ławka zrobiona z jakiejś tam okazji, salka dla dzieci co przychodzą śpiewać tradycyjne pieśni jakuckie z panią od muzyki, salka botaniczna z jeżem w klatce i żółwiami w akwarium, salka z rzeźbami z korzeni drzew, bo miestny artysta takie rzeźby lubi. Wszystko to jest nasze, przynależy do naszej grupy, jesteśmy z tego dumni, bo sami to stworzyliśmy ten nasz świat. Jakuci z takich wiosek nie mają gdzie uciekać, mogą tylko emigrować, szukać szczęścia w szerokim świecie. Większość woli zostać i budować nową rzeczywistość w domu. Miasteczka białych kolonizatorów Syberii, są inne. Oni zawsze mają alternatywę. Zarobić na bilet i polecieć do domu, do Europy. Tutaj są tylko tymczasowo, tak długo jak się to opłaca, jak długo da się wytrzymać, jak długo nie będzie do czego wracać. Z takim nastawieniem budują inną rzeczywistość, inne miasteczka. To nie dziki, amerykański Zachód. Tu na Syberii jest więcej żółtych, mają swoje wsie i miasta, a biały jest tylko okrasą, przyjezdnym. W USA biały tworzył całą rzeczywistość nowoczesnego świata, a Indian zepchnął do rezerwatów.
       Ale wracajmy do muzeum. Pani Marta powiodła nas na pięterko. Tam było ciekawej. Na dłużej zatrzymaliśmy się przy starym łuku, jaki dzieci znalazły na prehistorycznym grobie w tajdze. Tutejsze łuki robi się z wielu warstw, różnych materiałów. Już pradawni Jakuci wiedzieli, że kompozyt jest bardziej wytrzymały od litego materiału. Tradycyjny łuk z muzeum w Jakucku ma siedem warstw. Ten z Tojbokoj ma ich trzynaście, w tym jedną z kości. Wysłano łuk do laboratorium w Holandii, gdzie miano zbadać pochodzenie kości. Nie można jej było genetycznie przypasować do żadnego ze znanych zwierząt, a nawet mamutów. Ostateczna diagnoza podsycała hipotezę, że może to kość dinozaura. Więc w muzeum, tuż obok powieszono stary kaftan szamana, nie wiadomo z którego wieku, ale na pewno starszy niż z XIX wieku. Na takich kaftanach wiesza się ozdoby mające symbolizować duchowych pomocników szamana. Najczęściej są wykonane z kości, albo z metalu. Jakuci dość wcześnie potrafili wykuwać stal. Są zapiski najstarszych, białych kolonizatorów, mówiące że stal Jakutów nie odbiegała stali niemieckiej. No więc jednym z pomocników tego szamana, co jego kaftan wisi do dziś w muzeum w Tojbokoj, był dinozaur. Jest taka blaszka jako żywo wyjęta z animowanych filmów hollywoodzkich.
       Pani kustoszka na siłę wepchnęła nam do głów masę informacji o tradycji dawnych Jakutów. Od znaczenia pojedynczych kresek na drewnianych kubkach do picia kumysu, przez sens istnienia lejka w kołysce dla dziecka, po znaczenie długich rączek do żeliwnej gofrownicy. Każdy z eksponatów ma swoją historię, każdy został podarowany przez osobę znaną z imienia i połączeń rodzinnych we wiosce. Na razie tak jest... ale kiedy pani Marta kopnie w kalendarz, muzeum stanie się kolejnym niemym pudłem na starocie. Ot chociażby takie drewniane, brzozowe pojemniczki na maleńkie ptaszki utknięte we włosiu z renifera i tłuszczu krowim. Szaman takie tworzył dla kobiet nie mogących zajść w ciążę. A rodzina bez dzieci w dawnych czasach, to jak samochód bez przeglądu rejestracyjnego w Unii Europejskiej. Wieszało się takie brzozowe puzderka u powały w sypialni i czekało na efekt. To z muzeum przynieśli pra- do czwartej potęgi -wnukowie tych, którzy zamówili rytuał u szamana. Jest z tym związana cała, skomplikowana tradycja, jeśli urodzi się syn to trzeba zrobić z pudełkiem to, a jeśli córka to to... kto by to spamiętał. My są tylko etnografy amatory. Ciekawe jest jednak przywiązanie do tradycji, bojaźń przed jej uchybieniem. Wdrukowana w jakuckie głowy, jak w polskie - bój się boga! Bój się wyższej instancji, jak na primier pierwszego sekretarza, albo carskiego gubernatora. Władzy trzeba się bać, inaczej prawa nikt nie będzie szanował. Inaczej niż to było w skeczu z kabaretu Dudek - teraz sama świadomość wystarczy. Tak mógł odpowiedzieć tylko człowiek świadomy, a przecież o uświadamianie ciemnego ludu w ideologii socjalistycznej chodziło. Tacy Jakuci skorzystali na tym bardziej niż Polacy.
       - No a gdzie szaman? - oczywiście Iwona zapytała. Tutaj teraz częściej spotkać można 'ekstrasensa' co ma ręce, które leczą i liczą. A szamana nie ma. Tak odpowiadają zdziwieni Iwony pytaniem Jakuci na wsi. Jakbyśmy pytali gdzie macie łuki i strzały w kołczanie, albo jeźdźca na koniu, cośmy dopiero dziś takiego po raz pierwszy w Jakucji zoczyli. Tradycja jest po to aby była naszą tożsamością społeczną, a nie żywym organizmem, aby dawała nam tą przyjemną, bezpieczną iluzję niezłomnego trwania, z pokolenia na pokolenie, że jesteśmy kimś, coś znaczymy, gdzieś się znajdujemy. Nawet nowocześni ludzie z Zachodu przywiązują się do jakichś ram społecznych aby wpisać się w jakichś obraz. Nie bez kozery jedną z najcięższych kar w wiekach dawnych była banicja, a nie śmierć. Banicja wyrzucała poza wszelkie ramy i nikt takiego nie przyjął do swojej wspólnoty. Człowiek jest zwierzęciem stadnym i bez stada żyć nie za bardzo potrafi.
       Teraz mamy w Jakucji satelitki, japońskie samochody, autobusy do Mirnego i Jakucka, samoloty, internet... na co nam szaman do szczęścia. Na razie nauka białych wszystko nam tłumaczy, a jak się zderzymy z czymś niewytłumaczalnym, to pobiegniemy do szamana, zawsze jakiś się znajdzie. Taka była odwieczna rola szamana, tłumaczyć to co nieznane, przygotowywać na niespodzianki losu, zaklinać wreszcie ten los, aby był nam powolny. A rytuały jakie wokół tej celebry tworzono, miały nadać podniosłości całej ceremonii, wzbudzić szacunek wiernych, zupełnie jak liturgia w europejskich kościołach.
       Jeszcze słów kilka o jakuckim kumysie. Nigdzie go tu nie można kupić. Ale Iwona zmęczyła panią kustoszkę i ta zaprowadziła nas do gospodyni, która sprzedaje kumys. Nie smakował jak ten z Kirgizji czy Mongolii, był słodki. Może zmienili recepturę aby w nowożytnych czasach bardziej godnie smakował, może nawet nie robią go z mleka klaczy, ale z krowiego. Coś jak nasze oscypki, są coraz mniej oscypkami. Jednak najlepszy kumys jest ze sklepu, ten kazachski, albo baszkirski.
       Ale dość o Tojbokoj. 32 kilometry dalej musieliśmy czekać w skwarze półtorej godziny na prom. Bo są tylko dwa. Przeprawiają samochody na zmianę, tak się umówili. Więc jak jest kolejka to ten co właśnie przypłynął nie może zabrać klientów. Trzeba czekać na kapitana z drugiego promu. A on je obiad. Zresztą nie popłynie dopóki nie zobaczy klientów na drugim brzegu Wiljuja. Bo po co płynąć, szmalu to on ma dużo. Pływanie za pieniądze go już nie interesuje, co najwyżej dla rozrywki. Ma Toyotę i oryginalną przyczepkę ze skuterem wodnym. Pewnie na zimę ma skuter śnieżny. Ale barka wygląda jak ruina co ją piranie ogryzły, kuter co nią targa rzęzi silnikiem. Jak to dobrze, że to ostatni prom w tej trasie. Mam ich serdecznie dość.
       Zanocowaliśmy nad rzeką 25 kilometrów przed Mirnym. Nawet nie było owadów. Można było się kąpać, dopiero wieczorem przyleciały meszki, milimetrówki. Założyłem więc kąpielówki i brodziłem po płytkiej wodzie i żwirowych łachach, jak jakaś czapla. Brakowało mi tylko chustki z zawiązanymi rogami na głowie, bo słońce wciąż paliło. Dopiero ranek przyniósł zmianę pogody. Nareszcie zrobiło się chłodno, jak na Syberię przystało. Od razu 18 stopni. Teraz można żyć. Na dodatek w nocy popadało, więc nie będzie się kurzyć na drodze. Droga do Mirnego okazała się dość dziurawa i zatłoczona ciężarówkami. Posterunek DPS przed miastem opustoszały już od dawna, okna zabite blachą falistą. Tuż za stacją paliw skręciliśmy w kierunku kopalni diamentów. W tej okolicy wyciąga się z ziemi wszystkie, rosyjskie diamenty, czyli 25% światowego wydobycia. Tylko 20% z tego to diamenty przemysłowe, reszta ma zastosowanie w jubilerstwie. A sklepów z diamentami nie ma. Pewnie nie ma tu dobrych rzemieślników od szlifowania. Paliwo na stacji w cenie jak w Jakucku. Kopalnia pokładów kimberlitu wygląda jak ogromny, tak ponad kilometrowej średnicy, lej w ziemi. Samej rurki lejka, wchodzącej w głąb na ponad kilometr już nie widać z platformy widokowej. Zbudowano ją dość dawno z podwozia dawnej, gigantycznej koparki. Na pierwszy rzut oka otoczenie podobne do naszego Bełchatowa, ale jednak to Rosja. W mieście ulice są asfaltowe, ale dojazdówki do kopalń, są jeszcze dwa takie leje z diamentami, są szutrowe i dziurawe, pełno na nich ciężarówek i wielkich Biełazów z urobkiem. Samo miasto nie jest duże, coś jak nasze, powiatowe. Spodziewaliśmy się kolejnego Magadanu, z blichtrem i nowoczesnością. Ale to zupełnie co innego. Taki mały Jakuck, tylko sporo jest białych na ulicach. Jakutów jest w tym regionie tylko 7%, aż 10% to Ukraińcy, 69% to biali Rosjanie, ale różnych narodowości. W Mirnym jest siedemnaście klubów zrzeszających różne narody. Większość domów to drewniane, dwupiętrowe szeregowce kryte czerwoną blachą, ale jest też sporo zwykłych bloków z wielkiej płyty, bez finezji kształtów i kolorów. W Kadykczanie wyglądało to lepiej. Jednakowoż widać tu rękę białych Rosjan. Sklepy są duże i wyposażone, ceny jak w Jakucku. Ulice zadbane, ale w charakterze rosyjskim. Trawniki niestrzyżone i zarośnięte brzozami, tak na prawie każdej, szerokiej ulicy. Więc po chodniku idzie się jak w parku miejskim. Z jednej strony te drewniane szeregowce, z drugiej drzewa, a za nimi nowoczesne Land Cruisery po asfalcie śmigają. Gdyby było słońce, to brzozy by nas przed nim chroniły. Na placu, u zbiegu ulic Leningradzkiej i Lenina stoi odnowiony dom partii, ma jednak nowe przeznaczenie, obok nowy hotel oraz dom kultury. Klomby pełne kwiatów, ludzie dobrze odziani ciągle gdzieś biegną, to dzień powszedni. Nie rozpoznają turystów z Polski. Ale my pytamy o pocztę, o sklep z souvenirami, księgarnię i takie tam. Wtedy patrzą na nas lekko zdziwieni, bo kto tu może nie wiedzieć gdzie jest poczta. Pytają skąd my się tu wzięliśmy, a jak słyszą że z Polski, to oczy wybałuszają. Do Bełchatowa nikt nie pielgrzymuje z drugiego końca świata, bo leży w samym środku cywilizacji. Rosjanin z Jakucji w Bełchatowie nie zrobiłby szczególnego wrażenia. Ale gdyby Bełchatów przenieść na kraj świata, to zupełnie insza inszość.
       W Mirnym trudno znaleźć coś ciekawego oprócz tej dziury w ziemi widocznej z platformy widokowej. Są jeszcze ciekawe, bo stare zdjęcia z czasów poszukiwań diamentów, tuż po wojnie. Są nowe pomniki upamiętniające dawnych geologów i ich trud. Ale tak na prawdę liczy się tylko dziura w ziemi. Robi wrażenie, zwłaszcza jak się zobaczy jakiegoś Kamaza jadącego jej koroną. Jest taki mały jak mrówka dla słonia. Kopanie tego leju skończyli w 2001, teraz idą w głąb, szyjką lejka. Kimberlit to taka skała nadziana diamentami jak dobra kasza skwarkami. Wynaleźli to to w RPA, w Kimberley. Szukanie tych słupów zaczęto już przed wojną, ale kiepsko szło, nie wiedziano jak tego szukać. Nie było metod geologicznych, tak jak dziś. W końcu jakaś geolożka wykombinowała, bazując na odkryciach swych poprzedników, że należy szukać tam gdzie są propy. To takie czarno-brunatne ziarna, które zwiastują diamenty. Dostaliśmy kilkadziesiąt tych ziaren od pani kustoszki z Tojbokoj. Pamiątka z muzeum i to nie wyprodukowana w Chinach. Wykopana z ziemi, dawno temu.
       Z Mirnego wyjechaliśmy żegnani przez policjantów. Mieli jakąś akcję. Sprawdzili nam papiery, nakazali umyć tylną rejestrację i życzyli szczęśliwej drogi. Oni inaczej nie potrafią, to jak - dziękuję i zapraszamy ponownie - z naszej Biedronki. Pojechaliśmy na południe, w kierunku Leńska, nad Leną. Droga nie była przyjemna i mocno zatłoczona ciężarówkami dowożącymi zaopatrzenie do kopalń ze statków na Lenie. Nie szło nam dobrze, więc zatrzymaliśmy się na nocleg na starym kamieniołomie. Na następny dzień zostało jeszcze 147km tej dziadowskiej drogi. Wydobywają tu diamenty, a nie stać ich na zbudowanie porządnej drogi. To jest właśnie ruska mentalność. Dziś od tej trzęsawki przez ostatnie 4800 kilometrów po syberyjskich drogach, przetarła się aluminiowa rurka od przednich hamulców. Trochę cieknie, ale można jechać. Oficjalnie jednak stwarzam zagrożenie w ruchu ulicznym, a gdybym tak trzepnął małą dziewczynkę co wbiegła mi pod koła za piłeczką, to by mnie za tą rurkę posadzili. Bo mała dziewczynka to uosobienie niewinności, które należy otoczyć kordonem bezpieczeństwa. Doskonale nadaje się na pokazanie absurdów ludzkiej mentalności społecznej, biurokracji i całej te nowoczesnej idei zastępowania obywatelskiej wyobraźni i odpowiedzialności za własne czyny nieżyciowym przepisem. Na dodatek nowi ludzie wierzą w te przepisy jak Polak w katechizm. Łamią je, ale już nie widzą w nich absurdu. Media nauczyły ich wierzyć, że te przepisy budują społeczne bezpieczeństwo. Na Zachodzie ludzie są głupi, ale my, postkomuniści, przecież zawsze łatwo przychodziło nam oddzielanie ziarna od plew propagandy. Tu w Rosji ciągle nas pytają czy mamy papiery na taką przeróbkę Toyoty na dom. Czy policja się nas nie czepia. Mają tutaj już dolny limit EURo4 na importowane samochody. Pewnie te bezkrytycznie oglądające jaszczik, znaczy telewizor, dzień w dzień istoty, uwierzyły że władza dba w ten sposób o środowisko. Uczmy się intensywnie żyć, bo dobre czasy tak szybko odchodzą.
       W końcu, po trzech godzinach tej trzęsawki dojechaliśmy. Ostatnie dwadzieścia kilometrów do Leńska, jechaliśmy jak we mgle. Ledwo dostrzegaliśmy tajgę na poboczu drogi. Wszystkie te ciężarówki z kontenerami i paliwem robiły taką kurzawę z szutrowej drogi. Asfalt zaczął się dopiero w samym mieście. A miasto w charakterze wiejskim. Jak to w Rosji się mówi - pasiołok goradskowo typa. I tak rzeczywiście jest. Stoi tu sporo drewnianych bloków i trochę z wielkiej płyty, pooddzielane są kratką ulic obsianych brzozami. W ogóle nie widać nowoczesności, czy wielkomiejskiego charakteru. Na obrzeżach tego konglomeratu brzóz i bloków, rozpleniły się jak podgrodzie, drewniane domki jednorodzinne z plątaniną szutrowych uliczek. W sumie miasteczko zajmuje pewnie tyle samo miejsca co Mirny. Za to ma dość uroczą promenadę nad Leną. Chodnik w stylu rosyjskim, biegnie po wysokim brzegu rzeki, od piaskowej plaży na południu, przez nowocześniejsze blokowiska z pięknym widokiem z balkonów na rzekę i przeciwległe, zalesione góry, po port z kilkoma, wielkimi żurawiami do przeładunku statków, stojących na Lenie w kolejce. Chodnik nieco koślawy, pozalewany po wczorajszym deszczu, nie ma kanalizacji. Ale jest nowy pomnik woźnicy z trójką koni i iglica z kozacką barką na szczycie, barką założycieli miasteczka. Mają taką w herbie. Woźnica ma symbolizować człowieka, który okiełznał tutejszą przyrodę, a może piętno skrzyżowania szlaków transportowych, jakie Leńsk nosi od zawsze. Kiedyś Leńsk nazywał się Muchtuja, istniało na potrzeby zaopatrzenia carskich kopalni złota w okolicy rzeki Witim. Potem, kiedy w 1955 roku odkryto po długich poszukiwaniach diamenty, stało się głównym i jedynym portem przeładunkowym zaopatrzenia dla Mirnego, nowego miasta zbudowanego tylko na potrzeby kopalń diamentów i w 1963 zmieniono mu nazwę na Leńsk. Mieszka tu 78% białych Rosjan i 10% Jakutów, a przecież to oni założyli pierwszą wieś w tym miejscu Leny. Nazwa Lena pochodzi z języka Ewenków i oznacza 'wielką rzekę'.
       Dość dużo pospacerowaliśmy po mieście. Najpierw poszukiwaliśmy księgarni, bo tam Iwona od kulturalnych ludzi dowiaduje się czegoś o mieście. Potem szukaliśmy pomnika na brzegu Leny, a potem sklepu spożywczego. Sklepów w Leńsku jest dużo, oczywiście poukrywane po parterach bloków, ale sklepów spożywczych jest niewiele, a samoobsługowy chyba tylko jeden i w dodatku mały. Mieszka tu sporo ludzi bogatych, nie wiem gdzie oni robią zakupy. Obeszliśmy całe centrum, kilkanaście ulic na całej długości. Panuje tu już noworuska atmosfera mająca niewiele wspólnego z Jakucją. Kręcą się samochody z oklejonymi na czarno szybami, dudniące basową muzyką, albo raczej antymuzyką. Spacerują młodzieńcy ubrani w jakieś koszulki z nadrukowanymi barwami flagi Rosji, albo wizerunkami groźnych zwierząt, typu orzeł, albo tygrys, zresztą te same obrazki mają na samochodach z obniżonymi zawieszeniami. Pewnie nigdy nie wyjeżdżają z miasta, bo jedyna droga dojazdowa to dziurawy szuter. Im mniej pewni swej siły się czują, tym większą potrzebę odczuwają by ubierać się w emblematy kojarzące się z siłą. Napakowane mięśnie, buńczuczna mina, specyficzny chód podobny do robokopa, ze sztywną klatką piersiową i rozkołysanymi biodrami. Pochylone czoło jak u byka, wielkie łapska kołyszące się jak u goryla. Ciekawe czemu nie noszą wojskowych, albo po prostu wielkich butów myśliwskich, tylko jakieś ciżemki, albo pedalskie, białe adidasy. Odzież w charakterze kombinezonu w maskujących barwach, kupowana w sklepach dla wędkarzy i myśliwych, powoli odchodzi, wraz ze starzejącym się, pierwszym pokoleniem łobuzów, tych z lat '90-tych. Ci nowi ubierają się po nowoczesnemu, najlepiej zdecydowana czerń i biel. W każdym kraju takich durniów można znaleźć, w jednym więcej w innym mniej. Nawet w Australii... pamiętam yobo w wielkich pick-upach. Tu w Rosji etos płci jest silniejszy niż w innych krajach. Prosty facet szuka prostych sposobów na uwydatnienie swej męskości. Prosta dziewczyna także nie przebiera w środkach. Co ciekawe w wyższych sferach społecznych też można zauważyć pewne cechy silnej kreski zarysowującej granice płci. Może więcej w nich finezji, kultury, ale na pewno coś takiego jak unisex w Rosji nie egzystuje. Nawet w stolicy, kiedy widzi się młodych chłopaków, stylizujących się w najnowszej, zachodniej modzie zniewieściałego mężczyzny, to jednak starają się zaakcentować swoją odrębność od obozu dziewczyn. Podróżując po jakuckich wsiach i miasteczkach, zapomniałem już o tym rosyjskim stylu. Na Kołymie nie był tak widoczny.
       Pani w księgarni powiedziała Iwonie, że studiuje historię kontaktów rosyjsko-polskich, z powodu nagonki na polskich nacjonalistów w rosyjskiej telewizji. Pani w warzywniaku powiedziała, że Polaków lubi mimo tego co mówią o nich w telewizji. Prawie codziennie ktoś nam mówi o złym wizerunku Polski jaki się sprzedaje w rosyjskich mediach. Ale to także wina Polaków, zwłaszcza tych ze wschodniej połowy Polski, co bardziej identyfikują się z kościołem, ale nadal nie potrafią zrozumieć idei swoich dawnych biskupów - przebaczamy i prosimy o wybaczenie. My przy okazji wizyt w sklepach, czy kawiarniach, słysząc rosyjskie media, bez trudu wyławiamy jedno słowo, padające bezustannie - terrorysty. Też im tu głowy ładują strachem, jak na Zachodzie.
       Zanocowaliśmy na publicznej plaży za miastem. Kręci się tutaj sporo samochodów, widzieliśmy dwa obozy namiotów, chyba jakieś grupy turystów. Ile ja już takich rzek widziałem, zawsze poza sezonem deszczy. Leńsk jest trochę podobny do Varanasi. Tam też całe miasto leży na lewobrzeżu, a z wysokiego brzegu widać pustkę po przeciwległej stronie. W Leńsku widać pustą plażę zarzuconą drewnem przyniesionym przez wodę i stromy stok wysokiego łańcucha szczytów. Pewnie na wiosnę woda idzie sporo w górę. W 2001 mieli powódź, wtedy Lena podskoczyła o 21 metrów. To samo widziałem w Vientiane, nad Mekongiem, albo Phnom Penh też nad Mekongiem. A w Australii rzeka Fitzroy prawie nie istniała kiedy ją przekraczaliśmy. Dwa miesiące później rozlała się na kilkanaście kilometrów i podniosła prawie 50 metrów. Muszę kiedyś zobaczyć taką wielką rzekę w czas deszczy, albo roztopów. Czas też przyjechać wreszcie na Syberię zimą.
       Późnym wieczorem otrzymaliśmy maila od Nataszy z Jakucka z pozwoleniem na przejazd drogą do Ust-Kut. Rano pełni nadziei zatankowaliśmy trochę paliwa, wody i pojechaliśmy 15 kilometrów pod szlaban, gdzie zaczyna się droga wzdłuż rurociągu gazowego. Srogi Sierioża spojrzał tylko na nasz propusk i odsunął go z miną gubernatora, który nie da się nabrać na tanie chwyty - to razrieszenie na przejazd z Witimia do Kirieńska, na inną firmę, nasza droga należy do TransNeft Wastok i tu potrzebne jest inne pozwolenie. Nie dał się przekonać ani na litość ani na wziatkę - to droga strategiczna, nielzja bez pozwolenia! Ładują im do tych tępych łbów takie pierdoły, aby mieli czym Rosjan straszyć, na człowieku z Zachodu, z rozszerzoną świadomością, to nie robi wrażenia. A więc mamy pozwolenie na połowę drogi, tą drugą połowę. Aby do niej się dostać, trzeba przefrunąć, albo popłynąć Leną, albo poczekać do zimy i pojechać po lodzie, normalnie zimnikiem jak normalni Rosjanie.
       Co jest z tymi Kacapami!? Przecież możnowładcy, decydenci jeżdżą na wakacje, na Zachód, widzą jak to powinno być zorganizowane, wracają i co... nic nie chcą zmienić w domu? Jak moi rodzice raz pojechali na Zachód na początku lat '90-tych, pomieszkali w lux hotelach, to po powrocie od razu zachciało im się remont domu i ogrodu zrobić, bo wstyd siedzieć w domu, kiedy w zachodnim hotelu lepiej. A taki Ruski wyjeżdża, wraca do swojej rzeczywistości i nadal jeździ terenowym Lexusem przez swoje miasto, codziennie do domu, po takich dziurach, że trzeba zwalniać do 5km/h... i nic nie robi, chociaż jest tu burmistrzem. Inny, dyrektor ma drogę w gestii swojej firmy od rurociągów gazowych. Widzi, że ludzie chcą jej używać i co... kopiuje sowieckie pomysły na produkcję papierów, przesyłanie jakichś formularzy, stawianie szlabanów z głupkami, co zgrywają panie sklepowe z ruskich sklepów, jedzą to poczucie władzy jak poranne musli, bez niego zdechnie im poczucie osobistej godności. Przecież można postawić budkę ze szlabanem, z kamerą, z panią co kasuje szmal, niech nawet wypisuje kwitancję i robi zdjęcie tęczówki, ale niech to działa jak na francuskiej autostradzie. Każdy będzie korzystał, firma zarobi, cywilizacja przyjedzie, dyrektor, który tu mieszka będzie się cieszył, że w cywilizowanym mieście mieszka. Żona z córką od niego nie ucieknie do Moskwy, do lepszego świata. Co jest w tych ruskich łbach!? Od 26-ciu lat nie ma komuny, a oni nadal jadą na programie wujaszka Stalina. Trzeba ich wszystkich wysłać na upgrade ROMu!
       Dziś też dostałem maila od kolegi Mariana. W tym roku po raz pierwszy w życiu wybrał się na prawdziwą wyprawę do Azji centralnej i od razu poczynił wiekopomne odkrycie. Zauważył, że jak się żyje w takich miejscach gdzie nic nie ma, jest tylko jeden sklep, jeden mechanik, jedna droga asfaltowa w dodatku dziurawa, to łatwiej przystaje się na totalitaryzm, bo jest się nauczonym przyjmować życie takim jakie jest, bez protestu i cieszyć się z każdej drobnostki, nawet jak się uda po trzech godzinach kolędowania od urzędu do urzędu, wysłać fax. Brawo Marian... jeden strzał i od razu w samo sedno.
