wyprawa do Azji
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012


TRASA:
- pierwszy odcinek na Mazury;
- przez Litwę i Łotwę do Rosji w kierunku na Petersburg;
- wzdłuż granicy fińskiej na północ do Kandalakszy na drodze do Murmańska;
- skręcamy na wschód aby pokręcić się nieco po płw. Kolskim, bo interiorze;
- powrót na południe do Medwierzogorska, skąd odbijamy na wschód;
- północnymi drogami przez Okjabriskij, Kotlas, Turińsk, Tobolsk, Kujbyszew do Krasnojarska;
- dalej na wschód do Ust-Kut skąd bezdrożami do Siewierobajkalska nad północnym Bajkałem;
- parę dni odpoczynku i spacerów po klifach bajkalskich;
- dalej na wschód wzdłóż linii kolejowej BAM do rzeki Witim;
- powrót nad Bajkał tą samą drogą i próba pokonania Gór Bajkalskich w drodze na południe Bajkału;
- powrót do Kańska i na południe do Tuwy;
- przejazd przez Republikę Tuwy i wjazd do Hakasji od południa;
- odkrywanie dzikich kurhanów sprzed 2000 lat na stepach Hakasji;
- powrót główną drogą przez Ukrainę do Polski;
- odpoczynek w Pieninach.



Wyjechaliśmy 17 lipca 2005 roku w kierunku Mazur i tak zaczęła się nasza druga wielka wyprawa. Teraz po powrocie wydaje się tylko wspomnieniem, jakby czytanej książki. Trudne chwile ukryły się w zakamarkach pamięci, a te piękne śnią się po nocach syrenim śpiewem, który przywołuje nas jak greckich marynarzy znowu na szlak.
Powróciliśmy i zaczynamy wszystko od nowa. Tylko wyjątkowi szczęśliwcy mogą sobie wyjeżdżać na miesiące z domu i wracać do starego życia. My startujemy od nowa. Ale mamy głowy pełne pomysłów i zapał do pracy, bo chcemy się dzielić uniesieniem podróżowania z innymi, zarażać ich tym motylkiem wolności od znanego.
Tak jak w poprzedniej wyprawie (Azja2003), tak i teraz powstała książka. Bardziej z powodu wspomnianej chęci dzielenia się przeżyciami, aniżeli z chęci zysku, bo na pisaniu książek nikt w Polsce nie zbił majątku. Obszerne fragmenty prezentowane są poniżej. A książkę można ściągnąć (plik DOC/RAR 140kB).
W założeniach mieliśmy jechać naszą ciężarówką podróżniczą GAZ66, ale jak to w życiu podróżników bywa, nic nie jest na pewno, bo kołdra finansowa dziurawa i skrojona na młodszego brata. Pojechaliśmy Toyotą. Wyprawa nie doszłaby do skutku gdyby nie wielka pomoc, głównie finansowa ze strony mojej rodziny, ale także i kilkoro ludzi wspierających nas w przygotowaniach. Znaleźli się między nimi: Piotr Wąsik, Beata i Jurek Borys, Hungh Dingh, Stefan Fabijański, Krzysztof Martenka, Sławek Wąsowicz oraz Basia i Robert Ziemianek. Wsparcie sięgnęło 15% kosztów wyprawy, a wyjazd do Rosji okazał się dużo droższy od wyjazdu w Himalaje. Wspomógł nas również dealer Toyoty "Toyota Fietz Poznań". Wszystkim z tego miejsca serdecznie dziękujemy, bez Was wyprawy by nie było. Możemy się tylko odwdzięczyć książką i zdjęciami na CD, wyślemy je pocztą.
Zdjęcia prezentujemy na organizowanych przez nas imprezach turystycznych, ale można je także kupić na CD drogą wysyłkową za 40zł + koszt wysyłki, wystarczy napisać email do nas. Zdjęcia są w kształcie ponad godzinnej prezentacji na DVD z muzyką i tekstem. W trakcie podróży zakupiliśmy wiele dokładnych map dzikich terenów Rosji, chętnie odsprzedamy ich ksera, aby chociaż w ten sposób zwrócić sobie ich zakup. Mapy są w skali od 1:100000 do 1:500000, w Rosji nie da się kupić lepszych.
