Heaven can wait I'm busy - wyprawa samochodowa dookoła świata - 2013
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012








tekst można ściągnąć w pliku DOC (124kB) i wydrukować

Siedzę w pociągu do Warszawy. Tak się zaczyna kolejna, wspaniała przygoda. Tym razem mam robić za przewodnika po Syberii i centralnej Azji, dla Anglika jadącego dookoła świata. Zaraz odbieram paszport z wizami i w drogę. Pojechałem z Poznania InterCity, za 160% drożej niż normalny bilet, ale Anglik zwraca koszty. Teraz autobusem 175, a potem 148, do Holiday Inn, na spotkanie.

sdfsjnklnfklbnlknbl lknblsk bnas nksfndb ndfol
      Ponad dwieście kilometrów do Chełma pokonaliśmy w cztery godziny. Prowadziłem samochód z kierownicą z prawej strony, słuchając zachwytów Garego nad polską przyrodą. Wrony, wróble, bociany, tego w Anglii nie ma, a w Polsce nikt tego nie liczy. Przemierzamy wschodnią Polskę i tłumaczę Angolowi, że Polska dzieli się na strefy inaczej niż Włochy, czy Francja. U nas wschód głosuje na Kaczyńskiego i w większości myśli jak on, a zachód ma wysokie ceny, mniejszą gęstość zaludnienia na korzyść lasów i większy odsetek ateistów. Gary spostrzega konia idącego za pługiem po polu. Dla niego to czysty folklor, wart uwiecznienia na karcie pamięci aparatu. Ja też bym zrobił zdjęcie. Mogę dziś udawać angielskiego turystę.
      Męczę lewą ręką skrzynię biegów i mylę wajchę migaczy z wycieraczkami. Jeździłem normalnym samochodem w ruchu lewostronnym w Pakistanie i Indiach, ale angielskim samochodem w prawostronnym ruchu jeszcze nigdy.
      Wieczorem w Chełmie, idziemy po kolacji zwiedzić po ciemku starówkę. Pusto, cicho, ciemno, ale pięknie. Jestem tu pierwszy raz. Starówka nie grzeszy urodą architektury, ale położenie na wzgórzu i rozplanowanie urbanistyczne jest ciekawe i potrafi zachęcić do odkrywania zakamarków, tych zapomnianych i nieodrestaurowanych. Snując się tak po ogarniętej nocą starówce, przypomniałem sobie prawdziwą legendę powstania miasta Chełm, którego nazwa wywodzi się od wzgórza, na którym jest zbudowane. Anglicy wypytywali mnie o źródło nazwy, podobnie o warszawską syrenkę. Naplotłem im głupot, tworząc coś ad hoc, chyba ze wstydu, aby nie przyznać się, że zapomniałem. Do czasu, kiedy zadzwoniłem do Iwony, czułem się wyjątkowo niedoinformowanym Polakiem. Ona też nie miała pojęcia skąd się wzięła warszawska syrenka, ani nazwa Chełm. Problem jest taki, że Les opowiedział przed kamerą historyjkę o Chełmie i teraz puszczą to w angielskiej telewizji. Miliony Brytyjczyków będzie znało fałszywą legendę o mieście Chełm.
      Rano wystartowaliśmy w dalszą drogę. Ja pełen obaw, znając ukraińskich policjantów. Les i Gary pełni wiary i radosnego podniecenia, oczekując ciekawych przygód. Parę chwil wcześniej, w swoich podróżniczych ciuchach, z długą brodą i dzikim fisiem na czuprynie, zlądowałem na śniadanie do hotelowej restauracji. Restauracja była pełna umundurowanych w gajery gogusiów. Wszyscy, jak jeden mąż, obrzucili mnie kwaśnym spojrzeniem. Coś jakby - ta zarośnięta, brudna małpa mieszka w naszym hotelu!?
      Anglicy byli totalnie zdziwieni wielokilometrowej długości kolejką TIRów przed przejściem granicznym. Stwierdzili, że to nienormalne i nakręcili długie ujęcie z komentarzem. Ale jednocześnie uradowali się faktem, że osobówki nie muszą czekać kilkanaście godzin w kolejce, bo władze ukraińskie wreszcie raczyły nieco przybliżyć do Europy przepisy celne i skrócić oczekiwanie na przejściu. Znikli także przemytnicy paliwa i papierosów. Nie wiem jak tego dokonali. Nie chcieli nas jednak wpuścić do Ukrainy, ponieważ oba Suzuki są zarejestrowane na Lesa, a w prawie stoi jak byk, że jeden człowiek może wwieźć do Ukrainy tylko jeden pojazd. Ale trzeba było z celnikiem trochę pogadać i jakoś sprawę rozwiązałem.
      Dziesięć godzin później szukaliśmy hotelu na przedmieściach Kijowa. Nie jest to łatwe bez uprzedniego sprawdzenia w internecie. Hotele są jakby wstydliwie ukryte, chyba z powodu ich standardu - komunistycznego standardu. To niesamowite jak kiepskie warunki można oferować, za tak duże pieniądze. W końcu znaleźliśmy hotel wyglądający z zewnątrz na melinę cinkciarzy, ale wewnątrz standard nieco przewyższał to, co kiedyś określało się jako "hotel robotniczy". Niedomykające się drzwi, urwane klamki, pleśń, trzeszcząca, stara widna, zniszczone sanitariaty, po jednym na dwa pokoje i oczywiście, typowo wschodni stosunek recepcjonistki do gości. Nazwaniem go nieprzyjaznym i nonszalanckim to lekkie określenie. A to wszystko za 112USD. Natomiast restauracja hotelowa zasługiwała na dużo wyższą notę. Nigdy nie sypiam w hotelach. Teraz odkrywam ten, nowy dla mnie świat.

      Kolejny dzień był nieco nerwowy. Gary miał spięcie z Leslie. Jakiś drobiazg był zapalnikiem wezbranych od dawna gazów. Gary jest typowym, angielskim kołtunem z przedmieść. Les to nowobogacki, pewny siebie biznesmen starej daty. Wynajął Garego do filmowania swojej podróży. Gary to przedstawiciel klasy zachodnich próżniaków, bazujący na socjalu, wiecznie z hasłami walki o wolność na ustach, jakakolwiek by nie była. Les uosabia idee Torysów, zatwardziały konserwatysta, klasyczny przykład człowieka 'self made man'. Poza tym człowiek innej epoki, urodzony w 1940. Nic więc dziwnego, że dochodzi do cichych scysji, jak zawsze pomiędzy krótkowzrocznym, egoistycznym plebsem i pożądającą władzy, traktującą społeczeństwo jak wpis do statystyki, klasą rządzącą.
      Minęło wiele, nudnych godzin kręcenia kierownicą (taki tekst z komiksowego dymku nad moją głową) i dotarliśmy do Charkowa. Dziś kierownik - Les zarządził nocleg w hotelu wyższej klasy. GPS spisał się na medal i trafiliśmy bez pudła do centrum, w sam środek popołudniowych korków, pod Bussines Hotel Aurora. Wybrałem ten po nazwie i dotarliśmy do czego się spodziewaliśmy. Silący się na światową renomę, czterogwiazdkowy hotel za 700zł, ze złoconymi na nowobogacki styl klamkami, nędznymi łóżkami, recepcjonistami z koślawą angielszczyzną i rozpasaną ilością miejsca. Zupełnie tu nie pasowałem w czerwonych spodniach Milo i polarze na grzbiecie. Tak się też czułem. Gram tu rolę pomocnika - niezbędnika w podróży, również tłumacza. Udaje mi się utrzymać z dala od rozgrywek polityczno-społecznych między Garym i Lesem. Osobiście nie odpowiada mi żadna ze stron konfliktu międzypokoleniowego i interspołecznego. Wolę asekuranckie, cyniczne kontestatorstwo.