       Wróciliśmy do miasta. Pojechaliśmy do siedziby TransNeftu, tam nas odbili, jak piłeczkę pingpongową z piosenki Wojtka M. Kazali wejść na stronę firmy, ściągnąć sobie formularz, wydrukować, wypełnić, przesłać faxem i czekać na pozwolenie dane od boga gazowniczego. Sam ma do nas zadzwonić. Poszliśmy do agencji turystycznej, dwie miłe panie od razu się nami zajęły. Weszły na stronę, ściągnęły, wypełniły i kazały przyjść za godzinę, bo chcą zadzwonić do siedziby TransNeftu i sprawdzić co dalej. Przyszliśmy. Powiedziały, że nie wiedzą co dalej, sami musimy sobie poradzić, a najlepiej iść do urzędu gminy, oni urzędnicy, to pomogą. A więc dalszy ciąg spychologii. Ciągle program wujaszka - ja nie wiem, ja nie chcę brać odpowiedzialności, nie chcę zarobić szmalu, ani guza od władzy. Taka Rosja. Więc dalej sami pchaliśmy sprawę. Teraz siedzimy na plaży Leny i czekamy na telefon od boga gazu.
       Zawsze powtarzałem, że wolę korupcję od biurokracji Unii Europejskiej. I... gryzę wąsa jak pan Michał, ale nadal tak twierdzę. Rosja nadal pracuje na programie komunistycznym, jak kiedyś Polska za komuny. Jak chciałeś cokolwiek załatwić to nie szedłeś w ogóle do urzędu. Urzędy były dla maluczkich i turystów z Zachodu, oni nigdy nic nie załatwili. Trzeba było znaleźć odpowiedniego człowieka, który znał Zdziśka, a jego żona pracuje w sąsiednim urzędzie i ma koleżankę co jest sekretarką piątego zastępcy boga gazu. W Unii jak nie wolno, to nie wolno, a w skorumpowanym kraju, wszystko wolno, tylko trzeba mieć dojście, nawet szmal nie potrzebny. Gdybyśmy jakoś trafili na człowieka z wyższych sfer leńskiej biurokracji i wypili z nim kielicha, to następnego dnia, zanim kac by wywietrzał, mielibyśmy pozwolenie, a może nawet helikopter transportowy do Ust-Kut, gdyby przypadkiem napatoczył się na imprezę jakiś wojak z gwieździstymi pagonami. Ale jak zadzierzgnąć taką znajomość i wejść na pierwszy szczebel drabiny korupcji? Ech gdybym był nieodżałowanym Jurkiem Dobrowolskim z filmu "Nie ma róży bez ognia", to za godzinę bym miał pozwolenie. Fujara losu zawsze zostanie fujarą, a człek obrotny znajdzie się w komunie, Unii i nawet na wyspach Hulla Gulla.
       Jedno co mi w starości przeszkadza, to że młodzież nie chwyta starych skojarzeń. Niedawno podróżowałem z takimi dwoma młodzieńcami, fajne, rezolutne chłopaki, ale wszystko im trzeba tłumaczyć. Oni zresztą też musieli mi wszystko tłumaczyć. Jakbyśmy z różnych krańców świata pochodzili. Skojarzenia z dawnych czasów wydają się nam niezniszczalne, nie do wytarcia, nawet kiedy systemy się zmieniają. Ale one się starzeją razem z nami. Odchodzą Dudki, Bareje, różne Wojtki, Jurki, Wieśki, Staszki, a z nimi sens tych skojarzeń jakie zbudowały naszą świadomość. Potem młody przyjdzie, walnie coś swojego, z jego świata, który nam wydaje się zbyt naiwny, głupi i nic... nie ma przejścia międzypokoleniowego. Ja żyję słowem pisanym, więc mi jeszcze trudniej to zaakceptować. Mogę tylko w geście protestu, nie maziać palcem po ekranie. Tylko jak długo będą jeszcze produkować klawiatury i myszki? "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść..."
       Wieczorem układaliśmy sobie różne projekty rzeczywistości jaka nas czeka następnego dnia. Trudziliśmy się za los, wyszukując możliwości, te nam nie sprzyjające i te dla nas przychylne. Usprawiedliwialiśmy wrogich nam urzędników TransNeftu, a potem ich ganiliśmy za brak empatii. Wszystko to na nic, bo rankiem okazało się iż pozwolenia nam odmówiono. Iwona zadzwoniła do głównej siedziby TransNeftu w Bracku i kolejny srogi Sierioża krótko wyjaśnił nam, że nie ma obowiązku dawać żadnych wyjaśnień. Czy prywatny, czy państwowy urzędnik rosyjski, nadal zachowuje się jak radziecki. Ukrywa się za pancerną blachą formalności i pilnuje aby przypadkiem się nie wychylić, nie być człowiekiem, albo po prostu miłym. Kilkadziesiąt lat doświadczenia, nauczyło kilka pokoleń Rosjan takiej postawy 'nastroszonego jeża'. Jednak zadziwiające jest jak łatwo ten wizerunek człowieka ze stali łamie się i kruszy pod naciskiem uśmiechu i czesania pod włos. Niejeden srogi Sierioża błyśnie wtedy złotym zębem w uśmiechu, ale bardziej ludzki już boi się stać. No cóż... pojechaliśmy zaokrętować się na prom.
       Na błotnistym parkingu przy jeszcze bardziej błotnistym, stromym zjeździe z wysokiego brzegu Leny, stało już kilka ciężarówek. Kierowcy się znali, pewnie robią w lecie kilka kursów z dobrem wszelakim dla jakuckich sklepów i ciągle się spotykają na promie, albo jedynej drodze. Krótko wyjaśnili nam co i jak z płynięciem barką. Do nabrzeża właśnie przybijała podwójna, wielka barka z ciężarówkami i kilkoma samochodami osobowymi. Obok pracowały dwa, pływające dźwigi, rozładowujące inne barki z kontenerów i konstrukcji stalowych. Czas lata jest tu krótszy od czasu zimy, kiedy rzeka jest zamarznięta i port nie pracuje. Nie ma więc wielkiej potrzeby budowania kolejnego nabrzeża, jedno już jest, ale chyba za drogie dla prywatnych barek, albo nie nadążające z rozładunkami przy pomocy sześciu, wielkich dźwigów wmurowanych w betonowy port. Nasze nabrzeże ciągle odbudowuje jedna fadroma. Tu podrzuci nieco żwiru wyciągniętego z rzeki, tam wyrówna, a jak obciążony ponad miarę TIR nie może wyjechać stromo pod górę z barki, to go wyciągnie. Dziś pada deszcz, taka zabawa w błocie trwała do wieczora. Najwięcej czasu zajmowało manewrowanie ciężarówkami na barce. Tak ciasno je ustawili, że teraz nie było łatwo nimi wycofać. Na jakimś nędznym baraku dla pracowników dźwigowych, ktoś zawiesił powyginane znaki, obwieszczające obowiązek noszenia porządnych butów, a nie szoferskich klapków, kasków ochronnych, kamizelek odblaskowych. Do przepisów stosowali się tylko pomocnicy dźwigowego. Kamazy i najnowsze Volvo kręciły się z kontenerami na ciasnym placyku bez jakiegokolwiek porządku. Dźwigi szybko wynosiły w powietrze pordzewiałe, poobijane i powyginane, stare kontenery z rosyjskimi napisami. Łatwo było poznać, które są puste, do zwrotu, przyczepiali je tylko dwoma linami, pełne czterema. Na barkach układano je bez spinania śrubami, tak samo jak na ciężarówkach. Mają się utrzymać swoim ciężarem, a na Lenie nie ma przecież fal. Stawiano je w dwóch poziomach. Stare Kamazy wywoziły mniejsze skrzynie drewniane i konstrukcje stalowe do pobliskich zakładów pracy. Nie wiązali ich, to ledwie kilometr lub trzy. Kiwały się na dziurawej drodze, ale jakimś cudem żaden ładunek nie spadł z naczepy.
       Iwona podreptała do szefa załadunku barki samochodowej. Dima sprawnie zapisał nas na listę oczekujących na załadunek, na pozycji dwunastej, na jutro, na ósmą rano. Podał cenę 7200RUB za każdy metr długości samochodu, plus 5000RUB za załadunek i rozładunek, plus 1000RUB od człowieka za korzystanie z ubikacji i prysznicu na barce, podczas czterech dni płynięcia po Lenie. Tyle czasu zabiera pokonanie prawie 800 kilometrów rzeki z Leńska do Ust-Kut, pod prąd nurtu Leny. To zaledwie piąta część długości, spławnej części tej najdłuższej rzeki Azji. Wyszło więc około 2450zł za fracht, po odjęciu paliwa jakiego nie spalimy na prywatnej drodze TransNeftu. Ciężarówki wracające z północy płacą 6600RUB za metr pojazdu. Kiedy jadą z towarem z południa, płacą 7200RUB. Swoją drogą jak to wszystko jest po rusku pomyślane. Ludzie mają prywatne ciężarówki, w większości używane TIRy z Europy, ale także małe solówki Hino z Japonii. Ładują towar do przeładowania, płacą łapówki na kontroli wagi, płacą za promy poważne pieniądze, wracają na pusto, szybko niszczą swoje pojazdy na tych nędznych drogach, a jednak im się opłaca. Właśnie z tego powodu są takie ceny w sklepach, w Jakucji. Towarów barkami się nie wozi, jedynie materiały budowlane i paliwo dla kopalń. Cała reszta jeździ prywatnymi ciężarówkami, w zimie po zimnikach. Najgorzej jest na przełomie pór roku, kiedy drogi toną w błocie i dziurach, promy nie pływają bo kra, mosty lodowe na rzekach się łamią pod ciężarówkami, albo dopiero trzeba te mosty zamarznąć, czyli zbudować. Chciałbym zobaczyć jak sobie radzą z zaopatrzeniem w Kanadzie, bo w Skandynawii nie robią z tego takiego halo jak Sybiracy, a mrozy podobne. Po prostu trzeba zbudować drogi i mosty, a w Rosji wszystko prowizorka na dziesięciolecia. Bułgarzy, którzy pracowali w tajdze, w Republice Komi ścinając drzewa, zbudowali sobie betonowe drogi i mosty, miasteczka z cegły, nawet fontanny na dalekiej północy mieli. A obok pracowały radzieckie leschozy i Kamazami przedzierali się przez błoto tajgi, przepływali w bród rzeki i mówili jaka to ciężka żyźń w lesie. To jest właśnie mentalność rosyjskich inwestorów.
       Wróciliśmy więc na nasze stałe miejsce biwakowania, na piaszczystej plaży, za miastem. Już trzeci dzień tu koczujemy, ale nasi sąsiedzi już siódmy. Jak się okazało to nie turyści, ale archeolodzy z Władywostoku. Rano ich wywożą busikami gdzieś w plener, a po południu przywożą abarot pod namioty. Potem odbywają pielgrzymki do miasta po kolejne flaszki. Dziś piątek, więc pojechali samochodem i balowali do siódmej rano, kiedy my wyjeżdżaliśmy oni jeszcze siedzieli przy drewnianych stołach pod niebieską, chińską plandeką. W nocy wiał porywisty wiatr, a temperatura spadła do sześciu stopni, potem zaczęło znowu lać. Sybirak jednak jest nieczuły na takie przeciwności losu, zwłaszcza przy kielichu potrafi siedzieć rozchełstany na zaimprowizowanym zydelku i pić, i zagryzać, i gadać, i pić.
       Pojechaliśmy na parking przy błotnistym nabrzeżu. Przybyło ciężarówek i parę samochodów osobowych, a także wody w kałużach, ale kapitan promu nie przybył, pewnie jeszcze ma kaca po piątkowej libacji. Dopiero po południu zaczęło się coś dziać. Przyjechał szef od załadunku, a jego pomagier troskliwie nami się zajął. Samochodów osobowych były tylko dwa. Tym drugim przyjechał młody geolog, który zaraz po studiach zaczął pracował w tundrze niedaleko Udacznego, pod kołem podbiegunowym i tak zeszło mu siedem lat życia. W końcu żona się zbuntowała i teraz przeprowadzają się do Petersburga. Mówi, że miał szczęście pracować ostatnie trzy lata w terenie, a nie w biurze. Jadł i mieszkał na rachunek kompanii wydobywającej diamenty, całe pobory oszczędzał i dlatego stać go było na kupno mieszkania w Petersburgu. Z tundry do wielkiego miasta, z Syberii do Europy. Wielu nie chciało wracać do cywilizacji. On jeszcze nie wie czy wielkie miasto mu się spodoba.
       Trochę nam poopowiadał o życiu na odległym przyczółku białej Rosji. Pokazał miskę do płukania piasku z rzeki aby złoto czy diamenty odsiewać. Ta miska sybirska jest prostokątna, wypłukuje się wodę z lekkimi frakcjami żwiru przez strome ścianki na lewo i prawo. Miski afrykańskie, czy amerykańskie są okrągłe, wypłukuje się lekkie frakcje w ruchu okrężnym, na zasadzie siły odśrodkowej. Takie miski powinny być z metalu. W Rosji radzieckiej metal był cenny, więc robili z desek, a jak zrobić z desek okrągłą miskę? Więc wymyślili inny sposób na płukanie żwiru. Nieźle im płacą, ale ceny tu są tak wysokie, że i tak trudno cokolwiek zaoszczędzić. Z drugiej strony kompania wydobywcza, raz na dwa lata, płaci im rachunki za podróże, mogą się żywić w pracowniczej kantynie, mieszkać w tak zwanych hotelach pracowniczych za darmo. Aleksander jednak biadoli, że jeździ starą Toyotą, znaczy dla nas prawie nową. Nie sprzedał jej, tylko objuczył dobytkiem i jedzie przez całą Rosję, osiem tysięcy kilometrów do Petersburga. Płynie barką tak jak my, pierwszy raz w życiu. Kupił sobie kuchenkę gazową i materac, będzie koczował w swojej Corolli. Tam na północy siedział jak w więzieniu. Kompania przez sześćdziesiąt lat nie zbudowała drogi, nie postawili masztów z antenami sieci komórkowej, nie ma internetu, dokładnie sprawdzają czy nie wymieniasz się ze światem zewnętrznym plikami video albo audio. Krótko mówiąc panują tu ciągle zasady jak z bazy wojskowej, nic nie zmieniono od czasów sowieckich, kiedy wszystkie te tereny były obstawione wojskiem i tylko tubylcy, Jakuci, oraz pracownicy kompani wydobywczych mogli tu przyjeżdżać. Turystę by zastrzelili za próbę szpiegostwa. Jednocześnie Alrosa, firma wydobywająca diamenty w Rosji, ma swoje kopalnie także w Angoli i Kanadzie. Ale dostać się tam na kontrakt, to jak dostać w Polsce leśnictwo, nie mając ojca, albo chociaż wujka pracującego w Lasach Państwowych. Aleksander biadoli, że mało zarabiał, że nie można awansować, że żona ma dość tundry, ale sam nie wie czy da radę pracować w mieście na osiem godzin dziennie, jak robot. Nauczył się być sobie panem w lesie, rozliczali go z efektów pracy, a nie z godzin. Iwona poddała mu myśl o emigracji do Kanady albo Australii, ma doskonały zawód, ledwie trzydzieści lat, nie ma dzieci... Widać pomysł mu się spodobał, bo potem przez cztery dni przychodził do nas i pytał o szczegóły. Oby żona nie zgasiła jego zapału.
       Kiedy w końcu upchnęli wszystkie ciężarówki na dwie barki, wjechaliśmy i my. Tak się nam udało, że mieliśmy całkiem sporo miejsca wokół samochodu. Mogliśmy postawić krzesełka i stolik. A co najważniejsze byliśmy na przeciwległym końcu zestawu barek w stosunku do huczącego silnika. W ogóle go nie słyszeliśmy. Za to my zrobiliśmy wieczorem sporo hałasu. Zaprosili nas do biesiady szoferskiej kierowcy ciężarówek. W jednej z nich, na pace zaimprowizowali stół i ławy. Wszystkie ciężarówki wracają puste. Jeden przyniósł kawał mięcha i wziął się do niego z nożem godnym Krokodyla Dandee. Drugi przyniósł dwudziestolitrowy kanister samogonu i przelał trochę do metalowego czajniczka na herbatę. Na statku nie wolno oficjalnie pić, ale polewać sobie herbatę z czajniczka do literatek, nikt nie wzbrania. Trzeci przyniósł warzywa, w tym marchewkę i pyta czy mamy tarkę do warzyw, bo danie będzie lepiej smakować jak marchewka puści sok. Zaraz się znalazła się kuchenka gazowa i wielki gar. Gdyby ich żony widziały, jakie to złote chłopy w kuchni! Tylko ciemniejszej karnacji Kaukazi z Dagestanu, Uzbecy, co worzą warzywa starymi Kamazami, siedzą po swoich szoferkach - oni nie nasi - reszta braci ciężarówkowej pospołu przy jednym stole, na pace otwartego TIRa. Tutaj izolować się znaczy budować wrogi obóz, znaczy jesteś obcy, albo szpieg, w każdym razie nie nasz, wódki nie pije, nie socjalizuje się jak wszyscy, na pewno to zły człowiek.
       Siedzieliśmy długo w noc, a wysłannicy kapitana co chwilę nas uciszali. Podobno aż na wysokim na trzy piętra mostku było nas słychać. No jak się bawić to się bawić. - Szef transportu rzecznego kazał nam się wami, znaczy inostrańcami, godnie zająć i pokazać naszą kulturę - tak odpowiadali nam szoferzy.
       Oczywiście najwięcej było gadania o polityce. Ciężko było przetłumaczyć do kwadratowych, proletariackich głów, że w Europie ludzie też patrzą w telewizor jak w święty obrazek i też wierzą we wszystko co im tam pokazują, tak samo jak w Rosji. Jedynie propaganda się różni. Niby rozumieli, niby mówili o tym, że należy się przyjaźnić ponad barierami granic, że wielka polityka, a zwykli ludzie chcą żyć i nie kłócić się, niby nawoływali aby się zebrać i pójść na Moskwę i wytłuc wszystkich władców Rosji, ale propaganda siedziała w nich głęboko. Można im tłumaczyć, że "jeszcze Popiel w kiszkach myszy, jeszcze Wanda w Wiśle dyszy" a już Słowianie zaczęli się różnić słowem od siebie i nawzajem nękać za pomocą miecza. Więc nie można rozpamiętywać każdego sińca z historii i brać go za powód do nienawiści. Już chwytają sens, a za chwilę jednak hasło 'Niemiec' powodowało powrót do czasów, kiedy Rosja wyzwalała Europę od hitleryzmu i niejednemu dziad, czy ojciec wtedy poległ z rąk Niemca. Hasło 'pieriestrojka' powodowało lawinę wyzwisk na Gorbaczowa i rzewne wspomnienia z czasów komuny, jak to wtedy łatwo było żyć. Hasło 'Ameryka' wyciągało żale za kryzys gospodarczy w Rosji, spowodowany sankcjami Unii. Wreszcie hasło 'Unia Europejska' powodowało pytania - czemu wy tam w tej Europie pomniki naszych wojaków co wam wolność nieśli, teraz rozbijacie? I za każdym razem trzeba było odkręcać co w jszciku, znaczy w telewizorze nagadali. Niby wiedzą co znaczy dla Polaków Katyń i że Rosja radziecka miała swoje wojska w Polsce przez kilkadziesiąt lat, ale zaraz pytają - czemu Polacy nie lubią Rosjan? Co tam brać szoferska, przecież nawet dyrektory wielkich firm państwowych, po studiach, spędzający każde wakacje w zachodniej cywilizacji, nadal żyją w sowieckiej mentalności. Nie wydają pozwolenia na przejazd dla turystów zachodnich, bo droga ma znaczenie strategiczne, bo zagraniczny turysta to szpieg, zrobi zdjęcia przepompowni gazu i doniesie imperialistom z Ameryki jak zlikwidować najważniejszą arterię transportującą życiodajny gaz z Syberii do chińskiego odbiorcy. Jest coś takiego w kazaniach księdza, czy innego kapłana wiodącej ideologii, coś w telewizyjnym jazgocie, coś takiego co kreuje obraz rzeczywistości w wyobraźni prostych ludzi. Coś co niweluje potrzebę poszukiwania, sprawdzenia, potwierdzenia na własną rękę, czy to na pewno prawda. Władcy tych prostych umysłów wkładają łopatą do głów pierwszą informację o otaczającym ich świecie. Na jej podstawie ludzie budują sobie obraz wszystkiego co na zewnątrz, czego sami ręką nie mogą dotknąć. Potem ciężko nadrukować to co wcześniej się w tych głowach zagnieździło. Rozumem tego zrobić nie można, logiczne argumenty docierają, ale tylko na chwilę. Minie godzina i znowu wraca się do punktu wyjścia. Chyba tylko doświadczenie, powtarzane ciągle bez końca, jak wyjazd do pracy na Zachód, albo zmiana mitu społecznego, mogą przeobrazić poglądy jakie telewizyjna propaganda zabetonowała w głowach ludzi. Jeden z kierowców był w Europie zachodniej, ma tam kolegę co pracuje w Niemczech. Na tle pozostałych, naszych biesiadników, od razu rzuca się w oczy jego szerszy światopogląd. Ubiera się inaczej, inaczej myśli o robieniu biznesu, patrzy bardziej perspektywicznie, rozumie że w Polsce są ludzie tak samo zmanipulowani przez media jak w Rosji.
       Pomiędzy tematami politycznymi przeplatały się oczywiście tematy różnic narodowych, obyczajowych. Jak zwykle pytano nas o dzieci, intrygowało ich czy u nas, w Europie, ludzie są tak samo programowani na społeczne funkcje jak na Sybirze. No ale wyrażali swą ciekawość innymi słowy. Ale tu na Wschodzie, poszerzenie świadomości indywidualnej kosztem społecznej, nie zmieniło się tak jak w zachodniej Europie. Nadal ludzie w większości jadą na programie automatycznym, najważniejsze jest niewychylanie się poza ustalone reguły gry. Program szkoła - ślub - dzieci - praca - opieka nad rodzicami - śmierć jest wciąż najmodniejszy. Czyli jak to fachowcy nazywają "tradycyjne wymiany rytualne", albo "programowanie społeczne". Ciekawe w takich spotkaniach z gminem, oprócz zderzeń opinii politycznych, czy światopoglądów, jest także próba dopasowania programowania społecznego jednej strony dyskusji z drugą. Krótko mówiąc nie trzeba jechać do kraju gdzie mieszka inna rasa ludzka, wystarczy odległość od Europy, a programy społeczne zaczynają się znacznie różnić. Wynikają z tego zabawne sytuacje, ale także zupełne niezrozumienie. Jednakże okazuje się, że każda społeczność musi zaspokajać podstawowe potrzeby swoich członków, ale robi to na całkiem odmienne sposoby. Na przykład, coś ze standardów. Jeśli Niemiec gościowi poda krakersy i herbatę, a Sybirak zastawi stół w stylu 'czym chata bogata', to od razu widać różnice. Niewprawnemu poszukiwaczowi prawdy może wydać się, że chodzi tu tylko o różnice mentalności międzynarodowej, Niemcy to naród niegościnny, wyrachowany, suchy emocjonalnie, a Sybiracy to rany przyłóż, złote serca z fantazją. Ale obie, odległe od siebie społeczności, zaspokajają potrzebę bliskości swoich członków, tyle że na inne sposoby. Sybiracy różnią się znacznie od Polaków zwłaszcza, że ci ostatni nabierają coraz większego rozpędu w globalizacji obyczajów, zbliżania się konsumpcją do Zachodu.
       Dowiedzieliśmy się także co nieco o pracy w zimie. Barki pływają tylko do początków września, potem w Lenie jest za mało wody aby mogły pracować i do grudnia transport ustaje. Ceny nieco podskakują, bo ciężarówki muszą jeździć dookoła, przez Ulan-Ude, Tyndę, Jakuck, Wiljujsk, czyli ponad pięć tysięcy kilometrów, zamiast cztery dni barką. Nie wszyscy szoferzy wtedy pracują. Większość robi sobie wakacje, albo zajmuje się remontem swojej ciężarówki. Potem, przed świętami, zaczynają znowu jeździć po zimnikach. Zakładają łańcuchy na koła i po śniegu. Drogą TransNeftu nie jeżdżą bo nie mają napędu na wszystkie koła, poza tym, tam też trzeba płacić, a opony, skrzynie biegów się niszczą na bardzo stromych podjazdach po kamieniach. Ta droga mogłaby być bardzo ciekawa dla nas. Podobno jest górzysta.
       Trochę z tego widzimy z barki. Krajobraz się nam nie nudzi. Lena przecina skaliste wzniesienia porośnięte lasami iglastymi. Spłynięcie tędy tratwą wydaje się być ciekawym pomysłem. Na brzegach leży sporo drewna na cowieczorne ognisko. Nasza barka płynie pod prąd 10km/h, z prądem o wiele szybciej, bo Lena należy, na tym odcinku, do szybkich rzek.
       Rankiem docieramy pod granicę Jakucji i województwa irkutckiego. Na wysokich skałach postawiono pomnik kobiety do pasa. Nazywa się Matka Jakucji. Kawałek dalej krajobraz na chwilę się wypłaszcza. Zbudowano tu dwa miasteczka, nawet dość spore, Pielieduj i Witim u ujścia rzeki Witim do Leny. To porty przeładunkowe i zaplecze socjalne dla kopalń i wiertni gazu. Od teraz będziemy mijali więcej miejscowości. Można powiedzieć, że wracamy do cywilizacji, chociaż drogi tu nadal nie ma. Pamiętam rzekę Witim sprzed dwunastu lat. To na niej zawróciliśmy nasz pochód na Wschód.