Umieściliśmy kilka zdjęć obrazujących piękno i trud naszej wyprawy. Piekno stepowych panoram Hakasji, z licznymi skifami (kurhanami), niektóre miały po cztery metry wysokości. Panoramy Tuwy zauroczyły nas już na zawsze, podobnie jak widok zielonego stepu i przełęczy sajańskich. Spotkaliśmy tam terenowego Moskwicza i skorzystaliśmy z usług szamana. W Karelii znaleźliśmy spokój w maleńkich wioskach nad brzegami tysiąca jezior. Przebrneliśmy przez bagna tundry. Odwiedziliśmy szary Petersburg. I zakosztowaliśmy białych nocy. W kraju zabajkalskim pokonywaliśmy dziesiątki rzek bez mostów, nocowaliśmy w dziczy bez ludzi w promieniu kilkuset kilometrów, i pięknych krajobrazów Bajkału. Czasami zakopując się na zimnikach, lub odpoczywając na klifach jezior.
Chętnie także udzielimy informacji tym, którzy się wybierają w podobną podróż i nie wiedzą jak się przygotować. Piszcie lub dzwońcie 0601771523.
iwona i mariusz

Artykuł Iwony z Gazety Wyborczej o trasie wzdłuż BAM.
Artykuł o zabajkalu z Off-road.Pl
Wywiad nominowany do konkursu na najlepszy artykuł o Rosji.
Artykuł Iwony z Czwartego wymiaru o chakaskim szamaniźmie


Zobacz inne nasze podróże po Azji: 2003, 2007, 2008, 2008, 2009, 2010, 2010, 2011, 2013, 2013, 2013, 2014, 2014, 2014, 2014, 2016, 2016, 2017.


fragmenty książki:

(...)Kolejne ciężarówki z epoki komunizmu coraz silniej wzbudzają tęsknotę za moim GAZikiem. Widzę kilka starych Wołg w wersji kombi, to piękne wozy. Za kolejnym postojem wbijamy się w ruski realizm popijając kwas chlebowy z charakterystycznego beczkowozu na Zile. Teraz siedzę pod moskitierą w środku lasu, a wokół mnie bzyka radośnie cała flota boskiego jestestwa. Szybki prysznic w pełnym słońcu przyciągnął gzy, siadały nawet na namydlonej skórze. Wokół podmokłe lasy. Zjechaliśmy parę kilometrów od drogi jakąś ścieżką i rozbiliśmy obóz na karczowisku. Jeden krok w bok i samochód musi wyjechać już na wyciągarce, taki torf. Widzieliśmy traktory do zrywki drewna, mają opony większe od tych co używają Amerykanie w Big Footach.
Ciemności zapadają bardzo wolno, właściwie do pierwszej w nocy jest jasno. Ciszę mącą tylko nisko latające samoloty wojskowe, może wystraszą niedźwiedzie. Wieczorem znalazłem ślady łosia na bagniskach.
Rano wstajemy dość wcześnie i dojeżdżamy do Petersburga na jedena-stą. Postanawiamy zaparkować samochody w na jakimś strzeżonym parkin-gu w centrum. Godzina na takim parkingu kosztuje 50 rubli (1zł to około 8 rubli). Główny cel odwiedzin tego miasta, oprócz pobieżnego zwiedzania, to zarejestrowanie wiz rosyjskich. Rejestracja to pierwszy i teoretycznie obowiązkowy meldunek w Rosji. Podobno pod groźbą grzywny wymagają tego przy wyjeździe na granicy. Podobno, bo niektórzy mówią, że to nieko-nieczne. My wolimy nie mieć problemów i dlatego próbujemy zarejestro-wać wizy w informacji turystycznej, ale udaje się to dopiero w lokalnym biurze Inturistu, który oficjalnie wystawił nam zaproszenia, potrzebne do uzyskania wiz w konsulacie rosyjskim w Polsce. Koszt ekspresowej reje-stracji wynosi około 220zł na głowę, zwykle trwa to 1 do 10 dni (10 w urzędzie państwowym), ale nam udaje się załatwić formalności w 3 godzi-ny, głownie dzięki sile przekonywania Roberta. Po wprowadzeniu obo-wiązku wizowego dla Polaków chcących wjechać do Rosji, wizy wyrabia się w odpowiednich konsulatach w Gdańsku, Warszawie, Krakowie lub Poznaniu. Koszt wizy jest niewielki, ale jej uzyskanie graniczy z cudem jeśli nie skorzystamy z pośrednictwa poleconego przez konsula biura po-dróży. Takie biuro załatwia zaproszenie i wszystkie formalności za odpo-wiednią opłatą, około 830zł za dwie wizy na 3 miesiące. Wiza turystyczna do 30 dni jest dużo tańsza i czeka się na nią około 2 tygodnie. Wizy komer-cyjne na 1-5 miesięcy to czas oczekiwania 1-2 miesiące, podobnie wizy na 6-12 miesięcy, ale w ich przypadku są wymagane badania lekarskie, mię-dzy innymi na AIDS. Czysto oficjalnie i teoretycznie nie można podróżo-wać własnym pojazdem po Rosji gdzie się chce, w praktyce jest wprost przeciwnie.(...)

