FWT Homepage Translator
Indie 1999
index witryny
strona główna
wstecz








      Trudno opisać szczegółowo całą, ponad półtoramiesięczną podróż po Indiach, doszedłem do wniosku, że ograniczę się do najważniejszych rzeczy, a przede wszystkim do osobistych odczuć, które powstały wobec spotkania z tak egzotycznym krajem.
      Od wielu lat moim marzeniem była podróż do Azji. Ale dopiero spotkanie z moim nauczycielem yogi Jurkiem Jaguckim, zaowocowało spełnieniem tych potrzeb. Do samego wyjazdu w środku mroźnej lutowej nocy nie byłem pewny, na co się decyduję. Jeszcze ośmiogodzinny lot samolotem przedłużał sielankę domowych pieleszy. Dopiero zderzenie z ciężkim, wilgotnym i gorącym powietrzem na lotnisku w Bombaju, jakże różniącym się od czystego i pachnącego Tegel w Berlinie, przywołało mnie do rzeczywistości. Normalnym odruchem było wyszukiwanie zdziwionymi i lekko przestraszonymi oczyma wszelkich różnic od normalności, czyli od tego, co zachodnie. Smród uryny unoszący się z gęsto skrapianych przez Hindusów ścian lotniska, niesamowicie gęsto kotłujący się tłum ciemnych twarzy przy wyjściu na parking, zewsząd wyciągające się dłonie o długich palcach, chcących chwycić twój plecak, hałas porównywalny z okrzykiem radości stadionu, kiedy Polska wygrywa z Anglią oraz wiele innych dziwności maksymalnie rozszerzyło moje źrenice. W pozornym spokoju utrzymywała mnie tylko uśmiechnięta twarz Jurka, który tym razem do Indii wybrał się ze swoim półtorarocznym synkiem i żoną. Długo by pisać o wrażeniach pierwszej nocnej kilkugodzinnej podróży busem marki Tata z Bombaju do Puny. Na myśl przychodzą tylko wspomnienia słów gospodarzy, u których mieszkałem kilka tygodni w Anglii, dla których Polak był synonimem brudnego dzikusa w walonkach popijającego przez cały boży dzień samogon z flaszki. Ciężkie sobie wyrobiłem zdanie o Hindusach w tą pierwszą noc.
      Całe szczęście, że po nieprzespanej nocy nastąpił rześki i ciepły wiosenny poranek z temperaturą 25st.C. Zaraz po śniadaniu w zaplutej spelunie wyruszyłem na poszukiwanie hotelu, w którym mógłbym spędzić pierwsze trzy noce w tym egzotycznym nadal kraju. Ciężkie nocne przygody dopełnił obraz nędzy i rozpaczy indyjskich hoteli w tym pięciomilionowym miasteczku studenckim. Pod pordzewiałymi łóżkami przemykały szczury wielkości europejskiego kota, a otwarciu okna towarzyszył chrzęst łamanych chitynowych tułowi karaluchów. Cóż było robić, trzeba było wybrać drogi Chetak Hotel za 30zł od osoby, ale z zachodnimi wygodami.
      Jednak już następne dni zaczęły kruszyć powoli mój nowy wizerunek Indii. Odwiedziny w instytucie mistrza Hatha Yogi B.K.S. Iyengara, zupełnie zmieniły mój wymyślony obraz jaskini yogina. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że sedno duchowości leży w prostocie i pokorze, a nie jak sądziłem w owianym magią ziemskim raju. Ostatni dzień pobytu w Punie przyniósł mi dużą dawkę psychodelicznych wrażeń. Zawitałem do dzielnicy prostytutek w poszukiwaniu łańcuchów i kłódek, o których jeszcze napiszę. Na wschód od luksusowej, handlowej ulicy Mahatma Ghandi Road, rozpościera się osiedle walących się i cuchnących, jednopiętrowych kamienic, ciasno zamieszkanych przez prostytutki i ich nadpobudliwych alfonsów. Na jednej ulicy można za 8zł wziąć w ramiona piękność z Kaszmiru, na drugiej starszą panią ze slumsów i wreszcie na jeszcze innej kalekę o tak dużych zniekształceniach ciała, że trudno poznać płeć, ale już tylko za 1-2zł. Wtedy dotarło do mnie, że Paul William Roberts w swej książce 'Imperium duszy', nie kłamał opisując ciemne dzielnice wielkich miast Indii, i że na prawdę można tu za parę dolarów kupić życie człowieka.