      Ciekawostką dla mnie są reakcje Anglików z cywilizowanego świata, na ciągle zmieniające się otoczenie. Znają świat spoza cywilizowanej Europy tylko z telewizji. Pierwsza tak długa podróż Garego dała mu do myślenia. Nieoczekiwanie patrząc na ubogie, zacofane wioski wschodniej Ukrainy, uzgodniliśmy że podróże nie kształcą, ale uwalniają umysł od ram, jakie nadaje mu zniekształcona informacja płynąca z nowoczesnych mediów. Ukułem natychmiast hasło do naklejenia na samochód - traveling make mind free. Kwestią otwartą pozostaje wrażliwość na zmiany otoczenia. Czy podróżnik potrafi na tyle szeroko otworzyć oczy, aby spostrzec to co ważne w ogóle i ważne dla niego? Niektórych ogarnia jedynie sardoniczny śmiech na widok zapadłych wsi ukraińskich. Inni spostrzegą jak bardzo są biedni i jak wiele im trzeba dać, nauczyć. Jeszcze inni zauważą jak mało tym ludziom wystarcza, aby żyć. A kolejni zrozumieją jak kształtuje nasz światopogląd zachodni świat, że nie potrafimy wyobrazić sobie siebie samych żyjących w zapleśniałej, ukraińskiej wiosce. Przecież każdy wie, że nowoczesność daje nam poczucie bezpieczeństwa, a bycie ubogim to lęk o każdą, najdrobniejszą cząstkę naszego życia.
      Les ma wymalowane na samochodzie hasło - niebo może zaczekać, teraz jestem zajęty (heaven can wait I'm busy) - znaczy zajęty podróżą. Wczoraj, w barze Gary znalazł dokładnie to samo hasło, ale w odniesieniu do picia piwa. Co za zbieg okoliczności! Piwosz i podróżnik chce powstrzymać nagrodę bycia w niebie, dla ziemskich przyjemności. Leslie zdradził najważniejszy powód tej podróży. Powiedział, że od dawna czuł się pomijany w dyskusjach, w towarzystwie, zwłaszcza młodym towarzystwie. Uznał, że pora na nowe wyzwania, aby zadziwić, albo zaciekawić współrozmówców. Poczuć się ostatni raz młodym i lekkomyślnym. Nie można nie poprzeć takiej idei.
      Następnego dnia, jeszcze przed granicą Rosji, wpadliśmy, z mojej winy, na bardzo zniszczoną drogę, która miała być skrótem. I była, ale nie w czasie, jak to zwykle u mnie bywa. Gary zabrał się do roboty, przymocował kamery, nakręcił wiele, długich ujęć z podróży, po niesamowicie dziurawym asfalcie. To była jego dzisiejsza praca. Tego dnia jego zachowanie działało na moje nerwy zapalnie. Co za nieużyty człowiek! Gdybyśmy zabrali w drogę piętnastoletniego chłopca sprawiałby mniej problemów. Przekraczaliśmy granicę dwie i pół godziny, ale ani razu nie pomógł w niczym. Trzeba go było zaganiać od okienka do okienka, jak owcę do strzyżenia. Dziś wydawało się, że jedyne co potrafi to ćmić pety.
      Przejście graniczne ugruntowało moją pozytywną opinię o rosyjskich celnikach, oraz o rozrośniętej do granic możliwości, rosyjskiej biurokracji. Dała o sobie znać także w czterogwiazdkowym hotelu, za 800zł. Pół godziny wypełnialiśmy papiery. Pytano nas nawet o to jak długo wykonujemy pracę, która aktualnie nas utrzymuje i w jakim mieście się urodziliśmy. Powstał nawet problem z płaceniem z jednej karty kredytowej za dwa, różne pokoje. Najbardziej rozbawiło nas jednak parkowanie na strzeżonym parkingu, za hotelem. Należało wprzódy wypełnić formularz z danymi: imię, nazwisko, numer rejestracyjny, marka wozu oraz jego kolor. Najciekawsze jest jednak to, że podawałem dane z głowy i nikt nie sprawdzał czy mówię prawdę. Notorycznie zmyślam adres zamieszkania, nie tylko mój, ale i moich Anglików. Biurokracja potrzebuje zapełnienia rubryk, a nie prawdziwych informacji.
      Wyjechaliśmy z przejścia granicznego jeszcze przed zachodem słońca. Koniec kwietnia jest słoneczny, pachnący od kwiecia w sadach, ale lodowaty wiatrem. Byliśmy zmuszeni wykupić rosyjskie ubezpieczenie, ponieważ Les nie załatwił Zielonej Karty w Anglii. Biuro agencji ubezpieczeniowej znajdowało się w starym baraku, z wnętrzem zaaranżowanym jak stróżówka ciecia, na bramie upadającego od lat kołchozu. Gary miał co filmować, Les cieszył się już na miny oglądających zdjęcia na jego stronie internetowej.
      W małym miasteczku, niedaleko granicy, znaleźliśmy luksusowy hotel. Kosztował Lesa ponad 1000zł z kolacją, ale był zadowolony, że tak tanio. Rozbawiliśmy też recepcjonistkę losowaniem, kto ma wziąć pojedynczy pokój. Les chce być fair wobec pracowników. Taki nowoeuropejskie, demokratyczne socjalizowanie się różnych klas społecznych.
      Sztab nawigacyjny, w postaci żony Lesa w Anglii, doniósł o kolejnych problemach. Japończycy nie chcą wpuścić samochodów do siebie. Takie mają prawo. Les musi przebukować frachty samochodów do Vancouver, co wiąże się z kosztami. Suzuki Japan Company stwierdziło, że w sprawie pozwolenia wjazdu na terytorium Japonii, nic nie mogą pomóc. Les jeszcze nie wyjechał z Europy, a już zaczyna rozumieć, że świat nie jest globalną wioską.
      Rano Leslie nagle obudził się z myślą zakupu gazowych kartuszy do kuchenki. Podobno wiezie mnóstwo jedzenia, które można gotować i zmniejszać tym samym bagaż, który wypełnia oba Jimny aż po dach. Na razie nie przyjmuje do wiadomości moich uwag, że w Rosji trudno kupić kartusze, nawet jeśli to popularny CampingGaz. Potrzebujemy także kupić rosyjską kartę do telefonu, aby mógł udzielać wywiadów dla angielskiego radia. Nie zdecydował się na wynajęcie telefonu satelitarnego, z powodu cięcia kosztów. Nie oszczędzał jednak na zabraniu wielu niepotrzebnych rzeczy, jak miski i miseczki, wiadra, agregat prądotwórczy, wiertarkę, trzy namioty, każdy wieloosobowy, po dwa koła zapasowe, komplet zapasowych sprężyn i amortyzatorów, ale bez gumek. Ale nie pomyślał o podnośniku, aby te koła zmieniać, ani o łopacie w razie zakopania na mokrym w maju, stepie mongolskim, ani o zestawie narzędzi, klejów, taśm, a tym bardziej o kartuszach gazowych. Przygotował się jak na wojnę, ale jednocześnie nie zaświtało mu w głowie, że w Azji trudno kupić coś tak nowoczesnego jak kartusze do kuchenki gazowej, albo że im dalej na Wschód, tym trudniej o zasięg komórki i Wi-Fi.
      Oba Suzuki mamy oklejone naklejkami sponsorów, jakby to były bolidy Formuły 1. Jedno hasło występuje na wszystkich stronach karoserii - Save the children. Nie bardzo rozumiem, o co tu chodzi, a nie chce mi się czytać wzniosłych elaboratów ze strony internetowej Lesliego. Bardziej zaskoczeni ode mnie byli recepcjoniści w charkowskim hotelu, kiedy Les wyłożył im całą prawdę o swojej podróży w zwięzłych słowach - we travel to save the children (podróżujemy aby ocalić dzieci). Nie objaśnił, jakie dzieci i od czego ocalić. Recepcjoniści pewnie próbowali złapać sens sentencji i zadawali sobie pytanie jak podróżowanie może ocalić dzieci od czegokolwiek. Nie widzieli oklejonych przez sponsorów samochodów, więc pewnie nie paniali, że podróż jest tylko przyczynkiem do wyciągnięcia szmalcu od różnych firm, który ma niby uratować dzieci od złego ich losu, a tym samym zwiększyć przeludnienie i problemy ekologiczne.