(...)Gdzieś, nie wiadomo gdzie, trafiliśmy nad rzekę pośród lasów. Pięknie rozlana, meandrująca przez świerkowe i brzozowe zagajniki. Wiele drzew uschło z nadmiaru wody, a brzegi podmokły szerokimi mokradłami. Obrazek iście syberyjski, okraszony komarami i gzami. Trudno do końca zrozumieć niedostępność tych terenów czytając książki, ale jak się zobaczy na własne oczy tysiące kilometrów kwadratowych moczarów i bagien, to dociera do nas, jak bardzo tu nie pasujemy, jak bardzo przyroda jest tu panem. Chciałoby się zobaczyć wszystkie te lasy, rzeki, jeziora, ale dróg jest niewiele, a z samolotu człowiek ogląda tylko obrazki nie dotykając ich. Nasza droga, szeroką na kilkanaście metrów żółtą wstęgą, przecina tą dziewiczą krainę, której władcą nie jest ani niedźwiedź, ani człowiek ale komar, siła jego jest w liczbie. Kilka kilometrów dalej napotykamy zalany wodą odcinek drogi i ciężki sprzęt pracujący przy odnawianiu nawierzchni. Po prostu sypią hektary żwiru wprost do bagna i równają spychaczami, tak powstaje droga.
Nieco dalej rozlatuje się sprzęgło w Mercedesie Roberta i Basi. Dzwoniło od dłuższego czasu a teraz odmówiło współpracy. Postanawiamy ciągnąć Merca na linie do najbliższego miasteczka. Najpierw rwie się lina holownicza z supermarketu i trzeba ją zastąpić liną kinetyczną do wyrywa-nia samochodów z błota, potem napotkany kierowca ciężarówki przekonuje nas abyśmy wracali do Sortawala, bo tylko tam potrafią naprawić Mercede-sa. W najbliższej wiosce nie ma mechanika. Musimy też zawrócić bo po-myliliśmy drogę. Ponad dwie tony Mercedesa nawracamy ręcznie. Na ko-lejnym skrzyżowaniu skręcam nie tam gdzie powinienem i jedziemy nad-kładając drogi. Ale oczywiście nic nie dzieje się bez potrzeby. Trafiamy do kołchozu gdzie kilku robotników pomaga nam wyjąć skrzynię biegów. Tar-cza sprzęgła zgubiła sprężynę. Ale na wsi rosyjskiej wszystko można na-prawić, pomaga nam kierownik kołchozu. Wkładają stare sprężyny od tar-czy UAZa, nitują na nowo i można montować. Ten Robert to ma szczęście. Gdyby nam się coś takiego przytrafiło to pewnie musielibyśmy zimować w oczekiwaniu na przesyłkę z Toyoty z Japonii.
Zrobiło się popołudnie, w deszczu wyruszamy na północ, nadgonić nieco stracony czas. Basia i Robert mają tylko 2 tygodnie do dyspozycji, a chcą dojechać aż do Murmańska. Więc wypadamy na główną drogę do Suojarwi i prujemy jakieś 35km/h. Główna droga w ogóle nie różni się od tych bocznych. To szeroki, żółty szuter, mocno zniszczony przez ciężarów-ki i w większości pokryty tarką. Miał układa się w coś na kształt tarki, jaką nasze babcie używały do prania, po której jazda zachowująca zawieszenie w jako takiej formie, jest powolna i mozolna. W takim wypadku przydaje się bardziej odporne, bo mniej komfortowe, zawieszenie na resorach. Po drodze zatrzymujemy się kilka razy aby pstryknąć zdjęcia pięknej, karelskiej przyrodzie. Wreszcie trafiamy na nasze dzisiejsze miejsce noclegowe. Rozbijamy obozowisko na samym brzegu jeziora, pośród drzew, leżąc wieczorem w namiocie, możemy patrzeć jak powstaje szara mgiełka nad ciepłą wodą jeziora. Widzimy ubarwione zachodzącym słońcem chmury, rozciągnięte nad lasami jak za krótka kołdra. Świerki na przeciwległym brzegu przyglądają się swojemu odbiciu w brunatnej, torfowej wodzie, jakby robiły ostatnią toaletę przed snem. Zapach mokrego igliwia, cisza kłująca w uszy dopełniają obrazu zaślubin z dziką przyrodą Karelii. Od dziś wiem, że będę tu często wracał, jak do źródła, jak do domu. Życia nie starczy aby obejrzeć 30000 jezior, a na pewno pamięci aby je wszystkie zapamiętać.(...)