       Jakuci wierzyli, że niedźwiedź jest bratem człowieka. Do dziś powtarzają, że zabijanie niedźwiedzi przez myśliwych nie może być sportem, a zabieranie małych niedźwiedzi z lasu, aby je trzymać w domu to grzech najwyższy. Jednak myślistwo w Rosji to sport narodowy. Jak w każdej dziedzinie, także i w tej dochodzi w Rosji do wielu nadużyć. Niby prawa jakieś są, ale jak je egzekwować na tak wielkich terenach leśnych, w kraju gdzie ludzie widzą w łamaniu prawa, działanie przeciw znienawidzonej państwowości, a nie przeciw porządkowi społecznemu. Zwierzęta więc są w defensywie, trzymają się jak najdalej od ludzkich osad i dróg. W naszych podróżach po Rosji nie widujemy prawie w ogóle zwierząt, nawet ze złowionymi rybami jest problem. Nie przeszkadza to jednak Rosjanom opowiadać o wielkiej liczebności fauny. W 2005 pytaliśmy w Taksimo, na drodze biegnącej wzdłuż Bajkalsko Amurskiej drogi żelaznej, czy widują tu turystów. Odpowiedziano nam, że i owszem, całkiem sporo. Kiedy jednak dociekaliśmy aby nam powiedzieli dokładnie, ile ich widzieli. Okazało się, że było ich dwóch przez ostatnie kilka lat. No ale dwóch to więcej niż żaden, więc jednak sporo ich było. Właśnie tak jest ze zwierzyną w Rosji. Parę lat temu w Usogorsku łowiliśmy ryby z lokalnym przewodnikiem. Złowił cztery rybki mające może kilkanaście centymetrów. Mówił, że to było wyjątkowo udane wędkowanie. No ale ile może być ryb w płytkiej rzece, która przemarza w zimie do samego dna. Na konferencji leśników z udziałem reprezentacji ze wszystkich krajów północnej Europy, w tym Rosji, okazało się, że pogłowie łosi w lasach europejskiej Rosji jest aż o 50 razy mniejsze niż w Szwecji. Nam jednak w tej podróży udało się zobaczyć trzeciego niedźwiedzia. Leżał na wodzie jak człowiek, twarzą w dół, z rozpostartymi ramionami. Płynął do morza Łaptiewów. Ilekroć na kajakach zobaczę martwe zwierze w wodzie, jest to dla mnie przygnębiający widok. Może dlatego, że leśni mieszkańcy nie należą do świata wodnego, bo martwe ryby nie robią na mnie wrażenia.
       Za miasteczkiem Witim, Lena ożyła ludźmi. Dziś niedziela, piękna pogoda, brzegi przy wioskach obsiedli plażowicze, po rzece pływały motorówki, prace w portach ustały, a krajobraz znowu się wypłaszczył. Nadal otaczały nas pagórki, ale raczej już nie skaliste. Piękne lasy świerkowe zaczęły rzednąć, a na pierwszy plan wychodziła liściasta, krzaczasta tajga. Wzdłuż rzeki, lokalni wyjeździli drogi po żwirze. To naturalna trasa w tych stronach. Jeździ się do następnego pasiołka, na ryby, na myślistwo. Taką drogę może przeciąć jedynie dopływ jakiejś szerokiej rzeki, albo stroma skała następująca nogami na wodę. Kiedy w grudniu przyjdzie zima, Lena zamieni się w autostradę i połączy te wszystkie mieściny.
       Czy to wczorajsza libacja, czy spokój powolnego rejsu, ale dzisiejszy dzień był dla nas nieco senny. Nasi szoferzy jednak nie dawali za wygraną. Opróżniali kolejne butelki już od rana. Pozostał im jeszcze tylko jeden dzień picia. Potem będą trzeźwieć, aby pewnie uchwycić kierownice, mające przecież luz na pół obrotu, a od Ust-Kut już nowy asfalt i duże prędkości. Zapomniałem jak wygląda nowy asfalt, trzeba będzie zapiąć pasy, a tak było bez nich miło. Kierowcy mówią, że płynąc w dół Leny tak nie piją. Większy stres, ładunek na pace, niepokój o drogę przez tajgę, o to czy ładunek uda im się zdać w całości. Na powrocie, kiedy płyną w górę rzeki, jest większy luz, także o jeden dzień więcej czasu na libacje. Przychodzą co chwilę i ponawiają zaprosiny na kolację i wódkę. Nam jednak jeden wieczór zabawy wystarczy. Ta szoferska liturgia bratania się, jest potrzebna jak niedzielna msza, sportowe igrzyska, festiwale na cześć..., komunistyczne wiece. Bez niej trudno utrzymać więzi społecznych, mających zapewnić spokój i poczucie bezpieczeństwa na szlaku przez syberyjskie bezdroża. Łatwiej liczyć na brata szofera, z którym się wódkę piło, niżeli na tego, którego widzi się pierwszy raz. Na Zachodzie mamy różnorakie firmy mające zadbać o to by zepsuta ciężarówka pojechała dalej. Różne służby komunalne mające zapewnić dobry stan drogi przy złej pogodzie. GPSy aby znaleźć drogę bez pytania o nią innych. Budowlańców dbających o należyte wykonanie drogi, aby parkingi miały odpowiednią ilość miejsca, kibel i kosz na śmieci. Wreszcie gąszcz przepisów dających pewność, że jeśli się ich przestrzega, to nic złego stać się nie może. Zanika więc potrzeba bratania się z innymi szoferami. Społeczna więź nie jest już nikomu potrzebna, a nawet wadzi i ciąży. Tutaj na dalekiej Syberii nadal jest w tej kwestii jak za czasów Popiela.
       Następne dni na barce mijały z wolna w deszczu i mgle, jakbyśmy spacerowali po parku zdrojowym w Krynicy, nigdzie się nie spiesząc, a raczej chcąc powstrzymać upływający czas, bo już go niewiele zostało. Nasza podróż też powoli zbliża się do końca. Statek unosi nas dzień i noc z przepastnego bezkresu, bezludnych lasów i gór wschodniej Syberii. Niby liczymy dni do końca tej rzecznej podróży, ale to z naturalnej przyczyny wyprzedzania umysłem zdarzeń. Iwona nawet zakreśla kolejne dni w kieszonkowym kalendarzu, jakby podróż była odsiadką w więzieniu. Mówi, że mylą się jej dni tygodnia. No tak zupełnie jak w więzieniu bez okien, można zapomnieć ile lat się siedzi i ile jeszcze zostało, lepiej robić kreski łyżką na ścianie. Przecież do cywilizacji nam nie spieszno, ale zostać w teraźniejszości i ją smakować też nie potrafimy. Z nudów niby, przeglądamy mapy, obliczamy kilometry i szukamy lepszej, w naszym przypadku znaczy, bardziej skomplikowanej drogi ku Europie.
       Zamknęliśmy się w Toyocie bo przez cały dzień pada deszcz i wieje zimny wiatr. Czytamy książki, patrzymy w sufit, a na nim naklejone mapy innych kontynentów, oglądamy filmy, dokształcamy się z wysokiej kultury, a wszystko to po to aby nie być tu gdzie jesteśmy. Tylko czasami udaje się usiąść i po prostu patrzeć przed siebie na przesuwający się brzeg rzeki. Nogi mrowią, chciało by się dokądś biec, chociażby gonić barkę biegnąc po tym brzegu, wspiąć na ten... o ten właśnie, piękny szczyt, pójść popatrzeć na pracujący, rozedrgany silnik barki, pogadać o byle czym, z byle kim. Rzadko mam sposobność uczyć się siedzieć w bezruchu, bezmyślności, a jednak otwartej percepcji. Nawet kiedy próbuję pranayamy, czy medytacji, to przecież próbuję, robię, staram się wykonać zadane ćwiczenie o określonej porze dnia i miejscu. Zawsze jestem w przodzie, mam już gotowy plan na następną podróż, byle w przód, a w tyle mnie brak.
       Tymczasem na brzegach Leny pojawiają się co chwila kolejne wioski. Minęliśmy potężny tartak zaopatrujący całą Jakucję w deski na budowę domów. Potem był jakiś zapomniany, mały port w ruinie, wioska w której remontuje się stare barki, a potem korytarz w jakim płynie Lena, obstawiony wysokimi brzegami skalistych ścian, zaczął się obniżać. Gdzieś po drodze wpłynęliśmy w dym niesiony wiatrem z lasu. Gdzieś pali się tajga. Nikt jej nie gasi, bo nikt jej nie sadzi. Przyroda ma tu służyć pełną piersią człowiekowi, a on, jak przystało na kolonizatora, tylko grabi zakrzywionymi z pazerności pazurami. Jakie to szczęście, że mamy takich grabieżców. Nasza, europejska cywilizacja bez nich stanęła by w miejscu.
       Gdzieś po drodze zobaczyliśmy potężne góry ściętych drzew. Tak na oko trzypiętrowe bloki byłyby niższe. Ładowali drewno pływającym dźwigiem na barki. Nie topili go w wodzie. Już jesień idzie, za dwa tygodnie Lena zamknie się na barki płyciznami. Podobno drewno topione w rzece używa się na budowę domów od gruntu do okien parteru. Woda jakoś zabezpiecza je przeciw wilgoci i kornikom. U nas drewno się gazuje w komorach chemikaliami, a tu ciągle tradycyjnie. Na górne partie domów używają gorszego drewna, jak świerki i brzozy. Jest miękkie, ale lepiej izoluje termicznie. Biadolą, że po powodzi w 2001, wiele nadleńskich domów drewnianych poszło z nurtem do morza Łaptiewów. Betonowe bloki się ostały, ale to nie to samo co drewniany dom. Pamiętam takie opowieści z lat swojej młodości. Drewniane domy fińskie były lepsze od wielkiej płyty, taki luksus. Ale potem, w nowej epoce, nowych rozwiązań budowlanych, te komunistyczne opinie przestały mieć rację bytu. Długo później wróciły w innej wersji, poszukiwań ekologicznego stylu życia, zdrowia wokół siebie, unikanie plastyku, nawet kosztem wydatków na stare rozwiązania budowlane. Tu, na Syberii, taka moda dopiero przyjdzie, ale ja pewnie tego już nie dożyję.
       Trzeciego dnia po południu dopłynęliśmy do Kireńska. To spore miasteczko już za czasów carskich było ważnym węzłem komunikacyjnym. Teraz wydaje się leżeć na uboczu, połączone lichą drogą z mniej ważną główną drogą nad północny Bajkał. Nawet po latach podróży po Rosji, ciągle nie mogę przyzwyczaić się do rosyjskiego sposobu myślenia o komunikacji międzymiastowej. Ludziom na Syberii wystarcza czasami tylko kolej żelazna, albo jedynie płytka rzeka, nie potrzebują drogi, nawet jeśli wystarczyłoby przejechać spychaczem przez tajgę kilkadziesiąt kilometrów do większego miasta. Biadolą, że ONI drogi im nie zrobią, że ONI o nas zapomnieli, a przecież to my im tu ropę wyciągamy z ziemi, albo diamenty, bez nich ONI by tam w tej Moskwie zdechli... - a niech by tam zdechli, za to że o nas zapomnieli. Ciągle myślą po komunistycznemu, ciągle czekają na plan z Moskwy, na działania odgórne, sami ledwie troszeczkę dbają o swój biznes. Chociaż jak to mówi Aleksander geolog - oni tu nie pracują, oni się trudzą, oni pracować nie potrafią. Nawet Jakuci na Moskwę biadolą, a przecież od wszystkich kopalń dostają niezłe pieniądze z podatków lokalnych i co z nimi robią? Moskwa ma im zbudować most przez Lenę do Jakucka? Moskwie most niepotrzebny, Moskwa myśli o diamentach w Jakucji, a nie o Jakutach w Jakucku.
       Kireńsk zamieszkuje dziś ponad 13 tysięcy ludzi. Pracują głównie w przemyśle drzewnym, transportowym, w stoczniach remontujących barki rzeczne. Wioskę założono w 1630 roku. Od zawsze było miejscem zsyłek i przymusowych przesiedleń ludzi z Europy. Pod koniec XIX wieku, przez trzy lata, mieszkał tu przymusowo Józef Piłsudski. Jednak w odróżnieniu od swego brata Bronisława, nie zakochał się ani w Syberii, ani w Rosji.
       Powoli, z niskiej mgły jaka nam dziś towarzyszy od rana, wyłaniały się żurawie portowe w Kireńsku. Miasteczko leży na lewobrzeżu Leny, ale spora jego część także na długim półwyspie pomiędzy ujściem Kiriengi i Leną. Nasza rzeka wije się wąskimi zakrętami pomiędzy stojącymi na kotwicach barkami. Tutaj wiele z nich zimuje. To czas na naprawy, chociaż trzeba się spieszyć. W środku zimy jest za duży mróz aby cokolwiek ze stalowego poszycia spawać, metal jest jak szkło. Wilgoć mgły miesza się z dymem z palonych śmieci na pobliskim śmietnisku, powietrze przenika wieczorny chłód i zapach zgnilizny z szuwarów za miasteczkiem. Przenosi mnie to do zimowego New Delhi, do wąskich, brudnych uliczek Paharganju, kiedy szarym rankiem jeszcze jest cicho i pusto, ale mieszkańcy ulicy rozpalają kupy plastykowych śmieci aby ogrzać zziębnięte dłonie. W ten czas moich wspomnień, w Kireńsku, po środku pustki południowej Syberii, powszedni dzień powoli zamiera w ruchu. Małe barki, promy przewożą kilka samochodów i ludzi z jednej części miasteczka do drugiej. Port, obłożony pękami długich desek z tartaku, już nie pracuje. Zmieściliśmy się w okienko czasowe na przepłynięcie przez wąską tutaj Lenę. Ruch odbywa się wahadłowo, w określonych godzinach. Za nami, płyną blisko jeszcze dwie wielkie barki, przed nami kolejna. Dziś kilka razy przepływaliśmy takie wąskie odcinki i musieliśmy czekać na okienko czasowe.
       Z wolna, na barce wszystko odbywa się wolno, wypływamy z Kireńska w pustą przestrzeń. Na lewobrzeżu niewielkie rozlewiska, a na nich kilka pontonów z wędkarzami. Dalej baza ze zbiornikami na paliwo dla kopalń i znowu zaczynają się pagórki, dalej żółto-białe skały, jak piasek na żwirowni. Jeszcze długo stoimy w zachodzącym słońcu na dziobie barki. Ja łapię ostatnie promienie słońca w mojej praktyce sungazing, a Aleksander opowiada o pracy w tundrze, o niedźwiedziach, suchym mrozie, tłustej diecie na jesień by przetrwać zimę, o bieganiu pomiędzy niebiesko-białymi kontenerami mieszkalnymi, o pustce przestrzeni zaśnieżonej tundry. Ulica w mieście zmienia się bezustannie, nieustający strumień wrażeń bombarduje świadomość przechodnia. W tundrze widać jedynie potężne założenia planu Ziemi, geologię która powstawała miliony lat i przekształca się z tysiąclecia na tysiąclecie. Serce pustki bije w innym rytmie niż serce człowieka z cywilizacji. Tundra do nikąd się nie spieszy. Kiedy wypełnia całe pole widzenia z początku powoduje zniecierpliwienie, potem przygnębia, ale na koniec przynosi spokój, ukojenie w harmonii z Kosmosem.
       Ranek przyniósł pewne ożywienie na barce. Kierowcy szurając klapkami, jeden po drugim, dreptali w kierunku prysznica. Potem długo stali w kolejce przed blaszanymi drzwiami, a silniki statku dudniły jakby sam diabeł grzmocił rufę barki pięścią z dołu. Ściągali czarne skarpetki z białych jak dłoń polskiej szlachcianki łydek. Biadolili ćmiąc pety - w wojsku na prysznic było siedem minut dla każdego, a tu jak taki wejdzie to siedzi tam pół godziny, pindży się jakby jechał do kochanki, a nie do żony. Zostało nam w linii prostej jeszcze 24 kilometry, ale Lena nadal kręci w lesistych pagórach hołubce, więc będzie ponad 30 kilometrów dla barki, czyli jakieś trzy godziny i koniec rejsu.
       Jeszcze przed Wierchniemarkowo kapitan zarządził rozłączenie barek. Do tej pory barka z silnikiem i wysokim na trzy piętra, białym mostkiem kapitańskim pchała pordzewiałą drugą barkę. Teraz połączono je burtami i ustawiono wzdłuż żwirowego brzegu. Zaczęły wyjeżdżać samochody. Zaczęli zbierać należność za fracht. Nam wyliczono długość samochodu na 5.2m, może nie liczono tylnego skosu nadbudówki. W każdym razie należność wylicza się co do centymetra pojazdu, a nie za każdy rozpoczęty metr. Wyszło więc 37550RUB (2234zł). Przepłynęliśmy ponad 800 kilometrów w 94 godziny, z czego ponad 2 godziny staliśmy na kotwicy.
       Przejechaliśmy przez przedmieścia wioski Wierchniemarkowo, drewniane, schludne, zatopione w kurzu i słońcu, jesiennej wilgoci i szumie liści drzew na wietrze. Czekało nas 150 kilometrów drogi do Ust-Kut. Nawierzchnia okazała się bardzo nędzna, podziurawiony, twardy szuter nie pozwalał na dużą szybkość. Trasa zajęła nam cztery i pół godziny. Kiedyś promy dopływały do Ust-Kut, ale poprawiono i udostępniono do ruchu w lecie zimnik biegnący przez Wierchniemarkowo do Mirnego. Przynajmniej jego początek jest przejezdny latem. Ale już teraz pędzi tędy wiele ciężarówek z rurami na rurociągi, konstrukcjami stalowymi i betonowymi do budowy wiertni i linii wysokiego napięcia. Można odnieść wrażenie, że tajga tętni życiem budowlańców i górników. W końcu z kurzu drogi zaczęły wyłaniać się pierwsze zabudowania Ust-Kut. To nowe fabryki jakie postawiono wzdłuż Leny, na północ od miasta. Przecięcie linii kolejowej BAM i tak wielkiej rzeki transportowej jak Lena, skutkuje rozwojem przemysłu. Barki zabierają produkty cywilizacji z wagonów kolejowych i unoszą do kopalń na północ, a wracając przywożą drewno i inne ciekawostki jakie można wydrzeć dzikiej naturze. Na miejscu zbudowano więc fabryki do wstępnego przerobu, przeładunku i magazynowania towarów. Miasto ożyło. Pamiętamy je sprzed dwunastu lat jako zapyziałe, postkomunistyczne, spokojne, nurzające się w marazmie i stagnacji. Teraz jest prężnym ośrodkiem cywilizacji, ulice są zakorkowane powszednimi wieczorami przez luksusowe samochody zdążające do domów. Zbudowano wiele nowych sklepów jarzących się neonami, już nie mamy problemu z ich znalezieniem, to nie Jakucja, to miasto białych, cywilizowanych ludzi z Zachodu. Pewnie i nasz śmietnik, na którym nocowaliśmy 28-go sierpnia 2005, opatulając się trzema polarami aby nie zmarznąć, grzejąc sobie wodę na prysznic przy ognisku, już nie istnieje. Pewnie śmietnisko się rozrosło. No ale droga dojazdowa do Ust-Kut niewiele się zmieniła. Kiedyś to był połamany, komunistyczny asfalt, denerwujący wielkimi jak leje po hitlerowskich bombach dziurami co pół kilometra. Teraz jest to w miarę równy, ale już połamany, nowy asfalt pokomunistyczny, znaczy był nowy parę lat temu, ale już się zużył. Ciąg nowoczesnych, wielkich ciężarówek dowożących bezustannie dobra do tego ważnego węzła komunikacyjnego Syberii, szybko wciska w miękką tajgę sowieckie standardy budowania dróg. Niewiele jednak dziś ujechaliśmy. Dzień nam się skrócił po przeniesieniu z dalekiej północy na południe. Wyjeżdżaliśmy z miasta żegnani deszczem i odbijającymi się w mokrym asfalcie kolorowymi neonami i światłami latarni. Chwilę potem zatrzymaliśmy się za ostatnimi domami, nad rzeką Kuta. W nocy nie dawał wytchnienia hałas ciężarówek i pociągów tuż obok nas. Takie miejsca jak Ust-Kut pokazują naocznie jak wygląda zaplecze cywilizacji w jakiej żyjemy tam w Europie. Rosyjskie kopalnie, wiertnie gazu, pustkowia po wycięciu lasu, śmietniska po przeniesieniu bazy budowlańców, przeorane góry rurociągami, czarne, wielkie połacie po pożarach, to są tyły restauracji w jakiej my, ludzie z Europy konsumujemy. Właśnie w dzikiej przyrodzie najlepiej widać ekspansję gatunku ludzkiego. Ekspansję... ciągle to powtarzam... liczebnościową. Jest nas coraz więcej bo rozwija się przemysł, a przemysł się rozwija bo jest nas coraz więcej. Taka jest natura rzeczy ludzkiej cywilizacji, a jej walec powoli sunie dalej i dalej, miażdżąc pod swym cielskiem kolejne, nietknięte piękno. Trzeba korzystać póki można, po nas choćby potop.
       Następnego dnia dość szybko dojechaliśmy do nowego asfaltu. Droga wspinała się stromymi serpentynami na przełęcz ponad 600m n.p.m. Sporo tu się kręciło chińskich wywrotek, budują nowy asfalt, więc niedługo dojechaliśmy do jego końca. Potem był dziurawy szuter i stary, połamany asfalt. Na którymś wirażu, przed mostkiem, przy strumieniu, jedna z wywrotek wylądowała trzy metry niżej, niszcząc bariery. Pewnie spalił hamulce na zjeździe. Ot taki rosyjski kierowca z fantazją.
       Dziś dzień resentymentów. Czytaliśmy moje stare notatki z podróży i odwiedzaliśmy miejsca, które w 2005 były dla nas ważne. Na pierwszy rzut poszedł bar Traktoria, jakieś 130 kilometrów za Ust-Kut. Nocowaliśmy tutaj na małej, skoszonej łące za barem. Schowaliśmy się za stóg siana. Pamiętam jak brałem prysznic wypinając goły tyłek, kiedy nadjechał samochód i zwolnił na mostku ponad rzeczką. Teraz staliśmy tu może kilka minut, a samochodów, które przejechały obok, było ponad dziesięć. Po Traktori został tylko śmierdzący starym olejem, zaśmiecony do granic możliwości placyk gdzie odpoczywają TIRy. Tam gdzie stały drewniane zabudowania, były tylko hałdy żwiru. Pewnie domek był nielegalny, kiedy budowali nowy asfalt, ten który dziś jest połamany i już stary, zlikwidowali bar. Dwanaście lat temu siedzieliśmy w nim, w chłodny, mokry od deszczu wieczór i słuchaliśmy radia Rassija z małego, barowego radyjka. Nadawali muzykę poważną, między innymi Chopina. Na szczęście nie dało się na radiu złapać innej fali, dlatego byliśmy skazani na programy z wyższej półki kultury. Jedliśmy parujące od gorąca blińczyki z guścionką i nie chciało nam się wychodzić na zewnątrz aby rozbić namiot na mokrej łące. Świat za zaparowanymi, małymi, podwójnymi oknami nie wyglądał ciekawie. Dziś zostały z tego jedynie wspomnienia. Ciekawe gdzie podziali się ludzie. To byli Ukraińcy. Pani opowiadała, że kiedy była pionierką, to spędzała miły czas w obozie dla harcerzy Artek, na Krymie. Mieszkali na zapleczu baru, nie stać ich było nawet na zakup większej ilości żywności dla klientów. Poranną jajecznicę zrobili z naszych jajek.
       Kilkanaście kilometrów dalej wjechaliśmy na długi i wysoki most na rzece Ilim. Rzeka rozlewa się tutaj szeroko pomiędzy górami. Właśnie go remontują, ustawili ruch wahadłowy. Iwona wtedy robiła tu pranie. Zeszliśmy na plażę, ale jakoś wspomnienia nie wróciły. W zasadzie niewiele się tu zmieniło. Może postawili więcej daczy na przeciwległym brzegu, na stoku, w lesie.
       Mieliśmy jeszcze jedno 'nasze' miejsce przed Bratskiem. Ale zaanektowali je drogowcy na swoją bazę. Nawet tam nie próbowaliśmy wjeżdżać. W Bratsku odnaleźliśmy piękną mozaikę w betonie zabudowań tamy na Angarze. Jakim cudem uchroniła się przed naszymi obiektywami w 2005-tym? Przejeżdżaliśmy wtedy przez tamę dwa razy. W centrum, za pomocą dochodzenia iście holmsowskiego, odnaleźliśmy budynek, w którym jedliśmy kiedyś bardzo dobrą pizzę z łososiem. Cały dzień o niej rozmawialiśmy, już zamawiałem sobie podwójną, a co... jak się truć mąką to z rozpędem. Ale zamiast pizzeri znaleźliśmy restaurację, a przed nią zaparkowane nowe Lexusy. Weszliśmy do środka, ale nie wyglądaliśmy odpowiednio dobrze na tle pozostałych klientów. Pani kelnerka, z poczuciem wyższości, odpowiedziała Iwonie, że żadnej pizzy tu nie serwują tylko bussines lunch. Poszliśmy dalej w Bratsk. Główna ulica targowa przypominała tą z Mirnego. Znowu brzozy, bloki z wielkiej płyty, a ich partery zawłaszczone przez handel i usługi. Sowieccy planiści nie przewidzieli budynków użyteczności publicznej kiedy projektowali Bratsk nad nowo powstałą wielką zaporą na Angarze. Wtedy największą na świecie. Bratsk to dziś trójmiasto. Dzieli się na trzy miasteczka, oddalone od siebie dość znacznie. Na lewobrzeżu Angary odnowiono asfalt na dwupasmówce. Kończy się za trzecim Bratskiem. Dalej są sosnowe lasy i wielka łąka, na której nocowaliśmy pomiędzy małymi poletkami kartofli. Teraz jest zaorana w całości, nawet nie ma możliwości wjechania na nią.
       Dalej skręciliśmy z nowego asfaltu biegnącego do Tułunu, na drogę na Tajszet. W 2005 dopiero ją budowano, nie udało się nam nią przejechać, a próba objechania frontu robót po zimniku skończyła się utopieniem Toyoty w błocie. Długo się wykopywaliśmy, a potem szybko wróciliśmy na główną drogę. Tamta, nowa szutrówka zrobiła się już stara i znowu jechaliśmy na dwójce. Za Bratskiem zaczęło padać i nie chciało przestać. Mieliśmy znaleźć nocleg przed siódmą, ale dopiero przed dziewiątą się udało. Ten dziurawy szuter przecina zabagnioną tajgę. Bocznych dróg jest tutaj niewiele. Służą głównie za dojazd do rurociągów, słupów wysokiego napięcia, lub po prostu w las, dla drwali. Każda jest rynną pełną pomarańczowego błota. Podłoże jest gliniaste, woda nie przesiąka, tylko stoi w potężnych kałużach. Podczas jednej z prób utknęliśmy w jednej z nich. Nie chciało mi się wcześniej, w deszczu włączać przedniej osi do napędu i teraz trzeba było w błocie wyjść z Toyoty i przekręcić sprzęgiełka na piastach kół. Nigdzie nie mogliśmy znaleźć suchego miejsca. Kiedy trafialiśmy na jakąś polankę w lesie, to nie można było wyjść z samochodu, bo od razu tonęło się dziesięć centymetrów w kleistym błocie. Wracaliśmy więc na szutrową drogę i powoli, podskakując na dziurach, rozbryzgując żółte kałuże, brnęliśmy dalej. W końcu dojechaliśmy do miejsca, gdzie kiedyś stały wielkie spychacze, a przed nimi ściana lasu. Iwona wtedy poszła zapytać się co z drogą. Teraz to miejsce wygląda jak każde inne na szerokiej drodze w lesie. Chwilę później udało się nam wjechać głębokimi koleinami na zalesioną górkę, a tam znaleźliśmy małą polankę obsypaną korą drzew. Niedawno ładowano tu bale drewna na Kamazy. Kora utworzyła suchy kożuch na błocie. Na nim postawiliśmy nasz dom, jak na wyspie. Bez ubłocenia gliną kaloszy powyżej kostek, nie dało się nawet dojść między drzewa, do toalety. Ano wróciliśmy do znanej nam Syberii. Na dobranoc puściliśmy sobie film Tarkowskiego. Jak znalazł na tą okazję. Iwona zasnęła zaraz na początku, ale mimo to mieliśmy podobne sny o znikaniu, a potem szukaniu i nieodnajdywaniu. Ja przynajmniej miałem sen w kolorach Tarkowskiego, znaczy bez koloru. Rano zabraliśmy się do naszych prac przy komputerach i książkach. W nocy deszcz podniósł nieco poziom wody wokół naszej wyspy, ale nic sobie z tego nie robiliśmy. Do drogi mamy stromo w dół, nie da się na tym odcinku zakopać. Po późnym śniadaniu ruszymy dalej.