      Mimo to udało się nam uszczęśliwić jedną, rosyjską nastolatkę. Kiedy pytaliśmy o drogę do hotelu, wystarczyło, że byliśmy sobą, ludźmi z Zachodu. Koniecznie chciała rozmawiać po angielsku, chociaż szło jej niezgrabnie, a może ją po prostu zatkało na nasz widok, przynajmniej na to wyglądało.
      W takim szybkim podróżowaniu od lux hotelu do lux hotelu, podczas godzin kierowania samochodem, trudno zawiesić na czymkolwiek uwagę. Jedynie przelotne spotkania, z lokalnymi ludźmi albo kierowcami TIRów, na stacji paliw, dają szansę na poszerzenie horyzontów tej gonitwy.

      Dziś rozmawialiśmy z typowym przedstawicielem klasy rosyjskich nuworyszy. W dresowych, lśniących spodniach, mokasynach i czarnej, skórzanej kurtce, dumnie wypinał brzuch pełen drogiego, importowanego piwa. Właśnie wysiadł z Lexusa i dzwonił łańcuchem na szyi i nadgarstku. Jak to Słowianin biadolił na szarą rzeczywistość, ale i przy okazji wspominał z miękką nutą czasy CCCPu - drogi były wtedy równe i niezatłoczone - mówił - każdy miał pracę, a stepy wokół Wołgogradu pyszniły się kłosami pszenicy. Jeśli dobrze zrozumiałem jego analizę sytuacji, to Moskwa wszystko zagarnęła, cokolwiek znaczy ta 'Moskwa' i cokolwiek było do zagarnięcia. Drogi zniszczyły ciężkie TIRy i nie ma komu ich odbudować. W mojej opinii i tak jest dużo lepiej niż na Ukrainie, Bułgarii, Rumunii, czy Kazachstanie.
      Na pewno dobro społeczne w Rosji upada. To, co kiedyś było wzorem jakości, bo państwo o to dbało, teraz jest świadectwem upadku. Przykładem mogą być ulice Wołgogradu, sportowym samochodem nie da się przejechać nawet główną ulicą miasta, bo po prostu zawiesi się na dziurach. Nie można ich wszystkich ominąć, trzeba w nie nurkować i przeskakiwać, nawet samochód terenowy ma problemy. Przemysł i rolnictwo w województwie wołgogradzkim mocno podupadły, to widać po lichej zamożności stolicy. Rozwarstwienie poziomu zamożności w społeczeństwie jest ogromne, zwłaszcza wśród starszych ludzi. W więkoszości ci, którzy pamiętają jeszcze obietnice Chruszczowa, nie mają już szans na ich ziszczenie. Młodzi starają się łokciami rozepchnąć marazm i szybko wskoczyć do ekstraklasy, choćby za wysoką cenę i na chwilę.
      Dziś losowanie wybrało dla mnie nocleg z Lesem, w jednym pokoju. Wykorzystałem to do przetrenowania planu podróży na następne kilka dni. Starałem się racjonalnymi argumentami przemówić mu do rozsądku i chyba się to udało. Zmienił nieco plany. Ze względu na małą ilość czasu, zdecydował się przejechać przez Kazachstan po głównych drogach, a nie jak wcześniej planował, na skróty przez step. Kilkadziesiąt kilometrów po dziurawym asfalcie, jadąc główną obwodnicą Lugańska, dało mu do myślenia. Zrozumiał, że stan dróg w Azji nie odpowiada oznaczeniom na niemieckich mapach i że nie da się walnąć 600 kilometrów po stepie, bez asfaltu, w jeden dzień. Nadgonimy nieco czas jadąc główną, przez Rosję, do Czelabińska, a potem najgłówniejszą, do Astany, w Kazachstanie. Na razie czekają nas jeszcze dwa, leniwe dni i spotkanie z Team Suzuki w Samarze.
      Jechanie główną następnego dnia było jednak męczące. Ilość dziur powodowała bezsilny śmiech. 380 kilometrów bezustannego wpatrywania się w asfalt i szukania odpowiedniej trajektorii lotu, aby ominąć te największe wyrwy, po dwadzieścia centymetrów głębokości. Czasami, aby nie urwać kół, zwalnialiśmy do pierwszego biegu. Kiedy usiadłem wreszcie sam w pokoju hotelowym, poczułem duże zmęczenie. To było jak walka, boksowanie się z drogą, ani chwili spokojnej jazdy. Droga między Wołgogradem a Saratowem była pełna samochodów. W większości były to nowe, zachodnie samochody o niskich podwoziach. Kierowcy krzesali z nich iskry, ale nie zwalniali. Jedynie przeładowane, stare, ruskie MAZy i najnowsze TIRy z Zachodu jechały wolniej od nas. Jednak powoli wciągnąłem się w prowadzenie Suzuki Jimny. Podoba mi się ten mały, zgrabny i zwrotny samochodzik. W mieście i na dziurach prowadzi się o wiele lepiej niż moja, wielka Toyota.
      Dziś zmęczył mnie swoją gadaniną także Gary. Facet ma 52 lata, jest już dziadkiem, ale zachowuje się jak znudzony nastolatek z przerostem energii, brakiem ogłady i dobrego wychowania. Kiedy musiałem wypatrywać dziur w jezdni, raczył mnie opowiastkami o footballowych piosenkach, jakie wyśpiewywał z kumplami na stadionie. Kiedy bezskutecznie szukałem hotelu w Saratowie, co chwilę zawracał mi gitarę wytykaniem palcami roznegliżowanych, w słoneczny, niedzielny dzień Rosjanek. Kiedy chciałem, aby mi pomógł wyprzedzić TIRa, bo ja siedzę za kierownicą z prawej, to nagle ważniejsze było sprawozdanie z ilości wypitego piwa podczas wędkowania dziesięć lat temu. Papla bezustannie, ale tematy są na tyle dziecinne, że wcale nie skracają czasu podróży, a nawet nie przeciwdziałają zasypianiu. Jeśli tylko zwróci mu się uwagę, pokornie przeprasza, ale już za chwilę wypytuje robotniczym, angielskim slangiem, ile minut wytrzymam pod wodą, bez oddychania przez rurkę. Część uwagi muszę poświęcić na rozszyfrowanie, o co mu chodzi i łubudu w dziurę. Gary nie spostrzega, że się go ignoruje, ani że kogoś denerwuje. Ma zbyt małą wrażliwość na to, co się wokół niego dzieje, zbyt mocno bowiem, jego umysł jest zaprzątnięty własną osobą. Po prostu standardowy prostak. Wiem, że się nudzi, ale zamiast przeszkadzać, mógłby pomagać. Na to jednak nie wpadnie.
      Dziś ponownie losowaliśmy, kto ma wziąć pojedynczy pokój i tym razem wypadło na mnie. Rzucanie monetami to jedyny, niezawodny sposób na skruszenie betonowej maski powagi, a nawet wyższości, czy braku komunikatywności, jaka zawsze gości na twarzach pań recepcjonistek w Rosji. Tak jest zawsze i wszędzie, w pierwszych kontaktach z Rosjanami. Pierwsze spojrzenie razi olewactwem i surowością, a zaraz potem przychodzi lawina serdeczności. Pierwsze uczucie w sklepie, urzędzie, banku, hotelu, taksówce, to dobitne wrażenie, że jestem intruzem. Rosjanie tego nie zauważają, a mnie to ciągle nastraja wojowniczo. Skoro podchodzę do kramu, gdzie właściciel sam obsługuje, chcę kupić pietruszkę, to czemu mam się czuć, na widok jego twarzy i sposobu odnoszenia się do mnie, jakbym chciał ją ukraść. Jakby większość Rosjan przybierała na widok petenta/klienta, barwy ochronne, albo nawet czasami stroszyła wojowniczo na karku sierść. Zbyt łatwo można znaleźć tego przyczyny w surowych latach komunizmu. Tu musi chodzić o coś innego. Nawet Gary zauważył, że w Polsce, bez tłumacza dogadywał się w sklepie i kupował Lucky Strike bez problemu, a w Rosji po angielsku, na migi, każdy sposób jest zły i trudno znaleźć nić porozumienia w kontakcie wzrokowym.