(...)Bratsk słynie ze swej wielkiej na kilometr zapory na Angarze. Właśnie ją przejechaliśmy wąską drogą poniżej torów kolei BAM. Już od wczoraj nam towarzyszą i będą z nami tak długo jak długo będziemy jechać na wschód tą drogą, a to jedyna droga na wschód powyżej północnego Bajka-łu.
Wielka zapora na Angarze, była jedną z największych przedsięwzięć budowlanych epoki ZSRR. Aby przygotować zaplecze dla robotników wy-budowano nowe miasto w dziewiczej tajdze, o tej samej nazwie co stary Bratsk, który razem z twierdzą leżał na terenach zalewowych zapory. Dziś Bratsk ma prawie 300000 mieszkańców i jest miastem typowo robotni-czym. Pod budowę zapory przewidziano doskonałe ukształtowanie terenu, gdzie płynąca wartkim strumieniem rzeka o głębokim nurcie wychodzi spośród gór, które stanowią naturalne bariery dla zalewu angarskiego, jaki powstał po ujarzmieniu rzeki. Budowę rozpoczęto zimą, kiedy to wysadza-no lód na rzece, wiercono w nim otwory i setkami wywrotek wjeżdżano na zamarzniętą Angarę, aby wysypywać gruz do wody. W ten sposób układa-no podwaliny pod korpus tamy. Jednocześnie wycinano drzewa tajgi pod dwustutysięczne miasto jakie miało powstać przy elektrowni wodnej. Wy-cinano także drzewa na obszarach zalewowych, aby potem po latach nie zgniły i nie popłynęły z nurtem wody by zagrozić zaporze. Rosjanie nie chcieli popełnić błędu Amerykanów z tamy Hoover'a. Zima to najlepsza pora do zrobienia pierwszego kroku przy budowie dróg i miast na Syberii. Wtedy bagna są zamrożone.
Tej pierwszej zimy prawie wszyscy robotnicy mieszkali w namiotach przy mrozie dochodzącym do -40oC. I znowu pojawiło się wielu takich co szukali sobie nowego miejsca do życia na Ziemi i takich co chcieli raz w życiu skorzystać z wysokich, syberyjskich stawek płacowych. Budowa była jednym z punktów planu Chruszczowa promowanego hasłem 'dogonimy Amerykę, a nawet ją przegonimy!'. Jakże tamte slogany przypominają dzisiejsze wykrzykiwane przez podobnych Leperowi. Mentalność ludzi niewiele się zmieniła, zarówno u tych co słuchają jak i u tych co głoszą. Potrzeby są także takie same po obu stronach. Tylko najmniej ważny czynnik - słowa, są inne. Wracając do Chruszczowa, to były czasy odwilży po Stalinie, wtedy naprawdę wielu ludzi w to wierzyło. Iwona wynalazła świetne porównanie dla sytuacji Rosji. Komuna to takie małżeństwo z wielkiej miłości. Na początku każdy wierzy, że do grobowej deski czeka go tylko szczęście. Zwątpienie przychodzi, kiedy się okazuje, że obietnice nie zrealizują planów, a rzeczywistość jest silniejsza od naszych intencji i niezależna od naszej woli. Lecz małżeństwo trwa, bo każdy boi się nowej rewolucji. Od czasu do czasu ktoś wpadnie na pomysł, aby nowe dziecko wzbudziło raz jeszcze miłość i ducha walki. Przez jakiś czas ludzie wierzą na powrót, bo jak nic innego potrzebują tej wiary, jak topielec brzytwy, aby odnaleźć nadzieję na szczęście. Iluzję da się podtrzymać długo, ale w końcu marazm wygrywa i budzi apatię na nowo. Potem już tylko wegetacja, nie tak trudna aby zmusić do rewolucji i nie tak słodka, aby przypominała po co to wszystko było. Tak krótko i poetycznie można by scharakteryzować stosunki społeczeństwo - władza w historii Rosji XX wieku.
Podobną iluzję nadziei na budowę drugiej Ameryki partia komuni-styczna wplotła w propagandę budowy Bajkalsko Amurskiej Magistrali Kolejowej - BAM w latach siedemdziesiątych. Od lat kolej transsyberyjska nie nadążała z przewozem takich ilości towarów, a transport kołowy istniał tylko w obrębie pojedynczych województw. Postanowiono więc wybudo-wać drugą kolej łączącą Wschód Syberii z cywilizowaną, zachodnią jej częścią. Ułatwiłoby to transport z kopalni w Górach Bajkalskich, Stano-wych i Jabłonowych, połączyłoby komunikacyjnie zaporę w Bratsku z cy-wilizacją, oraz ułatwiło transport towarów i ludzi do i z Jakucka po Lenie, na której port przeładunkowy znajduje się w Ust-Kut. Dotychczas ciężkie towary dla Jakucji przewożono z kolei transsyberyjskiej w Tułunie cięża-rówkami przez tajgę do Bratska i dalej do Ust-Kut.(...)