       80 kilometrów dalej dojechaliśmy do Czuńskiego i tam zaczął się asfalt, przynajmniej na następne 40 kilometrów. Wcześniej jednak przeżyliśmy chwile zwątpienia, kiedy dojechaliśmy do frontu budowy drogi. Trudno było nam uwierzyć, że od dwunastu lat budują drogę i jeszcze jej nie skończyli. Wprawdzie budują ją z pełnym zaangażowaniem. Kładą plastykowe maty perforowane na piaskowe i błotniste stoki grobli na jakiej jest droga. Sypią na to piasek i nasiona trawy. Każdy strumyszek przepuszczają olbrzymimi rurami, albo betonowymi mostami. Umacniają brzegi rowów melioracyjnych stalowymi koszami z siatki, wypełnionymi kamieniami. Inne brygady wciskają w ziemię słupki metalowe, do których przykręcają bariery energochłonne. Jeszcze inni usypują małe wysepki ze żwiru obok drogi, a na nich stawiają maszty do znaków drogowych. Przy każdej wiosce stawiają betonowe wiaty dla podróżnych czekających na autobus oraz betonowe toalety. Tylko, że tu nigdy, żaden autobus nie jeździł. Wielkie dźwigi ustawiają betonowe dźwigary mostów, a ogromne Biełazy wożą urobek z kamieniołomu. My pośród tego całego zamieszania w środku zabagnionej tajgi, przebijaliśmy się po koleinach wyjeżdżonych przez opony Biełazów, wielkie jak nasza Toyota. Tonęliśmy w błocie, albo raczej żółtej zupie rozjeżdżonej przez terenowe Kamazy. Pewnie byśmy jednak zawrócili przy pierwszym znaku zakaz wjazdu. Ale myśl, że mamy wracać po tych dziurach cztery czy pięć godzin, zmuszała mnie do lekceważenia wszelkich barier. Iwona pytała robotników drogowych i inżynierów, czy możemy tędy przejechać do Czuńskiego. Potwierdzali i wskazywali ręką środek tego budowlanego zamieszania, tam mamy jechać. Dogoniliśmy jakiegoś Bratczyka, który też zwątpił na którymś rozjeździe. W końcu jednak udało się wyjechać z tajgi do Czuńskiego, do miasteczka jak z europejskiej Rosji. W ostatniej chwili zdążyłem zapiąć pas, kiedy zobaczyliśmy policjanta na drodze. Co prawda do Tajszetu jechaliśmy jeszcze kilka godzin, bo asfalt się szybko skończył, a szutrówka nie pozwalała na więcej niż 25km/h, ale czuliśmy już smak cywilizacji, byliśmy już pewni, że wracać nie musimy. Wracać i zaczynać od nowa w innym miejscu. Jak ja tego nie lubię. To bariera, która najczęściej mnie zniechęca do kolejnych prób. Nie jestem wytrwały w dążeniu do celu, raczej konsekwentny w powtarzaniu działań i utrzymywaniu kierunku. Nie nadaję się na odkrywcę, lepiej już na rzemieślnika.
       Wjechaliśmy do Tajszetu, do centrum, aby zobaczyć zabytkową wierzę ciśnień z 1906 roku i zrobić zakupy. To niewielkie miasteczko ma ledwie 30 tysięcy mieszkańców, czyli osiem razy mniej niż Bratsk. Tajszet po wojnie rosyjsko-japońskiej był stolicą obozów budujących kolej transsyberyjską. 39 tysięcy japońskich więźniów wojennych zagoniono do pracy przy układaniu torów w tajdze. Kiedy pojadę do Japonii, będę ich pytał czy mają jakąś kotwicę w społecznej wiedzy historycznej, związaną z Japończykami w gułagach, czy stworzyli sobie japońską martyrologię z tego powodu. Będę pytał z ugruntowanym wcześniej nastawieniem, że przecież tylko my, Polacy mamy prawo do martyrologii.
       Tamte czasy, kiedy do wschodnich rubieży Rosji, do Władywostoku, na Sachalin, jechało się z Moskwy statkiem dookoła Azji, albo nawet szybciej, statkiem do Nowego Yorku, potem koleją do San Francisco i statkiem przez ocean, to był zupełnie inny świat, dużo większy, mniej zglobalizowany, kiedy informacja z trudem przebijała się przez druk gazety. Dziś przez okolice Tajszetu przejeżdżają pociągi po drodze transsyberyjskiej, BAMie i skręcają także do Chakasji. Poza tym przebiega tędy główna droga i jedyna asfaltówka Moskwa-Władywostok, albo Moskwa-Mongolia-Chiny. Dziś nawet widzieliśmy jeden kamper na Fordzie Transicie z Chin. Skurczybyki jeżdżą sobie do Rosji na wakacje, a nas nie wpuszczają do siebie, trzeba płacić wiele tysięcy EUR za przywilej wjechania pojazdem do Chin.
       Jednak Tajszet to zapyziała dziura. Po dwóch dniach bezustannego deszczu tonie w brunatnej wodzie. Samochody chlapią na wszystko, piesi skaczą po krawężnikach, klombach, deskach rzuconych już na stałe przez głębsze dziury w jezdni albo chodnikach. Pośród tej rosyjskiej, syberyjskiej rzeczywistości wyrasta świeży, odnowiony, żółty gmach dworca kolejowego, a obok niego, na cokole stara lokomotywa. Jest posmarowana grubo czarną farbą. Bardzo grubo, bo tylko farba trzyma w kupie stalowe części składowe. Na przodzie dumnie lśni czerwona gwiazda, a pod nią plastykowe wieńce zrobione ze szczotek do czyszczenia butelek. Kolej zbudowała Tajszet, chwała pracownikom kolei. Mają tu nawet swój dom oddycha, takie sanatorium w centrum miasteczka.
       Tajszet to dziura bez przyszłości, ale Kańsk to duże miasto. Jakież było nasze zdziwienie kiedy wjechaliśmy do samego centrum, a tu nie ma miasta. Znaczy są jakieś obdrapane ruiny ceglanych kolonialnych gmaszysk, wielki plac zatłoczony małymi autobusikami PAZ i ludzie spieszący się w ten piątkowy wieczór, w każdym kierunku. Próbowaliśmy znaleźć jakieś centrum handlu i usług, coś co powinno być w każdym mieście w jego środku, znaczy sklepy, przedstawiciele wiodących kompanii telefonii komórkowych, restauracje, itd. A tu jak we wiosce. Za kilkoma gmaszyskami, które są zresztą martwe, małe uliczki obstawione drewnianymi domeczkami jak na zwykłej wsi. Jechaliśmy dalej i dalej, a tu bez zmian, w końcu wyjechaliśmy w zakłady fabryczne. Zwykle Kańsk objeżdżaliśmy po obwodnicy, ale teraz chcieliśmy inaczej. W takich syberyjskich miasteczkach budowanych po zadaniu, z powodu zapory i elektrowni, kopalni, kolei, wielkiej fabryki, stalowni, tartaku, stoczni i takich tam, zwykle centrum to blokowiska mieszkalne oraz dom partii. Centrum usługowo-handlowe rozwija się gdzieś z boku, po 1991 roku, na nowym osiedlu mieszkaniowym, albo na najważniejszym skrzyżowaniu dróg dojazdowych. W Kańsku nie zapytaliśmy gdzie takie miejsce jest, a sami go nie znaleźliśmy. Pojechaliśmy szukać noclegu poza wielką bazę lotnictwa wojskowego, na łąki z kępami brzóz, teraz obsiadnięte przez grzybiarzy.
       Chyba jest sezon, bo kupiliśmy wiadro kurek. Za dziesięciolitrowe wiadro obsypane z czubkiem kurkami, zapłaciliśmy 15zł. Takie samo wiadro pełne podgrzybków to 24zł. Mniej nie da się kupić, sprzedają na wiadra. Często zatrzymują samochód na awaryjnych, w drodze z pracy i gnają z siatą w brzozy. Za pięć minut mają pełno. Sam nigdy grzyba nie znalazłem, a dziś poszedłem w las za potrzebą i znalazłem borowika kucając w trawie.
       Jednak deszcze nie tylko działają na grzyby, także i na leśne drogi. Tutaj są czarnoziemy jak na Ukrainie. Kilometr jazdy w plener po łące, do brzóz na horyzoncie aby zanocować, skutkował ubłoceniem samochodu jakby go w czarnej farbie utopić. Ślizgawka i wylatujące spod kół strzępy błota. Nie da się teraz dotknąć samochodu, ani wejść do niego bez umazania się czarnym, tłustym błotem. Zmywanie skutkuje rozmazaniem tego dziadostwa, a ręce stają się czarne. Może jutro wyjrzy słońce i to wszystko wysuszy, potem samo odpadnie.
       Wieczorem zjedliśmy tyle kurek, że... jeszcze ponad połowa została, a już nie mogliśmy więcej. Ja zapiłem to słodkim, ruskim szampanem, bo Iwona mówi, że grzyby są ciężkostrawne i trzeba alkoholem nieco pomóc. Nic poza szampanem nie było pod ręką. A co za różnica, to tylko jedzenie.
       Rano zrobiło się zimno i spowiła nas mgła, która wyszła zza rogu pola obsianego pszenicą. Wciskała się nachalnie pomiędzy brzozy i krzaki. Nie tknęła jednak trawy i grzybów w trawie, wolała brzóz listowie. Szybko zasłoniła słońce i cały, odleglejszy od nas krajobraz tonący w wodzie i błocie. Potem nagle znikła, nawet nie uchwyciłem tego momentu zanikania. Za to zauważyłem pierwszych, sobotnich grzybiarzy, potem pierwsze samochody jadące głębiej, dalej od głównej drogi, tam gdzie piesi grzybiarze nie docierają. Wtedy wyruszyliśmy w dalszą podróż na zachód.
       W to sobotnie popołudnie, kiedy słońce wreszcie ociepliło syberyjską pustkę, zrobiło się ponad dwa razy cieplej niż przez ostatnie dni. Temperatura ciągle wahała się w okolicy dziesięciu stopni, a tu nagle zrobiło się ponad dwadzieścia. Na drodze zrobiło się tłoczno od samochodów osobowych. Ludzie stadnie wyruszyli z Krasnojarska na wieś. Spostrzegłem kilku motocyklistów na wyprawowych maszynach. Wypatrywałem ich rejestracji, ale zawsze konstatowałem z zawodem, że to Rosjanin. Daleko od Europy nawet jakiś Bułgar na motocyklu byłby jak 'nasz'. Wypatruje się takich rodzynków na drodze jakby oni byli lepsi od otoczenia, od tego zwykłego ciasta keksa. Rosjanin na motocyklu na Syberii to nic, ale gdyby takiego spotkać w Australii to byłby wtedy 'nasz rodzynek'. Pomachalibyśmy do siebie ręką, spotkali, zatrzymali, pogadali. To samo z Australijczykiem na Syberii. Czujemy się wyjątkowi, bo sami jesteśmy tu obcy, spotkać drugiego obcego to jak znaleźć bratnią duszę, potwierdzenie że my tu jesteśmy jednak na miejscu, bo zdarzają się też inni, tacy jak my. To też potwierdzenie, że nadal jesteśmy tamtejsi, pochodzimy z miejsca, skąd wyruszają podobni do nas. A tutejsi ludzie są odmienni od nas, bo nie podróżują, przynajmniej nie teraz. Nie należymy do tego miejsca.
       Od razu wyłowiliśmy z tłumu pojazdów na głównej, rowerzystę z Zachodu. Wyłonił się zza zakrętu i on nas też spostrzegł, prawice powędrowały w górę, w geście pozdrowienia, rytuale potwierdzającym wzajemne zrozumienie naszego tu bycia. Ale czy chińska rodzina w kamperze, który nas minął też tak pomyślała? Chwilę później minął nas rozpędzony Subaru z rowerem na dachu, na magadańskich numerach. Poczuliśmy z nim bliskość, to przecież ktoś z dalekiego miejsca. My też tam byliśmy, a pewnie wszyscy którzy nas teraz otaczają, znają Magadan tylko z nazwy. My i ten z rowerem na dachu, znamy nie tylko z nazwy. Potrzeba przynależności do jakiejś grupy jest tak silna jak długa historia tej cywilizacji ludzkiej.
       Mijały kolejne dni, a my jechaliśmy na zachód. Zatrzymywaliśmy się w miasteczkach, których jeszcze dotąd nie odwiedziliśmy. Wyjątkiem był Nowosybirsk. Zbudowano już obwodnicę, ale postanowiliśmy wjechać do centrum. Kosztowało nas to stanie w niedzielnych, popołudniowych korkach. Ładna pogoda, a nawet upał, trwał dalej, więc mieszkańcy wielkich miast weekendy spędzają na wsi. Tu na Syberii jest tak jak w Niemczech. Kiedy weekend się kończy samochody stają w korkach, a organizacja ruchu ulicznego w Rosji to zupełnie co innego niż w Niemczech. Trzeba jednak Rosjan pochwalić za wyraźny wzrost kultury osobistej kierowców. Już tylko nieliczni przepychają się bokiem, po chodniku, na trzeciego. Sądzę, że pod tym względem zbliżyli się do standardów warszawskich. Z dezaprobatą zauważam także wzrost europejskiej świadomości kierowców. Spacerowanie po mieście jest dla mnie irytujące, ponieważ rosyjscy kierowcy nagle, na przestrzeni ostatnich dwóch-trzech lat, zaczęli do przesady stosować się do europejskiej zasady 'pieszy ma zawsze pierwszeństwo'. Ledwo się człowiek zbliży do krawężnika, a już cały ruch na ulicy zamiera w oczekiwaniu na to co zrobię. Wywierają na mnie tym presję, abym szybko przeszedł na drugą stronę, nie robił zdjęcia, nie zastanawiał się, nie patrzył teraz na pomnik Lenina, tylko przechodził na drugą stronę jezdni i to szybko, bo my czekamy. Wolę poprzednie normy, kiedy trzeba było wykazać się zdecydowaną chęcią przejścia na drugą stronę i przepuścić wszystkie pojazdy. Coś jak w Australii, gdzie nawet stawia się znaki na chodnikach, informujące o tym, że pojazd ma pierwszeństwo przed pieszym.
       Mimo to połazikowaliśmy po centrum Nowosybirska. Udało się nam odnowić umowę o internet z rosyjską kompanią MTS, pstryknąć kilka zdjęć, zanurzyć się w młodzieżową, niedzielną ciżbę w KFC, ale tylko po to aby skorzystać z toalety. Nie... my tam nie pasujemy! W ogóle na niedzielnych chodnikach i w parkach Nowosybirska zauważyliśmy bardzo dużo młodzieży. Ale jaka to młodzież! Można ją obfotografować i od razu, bez retuszu do internetu, jako wzór młodzieżowej mody ostatniego lata. Do najdrobniejszych szczegółów ubioru i zachowania, są to chodzące kopie młodych celebrytów z Zachodu. Tylko język nie ten sam. Wzorem młodzieży poznańskiej, która trenuje różne sporty wokół jeziora Maltańskiego, młodzież nowosybirska jeździ na deskorolkach, rowerach do cyrkowej ekwilibrystyki, spaceruje z pieskami, umawia się na randki na placu Lenina, pod jego własną podobizną wykutą w wielkim kamieniu. Tam jest szeroki chodnik, równy, z postumentem pod pomnik, idealne miejsce do ćwiczeń na rowerach, a przede wszystkim jest to miejsce gdzie wszyscy patrzą i cię widzą. Lenin gości od zawsze w sercach Sybiraków, a teraz nawet młodzież przyciąga, nie stoi samotnie, nadal może dumnie wypinać pierś. Siedzę na rozgrzanym od słońca, kamiennym kaflu postumentu i próbuję sobie przypomnieć, czy trzydzieści lat temu też najważniejsze dla mnie było żyć na pokaz. W końcu to całkiem naturalna, odwieczna postawa społeczna młodzieży. Tu, pod Leninem, następuje wymiana spojrzeń uznania i zazdrości, ktoś rośnie, ktoś się kuli w sobie, kreują się samce i samice alfa, każdy uświadamia sobie swoją wartość społeczną i błędnie identyfikuje ją z wartością osobistą. Ale mimo wszystko to przecież miłe dzieciaki.
       Krasnojarsk tym razem ominęliśmy, ale kiedy rozmawialiśmy z Iwoną podczas jazdy samochodem o przyszłości Rosji, przypomnieliśmy sobie o Akadiemgorodoku. Zbudowano go w siedem lat, w latach '60-tych, na polecenie Chruszczowa. Co by o nim nie mówić, był wyjątkowym przywódcą Rosji. Pomysł stworzenia naukowego miasteczka, gdzie mogłoby pracować ponad 40 tysięcy naukowców wraz z kadrą administracyjną, gdzie w piętnastu instytutach pracowano by na najnowocześniejszym sprzęcie, był strzałem w dziesiątkę. Wtedy wymyślano tutaj niezwykle futurystyczne pomysły, z których dziś się śmieje świat. Ale te pomysły były potrzebne propagandzie sukcesu tamtych lat, natomiast naukowcy pracowali i odnosili sukcesy w realnym świecie. W dzisiejszych czasach, dobrze prosperującej gospodarce, jeszcze bardziej są potrzebne instytuty naukowe, rozwijające technologie. Przejadanie bogactw naturalnych kiedyś się skończy, aby wykorzystać ich potencjał trzeba zatrzymać młodych ludzi po studiach w Rosji, dać im możliwość rozwoju i stworzyć własną technologię, nie importować jej z Zachodu. Miasteczko naukowe już istnieje, rozruszać stare kości to nie jest wielki wysiłek finansowy. Ale decyzja musi przyjść z Moskwy, w Rosji zarządza się nadal centralnie.
       Następnym miasteczkiem, które odwiedziliśmy było Czulym. Niewielka osada na szlaku kolei transsyberyjskiej. Główna droga, na której spotykamy codziennie sporo zachodnich i chińskich podróżników, omija Czulym szerokim łukiem. Żaden z tych rowerzystów, motocyklistów, żaden kamper, ciężarówka, rozpędzona jak czołg i ubłocona terenówka nigdy nie zawita do Czulymia. Nawet kiedy coś się zepsuje, to mechanik jest na obwodnicy. Może dlatego mieszkańcy patrzyli na nas jak na... no właśnie jak na co? Przecież nie wiem co w ich głowach się roi, widzę tylko z daleka ich twarze i przypisuję im własne emocje, lęki, w naiwnym przeświadczeniu, że właśnie to dostrzegam w ich oczach. Nie wiem z czego żyje Czulym, dookoła bagna, brak fabryk, dziś kolej już nie potrzebuje przystanków gdzie będzie woda do parowozów i drewno do pieca. Chyba właśnie po to powstał kiedyś Czulym, na tych bagnistych pustkowiach Niziny Zachodniosyberyjskiej. Tam na Dalekim Wschodzie las sięgał po horyzont i dużo, dużo dalej, tutaj zastąpiły go bagna. To właśnie ta Nizina jest najbardziej odludną częścią Rosji, a jest dwa razy większa niż tereny między Jakuckiem a Magadanem. Kiedyś ją przejadę na wskroś. Jest tam jedna droga dla kopalni i wiertni. Biegnie przez dawną stolicę Syberii - Tobolsk, potem miasteczko naftowe Surgut i dalej aż do wielkiej zatoki i jednocześnie ujścia rzeki Ob do morza Karskiego. To będzie wspaniała wyprawa, już dziś to wiem.
       A tymczasem ta wyprawa szybko zbliża się do końca. Tego dnia odwiedziliśmy jeszcze Barabińsk, który nas zaskoczył. Niby taka mała mieścina, ale jakieś fabryki sterczą kominami wokół, wiele z nich zarośniętych krzakami i trawą, ale inne pracują. Po drugiej stronie torów Transsibu jest sąsiednie miasteczko Kujbyszew. W centrum napotkaliśmy odnowioną cerkiew i całe tuziny sklepów samoobsługowych, kilka dyskontów. Te ostatnie to nowa moda w Rosji. Przystępne ceny zmusiły nas ponownie do zakupów. W Nowosybirsku nie mogliśmy znaleźć sklepu samoobsługowego z dobrym zaopatrzeniem, a tu, w Barabińsku, małym miasteczku, jest ich tak wiele, jeden obok drugiego. W okolicy bagna, nie ma więcej niż kilka drewnianych, maleńkich osad, może nieco więcej na południe, ku granicy Kazachstanu. Barabińsk nie może być centrum zaopatrzenia dla silnie zasiedlonej, wiejskiej okolicy, więc po co tyle sklepów. Znowu główna droga transsyberyjska, na Nizinie Zachodniosyberyjskiej jedyna, omija Barabińsk i nikt przy zdrowych zmysłach, dla kogo celem jest Mongolia czy Syberia, nie zawita do tego miasteczka. Iwona dzwoni przez Scype do Polski. Doradzam jej aby powiedziała, że dzwoni z Barabińska, stąd nikt, nigdy w historii świata, nie dzwonił do Polski, a na pewno nie do kosmetyczki, aby umówić się na... sam nie wiem na co komu kosmetyczki. Za dawnych czasów, kiedy dzwoniło się z zagranicy do Polski, to zaczynało się od kwestii - dzwonię do ciebie z Paryża - to od razu stawiało na znanych pozycjach tego który dzwonił i tego który odbierał. Coś jak niewidzialne układy w grupach młodzieżowych, pod pomnikiem Lenina w Nowosybirsku. Więc dlaczego nie powiedzieć - dzwonię do ciebie z Barabińska - i nic więcej, przecież kiedyś nie mówiło się - z tego Paryża we Francji - więc po co wyjaśniać gdzie jest Barabińsk. Uważam to za śmieszne, ale zdaję sobie sprawę z tego, że mam dość pokrętne poczucie humoru. Iwona też, więc nie mówi, że dzwoni z Barabińska.
       Ten wieczór i noc jaką spędziliśmy w brzezinie, na łąkach pod Tatarskiem, uważam za najcieplejsze w tej podróży. Jeszcze przedwczoraj, rano mieliśmy zero stopni, a dziś wieczorem jest 25, rano zaś zauważyłem 15 stopni. Nie ma owadów, bo to koniec sierpnia, słońce prześwieca przez sztywne już i pożółkłe liście brzóz, skoszona trawa pachnie rozgrzanym sianem. Po prostu nie chce się jechać dalej, może tu zostaniemy.
       Tradycją bezkresnych pól i łąk, od wschodniej Ukrainy po Władywostok, są takie brzozowe wyspy na polach. W mitologii starych Jakutów znaleźć można zapiski na temat białych drzew - brzóz. Kiedyś, kilkanaście wieków temu, brzóz na Syberii było bardzo mało. Ale ekspansywnie rozsiewały się na coraz to nowe tereny. W dawnym Ałtaju, skąd zapewne Jakuci pochodzą, ich przybycie, znaczy brzóz przybycie, poczytywano za zwiastowanie pochodu białego człowieka. Pewnie parę wieków później, po przybyciu białych drzew, zrozumiano że może zwiastowały one przybycie białych, ale w wierzeniach starych Jakutów, umiejscawia się tą przepowiednię, na długo przed konkwistą legendarnego kozaka Jeremaka.
       Nigdy się nie dowiedzieliśmy dlaczego czasy sowieckie pozwoliły trwać tym brzezinom, trwać na przekór traktorom orzącym pola, które muszą je omijać. Ale to już stało się rosyjską tradycją. Miejscami wysp jest niewiele, są małe, a miejscami, tak jak tutaj, wyspy stanowią większą powierzchnię łąk i pól. To miły pejzaż, ale w mojej pamięci zawsze kojarzy się z nadmiarem owadów latających. Dlatego późny sierpień jest najlepszą porą do przesiadywania na takich łąkach. A kiedy ma się szczęście i pogoda jest jak kryształ, tak jak dziś, to koniecznie trzeba zarzucić kotwicę takim wspomnieniom, aby jak zabytkowy masztowiec stanęły w porcie naszej pamięci, by do nich wracać w te dni, kiedy jest zupełnie nieciekawie i nieprzyjemnie.
       Następnego dnia odwiedziliśmy jedno z takich miejsc, które zakotwiczyło się w naszej pamięci z powodu spędzenia tu kiedyś miłego wieczoru z lokalnym mafioso i dwoma dziewczynami. Zwykła polanka w brzozowym lasku, nad wysokim brzegiem rzeczki Jemjec, ale wiele się wtedy nauczyliśmy o Rosjanach i ich światopoglądzie. Wtedy dopiero zaczynaliśmy poznawać ten kraj. Ciekawie jest czytać w takich chwilach własne wspomnienia i spostrzegać jaką drogę się przebyło przez te dwanaście lat.
       Zbliżamy się do granicy Europy, ale nadal tkwimy w klimacie syberyjskim. Noce stały się nagle chłodne, a w dzień, kiedy chmury zasłonią słońce, jest dość zimno. Potem znowu wiatr oczyści niebo i słońce zaczyna prażyć jak na pustyni. Jednak w lesie widać już wyraźnie jesień. Tutaj wygląda bardziej jak w Polsce. Może u nas mówi się o polskiej złotej jesieni, ale to nie są takie jaskrawe kolory jak na Dalekim Wschodzie. Nasza jesień wydaje się matowa w porównaniu z płonącymi żółciami i czerwieniami Kołymy. Tutaj, w zachodniej Syberii, jesień przychodzi wcześnie, ale powoli, tam na Dalekim Wschodzie i Północy, jesień pojawia się z zaskoczenia, któregoś wieczora i dotyka niektóre drzewa i krzaki swoją chłodną ręką. Wybiera pojedyncze gałęzie, a one następnego dnia, w słońcu płoną żywymi kolorami, jakby je ktoś pociągnął pędzlem. Reszta gałęzi na tym samym drzewie, jest nadal soczyście zielona. Kiedy jedzie się przez góry i patrzy na zalesione stoki, to można odnieść wrażenie, że w niektórych miejscach las się na prawdę pali. Nasza jesień, europejska, choć kolorowa, nie ma takich drastycznych przemian kolorystycznych i człowiekowi, który powrócił z Dalekiego Wschodu, może wydać się raczej pastelowa.