      Jedyne, co nam łatwo poszło to spawanie mocowania amortyzatora w samochodzie, który prowadzi Les. Gdzieś w połowie trasy z Saratowa do Samary, zaczął gonić po dziurach jak Rosjanie. Długo to nie trwało i już za Balkowem trzeba było szukać 'swarki' (spawanie). Młody, energiczny człowiek od razu zabrał się do pracy na świeżym powietrzu, a dziś okrutnie zimno. Północny wiatr zmusił nas do wyciągnięcia ciepłych ciuchów. Już wczoraj, podczas niezwykle ciepłego wieczoru na promenadzie nadwołżańskiej, czułem lodowate podmuchy z północy. Śmialiśmy się, że ktoś włączył klimatyzację.
      Tymczasem naprawa źle zaprojektowanego uchwytu amortyzatora nie trwała długo. Rosyjski mechanik zmodyfikował uchwyt i zapewnił, że teraz już nie będzie z nim problemów. Niestety wziął 50zł zamiast normalnych 20zł. Zaraz zresztą je wydał z kolegą w barze obok. My też tam usiedliśmy, aby wypić gorącą herbatę. Po pięterku przechadzały się roznegliżowane panienki i Les miał ubaw - trafiliśmy do burdelu dla kierowców TIRów. Przynajmniej jakaś odmiana w ciągłej gonitwie od jednego luksusowego hotelu do drugiego. Zachowujemy się jakbyśmy jechali do jakiegoś celu, tam gdzie zacznie się prawdziwa podróż. Ale od tygodnia gonitwa ma jeden cel - objechanie świata. Nigdy nie widziałem z bliska takiej zabawy jak 'podróż dookoła świata', gdzie celem jest przewiezienie dupy jakimś pojazdem, zamiast poznawanie i zwiedzanie po drodze. Przypomina to podróż Phileasa Fogga - "W 80 dni dookoła świata". W naszym przypadku przygody też są związane jedynie z gonitwą za czasem.
      Les projektował trasę w oparciu o wielkie mapy ścienne, które siłą rzeczy muszą zniekształcić rzeczywiste, wzajemne położenie miast i kontynentów, aby pokazać to, co jest okrągłe w płaskim wydaniu. Tak długie trasy należy wpierw zaplanować patrząc na globus, aby nie wyszło tak, jak w naszym przypadku, kiedy najkrótsza, w ocenie wzrokowej, trasa z Kijowa do Samary, wiedzie przez Wołgograd. W rzeczywistości jednak najbliżej jest przez Kursk i tamtędy wiedzie główna droga, krótsza o prawie 20%. Podobnie jest z obliczaniem najkrótszej drogi z Polski nad Bajkał. Według mapy wydaje się, że przez Ukrainę i Samarę będzie najbliżej, a jednak przez Białoruś, albo Łotwę i Moskwę jest krócej.
      Dzisiaj nasza naburmuszona panienka - Gary, stroiła fochy przez całe popołudnie. Dobrze by było znaleźć mu jakieś zajęcie, aby poczuł się ważnym członkiem ekipy. Ale prócz jazdy nie mamy tu nic do roboty, a Les nie chce, aby Gary prowadził samochód, nie ma w tym zbyt wielkiego doświadczenia.

      Samara zaskoczyła mnie swoim położeniem na wzniesieniu, ponad głębokim zakolem Wołgi. Rzeka mocno wezbrała na wiosnę i przedmieścia miasta, położone na bagniskach, teraz tonęły w wodzie. Wjechaliśmy do centrum od południa, po szerokiej grobli i moście nad rzeką Samara. Serce miasta nie różni się zbytnio od tych ładniejszych miast rosyjskich, tak samo zaniedbane i brudne, z niewieloma zakątkami odnowionymi na złoty połysk. Tradycyjnie, styl parweniuszy zderza się tu z szarą, okutaną w stare płaszcze biedą. Ten kontrast bardziej jednak gryzie w oczy niż naturalny rozdźwięk między biedotą Indii a tamtejszymi bogaczami. W Rosji zgarbiona samotnością i biedą babinka, sprzedająca kwiatki z działki na chodniku, ma inną twarz, oczy niż żebrak w Indiach. Babinka coś straciła, dobrobyt proletariatu czasów komunizmu, nadzieję na lepsze jutro, a żebrak z Indii urodził się żebrakiem i nie zna innego świata. Łatwiej jest mu zachować pogodę ducha i myśleć, że jeszcze ma szansę. Podobnie jest z bogaczami. W Indiach nie muszą udowadniać swojej pozycji, mają ją od dawna. Poza tym bogacz w Indiach nie spaceruje ulicami miast. Siedzi w swoich dzielnicach, gdzie biedy się nie wpuszcza. W Rosji te dwa, przeciwne światy mieszają się bezustannie, właśnie w miastach. Już wcześniej zauważyłem po wielokroć, że najlepszym słowem charakteryzującym nową Rosję jest 'upadek'. Potrzeba dużo czasu i zmiany pokoleń, aby zbudować tutaj dobrze funkcjonujący świat.
      Następnego dnia Samara zaoferowała nam niespodziewane atrakcje. Les był umówiony z przedstawicielem Suzuki Motor Russia, jednym ze sponsorów tej podróży. Tenże przygotował małą konferencję prasową, słodki bufet dla gości i fotoreporterów. W ogromnej hali dealera Suzuki w Samarze, odbyła się część oficjalna, na której czułem się jak drugie, zapasowe koło na dachu Suzuki, którego prowadzę. Jest we mnie jakaś cząstka, która czuje się onieśmielona takimi przedstawieniami. Siedzi we mnie taki mały, zaściankowy kmiotek i ciągle każe mi analizować sytuację, doszukując się symptomów ośmieszenia. Czy aby ktoś tu nie robi ze mnie idioty? Typowy efekt perfekcjonizmu. Taki lęk przez byciem zabawką w czyichś rękach. Całą średnią szkołę węszyłem podstęp. Im bardziej się pilnowałem, tym bardziej się usztywniałem i ułatwiałem kolegom ze szkolnej ławy, radosne żarty. Kiedy wreszcie dotarło do mnie, że wyszedłem ponownie na frajera, stawałem się agresywny i przez to bardziej śmieszny. Jak ktoś, kto wpadnie w kałuże błota i stara się szybko z niej wydostać, przez pośpiech pogarszając jedynie sytuację.
      Les jednak czuł się na oficjalnej konferencji jak ryba w wodzie. Był speszony skupieniem całej uwagi na jego osobie, ale nie dawał tego po sobie poznać. Rozsiewał naokoło szerokie uśmiechy i żarty w stylu amerykańskim. Tłumaczka tłumaczyła, publika wymuszenie się uśmiechała. Nie było tu jednak przewodniczącego, kogoś z klasą, kto pociągnąłby ten zestaw ociężałych wagonów jak prężna lokomotywa. Atmosfera więc drogą naturalnej dyfuzji, ogarniała wszystkich dookoła marazmem i sztywnością. Każdy trzymał w ręku kawałek ciastka, albo szklankę soku pomarańczowego i słuchał słów Lesa opisującego z mównicy trudną do uchwycenia, ideę podróży dla zebrania pieniędzy by ocalić dzieci. Siedziałem pośród słuchaczy i widziałem uśmiechy niedowierzania, albo raczej rezerwy. Słyszałem słowa dezaprobaty i niezrozumienia szczytnej idei w tym, jakże realnym do bólu, trudnym do zniesienia, świecie ciągle postradzieckiej Samary. Za stołem przed tymi sceptycznymi, albo dla kontrastu, wpatrzonymi jak w obraz słuchaczami, siedział przedstawiciel zachodniej cywilizacji. Godny reprezentant idei pozwolenia sobie na drogą fantazję, na emeryturze. Tego słuchacze oczekiwali. Na Zachodzie mają przecież wszystko. Z nudów wędrują wokół świata i przyszywają do tego szczytne emblematy. W końcu kto bogatemu zabroni.