(...)Przypomniałem sobie o niedźwiedziach i włączyłem na całą parę Mar-ka Bilińskiego. Według przewodnika tereny Gór Bajkalskich to największe skupisko niedźwiedzia brunatnego w okolicy Bajkału. I rzeczywiście w górach prawie nie ma osad ludzkich, więc niedźwiedzie żyją sobie spokoj-nie. Utworzono tam najnowszy park narodowy, jest ich dużo wokół Bajka-łu. W związku z budową nowej celulozowni mają go zamknąć bo prawo o parkach narodowych przeszkadza w inwestycji. Jedną celulozownię już zbudowali, od wielu lat zanieczyszcza wody jeziora, ale na razie klęski ekologicznej jeszcze nie zarejestrowano. Podobno ta wielka inwestycja w ogóle się nie chce zwrócić, bo drewno z lasu nie takie i woda zła, więc pa-pier też kiepskiej jakości i nadaje się tylko do dupy. Pamiętajcie więc, ci którym drogie jest dobro natury, po pierwsze człowiek to zaraza Ziemi, podobny swoją działalnością tylko do jedynej formy życia niszczącej swoje środowisko - wirusa, po drugie jak marnujecie papier na bezsensowne pe-tycje, to wiedzcie, że do jego produkcji potrzebna jest czysta woda i dobrej jakości drewno. Dosyć naśmiewania się z ochrańczyków prirody, są potrzebni, na pewno bardziej niż Don Kichot. Opiszę Wam teraz wspaniały widok, który mam przed namiotem. Słońce już zaszło, ale dorzuciłem drewna do ogniska, więc jest w miarę ciepło i jasno. Otóż na pierwszym planie mam dolinę rzeki, nie pamiętam jakiej, a mapa leży w samochodzie. Kilka osmalonych, dawnym pożarem ściółki, limb syberyjskich zasłania mi widok, ale one tylko dopełniają wrażenia przestrzeni. Po przeciwległej stronie doliny las wznosi się stromo na płaskie wzgórze, jakieś 900m n.p.m. Po lewej ostatni dwutysięcznik na naszej drodze nad Bajkał, który jest oddalony stąd o jakieś 28km. Powyżej pewnej wysokości, na moje oko jakieś 1000m n.p.m. na zboczu tej góry kończy się strefa lasu a zaczyna jakaś kosodrzewina u szczytu przechodząca w trawę i mchy. Gdzieniegdzie szara skała wysunie się spod miękkiego miąższu mchu, a do kolorów zieleni i skały dochodzi jeszcze jęzorami z doliny czerń pożogi, która dziś wydaje się ciepłym ogniskiem ogrzewającym turystę daleko od domu. Takie oto wspaniałe kompozycje kolorystyczne mam przed oczami w zachodzącym słońcu. Ponad feerią tych trzech zmieszanych barw tylko szare i pomarańczowe niebo. Zawsze w chwilach zadumy spoglądam w górę, w niebo i kiedy tylko jestem w podróży, to znajduję tam coś co znam, w błękicie, w szarości, w czerni, w gwiazdach. Jednym z moich pierwszych marzeń było wyruszyć w podróż, dokądś, a kiedy okazało się, że korzenie wyrwane wysychają, straciłem pewność domu, pewność powrotu. Do znudzenia przytaczam słowa Frodo z filmu 'Władca pierścieni' (w książce ich nie ma), który po latach podróży i szczęśliwym powrocie do domu uświadomił sobie, że nie potrafi już żyć tak jak przed podróżą, a powrót tak naprawdę nie jest możliwy. Wiem, że dla większości z Was jest to zupełnie nie znane uczucie i oby takie pozostało. Bo podróż prócz wolności przynosi także bezdomność. Wiem także, że dla niektórych z Was nie jestem prawdziwym podróżnikiem, a dla jeszcze innych kompletnie niezrozumiałym, ale mimo iż ta książka powstaje dla Was, chciałem w tej chwili w Górach Bajkalskich, 11000km od Polski przypomnieć sobie swój dom, bo ostatnim moim marzeniem jest aby do niego już nie wracać.(...)