       Zajechaliśmy do sporego miasteczka - Iszym. Rozchodzą się tu główne, syberyjskie drogi. Jedna biegnie na północny-zachód do Tjumenia i Jekaterynburga, druga, nowa na Czelabińsk. Obie prowadzą do Moskwy. My wybraliśmy tą północną. Natomiast Iszym nas nie oczarował, no może tylko ilością sklepów z niskimi cenami. Teraz, po ponad miesięcznym pobycie na dalekiej Północy, wszędzie wydaje się nam tanio.
       Ale co tam Iszym. Wjechaliśmy do Tjumenia, chociaż niektórzy widzą w nazwie tego miasta rodzaj żeński i mówią - wjechaliśmy do Tjumeni. Nigdy tego miasta nie odwiedzaliśmy, jedynie omijaliśmy je po obwodnicy. A okazało się miastem niezwykłym jak na Rosję. Sądzę, że odkryłem najnowocześniejsze, prozachodnie miasto Rosji. Moskwa, Petersburg, Nowosybirsk chowają się przy niezwykłym rozmachu inwestycji budowlanych Tjumenia. Same blokowiska na przedmieściach są inne niż te zwykłe, rosyjskie w... na przykład Moskwie. Tutaj dba się o kolorystykę, formę architektoniczną, przestrzeń publiczną, budynki dla dzielnicowego handlu i usług, wreszcie z całkiem zachodnią dokładnością, projektuje się arterie komunikacyjne, co w Rosji jest absolutną osobliwością.
       Wjeżdżamy do centrum, spodziewamy się po najstarszym mieście syberyjskiej Rosji, z końca XVI wieku, że zobaczymy walące się, jednopiętrowe budynki kolonialne, przetykane drewnianymi chatami zapadniętymi w gruncie. Coś jak centrum Samary, albo stare dzielnice w Nowosybirsku. Ale w 2001 roku w Tjumeniu rozpoczęto realizację projektu rewitalizacji starej zabudowy miasta i to przyniosło dzisiejszy efekt ładnej zabudowy. Niestety przetykanej noworuskim kiczem. Iwona mówi, że to eklektyzm jakiego nie znał świat. Ale to po prostu złoty przepych nowych Rosjan.
       Przejeżdżamy całe miasto stojąc w niesamowitych korkach, mamy sporo czasu aby podziwiać. Trudno znaleźć zaniedbane kwartały, chodniki są równe, krawężniki niezapadnięte, asfalt gładki, autobusy czyste i nowoczesne, latarnie fikuśne, drogie i działające, nie tylko frontony budynków odnowione, ale także wewnętrzne podwórka. Takiego porządku nie uświadczysz w Petersburgu czy Moskwie.
       Poszliśmy na spacer. Zaczęliśmy od pomnika Lenina w parku. Zobaczyliśmy go od tyłu. Sięga ręką do kieszeni jakby chciał sypnąć groszem w oczy gawiedzi, a może chciał kupić gazetę. On zawsze jest lekko oderwany od rzeczywistości, jakby zawieszony w półkroku. Miętosi czapkę, wyciąga rękę, patrzy w nieosiągalną dla nas maluczkich, dal. Tak go zapamiętamy na wieki. Ale idziemy dalej. Przez miasto. Mijają nas dzieciaki z FC Ufa. Chyba klubu sportowego z Baszkirii. Na ulicach nie widzimy tyle bajeranckich samochodów co w Nowosybirsku. Nawet własności prywatnej dotknął ten prozachodni styl Tjumenia. Schodzimy na promenadę nad rzeką Tura. Zbudowali tutaj w granicie parę kilometrów trójpoziomowej promenady na wysokim brzegu rzeki... i budują dalej. Spotykamy młodego biznesmena. Mówi, że to ostatnie parę lat tak zmieniły miasto.
       Sądzimy, że to wina władców Tjumenia. Są inni niż zwykli Rosjanie, nie czekają na decyzję z Moskwy, nie przejadają swoich bogactw w całości, inwestują w siebie i swoje otoczenie, aby lepiej im się żyło tutaj, nie marzą o wyjeździe na Zachód. Tjumeń to stolica rosyjskiej ropy, już w 2005 wydawał się nam z obwodnicy zupełnie inny niż reszta poznanych przez nas miast rosyjskich. Teraz zaskoczył nas na całej linii. Wyjeżdżamy żegnani centrami handlowymi wyjętymi jak z europejskiej bajki. Oczywiście nazwy światowych marek są fonetycznie transkrybowane na rosyjski i w cyrylicę, ale Iwona spostrzega, że inaczej niż na przykład w Nowosybirsku, tutaj na listach logo firm, jakie wywiesza się na potężnych ścianach hipermarketów, mało jest firm rosyjskich, za to wszystkie znane zachodnie.
       A Tjumeńczycy? No właśnie nie widać na ulicach pijaków i żebraków, ani nawet rosyjskich samochodów, same japońskie i europejskie. Ludzie na chodnikach to przede wszystkim młodzi, schludnie i bogato odziani, spieszący do pracy i z pracy. Widać też Nieńców, których autonomiczny okręg jest włączony do północnej części województwa tjumeńskiego, sięgającego aż po morze Karskie. Tam chcemy jeszcze w przyszłości pojechać. Napotkany biznesmen mówi, że droga na północ jest nowa, asfaltowa. Dziwi się, że w Jakucji i na Kołymie drogi są szutrowe i dziurawe. Przecież tam też trzeba jeździć do kopalń i wiertni. Widocznie w Tjumeniu myśli się po zachodniemu, na pewno w kwestii dróg. No może jeszcze autostrady nie zrobili i w promieniu stu kilometrów od miasta drogi są zakorkowane, ale...
       Mimo tej nowoczesności, trzeba zauważyć, że Tjumeń budują Rosjanie, rosyjscy architekci, rosyjscy wykonawcy i wreszcie rosyjscy inwestorzy. To widać od kiczowatego stylu, po materiały i poziom wykonania. To nie jest Baku, stolica Azerbejdżanu, też centrum ropy naftowej. Tam zachodni architekci i zachodni wykonawcy odbudowali starówkę według unijnych norm, a nowobogaccy inwestorzy nie wtrącali się do stylistyki. No może kazali na zakończenie pozłocić to i owo, ale to nie szpeci. Tjumeń jest inny, ale rozmach nowoczesnego postępu nadal zaskakuje.
       Ponad trzysta kilometrów dalej wjechaliśmy do Jekaterynburga. To jedno z największych miast Rosji. Nie ma tego nowoczesnego charakteru co Tjumeń, jest ze swej natury rosyjskie do ostatniego krawężnika i poobijanego, zdezelowanego, nawigowanego przez żeńszczynę trolejbusu. Właśnie takim trolejbusem postanowiliśmy przebić się przez korki do centrum. Pierwszy raz w życiu jechałem trolejbusem. Wsiedliśmy na chybił trafił i trafiliśmy dobrze. Zaraz po prawej od środkowego wejścia, rezyduje pani bileterka. Objaśniła nam gdzie mamy wysiąść i przy okazji donośnym i beznamiętnym głosem przodowniczki pracy, pochwaliła się, że kiedyś przewoziła Finów - cały trolejbus nie mógł ich zrozumieć gdzie chcieli jechać. Ale w końcu jakoś odkryto tą tajemnicę i okazało się, że kierowali się do dworca kolejowego. Może w końcu przeszli z angielszczyzny na ręczny. To mi też przypomina, że wkraczamy na tereny odwiedzane przez Finów. Zwykle w północnej i europejskiej Rosji, mylą nas z Finami. Pewnie sporo ich tu przyjeżdża. Ale my spotkaliśmy ich tylko raz, w słoneczną noc na półwyspie Kolskim.
       Wracając do pani bileterki. Otóż ta pokaźnych rozmiarów matrona poruszała się tanecznym krokiem na wysokim obcasie, mimo podskoków trolejbusu. Przygważdżała do fotela swym zdecydowaniem godnym lokomotywy każdego, nowo wsiadniętego pasażera. Głośno, jakby chciała aby wszyscy w trolejbusie słyszeli, pytała dokąd delikwent chce jechać. Ten zaś, nawet postawny żołnierz, zawsze nieśmiało, mamrotał destynację i wyciągał zwitek banknotu. Doskonały obraz społecznej, miejskiej, komunistycznej znieczulicy, braku okazywania emocji, usilnie skrywanym zainteresowaniem, zamknięciem się w sobie, uciekaniem wzrokiem poza brudne szyby, odsuwaniem się od innego, kiedy ten się zbliży na zakręcie niesiony siłą praw Newtona. Tutaj tylko głos pani bileterki i ewentualnie starszej pani, której już wszystko jedno, mają prawo być słyszalne. Iwona uśmiechem i jowialnością wytwarza wir w tej zastałej w szlamie, kałuży ludzkiej egzystencji. Wyciąga panią bileterkę na rozmowę poza jej zakres obowiązków, a tłuszcza wokół, jak na hasło JUŻ, kieruje ku nam szare, zabetonowane w sobie twarze. By już po chwili, zgaszeni wyrzutami sumienia, że pozwolili sobie na opuszczenie swych stanowisk w okopach, wrócić do udawanego zainteresowania tym co znajduje się na zewnątrz, daleko.
       Pani bileterka zasługuje na tron w tym jeżdżącym wehikule czasu i taki posiada. Zajmuje tyle miejsca co szeroka ławka dla dwóch osób. Jest izolowany elektrycznie od podłogi i ma pod sobą coś jakby grzejnik. Obok leży miotełka, gazety i krzyżówki, oraz jakaś zmiętoszona, skajowa torba. Mieszcząca zapewne utensylia bileterki.
       Wysiadamy tam gdzie trzeba i na odchodnym obiecujemy, że się jeszcze spotkamy w drodze powrotnej. Jednakże nasze obietnice są słomiane, wracamy na piechotę. Nie spotkamy już nigdy pani bileterki, a ona nie spotka nas. Pani bileterka dostaje od Iwony naszą odkrytkę, taką kolorową reklamówkę... nas samych. Iwona nigdy nie przechodziła prania mózgu przez szkoleniowców handlowych z USA, ale sama wyczuwa, że coś trzeba na odchodnym po sobie zostawić, coś co osoba dotknięta nami, będzie mogła użyć jako dowód, oraz pretekst do spuszczenia wzroku i nie patrzenia sobie w oczy, podczas swojej opowieści, powtarzanej rodzinie i... innym inostrańcom, którzy wskoczą do jej elektrycznego królestwa na kółkach... zanim się rozpadnie ze starości i korozji.
       Przespacerowaliśmy przez centrum Jekaterynburga, które tętniło powolnym ruchem ludzi, jakby to była niedziela, a przecież to czwartek. Nawet staruszkowie, którzy przycupnęli na kamiennym trotuarze, na moście, nie spieszą się nigdzie, grając gromadnie w szachy. Przedstawiają sobą obraz dawnej mody, ostatnich lat ZSRR. Nawet gazetowa czapka chroniąca od słońca łysą, rozgorączkowaną emocjami szachisty głowę, jest z tamtych czasów wyjęta. Pod nimi, pod mostem, śmiga szybka motorówka wypełniona nowymi ludźmi Rosji. Rozgolone panienki i grubawi fundatorzy. Na chodnikach młodzież trzyma się za ręce, to ostatnie ciepłe dni lata. Nie można tego przepuścić. Gołąbki widzą tylko swój świat, a my dalej idziemy wzdłuż czerwonej linii, nakreślonej na chodnikach dla lepszej organizacji ruchu turystów po mieście.
       Przez pamiątki po kaźni ostatnich carów, tylko przemykamy. Mało nas obchodzi sława jednego z najmniej rozsądnych carów, zdobyta z powodu jego śmierci. Ale zachodzimy pod prawie 60-ciopiętrowy wieżowiec Wysocki. Na parterze mieści się zaimprowizowane muzeum Wysockiego. Ktoś z fundatorów wieżowca jest też miłośnikiem osoby Władmira. Zebrano tu całkiem sporo pamiątek po Wysockim, łącznie z jego Mercedesem W116 S-klasse. Muzeum ma swój klimat, jest nowocześnie zaaranżowane, multimedialne i... akurat dziś bezpłatne. W Polsce Wysockiego znamy głównie z jego piosenek i charakterystycznego głosu. Ale tu w Rosji, był czymś na modłę Steve McQueena. Szarmancki amant wcielający się zawsze w charyzmatyczne role filmowe. Przystojniak i pierwszy rosyjski celebryta. Jego życiem żyło wielu, którym codzienność była szarugą. Brali od niego coś czego on nawet dla siebie nie miał, ale potrafił stworzyć pozory, że ma tego jak lodu na Syberii. Co ciekawe, po powrocie do Polski, dowiedziałem się, że są tacy, którzy zgodnie z propagandą sowiecką, uważali go jedynie za pijaka i narkomana. To jakby wierzyć w to, co w telewizorze mówili na początku lat '80-tych o Niemenie.
       Wieczorem pojechaliśmy pod lotnisko. Zatrzymaliśmy się w krzakach, za wielką budową i śmietnikiem. Przecież lotniska nie są po to aby pod nie podjeżdżać samochodem za darmo. Policja wypatruje terrorystów, bariery kanalizują dokładnie i bez bocznych wycieków, cały ruch uliczny. Nie zaparkujesz bez płacenia i patrzenia na zegarek, nawet się nie zatrzymasz aby wypuścić pasażera. A na śmietnisku zjedliśmy obiad, Iwona wzięła prysznic, nawet policjanci przyjechali do nas odpocząć od służby. Pięć tygodni temu Iwonę odbierałem z lotniska w Jakucku, a dziś leci do Polski. Będę musiał teraz sam sobie smażyć jajecznicę i bez sałatki warzywnej, ani nawet obrusa podawać na stół... raczej jeść na stojąco, tak lubię.
       Minęło wieleset, a może raczej parę tysięcy kilometrów jazdy na zachód, oraz kilka dni. Znalazłem się na drodze z Manturowa do Kostromy. Przypuszczam, a moje sądy graniczą z pewnością, że nikt z tych, którzy będą być może czytać te słowa, a będzie tych czytelników jakże niewielu, nawet nie zada sobie minimum trudu, który w dzisiejszych czasach jest wymagany, aby zamaziać palcem po telefonie i znaleźć te dwie miejscowości, a potem osadzić w swej wyobraźni akcję zdarzeń jakie za chwilę się ujawnią w tym tekście. No więc... Te ograniczone w wyobraźni polonistki, niektóre nawet nie takie złe, z jakimi miałem styczność w czasach mej młodości, zwykły zadrukowywać mą świadomość sloganami typu - nie zaczyna się zdania od WIĘC. Na szczęście, zważywszy na mój słuszny wiek, istnieje niezwykle mała szansa iż jeszcze te polonistki są pośród żywych. A WIĘC nie muszę stosować się do ich ograniczonych twierdzeń, bo tam gdzie dziś przebywa ich mało finezyjny intelekt, ani internet, ani nawet ewentualne książki drukowane, nie docierają. Z drugiej strony boleję nad tym. Nie nad ich krótkim żywotem i konsumpcją dóbr doczesnych, ale nad ograniczeniem mego egocentryzmu. Miło zaskoczyć belfrów, którzy stawiali nam pały, osiągnięciami jakich się po nas nie spodziewali. Chyba to miał na myśli Allen wstawiając w swym dziele postać pisarza, który jest uświęcany przez uczelnię, z której go podczas studiów wyrzucono. Zagrać na nosie tym, którzy przestali w nas wierzyć, albo jak Wojtek melodeklamował - "jeszcze będą przepraszali, ci co palcem wygrażali". Tym, którzy nigdy dobrze się nie zapowiadali, jest łatwiej, zawsze mają kredyt otwarty u tych wyczekujących ich dojrzałości. Zawsze mogą jeszcze błysnąć, a nawet jeśli nie, to przecież... nikt się nie spodziewał, że kiedykolwiek błysną czymkolwiek, więc nikogo nie zawiodą. Gorzej z tymi, po których się spodziewano, że osiągną wszystko, a nawet więcej. Tacy, nawet jak osiągną połowę wszystkiego, to i tak będzie za mało. Ja mam to szczęście, że po mnie nigdy nie było wiadomo czego się spodziewać. Jak po śmieciu na złomowisku, którego przeznaczenia nie można odgadnąć.
       A WIĘC długo zastanawiałem się jak pogodzić mój ekshibicjonizm ze wstydem. Gdzieś na drodze w tajdze, pomiędzy Manturowem a Kostromą, remontowano jakiś nieistotny mostek, na nikomu nieznanym strumieniu. Ustawiono ruch wahadłowy i semafory ledowe. Zaświeciło się zielone, a tu z przeciwka wali ciężarówka, potem nowa czerwona Honda. Ja jestem spokojny człowiek, słucham sobie audiobuka, a głos Teleszyńskiego działa na mnie jak gorąca kąpiel w zimny, dżdżysty wieczór. Mimo to, gdzieś w tej zwierzęcej naturze siedzą nakręcone, ściśnięte sprężyny, diabelskie chochliki czekające na swój czas, moment, hasło - JUŻ. Wtedy moja nacechowana energią natura, zaciśnięta pasem racjonalizacji, zamknięta w musztrze logiki emocja... wybucha jak niespodziewany wystrzał z rury wydechowej starego, gaźnikowego Żiguli. Włączam bieg, puszczam sprzęgło i wciskam gaz do dechy. Ale patrzę na to z boku, to robi ktoś inny, nie ja świadomy, ograniczony, lecz ten prawdziwy, zwierz w człowieczej, myjącej zęby, zakładającej codzień czyste gacie, skórze. Wali na wprost gestykulującego Rosjanina w Hondzie i prawie go taranuje.
       Czy tobie zdarza się być kimś innym, Hydem nowoczesnej Unii Europejskiej? Mnie się zdarza, niestety coraz częściej, bo pewnie coraz mocniej kompensuję to czego kompensować się nie powinno. Rosjanin, młody człowiek z dziewczyną. Wiecie... taki wymoczek z mazianym telefonem, niepewnym uśmiechem, modnym wdziankiem i niepojętą siłą w dążeniu do celu określonego przez środowisko w jakim się obraca. Tym razem Toyota się nie zmieściła, a kierowca nie był w stanie powstrzymać niezrozumiałych, bo nie do pojęcia rozumem emocji. Przeorałem nową, czerwoną Hondę. Świat samochodów w jakim ja nigdy się nie znajdę. Świat nieuświadomionej potrzeby mycia i woskowania samochodu, obiektu ekspresji pozycji społecznej. Ta ubłocona, nigdy nie myta, malowana pędzlem i wałkiem, Toyota szoruje cienkie blaszki i plastyki nowoczesnej Hondy. Rosjanin wyskoczył z wozu jak kukułka z zegara, czująca się spóźniona na kurant o południu. Zadziwiająco łatwo doszliśmy do porozumienia. 30% moich resztek walutowych przeszło w ręce Saszy. Dwa razy podaliśmy sobie rękę, nawzajem się przepraszając. Okazało się, że on też miał zielone. Takie to wahadło w Rosji.
       Długo nie mogłem się uspokoić. Puściłem dalej Teleszyńskiego, ale jakbym go nie słyszał. Słowa biły o skorupę zawiedzionego ego, wyrzutów sumienia, próby zrozumienia własnej, zwierzęcej natury, emocji których zracjonalizować i wsadzić do szuflady się nie da. Ot fantazja, poryw chwili. Ręce mi drżały, ale ze złości. Szmal, ten wyznacznik wartości wszystkiego w moich oczach, wyfrunął mi znowu z portfela, jak słowa prawdy z rozemocjonowanych ust. Za dwa tygodnie miałem za to pojechać motocyklem na Bałkany. I co teraz? Dziwne, że nigdy nie rozpamiętuję, nie wytykam sobie - ach gdybym się wtedy opanował. Raczej ganię swoją układność - trzeba było nakręcić faceta tak, aby to on zapłacił 250EUR!
       Tymczasem Teleszyński kończy romansidło "List w butelce". Tymczasem, czyli następnego dnia... a może jeszcze następnego? Już mi się te kolejne noclegi w krzakach mieszają. Są takie nijakie, albo to ja jestem w tych nocach taki nijaki. Kolacja, prysznic, film lub książka i w śpiwór. Gubię się, gdzie ja jestem? W książce czytanej przez Teleszyńskiego, w filmie o obcych, zaborczych kosmitach, w książce o psychologii stosunków międzyludzkich, może na Bałkanach w dźwiękach muzyki Shantela, a może w moich kryminalnych snach. Nie... jestem ciągle w Rosji, na dziurawej drodze i wszyscy mnie wyprzedzają, a potem wszyscy stoją w korkach na drugiej obwodnicy Moskwy. Postanowiłem jechać drugą co do kolejności obwodnicą stolicy. Może trzeba było jechać trzecią. Któż może wiedzieć. Zrobiła się noc, tabuny samochodów osobowych wracają z centrum na przedmieścia, a ja próbuję znaleźć krzaki by się w nich schować na noc. Wszystko tu sprywatyzowali, na dwieście kilometrów wokół Moskwy. Wszędzie zamknięte za szlabanami rezydencje i strzeżone przez ochroniarzy osiedla bogaczy. A jak nie, to jakieś zakłady, fabryki znowu ze strażnikami, albo obiekty wojskowe. Do cholery nie ma wolnej przestrzeni! Nawet na przedmieściach Paryża znalazłem nocleg i wziąłem prysznic w krzakach, a tu nie mogę. W końcu trafiam na jakieś opuszczone przed laty pole uprawne. Znak mówi, aby nie wyrzucać tu śmieci. W sam raz dla mnie, śmiecia z Zachodu. Powoli, z duszą na ramieniu, wjeżdżam w trawę i krzaki wyższe od maski Toyoty. Tu była kiedyś droga, ale zarosła. Krzaki kładą się przed stalowym zderzakiem jak łany zboża przed kombajnem. Ale lęk o samochód, moje dziecko, nie pozwala mi jechać dalej. Wysiadam i idę pieszo rozgarniając rękami to cholerne sitowie. Sięga mi wyżej szyi. Sypią mi się jesienne nasiona do crocsów, kłącza owijają mi się wokół łydek i ciągnę nogi jakby wierne czytelniczki, zapłakane ze szczęścia dziewczyny, czepiały się mych stóp. Ale idę dalej, w przyszłość... co ja tu do cholery robię w tych krzakach. Jakby mnie ruscy policjanci, ograniczone chłopki, tutaj przydybały, to nijak by mi się nie udało ich przekonać, że szukam noclegu. Chociaż sytuacja jest tak absurdalna, że może uwierzyliby w cokolwiek bym im podsunął pod wyobraźnię. Inostraniec w klapkach idący w sitowiu po uszy, w strumieniu światła z reflektorów jakiegoś łunochoda, przypominającego chłodnię na kółkach. Absurdalna sytuacja. Ale na autostradowej stacji paliw nocować nie będę!
       W końcu udaje mi się znaleźć płaski teren. Wracam do Toyoty i powoli, z żółwią cierpliwością, dojeżdżam tam kładąc pokotem cały las krzaków i sitowia. Na resztę wieczoru i nocy zamykam się w domu. Wychodzę tylko na siku. Ni cholery nie rozumiem podróżowania samochodem nie będącym kamperem.
       Kurde przecież ja nie o tym w ogóle chciałem pisać. Walę w te klawisze bezmyślnie. Strumieniuję coś między ekspresją pamięci, a potrzebą utrwalenia siebie. Jakby pamięć sama z siebie chciała zaistnieć w realności. Czasami mi się tak właśnie wydaje, że ona chce, a nie ja. Jakbym się bał, że to co doświadczyłem, w ten czy inny sposób, zostanie pominięte przez główny nurt rzeki życia. Jakbym się bał, że to co dla mnie jest ważne, a dla innych niezrozumiałe lub wręcz idiotyczne, przeniknie przez sito mojej dziurawej pamięci w nicość.
       Przeczytałem zwierzenia wiktoriańskich lesbijek. Teleszyński tak łatwo przemycił mi romans o liście znalezionym na plaży w butelce, a zaraz za tym wszedłem w świat Pilcha. Pomiędzy, wieczorami wsiadam na wierzgającego konia psychologii stosunków międzyludzkich. A jak się ściemni to porucznik Ripley, po raz enty, walczy z obcymi formami życia o zachowanie gatunku ludzkiego na srebrnym ekranie. W końcu walczy nawet w wespół, w zespół z androidem, któremu ludzkość leży bardziej na procesorze, niż ludzkim wojskowym na sercu. Jakim cudem te wszystkie światy mi się nie mieszają, sam nie wiem. Ale z każdego z nich coś wartościowego, jak sądzę, dociera do mej świadomości. A może moja świadomość odnajduje coś wartościowego w ucieczce od rzeczywistości w te różne światy. W każdym razie Pilch świetnie mnie rozśmiesza. To jest odświeżające po wspomnieniach lesbijki i romansidle bez happy endu. Nie znajduję głębi w zwierzeniach Jerzego P. ale nie mogę pozbyć się skojarzenia z sytuacyjnym humorem Louise de Funes. Dobrze, że jadę sam Toyotą, bo ryczę ze śmiechu, a wóz tańcuje po drodze. Kurcze kocham Leszka Teleszyńskiego za jego głos. Mam takie urodzinowe życzenie, aby wszystkie audiobuki były czytane przez Teleszyńskiego i Piotra Fronczewskiego, inni niech się schowają i głowy nie wystawiają. A Roch Siemianowski niech zamilknie na wieki. Powinno mu się za karę wyrwać język jak jakiemuś Jurandowi. Zastanawiam się w chwili, kiedy wyłączam radio i wjeżdżam w las, w poszukiwaniu noclegu, czy kiedyś wszystkie teksty pisane będą deklamowane, znikną gazety i książki, bo interpretacja dobrego recytatora będzie lepsza niż wyobraźnia poszczególnych czytelników. Lepsza w ekspresji zamierzeń autora i wydawcy. Ja na ten przykład wolałbym aby Teleszyński czytał moje wypociny, niż sam miałbym je recytować. Może taka, ekspresja audio jest przyszłością tekstu. Może koniec końców tekst drukowany zaniknie jako zbyt mało nacechowany emocją autora i zbyt mało zrozumiały dla odbiorcy? A sięgać po niego będą jedynie zatwardziali koneserzy.
       No dobrze, ale co to ma wspólnego z podróżą do Jakucji spytacie? Nic i wszystko. Nic bo te wszystkie książki i filmy odrywają od mojego, osobistego podróżowania, a wszystko bo podróż jest dla mnie normalnym życiem, a więc wszystko co jest jego częścią określa samą podróż, która właśnie niepostrzeżenie dla czytających te zawiłe w sensie słowa, dobiegła końca. Dziś nocuję w miłym lesie sosnowym, na kilkanaście kilometrów przed granicą Łotwy. Oczywiście wszystko co miłe i... bardziej bym się spodziewał tego niemiłego ...może się jeszcze zdarzyć, ale co to ma jeszcze wspólnego z podróżą po Jakucji... sam nie wiem. Jakucja już jest daleko za mną i... za wami. Czas ruszać na przeciw kolejnym celom.