      Na koniec pani dyrektorka domu dziecka w Samarze, otrzymała z rąk przedstawiciela Suzuki Motor Russia, grant na 5000zł. Odwiedziliśmy potem jej przybytek wraz z całą delegacją. Wyposażenie, czystość, porządek zaskoczyły nawet Lesa. Spodziewał się domu dziecka jak z małej wioski, na rubieżach Syberii, albo z powieści Dickensa, gdzie jego tandetne prezenty zrobiłyby odpowiednie wrażenie. Ale Samara jest bogata i ma dom dziecka w standardzie zachodnioeuropejskim.
      Wreszcie pożegnaliśmy wszystkich sztywno i ruszyliśmy w dalszą drogę. Każdy ubił przy okazji bezdomnych brzdąców jakiś, swój interes. Leslie poczuł się spełniony w swym podróżowaniu na rzecz uratowania dzieci od złego losu. Gary miał wreszcie coś do filmowania, poczuł się potrzebny. Sztywny jak urzędnik państwowy i władczy jak mafiozo, lekko onieśmielony brakiem znajomości angielskiego, przedstawiciel lokalnego dealera Suzuki, wypełnił swe obowiązki budowania dobrego PR firmy. Organizatorka z ramienia Suzuki Motor Russia z Moskwy, o podstępnej, lisiej twarzy, miała okazję błysnąć i wpisać nową sprawność do CV. Pani tłumaczka dostała zapewnienie od gościa z Suzuki, co do dalszej współpracy. Kierowniczka domu dziecka zyskała szmal na kolejny, płaski telewizor w świetlicy, a może kupi sobie dezodorant, czego jej serdecznie życzę. No a ja zyskałem sporo doświadczenia i informacji, które z powodzeniem mogłem wykorzystać do wytknięcia innym błędów. Bycie kontestatorem, to mój ulubiony, bezpieczny stan umysłu.
      Dzień jednak szybko się nie skończył. Les po raz kolejny urwał ten sam amortyzator. Tym razem trafiliśmy na lepszego mechanika, który oprócz fachowej naprawy uraczył nas wykładem na temat duszy i potrzeby wiary w jakiegokolwiek boga. Spawacz-filozof, takie cudo jest możliwe tylko w Rosji. Tylko Rosjanie mają na tyle wrażliwą duszę, fantazję, romantyzm, aby połączyć te dwa sprzeczne zajęcia. Rzeczywistość tutaj przytłacza siermiężną powagą na tyle, że trzeba mieć tą beztroskę w sercu, aby nie zwariować. Jeśli więżą twoje ciało i umysł, dla przeciwwagi uwolnij swoją duszę.
      Nocowaliśmy w nowoczesnym, przydrożnym motelu. Jedziemy teraz drogą M5, najważniejszym połączeniem drogowym dla Syberii i centralnej, poradzieckiej Azji. No może z wyjątkiem Turkmenistanu, tam bliżej przez Iran i Azerbejdżan. Ruch na tej magistrali wzrósł przez ostatnie lata kilkunastokrotnie. TIRy łączą się w całe konwoje, a przetykają je, jak piasek między kamieniami, osobówki. Aby przespacerować przez tą drogę trzeba czekać na chwilę ciszy, jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Nic więc dziwnego, że buduje się wzdłuż tej drogi coraz więcej restauracji, stacji benzynowych i moteli, a nadal jest tego za mało.
      Spędziliśmy na tej drodze jedenaście godzin następnego dnia. Poczuliśmy ten smak bycia 'w drodze', na rosyjskiej szosie. Nie umiem tego uchwycić, mimo że pokonywałem transsyberyjskie trasy wielokrotnie. To specyficzny stan ciała, umysłu i ducha. Sądzę, że najlepiej czują to ci, co przejechali na własnych kołach starą route 66 w USA. W Rosji ciało ciągle walczy z wstrząsami na dziurawej drodze. Męczy się wielogodzinnym siedzeniem, w jednej pozycji. Ręce kurczowo trzymają kierownicę, wyrywaną na głębokich koleinach. Nogi przebierają na pedałach, jak w tango. Umysł bezustannie kalkuluje jak i kiedy wyprzedzać powolne MAZy i Kamazy, oblicza ile przejechaliśmy i ile jeszcze zostało. Nasze emocje ciągle szarpią nas lękiem przed radarem policjanta, przed urwaniem koła na niezauważonej wyrwie w asfalcie, podpowiadają by zwolnić, gdy ręce się pocą, bo z przeciwka wali na nas czarny, nowy, rozpędzony Land Cruiser, bo wyprzedza na chama. Podpowiadają by przyspieszyć, bo inni nas naciskają z tyłu u wychodzimy na frajera, co to nie umie starego ZIŁa wziąć na szerokim zakręcie. Tak naprawdę to ilość... godzina za godziną, do zmęczenia, potem chwila odpoczynku i znowu od nowa, aż do zmroku. To ilość wyciska w naszym postrzeganiu to przeświadczenie 'życia w drodze'. Bycie w drodze na szlaku transsyberyjskim to uczestniczenie w pewnym zjawisku, mającym znamiona amoku tłumu. Ludzie schowani w metalowych pudłach na kółkach, wydają się odhumanizowani, ale jednocześnie nadajemy im, albo raczej wyglądowi ich samochodów, ludzkie cechy. Czarny Land Cruiser wydaje się agresywnym mafiozo bez szyi. Wyprzedzający na zakręcie, na czołówkę, niebieski MAN, to gburowaty prostak w przepoconym, siatkowym podkoszulku. Jadący jak ciele Suzuki Maruti, to ani chybi baba w okularach, z nosem przyklejonym do przedniej szyby. Oklejony reklamami Fiat Doblo, to gówniarz bez zasad, kultury i hamulców. Wyprostowany jak milicjant w orzeszku na Wsce, kierowca najnowszego modelu motocykla BMW, to ambitny noworuski, udający człowieka Zachodu, ale z instynktami zwierza Wschodu. Kiedy jednak spotykamy na stacji paliw, czy w restauracji, rzeczywistych kierowców tych maszyn, okazują się często zaskakiwać zupełnie inną aparycją. To tylko potwierdza jak bardzo się zmieniamy wkraczając na drogę za kółkiem, jak bardzo świat 'życia w drodze' różni się od rzeczywistości miasta i marazmu wsi Rosyjskiej.
      Sądzę, że nie udało mi się uchwycić nawet 10% istoty zjawiska 'bycia w drodze' na szlaku transsyberyjskim. Tak czuję. Polecam każdemu spróbować choć raz. To łatwe, przecież i tak większość chce zobaczyć Bajkał, więc spędzi kilka dni depcząc na pedały, byle szybciej, po głównej drodze. A tą drogę nie mierzy się ani w kilometrach, ani w godzinach. Jedyna sensowna miara to dni. Bo 'ilość' buduje właśnie ten 'świat' drogi.
      Następnego ranka wyjechaliśmy z bardzo drogiego hotelu Beelmond, w mieście Złatoust. A wczesnym popołudniem dotarliśmy na granicę Kazachstanu. Organizacja pracy na przejściu rosyjskim bardzo mnie zaskoczyła. Wszelkie formalności można było szybko załatwić przy jednym okienku. Sprawdzenia samochodu dokonywał, zresztą pobieżnie, tylko jeden celnik. Wszystko przebiegło sprawnie i miło, pomimo długiej kolejki. Na wyjeździe z przejścia zatrzymał nas strażnik, bo chciał obejrzeć sobie Suzuki, chce taki kupić. Za zatrzymanie i stratę czasu grzecznie przeprosił.