      Dosyć tych mrocznych obrazów. Postanowiliśmy z wybranką mego serca i z nowopoznanym kolegą ze Szczecina, że wyruszamy pociągiem na północ. Zakup biletów trwał od godziny 1 po południu do 7 wieczorem. Następnego dnia zdziwieni nakazami Jurka, abyśmy pojechali na dworzec półtorej godziny wcześniej, przedzieraliśmy się przez kłębiący się tłum do upragnionego peronu. Na dworcu nie ma tablic z wywieszonymi godzinami i peronami odjazdu pociągów. Peronu trzeba szukać zasięgając języka. Ale nawet przedstawiciel zawiadowcy stacji mylił się co do odpowiedniego numeru peronu. Kiedy wreszcie dotarliśmy spoceni z za ciężkimi plecakami na odpowiedni peron ujrzeliśmy stojący pociąg, który jakby już miał zamiar odjechać. Więc szybko pytamy się pierwszego podróżnego w oknie wagonu, czy aby ten pociąg zmierza do Bombaju. Ów zaaferowany pytaniem cudzoziemca Hindus, opowiedział nam historię o swojej ciotce, która mieszka.... w Bombaju, oczywiście uprzednio przytaknął, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że jego ciotka na pewno mieszka w Bombaju. A więc, który pociąg jedzie do Bombaju? Kiedy wreszcie odnaleźliśmy nasz skład, okazało się, że odjeżdża o czasie, co w Indiach jest tak samo normalne jak to, że może odjechać z 12-sto godzinnym opóźnieniem. Teraz pozostało tylko znaleźć swoje nazwisko wpisane na przyklejone do ściany wagonu listy, oczywiście z błędem. Całe szczęście, że listy były wywieszone na wagonach od strony peronu, a nie po przeciwnej. Tak już wyglądały nasze podróże pociągami do końca pobytu w Indiach, a spędziliśmy w nich ponad 280 godzin odwiedzając około tysiąca stacji.
      Ktoś mógłby pomyśleć - ale facet sobie zafundował wakacje! Ale piękno Indii dociera do naszych zachodnich, zakutych łbów dopiero po kilku dniach. Kiedy całe chmary kalekich żebraków jak z filmu grozy nie robią już wrażenia, a upał i flegmatyzm biurokratycznych urzędników nie rozdzierają nerwów. Wtedy wielka zapora wodna w Czorsztynie, zbudowana z naszych uprzedzeń i lęków, zaczyna przeciekać. A kiedy strumień zachwytu i duchowego spokoju zamienia się w potok, a potem w rzekę, już wiemy, że 46 dni na zrozumienie tego świata to za mało i że trzeba tu jeszcze raz przyjechać na o wiele wiele dłuższy czas.
      Kilka następnych dni upłynęło nam na fascynującej jak się okazało dziesięciogodzinnych podróżach pociągami na drewnianej ławce w ścisku, jaki możemy tylko pamiętać z czasów komuny w poniedziałkowym szczycie. Kolejnym ważnym dniem była noc w Ajmerze. W Indiach wszystkie wesela odbywają się w środowe wieczory. A pochody gości weselnych przemierzających miasta są głośniejsze od najgłośniejszych europejskich dyskotek. Trudno znaleźć na Zachodzie ludzi tak owładniętych szczęśliwą zabawą jak właśnie w każdą środę w Indiach. Po obejrzeniu weselnych pochodów z balkonu hotelu, nie zostało już wiele nocy. Następnego ranka łapiemy, cudem trzymający się kupy tylko dzięki silnej wierze kierowcy, szary autobus jadący do Pushkaru. Niestety to luty a nie listopad, więc wielkich targów wielbłądów nie obejrzymy, ale jedyna świątynia Brahmy w Indiach to wystarczający powód tłuczenia się po wybojach ponad godzinę. Nie sposób opisać duchowych doznań całkowitej wolności od problemów tego świata, jakie doznawałem siedząc w cieniu kolorowych kolumn tego przybytku wiary. Właściwie cały ten opis podróży po Indiach nie przekaże w żaden sposób tego, co najwartościowsze w tym kraju. Mogę tylko próbować opowiadać o paradoksalnym zadowoleniu z kilkudniowej jazdy pociągiem, czy 'czarach' Sai Baby. Ale tak jak wiersz "Fortepian" nie potrafi przekazać prawdziwego piękna muzyki Chopina, tak słowa najwytrawniejszego pisarza nie przekażą poruszeń duszy podróżnika. Trzeba pojechać z czystym sercem do Indii, aby posłuchać muzyki tej ziemi. Od momentu naszej wizyty w świątyni Brahmy czułem, że coraz bardziej moja droga poznawania Indii oddala się od drogi mojej ukochanej. Skończyło się to po kilku tygodniach jej załamaniem nerwowym w pewien upalny, hałaśliwy dzień w Bangalore, a w samolocie powrotnym do Europy już byliśmy sobie obcy. Ważnym jest, aby wiedzieć, po co się jedzie do Indii. Bo jeśli po to aby wypocząć to polecam plaże Goa, a jeśli dla doznań duchowych to plecak, dobre sandały i dużo dużo cierpliwości.