(...)Pod wieczór rozpalamy ognisko, jak co dzień. Kiedy siedzę w domu trudno mi sobie uzmysłowić życie w podróży, radość z ciepłej wody, że słońce świeci, że wóz się nie psuje, że komary w tyłek nie gryzą podczas toalety. Nawet nie myślę o oszczędzaniu wody, o tym aby wykorzystać ciepły dzień na suszenie prania i że muszę spać czujnie. Teraz siedzimy w lesie od miesiąca, a czeka nas jeszcze półtora razy tyle. Nigdy nie lubiłem palić ognisk, uważałem to za przereklamowane zagadnienie. Teraz nie lubię tego jeszcze bardziej, bo to nudna robota. Ale rozpalam ogień prawie co-dziennie, aby ogrzać kości. Łażę po lesie i zbieram chrust, potem wędzę się w dymie. W nocy wchodzimy w wilgotne i lekko zatęchłe śpiwory, bo nie ma słońca. Namiotowa moskitiera wygląda jak pole po średniowiecznej bitwie usiane trupami meszek i komarów. Kiedy zwijam namiot razem z tropikiem nie ma czasu na suszenie i wygarnianie owadów. To nie wczasy, trzeba jechać dalej. Więc jak się człowiek wyprysznicuje w lodowatej wo-dzie, a wiatr go osmaga dodatkowo chłodem na mokre ciało, to chociaż dezodorantem można się wypsikać, te minimum cywilizacji trzeba zacho-wać. Kolacja z meszkami włażącymi do łyżki z zupą, pod plandeką uwią-zaną do rur z przodu Toyoty. Całe to życie dziada leśnego nie jest do pomy-ślenia w domu, w Polsce. Ale człowiek to taka zaraza co się potrafi przy-zwyczaić do wszystkiego i jeszcze czerpać z tego przyjemność. Na dodatek można w tym wszystkim znaleźć chwilę na intymność, a wtedy kamienie pod podłogą namiotu i zimno mało się liczy. Dziś na ten przykład nagrzaliśmy sobie wodę z Bajkału na słońcu, ale jak się kąpaliśmy to zaczął duć wiatr i cały efekt przyjemnego prysznica diabli wzieni. Do tego jakiś turysta z Niemiec ze świtą tragarzy kamer, statystów oraz przewodnikiem, naszli nas w najmniej oczekiwanym momencie. Pewnie szukają malowideł szamańskich na skałach klifów. Takie życie to nie weekendowy piknik nad rzeką, to codzienność. Oczywiście nie piszę tego wszystkiego aby kogokolwiek zniechęcać do podróżowania. Niczego tak nie wielbię jak sięgania po realizm sytuacji. I nic mnie tak nie drażni jak wszelkiego rodzaju upiększanie, niedoinformowanie i całe te lukrowanie rzeczywistości tylko po to, aby fajnie się czytało i wspominało. Kocham znajdywać brud za paznokciami świętego tylko po to aby wykazać, że życie zawsze składa się dwóch biegunów i one oba są potrzebne, chociaż my dla czystej przyjemności lubimy pomijać wszystko to, co nam nie pasuje. Kiedy jednak spojrzymy na rozwój cywilizacji człowieka, to przy gruntownej analizie spostrzeżemy, że te złe rzeczy napędzają nas do tworzenia, chociaż wolimy wierzyć, że to miłość i piękno sprawia, że żyjemy i się rozwijamy. Jednakże to wojny i chęć zabijania, chociażby aby przeżyć były źródłem większości milowych wynalazków. A ile stworzyła chęć zysku, chęć bycia lepszym od innych, chęć zdobycia władzy nad innymi, czy chociażby dla samej nagrody. Tak się kręci świat ludzi, a my tego potrzebujemy jak powietrza. Ale nie widzę świata w czarnych kolorach. Dla mnie on jest szary, a tylko miejscami fascynujący, bo jeszcze nie odkryty od podszewki i opisany tylko metodą 'tak jak cię widzą'. Dlatego ponad wszystko kocham przyrodę, która jest dla mnie najbardziej szara, bezosobowa, surowa, bezwzględna dla wszystkich trybików, które ją tworzą. I choćby człowiek zamachnął się na nią największym toporem jaki wynalazł, to ona pozostanie milcząca z boku. Bo ten topór spadnie i tak na gałąź, na której siedzi drwal, a natura była przed nim i będzie po nim, bo jest także i nim. Oczy ludzkie wydają się być jedynymi zwierciadłami, w jakich może odbijać się piękno przyrody, a umysł ludzki chyba jest jedynym narzędziem zdolnym zakosztować przyjemności piękna natury. Tak odo natchnął mnie wspaniały Bajkał.(...)