      Po stronie kazachstańskiej panował duży bałagan, o czystość i naprawę popsutych sprzętów, wydaje się, że nikt nie dbał. Ale przecież tego się spodziewaliśmy. Przy okienku powitano nas szorstko, ale bez zbędnych ceregieli. Urzędnik wpisywał dane według tego, co mu dyktowałem. Na zwrócenie mu uwagi, że nie mieszkam w Warszawie, ale w Poznaniu, machnął tylko niedbale ręką. Podobny brak szacunku dla biurokracji przejawił sprzedający nam ubezpieczenie na samochód, biały Kazach. Wypisanie druków trwało dosłownie parę minut. W północnym Kazachstanie mieszka bardzo dużo białych Rosjan. Zostali w miastach po upadku ZSRR. Po tym jak wygląda centrum Kastanaj, wydaje się, że dobrze im się wiedzie. Kastanaj jest pierwszym, dużym miastem, na trasie do Astany. Wcześniej widzieliśmy tylko zapyziałe na stepie, jak porzucony przed laty, nikomu już nie potrzebny, dziurawy garnek, wioski których mieszkańcy trudnią się hodowlą olbrzymich stad krów i koni, oraz uprawą gigantycznych połaci stepu, na których wielki radziecki traktor, wygląda jak Wania w uszatce na środku pustego placu Czerwonego.
      Centrum nisko zabudowanego Kastanaj wyglądało jak wielka dzielnica przedmieść Moskwy. Wolnostojące, małe domki otoczone wysokimi, nieprzejrzystymi płotami i oddzielone od siebie błotnistymi, o tej porze roku, uliczkami. Ale główne arterie świadczyły o zamożności mieszkańców. Zupełnie inaczej sprawa się przedstawiała w Atbazar. Miasteczko było ubłocone jak obejście obory chłopa pańszczyźnianego po roztopach. Domy obdrapane z tynku, ale okna nowe, plastykowe. Ludzie dostatnie odziani, samochody zachodnie. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jednak przygnębiająco, brudno. Taki upadek prowincjonalnego miasteczka. Ale po przypadkowej rozmowie z dyrektorką domu kultury, okazało się, że życie tutaj kwitnie. Ludzie uczą się angielskiego od jakiegoś gościa z Ameryki, działa prężny klub komputerowy i sportowy, jest koło teatralne i ogromna biblioteka. Kto by pomyślał patrząc na to błoto. Cóż... o naturze porządku Kazachów pisałem już gdzie indziej.
      Cały piątek spędziliśmy prując, jak po autostradzie, do Astany, nowej stolicy Kazachstanu. Zatrzymaliśmy się w tym mieście, na obrzeżu, w hotelu, nie było nawet czasu zobaczyć tego, z czego słynie Astana, nowoczesnego, kiczowatego, zbudowanego na zamówienie prezydenta Nazarbajewa, nowego centrum, którego rozmach i skala miały przyćmić Nowy Jork. Dziś dobitnie poczułem się jak kierowca TIRa, który tylko je, śpi, szcza za ostatnim kołem naczepy i kręci kierownicą. Taka maszyna do objechania świata w rajdowym tempie. Ale mimo to zaobserwowałem parę ciekawych zjawisk tego dnia. Podczas tankowania paliwa, panienka z okienka, zapytała czy chcemy płacić 'naszymi' (w domyśle rosyjskimi Rublami), czy Tenge (waluta Kazachstanu). Istotnie w pobliskim miasteczku dało się zauważyć tylko białych. Było niezwykle czysto i dość ładnie. Jakby Rosjanie na emigracji w Kazachstanie bardziej dbali o porządek niźli we własnym kraju.
      Jadąc przez szeroki i pusty jak ocean step, prostymi jak struna fortepianowa asfaltami, trzeba sobie znaleźć zajęcie dla umysłu, aby nie zasnąć. Bo nawet dziur tego dnia było zbyt mało, aby poświęcać drodze jakąś uwagę. Można marzyć o cycatych dziewczynach, wspaniałych samochodach, o wszystkim czego się na ma, a mieć by się chciało. To zawsze rozbudza i podnosi znużone powieki. Można też oglądać step. Tutaj na północy jest prawie cały zaorany, a to co nie przeznaczono pod uprawę koszą krowy i stada koni. Trzeba wam wiedzieć, że Kazachstan jest największą potęgą światową w produkcji pszenicy. Jadąc przez te czarne, świeżo orane pola, które nie mają granic, jakby wody oceanu sięgają dookoła, po horyzont, można na nich spostrzec jedynie małe stateczki, to wielkie traktory. Ale ponad tym bezmiarem, zwłaszcza na wiosnę, odbywa się wspaniały spektakl. Kontynentalny, surowy klimat potrafi tworzyć najpiękniejsze w kształtach chmury, a jeśli do tego dodać nadciągającą burzę to samo oglądanie nieba może wystarczyć za całe atrakcje turystyczne Kazachstanu. Impet, z jakim ołowiane, ciężkie, groźne jak nawałnica czołgów niemieckich pod Stalingradem chmury, wbijają się w śnieżnobiałe obłoczki na niebieskim niebie, nie można podrobić w Europie. Nie wiadomo dlaczego chmury łatwo pobudzają wyobraźnię i przywołują swoim kolorem, konsystencją i kształtem dziesiątki skojarzeń. Tutaj, w Kazachstanie, chmury mają o wiele większą fantazję niż w Europie i samym swoim pływaniem po lazurze firmamentu powstrzymują wrażliwą duszę szofera od oddania się w objęcia Morfeusza.
      Powolny przejazd w korkach przez Astanę, kolejnego poranka, też był pouczający, mimo że nie można tego nazwać zwiedzaniem, w istocie Astanę trudno zwiedzać, można ją raczej podziwiać, a okno samochodu może być dobrym do tego sposobem. Nowe miasto przedstawia wszystkie tęsknoty społeczeństwa Kazachstanu za nowoczesnością. Jest czyste, jak żadne inne miasto w Kazachstanie. Jest kolorowe, inne od szaro-brunatnej rzeczywistości zwykłych miast. Jest nabite sklepami, ze wszelkim zachodnim i chińskim dobrem. Czego nie można dostać na prowincji, w Astanie na pewno się znajdzie. Wreszcie miasto jest przelukrowane aż do bólu zębów, złoceniami i kiczowatymi dekoracjami. Uosabiają one w sobie to, co zwykły Kazach uznaje za dostatek, sukces, chwałę i bogactwo. Oczywiście to też trudno znaleźć w takim natężeniu, w innych miastach tego kraju.
      O próbach wydostania się z Astany, w przez siebie obranym kierunku, pisałem już w 2008 roku. Tym razem mam lepszy GPS, więc z centrum jakoś się wydostaliśmy, ale na południu zbudowano nowe miasto, którego nie mam naniesionego na starych mapach w GPSie. Oczywiście nie ma żadnych oznaczeń kierunku, główne drogi wcale nie prowadzą na wylotówkę, ale kończą się w polu, jak nożem uciął, przy ostatnim, nowoczesnym blokhauzie. Z zasięganiem języka też nie jest najlepiej, bo zwykli przechodnie raczej rzadko wyjeżdżają z miasta, a jeśli już to pociągiem, a nie samochodem. Wielu młodych w ogóle nie mówi po rosyjsku ani angielsku.
      Błądziliśmy dość długo, zwiedzając przedmieścia, aż w końcu wydostaliśmy się na obwodnicę, a z niej na drogę do Pawłodaru. I tutaj zawiodłem jako przewodnik. Puściliśmy się starą drogą, która praktycznie właśnie przestawała istnieć. Dopiero obiekcje Lesa zmusiły mnie do zweryfikowania informacji, które uprzednio zasięgnąłem od jakiegoś rolnika. Jak to Les powiedział - zmysł biznesmena mnie nie mylił, tu musi być jakaś inna droga. No i całe moje gadanie o kiepskich drogach Kazachstanu i o tym, że tu nie ma równoległych, innych dróg, i trzeba się z tym pogodzić. Całe te moje pewne, płynące z doświadczenia sentencje zmiękły i rozpłynęły się jak gówno na słońcu, kiedy kolejni zapytani przeze mnie ludzie wskazali nam nową, równoległą drogę. Była dziurawa, ale na piątym biegu można było jechać.