      Wracając na ziemię. Miałem napisać, po co kłódki i łańcuchy w Indiach. Ano po to, aby przymocować bagaż w pociągu, kiedy jedziemy nocą i zamierzamy spać. Bo raczej pewne jest, że go nam ukradną, jeśli tego nie zrobimy. Dlaczego jadąc do Indii zabieramy tylko dobre sandały, polar, jeansy, aparat albo kamerę, dwie zmiany bielizny, środki odkażające wodę, foliowe woreczki na gotówkę i wielki pusty plecak? Po kolei. Otóż, dobre sandały, bo tam tylko takie obuwie potrzebne, nawet na krótki trecking wystarczą, kiedy będziemy wracać będą na tyle przepocone, że na Zachodzie się już nam nie przydadzą, więc oddajmy je żebrakowi przed lotniskiem. Polar i jeansy, bo najlepiej chronią przed nocnym, kilkustopniowym zaledwie chłodem pustyni. Aparat czy kamerę najlepiej okleić twardą gąbką i zamykać w woreczku foliowym, by chronić przed licznymi upadkami na ziemię i bardzo dużą różnicą temperatur między nocą a dniem. Gniazdka elektryczne są w każdym hotelu, kształt taki jak w Anglii, czyli trzy blaszki. Dwie zmiany bielizny, bo wokół tanich hotelików krąży wiele praczek ze slumsów, które warto wspomóc dając im pracę. Środki odkażające wodę, jeśli już ktoś podróżował poza Europę to wie, że nawet mycie zębów w wodzie z kranu grozi dożywotnią amebą, którą na marginesie mówiąc pewnie noszę w sobie. Pamiętajmy, że Hindusi to protoplasci Cyganów, naród bardzo pomysłowy i sceptyczny, czyli właściwie tak jak my. Nie wierzą, że biali muszą pić wodę odkażoną i na każdym kroku z beztroską wpychają ci szklankę lodowatej wody w rękę, a co to znaczy w piekący upał, wie każdy, kto przejechał pustynię. Należy sprawdzać każdą kupowaną butelkę, musi mieć odpowiednią zakrętkę (nienaruszoną) i zafoliowaną szyjkę. Chociaż podobno w Kalkucie i takie podrabiają napełniając je wodą z kranu. Więcej leków nie potrzeba. W dużych miastach są apteki ayurvedyjskie, a na wsiach znachorzy. Zarówno wiedza farmaceuty i znachora jest tysiąc razy lepsza od najlepszych i najdroższych leków zachodnich. Tylko dzięki takim zwykłym ludziom, moja ponad miesięczna walka z zatruciem pokarmowym nie skończyła się półrocznym pobytem w szpitalu i krwawą biegunką. Wyleczyłem się z mimowolnego wypicia wody z Gangesu. A po tym, co w niej pływa można spodziewać się najgorszego. Idąc dalej. Po co foliowe woreczki na pieniądze? Karty kredytowe i inne zdobycze turystycznej Europy można zostawić w domu. Tam tylko cash ma wartość i tylko dolary amerykańskie. Kradną jak w tym kawale o wizycie Amerykanina w ZSRR, co nie zdążył zdjąć w szalecie spodni a już mu gacie ukradli. Pieniądze w woreczki i tam gdzie ręka złodzieja nie sięga, czyli w slipy, ze względów nie tyle estetycznych, co technicznych bokserki odpadają. Jak je wyciągać, kiedy chcemy płacić w rikszy? Drobne nosimy w kieszeni, a poza tym ponad miesięczna biegunka nauczyła mnie, za przeproszeniem, załatwiać się w hinduskich toaletach na ulicach miast, a one nigdy nie miały drzwi i są zwrócone frontem do przechodniów. Więc wyjmowanie szmalu z gatek jest OK. Ostatnie moje przykazanie, wielki i pusty plecak. Ja wziąłem wszystko i potem musiałem to częściowo rozdać biednym, a częściowo przechować u przyjaciela, bo strasznie ciążyło i na nic się nie przydawało. Natomiast pusty plecak przyda się na te tony tanich prezentów dla bliskich (koniecznie zapoznajcie się z przepisami celnymi). Ubrania europejskie tylko przeszkadzają w zbliżeniu się do spokojnych ludzi, zwłaszcza w odmętach slumsów czy na wsi. A hinduskie jedwabie na tyle tanie (5zł za ubiór od stóp do głów) i na tyle kiepskiej jakości, że można je kupować co tydzień i po zabrudzeniu oddawać żebrakom. Jest jeszcze wiele innych wskazówek, których mi nikt nie udzielił, a które sam spraktykowałem na własnej skórze. Ale o szczegóły piszcie na email.