(...)40 kilometrów przed Nowym Uojanem zaczął się mocno pofalowany asfalt, a za wioską piaskowo-szutrowa droga, bardzo dziurawa. Ciągle je-dziemy wzdłuż BAMu, miejscami idzie trzy, a nawet pięć równoległych dróg. Jedna tuż przy torach, z tej korzystamy najczęściej, bo jest najmniej dziurawa, pozwala na 20-30km/h. Dwie inne to zaadaptowane pasy zaora-nej ziemi, które maja chronić kolej przed pożarem ściółki, lub na odwrót. Jest jeszcze jedna droga, ta właściwa, ale jeżdżą nią ciężarówki, dziś wi-dzieliśmy tylko jedną, tą sama co wczoraj. Więc ta droga jest najbardziej dziurawa. Kiedy wszystkie zbliżają się do strumienia, albo rzeki, łączą się w jedną i albo przechodzą brodem przez wodę, albo po dziurawym moście. Jeden most, dość wysoko zawieszony nad wodą, na rzece Janczukan, był bardzo zniszczony. Ale zanim pomyślałem o zatrzymaniu się i sprawdzeniu jego konstrukcji, już z rozpędu na niego wjechałem. Mosty mają silny, stalowy kręgosłup, ale nawierzchnia jest zwykle zrobiona z drewnianych belek. W tym wypadku wiele z nich brakowało, a na samym środku trzeba było ominąć metrowej średnicy dziurę, przez którą dziesięć metrów niżej widać było spienioną wodę rzeki. Barierek już dawno nie ma. Most nas zaskoczył i jakoś go przejechaliśmy. Ciężarówki jeżdżą w bród, woda była na około metr głęboka z silnym nurtem. Obok stał drugi most, też ze stalową konstrukcją, ale jego przyczółki podmyła woda i mocno się przechylił na bok, jak tankowiec na mieliźnie. Widać taniej było zbudować nowy most niż remontować stary. Gonimy Holendra, który ucieka nam do przodu na rowerze. Przez cały dzień widziałem jego ślady na drodze. Od Siewierobajakalska droga zrobiła się bardziej ruchliwa i strasznie zniszczona. W zasadzie jedziemy cały czas na pierwszym biegu, 8-15km/h. Teraz zatrzymaliśmy się na obiad nad je-ziorem. Ładnie tu ale komary nie dają spokoju. Mamy za sobą ponad dzie-sięć godzin jazdy, średnia dnia z jednym postojem na śniadanie wychodzi 17.5km/h. Rzeki są dla nas jedyną atrakcją krajobrazu, bo poza tym obija-my się w kabinie samochodu i widzimy tylko bagienne krzaki. Mostów właściwie w ogóle już nie ma. Większość strumieni ma jakieś pół metra głębokości. Przejechaliśmy także większą rzekę i jakoś nie utopiliśmy sa-mochodu. Błota nie ma, tylko wielkie kamienie, krajobraz górzysty. Mijali-śmy jeden most nowy i jeden ruchomy, ruszał się w takt naszego kołysania się samochodem na dziurach. Minęliśmy też Siewieromujsk, osadę górni-czą, z domami jako żywo wyjętymi z północnonorweskich miast. Jest pra-ca, płace są wysokie, aby ściągnąć ludzi buduje się więc nowoczesne domy. Wcześniej obejrzeliśmy sobie wjazd do szesnastokilometrowego tunelu dla pociągów, dopiero co oddany do użytku. Czasami widzimy rzeki białych kamieni spływające z gór jak jęzory lodowca na tle zieleni. Na wiosnę ożywają wodą i są wtedy na 200-300 metrów szeroką kipielą. Widzieliśmy potężny stalowy most porwany przez taki wiosenny pęd natury. Bardzo jej się spieszyło. W niektórych miejscach widać wyjeżdżone ślady samochodów na mosty kolejowe, na wiosnę nie da się przejeżdżać rzek w bród. Tutaj ludzie inaczej traktują zimę niż w Polsce. Dla nas zima to konieczny stan przejściowy, rozświetlany tylko świętami i nowym rokiem. Dla Sybiraków to raczej główna pora roku, a lato jest przyjemnym świętem. Tutaj świat inaczej wygląda zimą, to co nas dziwi, często jest ukryte i czemu innemu służy przez większość roku. Drogi typu zimnik są naturalnymi szlakami komunikacyjnymi, a dla turystów w lecie wydają się bezużytecznymi kreskami na mapach. Dziury w szutrówkach zasypuje śnieg, a rzeki nie potrzebują mostów. Jeziora zaś stają się autostradami. Przyjechać na Syberię w lecie to tak jakby odwiedzić Polskę w zimie. Każdy Polak powie "przyjedź w lecie, dopiero wtedy Polska jest piękna!". Więc nic dziwnego, że Sybiracy mówią, przyjedź w zimie, wtedy Syberia jest najpiękniejsza, nie ma komarów i wszędzie da się dojechać samochodem, śniegu wcale nie ma tak dużo, a miejscami w ogóle.