      Dzisiejszy dzień obfitował w przygody. Niedługo potem, jak w końcu znaleźliśmy nową drogę, Lesa zatrzymała za przekroczenie prędkości policja. Kazachstan to nie Rosja, tu przepisy i źródło dochodu policjantów, traktuje się poważnie. Zapakowałem się z Lesem i dwoma stróżami prawa do nowej Łady i obejrzeliśmy sobie, w pełnym napięcia skupieniu, film z udziałem naszych samochodów, nagrany na ręczny radar. Takie sprawy załatwia się w Rosji za pośrednictwem 10USD, w Kazachstanie nie dało się niżej jak 100USD. Les nie przestał lekce sobie ważyć przepisów i jeszcze tego samego dnia złapali go ponownie, tym razem na 75USD. Jak na Szkota przystało, biadolił przez dwa, następne dni.
      Droga była dziurawa, więc spieszący się, nieuważny kierowca, łatwo mógł złamać coś w zawieszeniu. Tym razem Les urwał kolejny amortyzator. Szybka naprawa w pobliskiej wiosce, dała nam sposobność do poznania ciekawego, złotozębnego, wesołego mechanika. Opowiadał jak to w zeszłym roku inni Anglicy spawali u niego zawieszenie i jak dzwonili do kogoś w Europie, aby przez telefon tłumaczył z angielskiego na rosyjski. Na koniec skwitował, że szeroki świat przez jego wioskę przejeżdża, a on jako ta gwiazda pozuje do zdjęć.
      Nocleg w hotelu na przedmieściach Pawłodaru, nie dał mi sposobności do zwiedzenia miasta. Zauważyłem tylko, że leży nad szeroko rozlanym na wiosnę, Irtyszem. Zawsze go przekraczałem w Omsku, na Syberii. Raz go widziałem w Tobolsku, który leży w jego zakolu. Jedna rzeka spina tyle różnych kultur, miast i krajów. Woda jest wolna, może przepływać granice, ludzie nie.
      Następnego dnia udało się namówić Lesa, aby zatrzymać się w Semey, dawnym Semipałatyńsku. Zamiast gnać do nocy, aby wjechać do Rosji, czego konsekwencją byłyby dwa dni wolne w Nowosybirsku, zamiast jednego. Znaleźliśmy więc hotel w centrum Semey, a popołudnie postanowiłem spędzić na przechadzce po mieście.
      Za cel wybrałem sobie nadbrzeże Irtysza. Poszedłem tam jedną z głównych ulic przecinających miasto. Semey to miasto wojewódzkie, dość duże. Kiedyś, niedaleko stąd, odbywały się pierwsze, podziemne próby jądrowe Związku Radzieckiego. Jednakże centrum nie jest podobne do miast radzieckich. Oczywiście wzdłuż szerokich ulic ciągną się sklepy, restauracje i wszelkie usługi. Ale kwartały nie zawierają w sobie kamienic, to raczej zielona od drzew, gęsta zabudowa małych, drewnianych domków, ogrodzonych wysokimi płotami. Większość z nich jest wiekowa i niczym nie różni się od domów z prowincjonalnych miasteczek Kazachstanu. Ale jest też pośród nich całkiem sporo nowych willi. Z całej tej zielonej od drzew i dachów tkanki miasta wyrastają olbrzymie bloki mieszkalne. Stawiane są jakoś tak chaotycznie. Wyglądają jak sterczące pośród trawy łąki, szare kamienie.
      Ostatecznie nie znalazłem promenady nad Irtyszem. Postałem chwilę na starym moście, patrząc w brunatne, wezbrane wody rzeki, oraz na most kolejowy, a za nim, nowy most wiszący dla samochodów. Semey leży na przecięciu ważnych szlaków kolejowych, więc pociągi często przejeżdżają przez jego centrum, głośno trąbiąc. Trochę przypomina to Rhino w USA.

      Następnego dnia nocowaliśmy już w Rosji, w mieście o miło brzmiącej nazwie - Barnauł. Tak jak wiele razy poprzednio, postawiliśmy samochody na noc, po prostu na ulicy, przy chodniku. Tym razem też nikt ich nie ukradł, ani nie obrabował. Czy to do pomyślenia w Rosji, złe chłopaki zaszły na psy. Ten kraj zaskakuje mnie zmianami co roku. Zawsze powtarzam, że nigdzie indziej na świecie nie widziałem tak szybkiego postępu ku nowoczesności w stylu zachodnim. My w Polsce jednak wolimy żyć dawnymi przeświadczeniami. Wolimy patrzeć na Rosjan, jak na wesołych, ale groźnych pijaków w walonkach i czapce uszatce. Chcemy, aby nadal byli tacy, jakich znaliśmy z lat '90-tych. Aby kradli samochody, grozili bronią na ulicy, żeby byli nieobliczalni i dzicy. Wolimy wierzyć w stereotyp Ruska brudnego, niezorganizowanego, ale z premedytacją pomysłowego. Lecz oni szybciej się cywilizują niż my. Pod kilkoma względami już nas wyprzedzili i nie ma to nic wspólnego z petro-rublami. Trudno będzie nam zmienić poglądy na temat Rosji. Raz ugruntowane, poparte emocjami, a czasami nienawiścią, tworzą nasz światopogląd, a jego remanent wymaga nie tyle pracy, wiary i chęci, co odwagi. Zapytacie po jasnego gwinta myśleć o Rosjanach lepiej niż w latach '90-tych. Ano dlatego, bo my w latach '90-tych stworzyliśmy stereotyp Polaka i domagamy się ciągle, aby zachodnie kraje traktowały nas fair, na równi ze sobą. Dlaczego oni mają się starać zmienić zdanie o nas, skoro my nie chcemy tego uczynić dla Rosjan?
      Na ostatnich kilometrach przed Nowosybirskiem, Les spostrzegł na parkingu przed restauracją Ładę Nivę, przerobioną na BIG Foota. Ktoś zbudował potwora z kabiną Nivy i kołami od Urala. Spędziliśmy piętnaście minut na robieniu zdjęć, kręceniu filmu, ustawianiu samochodów do wspólnych ujęć. Jak bumerang wraca dziwna formuła tej podróży. Les nie marnuje czasu na podziwianie egzotycznej przyrody, ani na poznawanie ciekawych miast. Nawet rozmowy z lokalną ludnością go nie pociągają. Ale interesuje go kiczowata ciekawostka przy drodze, zdjęcie ze znakiem 'Azja', zaliczanie trasy po to, aby była zaliczona, odhaczanie ptaszkiem na formularzu wykonanej pracy. Udział w tej wyprawie mocno podkopał moją wiarę w sens licznych podróży dookołaświatowych, o jakich ciągle słyszę. Mam tylko nadzieję, że podróż Lesa jest złym wyjątkiem. Właśnie 'zaliczania' chciałem uniknąć w swojej podróży dookoła świata. Dlatego podzieliłem ją na etapy i zrezygnowałem z używania głównych dróg, na rzecz spędzenia jak najwięcej czasu w realiach, jakie są właściwe krajom, przez które przejeżdżam.
      W Nowosybirsku utknęliśmy w korkach. Miasto nie ma obwodnicy, co roku przyrasta ilość samochodów i stolica Syberii jest zabita samochodami jak filtr paliwa szlamem z polskich stacji paliw. Kręciliśmy się bez sensu jak smród po gaciach, szukając hotelu w miarę blisko lotniska. Za dwa dni mam lot do Polski, a za trzy dni przylatują trzy osoby z Anglii, aby towarzyszyć Lesowi w dalszej podróży. Niestety hotele w Nowosybirsku są skupione w centrum. Dla mnie to i lepiej. Poprzechadzam się w wolny dzień nad pięknym Obem. Na zalewie Obskim, tuż przed zaporą i elektrownią, przez którą przejeżdżaliśmy, leży jeszcze lód. Zalew wygląda jak morze, nie widać drugiego brzegu. To się Angielczyki nadziwowały, jakie to wielkie rzeki w Rosji mają. Za to Rusłanczyki się dziwowały w salonie Suzuki, jaki odwiedziliśmy w Nowosybirsku, że taki stary człowiek ma tyle fantazji, aby wyruszyć w podróż dookoła świata. Czyli Les osiągnął swój cel.