mariusz reweda

Zobacz opis samochodu jakim podróżowaliśmy.



Zobacz inne nasze podróże po Azji: 1999, 2003, 2005, 2007, 2008, 2008, 2009, 2010, 2010, 2011, 2012, 2013, 2013, 2013, 2014, 2014, 2014, 2014, 2015, 2016.
.
































































































































































. wieści z facebooka:

      Sobota w Jakucku minęła nam bardzo aktywnie. Trafiliśmy na jarmark staroci koło szkielet wieloryba (przy muzeum krajoznawczym), próbowaliśmy miodu od dzikich pszczół baszkirskich na miodowym jarmarku, podreptaliśmy prospektem Lenina, a dalej między blokami budowanymi na słupach (ze względu na wieczną zmarzlinę - żeby fundamenty się nie zapadały, gdy lód taje od ciepła oddawanego przez budynki) do Muzeum Archeologii i Etnografii, a później jeszcze oglądać szkielety mamutów wygrzebane z lodu (ponoć jeden miał jeszcze krew i chcą go sklonować! - film "Woolly Mommoth - The Autopsy"). Niespodzianką wieczorną była impreza urodzinowa poznanego Jakuta u znajomego na daczy za miastem. Vot! Pojedlim, popilim, pośpiewalim...
      Dziś trzeba jechać dalej!

      Wjechaliśmy na drogę R-504, która oficjalnie na mapach nazywa się KOŁYMA, ale jeszcze jakiś czas pozostaniemy w Jakucji. W wiosce Czerkioch trafiamy z polecenia znajomych z Jakucka do muzeum pod chmurką. Podzielone jest na dwie części - jedna mówi o losach zesłańców (czyli takich przymusowych przesiedleńców z czasów carskich, nie mylić katorgą, która łączyła się z ciężkimi robotami). Do Jakucji trafiło wielu Polaków. Na każdym kroku Jakuci przypominają nam z uznaniem o Edwardzie Piekarskim, polskim lingwiście i etnografie, który trafił tu po powstaniu styczniowym. I aby czasu na zesłaniu nie marnować nauczył się języka Jakutów i napisał pierwszy słownik jakucko-rosyjski na 25.000 haseł. W skansenie jest jego dom - pół karcer (czyli 'sybirka' - drewniana chatynka z dodatkowym pokoikiem w środku zamykanym od zewnątrz na drewniane belki; tam Piekarski urządził sobie sypialnię, a obok gabinet do pracy). Pokój dzienny stanowiła dobudowana "jakucka jurta" - domek z bali drewnianych o ukośnych ścianach, które kiedyś okładano gliną, a i pewnie darnią dla izolacji, z drzwiami ocieplonymi reniferową skórą. Część etnograficzna muzeum pokazuje tradycyjne domy Jakutów (np. coś a'la tipi kryte korą brzozową), naczynia ze skóry i kory brzozowej. Są też elementy typowe dla ich przedchrześcijańskiej religii - tiengrizmu. Jest rzeźbione szamańskie drzewo zwane Aał Łyyk z obowiązkowymi wstążeczkami i szmatkami zawieszonymi "na szczęście". Jest też 'drzewo-mogiła' z drewnianą skrzynką, w której kiedyś chowano szamanów. A do tego tradycyjna kuźnia, spichlerze, skarbiec i młyn. Jak to w skansenie.
      Dalej droga do rzeki Ałdan prowadzi przez tereny, które wypisz wymaluj przypominają mi Karelię i w ogóle północną Rosję europejską - brzozy, rozlewiska, łąki i fioletowy kwiatki "iwan-czaj" przy drodze. I prawie białe noce. Fakt, jesteśmy na szerokości geograficznej zbliżonej do Miedwieżegorska. A to już niedaleko do kręgu polarnego.
      Czekaliśmy prawie trzy godziny na promie, aby przeprawić się przez rzekę Ałdan (która razem z Leną wyznaczała kiedyś wschodnią granicę Dalstroju - od lat trzydziestych niemalże zamkniętą strefę, gdzie zsyłano kryminalistów i politycznych do wydobycie złota i diamentów). Ale samochodów tu jeździ niewiele, koniec końców prom popłynął na drugą stronę wielkiej rzeki niepełny. Już o zmierzchu (i tak już zostało do świtu, bo ciemniej się nie zrobiło) znaleźliśmy miejsce na nocleg obok wędkarzy z Chandygi (mężczyzna i dwie kobiety), którzy nas od razu ugościli wódeczką i domowymi blinami ze śmietaną, a do tego zabawiali barwnymi opowieściami z życia północy Nasz nadrzeczny gospodarz Wiktor pracował jako kierowca urala na dalekiej północy, więc opowieści mógł sypać jak z rękawa. "Tylko nigdy nie zasypiajcie u nas w Jakucji na ziemi, nawet latem, gdy wieczorem jest ze 20 stopni. Tu w nocy temperatura szybko spada, a metr pod powierzchnią jest lód i ziemia szybko się wychładza. Zamarznąć po prostu można. Oni w trójkę spali w namiocie (taki mają urlop), ale nas przestrzegał. Rano na drogę dali nam świeżo usmażone ryby z Ałdanu. Ależ ci Rosjanie to sympatyczni ludzie... Do Chandygi wjeżdżamy przed dziesiątą. Uzupełnienie zapasów spożywczych, wody, itd. bo teraz przed nami Góry Wierchojańskie, żadnych miasteczek raczej nie będzie. Ale droga jest dobra. Pięć lat temu Moskwa zbudowała nową drogę lub też poprawiła tę starą, "na kościach". Już nie będzie tak strasznie, jak to J. Verne opisywał ustami Kuriera Carskiego Michała Strogowa, który przeprawiał się przez Ural. Dziś to pestka, ale kiedyś...