      Strasznie się rozpisałem. Więc w atomowym skrócie powiem jeszcze o kilku najciekawszych chwilach. Jedna to dotknięcie śmierci na dworcu w Varanasi czy Benares albo Khasi, jak kto woli. Poszedłem na dworzec w celu kupienia biletów do Bodhgaya. Zrobiłem to bardzo wcześnie rano, więc tuż po wschodzie słońca na posadzkach każdego dworca leżą setki śpiących ciał. To podróżni zaskoczeni, albo raczej nie, w podróży przez opóźnienie pociągu. Zwykle są to biedni wieśniacy z workami ryżu i kilkoma kurkami na uwięzi. Podróżują do bliskich, ale nie dalej jak na 100-300km. Tak w ogóle, to zwykły Hindus, taki co białego ostatnio widział jak wojsko angielskie przechodziło przez wieś, albo nie widział białego wcale w swoim życiu, nie potrafi zrozumieć po jaką cholerę biały człowiek jeździ po świecie tylko po to, aby oglądać. No więc kiedy nadszedł wschód słońca wszyscy na dworcu budzą się. Odprawiają poranną toaletę. Przecierają oczy, czyszczą nosy, przeczesują energię bujnych włosów i piją czaj. Jednak tym razem, jeden z wieśniaków nie podniósł się, a jego żona dopiero po chwili zauważyła kamienną twarz męża. Rozpacz kobiety po stracie męża, nie ukochanego, jest inna w Indiach. My rozpaczamy z leku, bo straciliśmy kogoś lub coś, do czego się przywiązaliśmy, a oni z lęku, że jutro może nie nadejść. Kobieta wraz z mężem traci cały majątek, który przepada na rzecz rodziny. Nie ma zapomóg, nie ma emerytur ani rent. A wyschniętych truposzy, którzy zmarli z głodu można spotkać na ulicach wielkich miast tak często jak u nas przewrócone kosze na śmieci. Tak samo nikt się nimi nie interesuje. Tak jak w górach jest przejrzystsze powietrze i widać dalej, tak w Indiach nasze serce może zobaczyć więcej. I zwykłe rzeczy nas nie szokują ale uczą.
      Spotkała mnie też pewna metafizyczna przygoda. Kiedy zgubiliśmy się w podmiejskich pociągach w Bombaju i nie wiedzieliśmy gdzie wysiąść i gdzie jest reszta wycieczki (osobne wagony dla mężczyzn i kobiet, Hindus do pies na kobiety, kobieta nie zna dnia ani godziny), spotkaliśmy Nepalczyka (po kilku tygodniach zaczynasz odróżniać twarze ludzi z różnych regionów geograficznych). Siedział na podłodze pociągu oczywiście w lotosie, a brud układający się jak ćwierćwałek na styku podłogi i ściany, świadczył o tym, że musiał nie wstawać od wielu dni. Jedna małpka bawiła się jego kołnierzem, a on iskał drugą z pcheł. Zapytał nas doskonałą, oksfordzką angielszczyzną gdzie chcemy się dostać. W Indiach nawet sam premier nie mówi tak czystą angielszczyzną, a zwykłego Hindusa bardzo trudno zrozumieć. Wskazał nam stację, na której mamy wysiąść i dopiero, kiedy stanęliśmy na peronie dotarło do nas jak czysto, świeżo i pachnąco wyglądał ten chłopak, tam przecież nikt tak nie wygląda. Poza tym czuliśmy się z kolegą dziwnie pobudzeni, jakby dotknięci niewidzialną ręką.
      Wiele by opowiadać o Indiach, miejsca na darmowych serwerach by nie starczyło. W każdym razie zachęcam każdego do odwiedzenia tego kraju dziwów. Można tam spotkać yoginów stojących na jednej nodze 30 lat bez ruchu i dziewczyny swoją urodą potrafiące zwieść nawet najwierniejszego swojej żonie mężczyznę. Można też zobaczyć prawdziwą biurokrację jak ze snów Franka Kafki i pielgrzymujących, nawróconych na wedyzm bogatych amerykanów, którzy rzucili bogactwa i rodziny dla doznań duchowych. Nawet mój ojczym twardo stąpający po ziemi będąc na wycieczce zorganizowanej w Indiach, zwierzył mi się, że pewnego ranka w Benares poczuł się tak wolny i młody jakby miał 12 lat. Parafrazując znany dowcip, jedź do Indii, twoje serce już tam jest.
Mariusz Reweda

Mogę udzielić szczegółowych informacji na temat tras poruszania się po tym pięknym kraju i innych, wedle potrzeby.

Zobacz inne nasze podróże po Azji:
2003, 2005, 2007, 2008, 2008, 2009, 2010, 2010, 2011, 2013, 2013, 2014, 2014.