Dogoniliśmy Holendra na rowerze. Zobaczyliśmy go za pierwszym mostem na Muji, na końcu jakiejś prostej stał na boku drogi i wcinał suchą kromkę chleba. Młody chłopak, bardzo wysoki, z ryżawym zarostem. Jest pięć miesięcy w podróży, którą założył na trzy lata. Chce dojechać do Ma-daganu i dalej przez Alaskę i obie Ameryki do Ziemi Ognistej. Pytaliśmy go czy robił sobie odpoczynki przez te pięć miesięcy. Mówił, że raz stał pół dni bo złamał korbę i pomagali mu ja naprawić kolejarze. Niesamowity facet, ja bym tak nie potrafił. Ale może jeszcze spróbuję. A więc tak wy-gląda mój pierwszy Holender - podróżnik jakiego spotkałem w swoim ży-ciu.
Za pierwszym mostem na Muji szutrówka się poprawiła i można było włączyć trzeci bieg. Na nocleg zatrzymaliśmy się przy drugim moście, któ-rego woda porwała jakiejś wiosny. Muja to duża rzeka, większa od Warty. Według mapy jest trzeci most. Dojedziemy do niego jutro. Teraz siedzimy w namiocie i popijamy drinki słuchając jak metalowy most kolejowy stęka-jąc kuli się w sobie do snu.
Dziś był 36 dzień wyprawy, jesteśmy 11500km od Polski. Korzystamy z atlasu 1:3000000, to taka skala, że jak się otworzy atlas to na dwóch stronach zmieściłaby się cała Polska i pół Niemiec, my właśnie przejechaliśmy na drugą kartkę, poprzednia zaczęła się w Krasnojarsku. Pamiętacie muzeum ze zdjęciami zesłańców...? To był Krasnojarsk. Ile to przygód może się zmieścić na jednej kartce atlasu map syberyjskich! Dla porównania wyobraźcie sobie, że przez pół Niemiec i całą Polskę biegnie tylko jedna, polna droga bez mostów na rzekach, poza tą drogą i koleją wzdłuż niej są tylko lasy i kilkanaście miasteczek i wsi. Wyobraźcie sobie, że najbliższe i jedyne miasto na północ to Helsinki, a na południe to Dubrownik. Na zachód zaś największe miasto to Bruksela, a na wschód Kijów. Jak sobie wyobrazicie ten ogrom pustkowia lasu pomiędzy tymi miastami to poczujecie czym jest podróż przez Syberię zabajkalską. Wieczorem mogliśmy sobie jeszcze pooglądać feerię odcieni czerwieni zachodzącego słońca na nagich szczytach jużnomujskich. Góry sięgają tam 3067m n.p.m. i w większości są pozbawione roślin. Dziś wjechaliśmy w Kotlinę Mujsko-Kuandińską, położoną na wysokości około 500m n.p.m. Nasza trasa wpływa powoli na nizinne tereny, więc i błota oraz komarów będzie więcej. Spaliśmy tuż obok mostu kolejowego na Muji. Hałas przejeżdżających pociągów budził Iwonę w nocy. Wieczorem przyglądałem się pociągom pasażerskim. Wydawały się takimi podłużnymi koloniami cywilizacji w tej dziczy. Widziałem w oknach restauracyjnego białe firanki, delikatne świa-tło kinkietów, czasami nad czyjąś spóźnioną kolacją błysnął nóż. W sypial-nianych poduszki bieliły się na tle ciemnych korpusów wagonów. Nieliczne twarze przyklejone do szyb ciągle podziwiały monotonny krajobraz. Wtedy poczułem jak odległy jest świat pociągu transsyberyjskiego od Syberii. Na myśl przyszła mi scena z oceanarium, gdzie wchodzi się szklanymi tunela-mi pod wodę aby oglądać świat ryb suchą nogą, dla nas niedostępny. Tak samo pociąg transsyberyjski stwarza taki szklany tunel, w którym ludzie nie mogący pozwolić sobie na podróż, ot chociażby jak nasz Holender, podzi-wiają Syberię zza szyby wagonu.(...)

FWT Homepage Translator