      Jak wiadomo Federację Rosyjską uwielbiam pasjami. I z góry przepraszam, jeżeli urażę jakiegoś rusofila. Ale szlag mnie trafia, jak widzę, jak w tym kraju traktowani są jego obywatele. Nie, nie w dużych miastach, ale na tak zwanych peryferiach, bez których te centra nowych-bogatych nie mogłyby funkcjonować. Właśnie przejechaliśmy miasteczko Susuman, ok. 1400 km traktu kołymskiego licząc od Magadanu. To miasto jest głównym ośrodkiem dla lokalnych karteli wydobycia złota. Cytuję za J. Hugo Baderem o miejscowości Paliewoj ("polewaj"? - czy tak powiedział sowiecki kartograf, gdy tworzyli te miasta, a sekretarka karnie zapisała na mapie?): "[tu] w 2005 znaleziono największy rosyjski samorodek [złota] od upadku ZSRR. Nazywa się Adamowicz, jak właściciel kartelu, który go wypłukał. Waży 2,976 kilograma i ma rozmiar dziecięcej piąstki" (str. 188, 'Dzienniki kołymskie'). I CO TEGO? W Susumanie ulice z dziurawym asfaltem, akurat pada, więc bez kaloszy ni jak nie przejdziesz na drugą stronę. Wiele domów wygląda jak opuszczone, jakby jakaś zaraz przeszła. Jedyny kolorowy punkt to miejsce pamięci zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. "70 LET POBIEDY" - głosi napis. A ja widzę obdrapane bloki, dziurawe chodniki, zardzewiałe rury, skulonych ludzi - i czytam "70 LAT BIEDY"!!! Jak można tak bardzo nie szanować swoich ludzi? Rozumiem, to może być syndrom przesiedleńców, jak u nas w Lubuskiem. Oni nie tutejsi, może tymczasowo, jasne. Ale lokalne władze są przecież po to, żeby za ludzi myśleć. A ludzi tu są na pewno wspaniali. Jak ta pani w sklepie, pytam, czy napełni nam baniak z wodą. "No pewnie, przecież wody nikomu nie odmówię". Albo nauczyciel prowadzący pracownię modelarską w miejscowej szkole, któremu chciało się zrobić taki lokalny "landmark" - część pracowni wystaje z bryły budynku w formie prawdziwego samolotu (pewnie później splagiatowali to w World Trade Centre...). Te ich bogate wnętrza, jak krwistoczerwone tipsy znaczące końcówki dłoni pani z okienka na stacji benzynowej (rzadko widać twarze kasjerek, a czasami nawet i dłoni nie widać, gdy pieniądze wkłada się w taką specjalną drewnianą szufladę, a rozmawia przez mikrofon). Ale ludzie tu są mili, na pewno. Ekspedientki w sklepach nie burkają do klientów "Govorite", tylko z uśmiechem mówią "Słuszaju was". Idzie ku lepszemu. Więc co ja się czepiam...

      "Jechaliśmy, jechaliśmy, i odjechaliśmy! HURRRAAA!!!" [jak w radzieckim multiku :-) ]
      Jesteśmy w Magadanie! I co? Na razie normalnie, wiatr przygnał chmury znad oceanu i z plażowania nici.
      Po drodze było wiele atrakcji, jak to na Kołymie. Bilskie spotkanie z niedźwiedzicą, która przemaszerowała przed naszą Toyotą szukając tropu swojego małysza. W Jadgodnoye odwiedziliśmy Juriya, ktorego Jacek Hugo-Bader uwiecznił na okładce swojej książki z trasy kołymskiej (ten na IŻ'u, w chełmofonie). I jeszcze szwędanie się po "nieżyłym gorodie" Kadykczan. Miasto wysiedlono po 2003 r., ludzie wyjeżdżając dużo rzeczy zostawili.
      Obeszliśmy wszystkie mieszkania w jednej klatce 5-piętrowego boku na Lenina 16, obok poczty. Dziwnie tak chodzić po cudzych mieszkaniach, jak w Czarnobylu.

      Historia fioletowej ciężarówki. Na pachnącej glonami kamienistej magadańskiej plaży znalazłam fioletową ciężarówkę, taką foremkę do robienia babek z piasku. Miałam nieodpartą chęć zabrania jej ze sobą. Ale po co? Dziś się przydała. Odwiedziła nas rano ciekawska lisiczka. Bardzo chciała wiedzieć, co mamy na śniadanie. My jak zwykle, jajka. To się podzieliliśmy (chleb okazał się mało interesujący). Wciągnęła dwa na surowo z rzeczonej fioletowej ciężarówki. Ale przestrzegłam ją, żeby do ludzi tak sobie nie podchodziła, bo nie wszyscy karmią liski. Są ludzie, którzy mają strzelby i do futrzaków strzelają (co potwierdza Lis z "Małego Księcia"). Nie wiem, czy zrozumiała. Pokręciła się trochę, powęszyła to tu, to tam, zrobiła kupę (postawiła punkt GPS?) koło pustych skorupek i wróciła w krzaki, z których się wyłoniła.

      Magadan... To już ponad tysiąc kilometrów za nami...
      Atmosfera w miecie nowoczesna. Nie czuć, że to było miasto, do którego dobrowolnie się nie jeździło. Dziś nawet biura podróży reklamują się pod neutralnym hasłem "Visit Kołyma", zapraszają turystów i 'inturistów' (tych międzynarodowych) do 'złotego serca Rosji'. Więźniom GUŁAG'ów poświęcony jest jeden dział w lokalnym Muzeum Krajoznawczym (miejsce godne odwiedzenia). Znaleźliśmy tam ślad polski - w jednej z gablot wystawiona była polska publikacja ("KARTA", styczeń 1991) z tekstem Ireny Krajewskiej, pseudonim "Szara", z jej wspomnieniami z pobytu na robotach na Kołymie ("Siła nadziei"). Warto byłoby przeczytać cały tekst. Ale w muzeum najbardziej podobał nam się dział etnograficzny, z ciekawostkami typu: letni kubraczek szamana z wyprawionych jelit morsa lub śpioszki dziecięce z reniferowej skóry z klapką na dupce. Do tego piękne zdjęcia dawnych ludów Syberii: Ewenów, Ewenków, Jukagirów, Eskimosów, Czukczów. Ci ostatni do dziś praktykują tradycję wykonywania zdobień z kości i kłów morsów. No i dlaczego w radzieckiej Rosji, która miała wszystkich obywateli traktować tak samo, rdzennych mieszkańców Syberii nazywano zbiorowo i pogardliwie "czukczami" (a tych z republik Azji Centralnej - "ciurkami"). Bo nawet wzniosłe idee Lenina natury ludzkiej nie zmieniły! A to już 100 lat! Tak! (w muzeum była jedna mała ekspozycja poświęcona tej rocznicy)
      No i jeszcze MAMUT - nowy symbol Magadanu. I to nie byle jaki - ale mechaniczny. Tytuł tej rzeźby (odsłoniętej w 2013 r.) to "Vremia" (Czas), ale bardziej przypomina mecha-Godzillę (jak ktoś pamięta, o co chodzi). Cały zrobiony z zębatek, wałów napędowych, wałów korbowych, śrubek i kraników. Wszystko to bez konserwacji - aby nadmorska słona bryza szybko pokolorowała rzeźbę na rdzawy, naturalny mamutom kolor. A jeżeli o mamutach mowa - tu najsłynniejszy to Dima. W każdym muzeum jest jego kopia - taki szary flaczek, jak gumowa zabawka wielkości kucyka, z której uszło powietrze. Wykopali go ze zmarzliny w latach siedemdziesiątych, w okolicach Susumanu. A potem zanurzonego w formalinie wozili po świecie, jako ciekawostkę. Dziecięciem był, gdy zamarzł, miał jakieś 7-8 miesięcy. A wykopali go po 40 tysiącach lat. I teraz zagadka? Ile lat ma Dima?
      Dziś w Ust Nera 'prazdnik pasiolka' - 80-lecie miasteczka (nie trudno policzyć, że rok założenia to 1937). Ale nie ma apelu poległych i mszy w lokalnej cerkwi, aby cokolwiek uczcić. Z Moskwy przyjechał zespół "Sinaya ptica" i będzie festyn na stadionie. Wódkę można kupić w spożywczym spod lady u pani, co sprzedaje pyszne bułeczki z rybą. Ciekawe czy wszechobecni tu obok Jakutów mieszkańcy Kaukazu, Dagestańczycy i Ingusze (ponoć są specjalistami od czarnorynkowego handlu złotem), piją alkohol. Może tu, na dalekiej północy Allah nie widzi?

      Pożegnaliśmy Góry Wierchojańskie, przepłynęliśmy Ałdan i Lenę, i jak do siebie wróciliśmy do Jakucka. Mieliśmy zaplanowane dwa spotkania z jakuckimi szamanami. Tu jest inaczej niż w Tuwie, gdzie szaman pełni rolę kapelana uczestniczącego w ważnych wydarzeniach członków społeczności - przy narodzinach i śmierci, przy podejmowaniu ważnych decyzji, kupnie samochodu, budowie domu, otwarciu ośrodka zdrowia. W Jakucji szamani głównie leczą - ale żeby nie było wątpliwości: i ciało, i duszę. Najczęstsze przyczyna chorób i niepowodzeń to "porcza" - czyli urok, który może być wzrokowy ("złe oko") lub głosowy ("klątwa"). Ale często przeszkadzają duchy - siedzą w domach pod sufitem i po kątach, uwieszają się na ludziach. O tak, szaman widzi, jak siedzą komuś na barkach, a nogami szyję zaplatają i duszą, i oddychać nie można, i ciężko w życiu. A kłótnie i spory najczęściej gromadzą się jak szara kulka złej energii między łopatkami. I wtedy boli kręgosłup. Trzeba taką energię zebrać, ruchem spiralnym sprowadzić do ziemi, a ona już dalej do jądra ziemi spłynie i się tam spali. Usługa taka tania nie jest, ale zapotrzebowanie społeczne jest. "Kiedyś ludzie nie wierzyli, bo za sojuza szamanów do psychuszki zamykali. A dziś już ludzie widzą, że szpital we wszystkim nie pomoże. I zaczynają szanować szamańskie porady. A zdarzają się też lekarze, co sam pacjentom radzą, aby do cerkwi lub do szamana poszli, bo bezradni się czują. W Jakucji cerkiew szamanom nie miesza, gorzej bywa w sąsiednich republikach. Zdarzało się, że w Kraju Amurskim plakaty zapowiadające wizyty szamanów jakuckich kazano zrywać, od 'biesów' ich wyzywając. Ale zapotrzebowanie jest. Nasi znajomi jeżdżą nad Bajkał, i do Mongolii, a zimą do Dubaju leczyć pojadą.
      Niestety, z powodu napiętego programu przegapiliśmy Festiwal Rdzennych Ludów Północy, który akurat się w Jakucku odbywał na głównym placu przed teatrem. Przecież tam przejeżdżaliśmy. Że też nas nie tknęło żeby się zatrzymać i sprawdzić, po co ta scena i żółte namiociki. Były występy Jukagirów (których ponoć już niewiele ponad tysiąc się ostało), i Ewnów, Ewenków, Dołganów... Wielka szkoda. Dowiedzieliśmy się o tym wydarzeniu z telewizji, na proszonej kolacji u znajomych. Były tradycyjne dania - w tym surowe małe rybki, co się w całości spożywa (i dlatego nie mogą być z Leny, bo brudna; trzeba je specjalnie na małych rzeczkach łowić w pasiołkach). I sało do wódeczki (oczywiście jakuckiej), a dla pań piwo - też warzone w Jakucji (choć na licencji czeskiej). A na deser śmietana ubijana YTYK'iem, czyli drewnianą ubijaczką do wszystkiego. Każda gospodyni ma swój YTYK - i też taki sobie zakupię, a co! Taki robot kuchenny bez prądu. A do tego mors, czyli kompot z jagód (a już się zastanawiałam, czy jako wegetarianka mogę to pić!). A nasz mors to po rosyjsku 'morsz' - poluje się dla niego dla skór i tłuszczu (z którego robi się świece). No i kości, z których robi się ozdoby i sprzedaje turystom za grube pieniądze w sklepie z suwenirami. A oprócz tego z lokalnych pamiątek można nabyć drogą kupna torebki z łap niedźwiedzich, nie mówiąc już o breloczkach niedźwiedzim pazurem. No i miotełki do odganiania komarów z włosia końskiego. Koń to tu ważne zwierzę, taki symbol. Konie hoduje się na mięso (przysmak to wątroba z 2 letniego źrebaka) i mleko na kumys. Wierzchem na koniach się nie jeździ. Zwierzęciem pociągowym tradycyjnie były tu byki i woły (jak zresztą w dawnej Polsce). Na koniec miłego wieczoru obdarowano nas podarkami: podręczna biblioteczka została wzbogacona cennymi książkami o Jakucji - ilustrowany atlas, opis kultury materialnej oraz klasyka etnografów, tj. "Jakuty" Wacława Sieroszewskiego (1858-1945) . Ten wszechstronny człowiek, gdy trafił na zesłanie do Jakucji w 1878 r., to nie wzdychał i usychał z tęsknoty za krajem, tylko od razu wziął się do roboty, m.in. jako kowal, ale i jako etnograf amator. Książka "Dwanaście lat w kraju Jakutów" ukazała się w 1896 r., a Sieroszewski dostał za nią złoty medal Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Dostaliśmy też w ramach ciekawostki lampę naftową w oryginalnym opakowaniu, nigdy nie otwieraną - rok produkcji 1998, cena 1 rubel 40 kopiejek. Szaman mówił, że nie wolno starych przedmiotów gromadzić. Ale lampa nowa, tyle że stara. Jakuck opuściłam z postanowieniem, że chcę tu wrócić zimą. Tak, tutejsza zima to musi być coś! Jak Mariusz pokazał swoje filmy z kajakowania w grudniu, a więc "zimą", to nasi gospodarze rozbawieni pytali - 'To jest zima? Minus 3 stopnie...? U nas tak będzie za dwa tygodnie!".
      Kierujemy się na Mirnyj (centrum wydobycia diamentów, głównego dobra Republiki Sacha), a dalej do Leńska. Taka alternatywna droga na zachód. Przy drodze zauważamy typowy grób jakucki. Taka skrzyneczka, jak drewniany grobowiec. Kiedyś tak chowano ludzi, bo przecież tu wieczna zmarzlina, zresztą przez większą część roku i bez zmarzliny ziemia skuta lodem. Dziś to ma bardziej znaczenie tradycyjne, jako pochówek jakucki naziemny (dla odróżnienia od typowo rosyjskich grobów pod ziemią i szamańskich - na drzewach). Ale tu ktoś okazał się człowiekiem o szerokich horyzontach - skrzyneczka jak u tradycyjnych Jakutów, do tego krzyż prawosławny jak u Ruskich, i jeszcze czerwona gwiazda, jak na ludzi radzieckich przystało. Melanż cywilizacji i kultur. Taka zawsze była i jest Jakucja...

      Jak tylko zbliżyliśmy się do Wilujska, to na dłuższy czas "przykleiliśmy się" do rzeki Wiluj, którą nam przyszło kilka razy przepłynąć korzystając z lokalnych usług promowych, a te wcale tanie nie są. Wiluj jest dość nietypową rzeką na Syberii, gdyż płynie równoleżnikowo - co pomogło Kozakom w ich pochodzie na wschód w celu podboju Syberii - latem na łodziach płaskodennych, a zimą po zamarzniętych rzekach. W Wilujsku trafiliśmy do lokalnego muzeum, gdzie młoda pracownica (to dopiero drugi miesiąc jej pierwszej pracy po szkole), roześmiana i z godnym komsomolców entuzjazmem, opowiedziała nam o wszystkich eksponatach. Co prawda czasami coś tam jej się pomyliło, ale co tam, to szczegóły wobec jej radosnego usposobienia. Przywitaliśmy się z wypchanym łosiem; niedźwiedź już linieje, bo to jeden z pierwszych eksponatów, a muzeum w tym roku obchodzi 100 lat, tak jak i Wielka Rewolucja Październikowa. Choć tutaj, na wschodnią Syberię, rewolucja dotarła zawieruchą wojny domowej dopiero w 1922 r. Po drodze minęliśmy pomnik w kształciie bagnetu postawiony poległym... oczywiście tym, którzy zginęli po właściwej stronie "broniąc młodej władzy radzieckiej". Przy manekinie szamana nasza młoda ekskursawodka wyjaśniła, że szamanów w dzisiejszej Jakucji już nie ma (!?), ale za to są "ekstarsensy". Jak zwał, tak zwał. W Wierchniewilujsku (to już kolejny ułłus - czyli taki powiat - jak sama nazwa wskazuje w górnym biegu rzeki Wiluj) jest centrum ETNO-MEDYCYNY, gdzie leczą ziołami i innymi metodami medycyny tradycyjnej. I tam pewnie te ekstrasensy się gnieżdżą! W działach muzeum na piętrze spoglądały na nas ze starych fotografii słynne osobistości wiązane z miastem - wśród zesłańców, działaczy ludowych i kupców wyróżniała się twarz kobiety (choć o rysach zaciętego poszukiwacza złota lub świętego z prawosławnej ikony), i to Angliczanki. Kate Marsden, angielska pielęgniarka, przyjechała konno na wschodnią Syberię pod koniec XIX wieku w poszukiwaniu leczniczych ziół. I tak się w tej ziemi rozkochała (nie ona jedna...), że została tu dłużej, założyła misję leczącą miejscową ludność, a w stulecie jej przybycia do Jakucji wielki diament znaleziony na terenie tego ułłusu nazwano jej imieniem. Swoje wspomnienia opublikowała w książce "Riding through Siberia. A Mounted Medical Mission in 1891". Po drodze do Wierchniewilujska mijaliśmy billboardy witające uczestników XX jubileuszowej spartakiady sportów tradycyjnych, tzw. "monczaary". Wzniosłe hasała wychwalały to wydarzenie jako "dumę wielonarodowej Republiki Sacha (Jakucja)" i sławiły sport jako zdrowie i przyszłość młodego pokolenia. Już się szykowaliśmy na ciekawy sobotni wieczór, gdy tym czasem okazało się, że impreza odbyła się.... miesiąc temu. Jedna z dyscyplin igrzysk 'monczaary" to zapasy. Jak sumo w Japonii jest pamiątką walczących gigantów, są one wspomnieniem walk potężnych herosów z czasów mitycznych uwiecznionych w narodowych eposach 'olonkho'.
      Na nocleg Mariusz swoim siódmym zmysłem podróżniczym wynalazł miejsce, gdzie lokalnie odbywa się czerwcowe święto Jakutów - ysyach. Są wtedy tańce w korowodach (osuochaj), ceremonia pierwszego w danym roku 'kumysopicia' oraz obrzędy mające zapewnić bogaty 'trawostan'. Bo dla trudniących się hodowlą Jakutów siano to najważniejsza rzecz, podstawowy zapas na zimę. Siankokośne łąki stanowiły zawsze o bogactwie lokalnych gmin (naslegów), a siano było cenniejsze od pieniędzy. (Ślad tego jakby zapisał się w potocznym języku polski, nieprawdaż?). W miejscowości Suntar (nazwa pochodzi o imienia pewnej udaganki - jak dawniej nazywano kobiety-szamanki) spotkany na ulicy mężczyzna polecił nam wizytę w muzeum z odległym o 50 km muzeum w Tojbochoj. Pojechaliśmy i rzeczywiście warto było. Eksponaty opowiedziane przez panią kustoszkę-entuzjastkę nabrały życia, a w ramach bonusu pani Marta pojechała z nami zakupić lokalny kumys od gospodarzy (bo jak się nie wie gdzie, kupić się nie da). Wiele kumysów już w swym życiu wypiłam - mongolski, kirgiski, baszkirski, kazachski... i ten jakucki wcale jak kumys nie smakował. Bo on w ogóle nie śmierdział! Przy okazji jeszcze dwa postoje na oglądanie drzew w parku i koniowiązów. "Oj, jakbyście ze dwa dni zostali, to byście mogli wszystko zobaczyć. Przyjeżdżajcie do nas jeszcze!" Cóż, bardziej nie-po-drodze chyba być nie może... Podziwiam lokalny patriotyzm tych ludzi, zachwyt nad własną przyrodą, entuzjazm i dumę z własnej kultury. Bezcenne.
      W herbie rejonu Mirnujskiego jest oczywiście diament, czyli 'ałmaz'. Po drodze jeszcze miejscowość Ałmaznyj. A w samym Mirnym "wielka dziura" w ziemi, czyli krater kopalni diamentów. Ponoć nazwa miasta powstałego w 1957 r. pochodzi o zaszyfrowanej wiadomości telegraficznej przesłanej przez geologów, którzy odkryli tu pierwsze diamentowe kominy - 'almaznyje trubki' - "Podkurilim trubku Mira. Tabaka otliczna" ("Zapaliliśmy fajkę Pokoju. Tytoń jest doskonały"). Choć Wiesław Iwanicki w swojej książce o Syberii cytuje inną anegdotyczną treść depeszy telegraficznej dotyczącą pierwsze diamentowe znaleziska: "Zdechł renifer". Cóż, czasy to niedawne, a już rzeczywistość miesza się z legendą. Jak to w Jakucji.

      Geolog musi być trochę romantykiem i idealistą z duszą odkrywcy i pioniera. W dzisiejszych czasach - zdecydowanie popartą rzetelną wiedzą techniczną. Ale kiedyś... tak samo jak fakty naukowe liczyły się baśnie. Oto jak m.in. o bogactwach mineralnych Jakucji opowiada legenda:
      "Dawno, dawno temu u dzisiejszych źródeł rzeki Wiluj było wielkie jezioro. Mieszkały tam ogromne zwierzęta, jakich nie ma już dziś na świecie i tylko odciśnięte w skałach ich ślady i skamieniałe kości są dowodem na to, że kiedyś istniały. Jeziorem rządził Dobry Duch, który był bardzo bogaty. Jak to zwykle bywa, zakradł się kiedyś do niego żyjący w podziemiach Zły Duch, aby ograbić jego skarbiec. Zły Duch nabrał do wielkiego worka diamentów, złota i innych drogocennych kruszców i zaczął uciekać. Oczywiście Dobry Duch rzucił się za nim w pogoń. Gdy był już tuż, tuż, złoczyńca upuścił wór i kosztowności rozsypały się po ziemi. Te, które wpadły do jeziora sprawiły, że woda wystąpiła z brzegów, a do tego zupełnie straciła smak. Nie mogły jej pić mieszkające nad jeziorem zwierzęta. Nie miały więc innego wyjścia, jak udać się na wędrówkę, na wschód, w stronę Wielkie Wody (tj. dzisiejszej rzeki Leny). Zadrżała ziemia pod ciężarem kroczących długimi kolumnami mamutów i innych wielkich zwierząt. Padały pod ich ciężarem drzewa, kruszyły się wielki skały. Droga była trudna, często musiały zmieniać kierunek, idąc to na prawo lub lewo, ale niestrudzenie szły ku Wielkiej Wodzie na wschodzie, żłobiąc po drodze głęboki korytarz. A woda z jeziora wylewała się i płynęła szlakiem pochodu wielkich zwierząt, wijąc się między skałami i niosąc ze sobą skarby upuszczone do jeziora przez Złego Ducha. I tak powstała rzeka, którą dziś ludzie nazywają Wiluj." (legendę cytuję za Wiesławem Iwanickim z jego książki o Syberii "Na wschód od Uralu"). Kości mamutów w wiecznej zmarzlinie Jakucji jest dużo. Ale są także ślady, że żyły tu kiedyś dinozaury, a teren zachodniej Jakucji był dnem ciepłego morza. Z tamtej epoki pozostały złoża soli kamiennej i ornamenty w kształcie dinozaurów jako duchowych pomocników na kubrakach szamanów. Pani Marta pokazywała nam taki w muzeum w Tojbochoju. Jednym z eksponatów był też stary jakucki łuk, wykonany z materiału "kompozytowego" składającego się z 13 warstw! Oprócz różnych gatunków drzew iglastych i liściastych, jedną z cieniutkich warstw stanowiła też kość. Mamucia? Podobno po ekspertyzie przeprowadzonej w laboratorium w Holandii powstała hipoteza, że kość ta może być kością dinozaura. Kolejna baśń Jakucji?...
      Mirnyj to nowoczesne miasto, w tym roku obchodzi 60 lat. Uroczyste obchody były w lipcu, świadczy o tym scena przed domem kultury "Ałmaz". Znowu się spóźniliśmy. Kolejne występy 1 września. Ale nie z okazji wybuchu wojny - dla Rosji wojna rozpoczęła się 22 czerwca 1941 r. Po prostu będą się radować z początku roku szkolnego! (a może początku zimy... ). Odwiedziny w mieście zaczęliśmy oczywiście od wielkiego krateru kopalni diamentów MIR. Taka ogromna dziura w ziemi - kilometr średnicy i pół kilometra głębokości, aby dostać się do "rudy diamentów", czyli kominów kimberlitowych. Krater był eksploatowany do 2001 r. Teraz kopią w innych miejscach rejonu Mirnyjnego. Prym wiedzie spółka akcyjna ALROSA - 99% wydobycia diamentów w Rosji i 25% wydobycia światowego, czyli ok. 30 mln. karatów rocznie, cokolwiek to znaczy. W Jakucji 30% wydobycia to diamenty techniczne, dla przemysłu. Reszta to diamenty jubilerskie. Zaszłam nawet do sklepiku "Brylanty Jakucji", a co tam... Popatrzyłam na ceny... i pomyślałam, że przecież najważniejsza jest piękna dusza, co tam takie świecidełka. Nie dajmy się omamić! Dotarliśmy dziś nad Lenę do Leńska. Czekamy na pozwolenie, aby prywatną drogą kompanii gazowej - kolejnego lokalnego potentata - pojechać do Ust-Kut. Biurokratyczna maszyna rosyjska mieli nasz wniosek o pozwolenie, który kilka dni temu w naszym imieniu złożyła nasza znajoma z Jakucka. No cóż, budiem żdat'.
      Przedwczoraj było 38 st. w dzień. Dziś nad ranem tylko 2 st. Poranne mgły jak u nas w październiku. Ale noce wciąż króciutkie, ciemno się prawie nie robi. To jest zdecydowanie plus dodatni podróżowania po północy latem.

      W Leńsku przyszło nam spędzić kilka dni. A dokładnie trzy noce na piaskowej plaży nad Leną. Wielka była nasza radość, gdy wieczorem po przyjeździe do Leńska dostaliśmy mailem pozwolenie na przejazd drogą firmy gazociągowej do Ust Kut. I równie wielkie było rozczarowanie, gdy się okazało, że ten z trudem zdobyty papier jest na inną drogę innej firmy. Bo z Leńska wychodzi droga, której właścicielem jest Transneft Vostok, a nie Surgutneft. I bądź tu mądry. Niby droga jest tylko jedna, a jednak można się pomylić. Zgodnie z instrukcją strażnika siedzącego w zielonym wagończyku przy szlabanie na wjeździe na tę że drogę, wróciliśmy do miasta i udaliśmy się do biura Transneft Vostok na Lenina. Okazało się, że pozwolenia dają nie tu, tyko w Bracku. Procedura jest prosta: trzeba wejść na stronę internetową firmy, wypełnić formularz cyrlicą, wydrukować, podpisać i wysłać faksem. Ba! Prosta rzecz, ale nie dla innostrańca w podróży. Ale nie poddaliśmy się. Miłe panie z agencji turystycznej okazały zrozumienie i naszej sytuacji i procesu administracyjnego. Obdzwoniły kogo się dało, wypełniły i wydrukowały formularz, ale... wysłać w naszym imieniu nie mogły, bo nie miały faksu. No to idziemy na pocztę za rogiem. Tam faksu też nie mają, trzeba iść na Pobiedy. Ale gdzie na Pobiedy, skoro przechodnie kierują nas na pocztę główną na Lenina. Znaleźliśmy, pobraliśmy numerek, odczekaliśmy swoje, a na koniec dowiedzieliśmy się w okienku, że i tu faksu nie ma, trzeba iść na Pobiedy 31. To z drugiej strony tak zwanego centrum. Bo Leńsk jest jak wioska ciągnąca się wzdłuż drogi powiatowej. Tu główną arterią jest rzeka, a miasteczko (oficjalnie - największy port rzeczny na Lenie) żyje wzdłuż trzech głównych ulic biegnących równolegle do rzeki - Lenina, Pobiedy i oczywiście Nadbrzeżnej z promenadą. No to dawaj dreptać z powrotem na Pobiedy. Jest biuro Rostelekom - tu faks można wysłać. Pani ze zdziwieniem patrzy na moją niemalże euforię. Bo przecież to takie oczywiste, że w Leńsku faks można wysłać tylko na Pobiedy 31. Tak.... No dobra, jedno małe zwycięstwo jest, faks wysłany, co teraz. Czas oczekiwania na decyzję, maksymalnie do pięciu dni. Ale jak się dowiedzieć o decyzji. Ano trzeba dzwonić do Bracka i pytać. Ale ponoć tam nie zawsze 'trubku podnimajut' (tj. podnoszą słuchawkę). Wracamy do biura Transneft Vostok. To oczywiście przeciwległy koniec miasta. Trzeba czekać, na razie nic nam nie przysłali z Bracka (a więc z Bracka informują też lokalny oddział ochrony). Może coś będzie wiadomo najpóźniej w poniedziałek. Jak to w poniedziałek, przecież dziś jest czwartek? No cóż, już popołudnie, i tak nic nie zrobimy. Wracamy na naszą plażę. Kolejny dzień rozpoczynamy od wizyty w Transneft Vostok. Wieści brak, trzeba czekać. A to nie przeszkadza, że my innostrańcy? A dlaczego ma przeszkadzać, dziwi się człek w okienku. Hmm... Decyduję się sama zadzwonić do Bracka. I udaje mi się dodzwonić już za pierwszym razem. Nieskładnie tłumaczę, że Polacy, że faks, wniosek o pozwolenie na przejazd drogą wzdłuż gazociągu, czy może jakieś dodatkowe dokumenty trzeba przesłać...? "Decyzja odmowna bez podania przyczyny", słyszę w słuchawce. Wczoraj już było wiadomo. Hmm... Szkoda... Jest 'plan B' - barką po Lenie do Ust Kut. Opcja kosmicznie droga, bo to ponad 600 EUR, no ale co robić. Jedziemy na nadbrzeże, gdzie dopływają barki. Oczywiście nie ma żadnego terminala, biura informacji, nic. Są dźwigi, jest spychacz, żeby jakoś tam uklepać zjazd dla TIR'ów, żeby z barki zjechały. Zaciągamy języka u kierowców ciężarówek. Trzeba się postawić na placu, czekać, przyjdą zapisywać numery rejestracyjne w kolejkę. Ale kto, kiedy... Idziemy w okolice barki, gdzie trwa rozładunek. Tam powinni coś wiedzieć. "Jak można z wami popłynąć do Ust Kut?", pytam. "Trzeba najpierw znaleźć Dimę". A gdzie Dima? Dima jest tam, gdzie jego biała Toyota Hilux. W końcu ktoś poszedł po Dimę, wyjaśniłam o co chodzi. Dima wpisał nas długopisem do swojego kajeciku. "Dobrze, pomożemy wam. Bądźcie tu jutro o ósmej rano". Trzeba czekać. Idę poszwędać się po mieście. Jest czas, żeby popodglądać miejscowych: panie z 'salonu krasoty' wyszły na papierosa, babuszka na targu sprzedaje dwa wiadereczka kartoszki ze swojego ogródka, a przy mięsnym wystawiono na stoliczku buty z ciepłego futra reniferowego (ok. 650 zł, ale nadają się tylko na suchą i mroźną zimę Jakucji, nie na polską słotę). W księgarni pogawędka ze sprzedawczynią o skomplikowanych historycznych relacjach polsko-rosyjskich. Nie ona pierwsza pyta nas o nowe prawo w Polsce zgodnie z którym usuwane są pomniki żołnierzy radzieckich. Nigdy o tym nie słyszałam, ale próbuję wykręcić się jakoś, że to wielka polityka, że my zwykli ludzie musimy się jakoś dogadywać. Po nocnej ulewie piesi przeskakują wielkie kałuże na chodnikach, a samochody slalomem lawirują pomiędzy zalanymi wodą dziurami na jezdni. Przy promenadzie, na skwerze, dzieci bawią się na pomniku "sybirskich szoferów", czyli woźnicy powożącego sanie z trojką koni. Od strony pomnika z kozacką łodzią płaskodenną na wysokiej kolumnie nadjeżdża orszak weselny, a w cerkwi ufundowanej miastu w 2001 r. przez diamentowego potentata ALROSA właśnie trwa wieczorne nabożeństwo. Piątek wieczór, życie w mieście płynie spokojnie, jak wody Leny... Jak dobrze pójdzie, to za 4 dni będziemy w Ust Kut.
      Paka' !!!

      My już prawie pod Krasnojarskiem. Wiele wody w Lenie upłynęło, od kiedy zjechaliśmy na suchy ląd. A było to tak: Na cztery doby przemieniliśmy się z wilków stepowych (a dokładnie tajgowych) w wilki morskie (to znaczy rzeczne). Życie na barce.
      Latem kierowcy robią takie kursy ciężarówkami (które pewnie nie przez przypadek nazywają tu "rejsami", przez morze tajgi) ze dwa, może trzy razy. Ładują się w Nowosybirsku, Irkucku, a niektórzy może i na Kaukazie, czy w Azerbejdżanie, jadą tysiące kilometrów na kołach do Ust-Kut, tam ładują się na barkę, trzy dni z prądem rzeki płynie się do Leńska. Potem po dziurawych drogach, do Mirnego, Udacznego, kopalni po drodze. Rzadko trafia się ładunek na trasę powrotną. Więc wracają na pusto do Leńska, ładują się znowu na barkę. Wtedy zaczyna się impreza. W pustych naczepach powstają prowizoryczne (jak chyba wszystko na Syberii) salony towarzyskie i kuchnie. Towar dowieziony, teraz można odpoczywać (tzn. otdychat). Są filmy na 'flaszkach" (to po rosyjsku zewnętrzna pamięć USB) i wódeczka we flaszkach, a dokładnie w 5 litrowych plastykowych baniakach po wodzie, bo oficjalnie na barce pić nie wolno. W nocy barka jest słabo, a miejscami nie jest wcale oświetlona. Lekko kołysze. Wąskie przejścia między samochodami i burtą, żadnych specjalnych zabezpieczeń, tylko zdrowy rozsądek i opatrzność. Gdy alkohol i huzarska brawura zaszumią w głowie, łatwo fiknąć do wody. Nikt by nie zauważył. Droga powrotna to taki czterodniowy urlop w trasie. Już nie trzeba martwić się o drogę, i czy nic się nie popsuje, ile wezmą łapówki na punkcie kontroli wagi za przeładowany ponad tonaż samochód, czy towar dojedzie jak trzeba, a klient zapłaci.
      Od razu w sobotę trafiliśmy na taki wieczorek zapoznawczy. Jazda bez trzymanki, po rosyjsku! I gościnnie, po słowiańsku, czym chata bogata! Zniszczone twarze, może i srogie oblicza, ale złote serca. Ci kierowcy nie jedno na tej drodze widzieli, nie jedno przeżyli. My na drugi dzień spauzowaliśmy, nasi druzja skończą dopiero dobę przed końcem rejsu, aby należycie wytrzeźwieć przed drogą. Bliżej Ust-Kut będzie też zasięg na telefon, do żony trzeba zadzwonić, to i trzeźwo trzeba gadać, bo "pijuszczij jej nie nużnyj". Na początku września barki przestają kursować, bo poziom wody w Lenie jest za niski. Można jeździć "na około" przez Tyndę i Skoworodino, ale to ponad 5 tys. kilometrów. To też czas na serwisowanie i naprawy wozu. Większość czeka do początku grudnia, gdy otwierają zimnik. To droga przez tajgę, po której można jeździć, gdy zaczynają się mrozy. Co 50-60 km na zimniku otwierają się tak zwane 'pikiety' (PK), gdzie są gastinice, zakusocznoje, banie, no i stajanki dla maszyn. Zimą się nie kurzy, nie ma komarów, droga równa. Wtedy się jeździ! A mróz 40-50 stopni? Co tam, idzie przywyknąć. Ale mróz dla ciężarówek równie uciążliwy, jak dla ludzi. "Zimą silnik zapalam, jak z domu w resj wyjeżdżam, a wyłączam dopiero na koniec trasy", śmieją się szoferaki.
      Oprócz nas, jest jeszcze jeden samochód osobowy. Młody geolog "przegania" swoją toyotę corollę z Udacznego do Krasnojarska. Zostawi tam na płatnej stojance, za miesiąc przylecą z żoną i pojadą razem na kołach do Petersburga. Osiem lat w tajdze diamenty dla koncernu ALROSA wydobywał, czas na zmianę. Na pamiątkę zabiera ze sobą swój 'łatok' - prostokątną drewnianą misę do płukania urobku, w poszukiwaniu diamentów. "Eto łatok sybirskiego tipa", tłumaczy. W RPA czy Angoli używają mis okrągłych, a diamenty (lub złoto) oddziela się ruchem odśrodkowym. Oczywiście trzeba dużej wprawy, żeby dziecka z kąpielą nie wylać, to jest diamentów razem w przepłukanym piaskiem. Za zaoszczędzone pieniądze chce kupić mieszkanie w Pitierze , zacząć nowe życie. Ciekawe, czy uda mu się takie radykalne przeflancowanie z dzikiej przyrody w gęsto zaludnione europejskie miasto. Powodzenia, Aleksander!
      Barka płynie powoli, średnia prędkość to ok. 10 km/h. I oczywiście rzeka nie płynie po prostej linii. Miejscami przeciska się między skalistymi brzegami, jak przy pomniku-popiersiu Matki Jakucji, a czasami rozlewa się szeroko i meandruje po nizinach, jak przy Witimiu. Za miejscowością Kiereńsk pojawiło się więcej na rzece barek, głównie wiozących drewno, ale i rury do budowy rurociągów i kontenery z wszelkimi dobrami. W końcu w środę "posle obieda" dopłynęliśmy do Vierhniego Markova. Stąd jeszcze 150 km do samego Ust Kut dziurawą szutrówką. Żegnamy się z sąsiadami szoferakami. Szerokiej drogi, do zobaczenia na trasie!

      Od kiedy w Tajszecie wjechaliśmy na główną drogę numer M53 "Bajkał" (która według nowej nomenklatury została przemianowana na R255 "Sybir") łączącą Irkuck z Nowosybirskiem, od razu przyśpieszyliśmy tempo przemieszczania się, ale i zrobiło się tłoczno na drodze. Minęliśmy też kilkoro podróżników - na rowerach, motocyklach w samochodach - zmierzających w przeciwnym kierunku. Na głównej są oczywiście co krok stacje benzynowe, stojanki dla ciężarówek, gostinice i restauracje dla podróżujących. Pełna cywilizacja. Z nostalgią mijamy miejsca znane z poprzednich przejazdów tą trasą. W tym brzozowym zagajniku na lewo spaliśmy 15 sierpnia 2011 roku (to punkty na GPS'ie są takie dokładne, nie koniecznie nasza pamięć), na wyjeździe z tego noclegu Mario zauważył awarię w swoim bush-taxi i trzeba było odholować go do Kiemierova, tu jadłam dobrą zupę grzybową, a w tym 'kafe' mają dobre pirożki (czyli nasze paszteciki) z kapustą. Tam, gdzie stała niezapomniana traktoria przy rzeczce Kazaczja (nic dziwnego, że zbankrutowali; spaliśmy w namiocie tuż obok w 2005 r.; rano musieliśmy przynieść swoje jajka, żeby pani kucharka zrobiła nam jajecznicę) jest tylko wysypisko śmieci, a po wagończyku jak wóz Dżymały z prowizorycznym sklepem, gdzie młode dziewczyny sprzedały nam czekoladę XL z żurawiną przez Widimiem zostało tylko puste miejsce przy drodze (to one pierwsze powiedziały nam, że przed nami także wzdłuż drogi na BAM'ie jedzie Holender na rowerze; poznaliśmy go kilka dni później). Nakładają się lata (na Syberię jeździmy od 2005 roku), wspomnienia osób, z którymi jechaliśmy, przelotne spotkania i mało znaczące wydarzenia. W Bracku przywitaliśmy się z Angarą, którą zbudowana w latach 50-tych wielka tama wciąż powstrzymuje od tego, aby biegła swobodnie ku swemu ukochanemu Jenisejowi. Jego z kolei minęliśmy przy Krasnojarsku. W Nowosybirsku nad rzeką Ob (której nazwa znowu nawiązuję do "rzecznych kochanków Syberii" - bo to od miejsce, gdzie piękna Katuń i młodzian Bij łączą się i OB-ie rzeki płyną już razem na północ) przywialiśmy się z Leninem na głównym placu miasta. W cieniu wodza i towarzyszących mu czekistów oraz kołchoźników nie ma już defilad - dziś młodzież jeździ tu na deskorolkach i wywija akrobacje na rowerach. W Kiemierowie, sercu Kuzbas'u (rejon przemysłowo-górniczy) jak zawsze latem świętowano dzień szachtiora. Bo tu patronką górników nie jest Barbara, tylko Katarzyna. To od jej imienia wziął nazwę Jekaterinburg, stolica bogatego we wszelkie minerały Uralu. (A druga patronka Jekaterinburga to Katarzyna I, żona cara Piotra I.) W celach poznawczych zajeżdżamy też do małych miasteczek, oddalonych o kilka kilometrów od głównej drogi. Ciekawe ilu turystów zagranicznych odwiedziło Czułym, małe miasteczko na szlaku kolei Trans-syberyjskiej. Kiedyś takie osady miały rację bytu, bo parowozy potrzebowały często uzupełniać wodę i drewno. Były jak karawanseraje na Jedwabnym Szlaku. Ale dziś? Z czego oni tu żyją, pośród bagnistych terenów Wielkiej Niziny Zachodniosyberyjskiej. A jednak żyje się tu dobrze, sklepy dobrze zaopatrzone, jest czysto i schludnie, nic się nie wali. Ktoś miał nawet fantazję, aby powiesić portret Karola Marksa na drzwiach swojego garażu tuż przy przejeździe kolejowym. A w takim Barabińsku? Z czego tam ludzie żyją? Bo pieniądze widać mają - sklep przy sklepie, w tym samoobsługowe, co w Rosji nie jest powszechne (tu nawet tak zwane "domy towarowe" to wielkie hale z tuzinami małych sklepików, gdzie 'kobieta za ladą' podaje towar - trzeba się umieć wysłowić; alternatywą jest metoda jedno-palcowa), ceny przyjazne, pełna cywilizacja!
      A tak przy okazji - odczuwam wielką wdzięczność wszystkim moim 'paniom od ruska' w podstawówce i w liceum, że nauczyły mnie tego języka. Wspominam z rozrzewnieniem "Kartinki" i "Sputniki", wiersze patriotyczne, których uczyliśmy się na pamięć ("Żdi mienia i ja viernus, tolko oczien żdi..."), czytanki o bohaterach Związku Radzieckiego, odmiana rzeczowników kończących się na -ija np. stancja, kwitancja lub zwroty typu 'siebia' i 'drug druga', nie mówiąc już o wiecznie wałkowanych 'zdies-sjuda' vs. 'tam-tuda'. I specjalne podziękowania dla Irina Fedotova, gdyż dzięki niej jako już dorosła osoba 'odkurzyłam' mój rosyjski, ale i dowiedziałam się coś więcej o tym kraju. Ach, te wspaniałe lekcje z radzieckimi multikami! Bo to nie tylko Wilk i Zając, ale i Kiwaczek, i Winpuch, i Jożik w Tumanie. Kto nie zna - gorąco polecam!

      No i stało się! Przejechaliśmy całą Syberię. Od Magadanu do Uralu. Kropka. Na deser był dziś Jekaterynburg - urokliwe miasto, przyjazne odwiedzającym. Nawet chiński motocyklista zobaczył uśmiech na twarzy policjanta, który go zatrzymał za brak kasku. Ale pani bileterka w trolejbusie z ulgą stwierdziła, że rozumiemy po rosyjsku, bo jak kiedyś jakieś Finy jechały, to cały trolejbus został poruszony, ale i tak nikt nie mógł "rozbirats'sa" ( (= zrozumieć), dokąd oni chcą jechać. A jechali na dworzec kolejowy. My za to dostaliśmy się do turystycznego centrum, minęliśmy muzea, przejściem podziemnym z grafitti z kultowym Victoreym Tsoyem z równie kultowej kapeli KINO wyszliśmy na teren ulicznych rozgrywek szachowych dla seniorów. Potem obowiązkowa pielgrzymka w stronę Cerkwi na Krwi - w miejscu, gdzie stał dom, w którym to zabito ostatnią rodzinę carska (a dom zburzono w 1977 na rozkaz ówczesnego I sekretarza partii w Jekaterynburgu, Borysa Jelcyna). A na koniec - wizyta w muzeum W. Wysockiego w wieżowcu-hotelu, który dla 'szutki' nazywa się właśnie Wysocki (tez - od "wysoki budynek").

iwona kozłowiec

FWT Homepage Translator