      Chciał zrobić przegląd zawieszenia w samochodach, dlatego odwiedziliśmy jeden z czterech salonów Suzuki w mieście. Adres spisaliśmy z reklamy, na ulicy. Początkowo przyjęli nas sceptycznie, ale po interwencji szefa, zajęto się nami troskliwie. Oczywiście nikt nie mówił po angielsku i musiałem się produkować w roli tłumacza. Jest to dziwne zjawisko w Rosji, że mało ludzi uczy się angielskiego. W Polsce, w latach '90-tych szkoły językowe wyrastały jak grzyby po deszczu. Tutaj duch imperializmu, poczucie bycia pępkiem świata, do dziś blokuje szeroką chęć uczenia się języków. Nawet dobrze wyedukowani, ludzie na stanowiskach, młodzi nie znają angielskiego. Zdarza się natomiast rewers. Już parę razy spotkało nas zdziwienie, kiedy cieć hotelowy znał angielski, a recepcjonista na społy z szefem nie. Podobnie w salonie Suzuki w Nowosybirsku. Zastępca szefa znał trzy słowa, pewnie z internetowych gier komputerowych, szef nawet z nami nie zamienił słowa, tylko stał na boku, wydając rozkazy. Pewnie nie chciał wyjść na nieuka. Za to mechanik coś tam po angielsku z nami pogadał.
      Naszym opiekunem, z ramienia Suzuki, był salesmanager Aleksiej. Typowy przedstawiciel rosyjskich nuworyszy, ludzi sukcesu. Piszę o nim, bo może być przykładem książkowym, taki rosyjski nowy macho. Pierwsze co się zauważa u tych facetów to sposób poruszania się. Mają zamaszyste ruchy, przypominające wracającego z szychty, młodego, pewnego siebie junaka, który po drodze walnął, dla animuszu, dwa piwka z kolegmi. Stopy na zewnątrz, szeroko rozstawione nogi, luźny brzuch, wypięty tyłek, ręce dyndają jak u goryla, kark szeroki, głowa pewnie trzyma kierunek, jak sterowana żyroskopem lufa nowoczesnego czołgu. Taki człowiek ma siłę przebicia jak czołg i błyskotliwość statku kosmicznego Gagarina. Znaczy finezja 5%, skuteczność 95%. Kultury osobistej, podobnie jak inteligencji, erudycji, klasy, dobrego wychowania, wrażliwości - takich cech nie posiada w ogóle, bo są one zbędne, a nawet przeszkadzają w robieniu kariery w Rosji.
      Tak jak męskość u Aleksa jawi się w przerysowanym obrazie macho, tak kobiecość u wielu Rosjanek jest też przejaskrawiona aż do wyuzdania. Przed głównym wejściem do salonu powitały nas dwie sekretarki. Obie przygwoździły nasz męski wzrok smukłymi kolumnami swoich nóg, które sięgały nieba, aż pod kuse spódniczki. Tak krótkie, że wystarczy być wzrostu Garego, znaczy wzrostu napoleońskiego, by sprawdzić markę majtek, jakie noszą. Powyżej, męskim wzrokiem, można było jedynie zauważyć mający lada chwilę wybuchnąć, ale jeszcze resztką sił przytrzymywany zachodnim stanikiem, biust. Makijaż, a la tania prostytutka z gorszej dzielnicy Kopenhagi, dopełniał lubieżności. Stojąc tak u bram budowały rozpustną atmosferę. Tak jakby za ich plecami znajdował się disco-bar, albo burdel. Ale taka jest tu norma. Mają przyciągać wzrok klienta, tak też się ubierają kobiety na co dzień. Jest ich pełno na chodnikach miast. A obok nich zwykli Rosjanie, dziś już w mniejszości, grubi, dennie odziani, śmierdzący zatęchłym w sztucznych, tanich swetrach potem, o twarzach zdeptanych komuną, a potem pierestrojką.
      Les zmaga się z szukaniem kogoś, kto ma mnie zastąpić na trasie do Władywostoku. Nie jest to takie łatwe jak by się można spodziewać. Wszelkie prawdopodobieństwo wskazuje, że pojedzie bez przewodnika. Ale po drodze rozlicznych telefonów, trafiła się Dasza. Jest młoda, zna angielski, kocha podróże, zdziwiłbym się gdyby nie kochała. Brzmi jak przepis na moją drugą żonę. Pojawił się jednak problem. Suzuki ma zbyt mało miejsca na długie, nagie nogi Rosjanki. Poza tym losowanie, kto ma dziś wziąć pokój dwuosobowy z Daszą, mogłoby przyjąć charakter wojny. Jest też trzecia kwestia. Drogi robią się coraz gorsze, jest więc racjonalny powód, aby skupiać się na trzymaniu kierownicy, a nie kolana współpasażerki. Ale to wszystko szowinistyczne szutki, znaczy miłe żarciki. Dasza i tak nie pojedzie, bo nie ma wizy do Mongolii, czyli ten sam problem, co ze mną.
      Dziś w Nowosybirsku zajęliśmy się od rana poszukiwaniem kuchenki gazowej dla Lesa. Posłużyliśmy się taksówkarzem, który zaskoczył Angielczyków nie ceną swej usługi, która byłą z wysokiego sufitu, ale prędkościami, jakie osiągał pomiędzy kolejnymi skrzyżowaniami. Wyglądało to na wyścigi z wiatrem i sensem roboty taksówkarskiej. Zastanawialiśmy się czy ten gburowaty jegomość kiedykolwiek oglądał amerykańskie filmy z okresu młodzieżowego buntu i wyścigów ulicznych takich bohaterów jak James Dean. Kompletnie nie przypominał Deana, bardziej porównałbym go do tępej łopaty. A więc chyba wzorował swoje galopiady po szerokich ulicach Nowosybirska na tych knotach z udziałem Vina Diesela. Koniec końców Les kupił za bzdurne pieniądze dwie, bolsze, chińskie kuchenki. Jak się jest bogatym, pojęcie 'drobnych' jest niebotycznie zawyżone.

      Gdzieś po drodze spotkaliśmy jakiegoś gościa z małej wioski na Sachalinie. Kolejny typowy przedstawiciel pewnej generacji Rosjan. Mieszkał w małej wiosce na wybrzeżu Sachalina. Do najbliższego, zabitego dechami miasteczka miał 280 kilometrów po drodze, którą tylko zimą dało się przejechać samochodem, ale i tak nikt nie jeździł, bo we wiosce nikt nie miał samochodu. Po prostu synonim końca świata, nawet w wymiarze rosyjskim. Ale noworuski zbudował tam kopalnię, przegrodził rzekę tamą produkującą prąd i zatruł jej wody do tego stopnia, że ludzie pijący i jedzący ryby z tej rzeki, zaczęli padać jak muchy. Skończyła się więc idylla małej wioski na końcu świata. Albo z punktu widzenia zachodniej Europy - koszmaru nocnego, znanego tylko tym, co pojechali na zsyłkę. Ludzie tacy jak nasz rozmówca, młody, silny, o dzikim jak u wilka spojrzeniu i bagażu wspaniałych, nam nieosiągalnych wspomnień jak u sztuczniaka z filmu "Blade runner", potrafiący przetrwać w tajdze sto razy lepiej niż Bear Grylls, nie umieją znaleźć się w nowoczesnym świecie. A więc tacy ludzie wyruszyli w drogę ku zmianie, w drogę ku miastom takim jak Nowosybirsk, by żebrać, być wykorzystywanym za marne grosze, przymierać głodem, umrzeć w zapomnieniu. Bo to ich jedyny pomysł na zaradzenie zmianom, jakie zaszły w ich wiosce. Ile to ja takich historii słuchałem w moich podróżach po Rosji... Ludzkie, skrajne wybory. Rosja w tym przoduje. Spisując je, bazując na czynniku lirycznym, można przyciągnąć słuchacza, albo czytelnika. Kilku znanych podróżników już to uczyniło.
      Kiedy patrzyłem i słuchałem opowieści Lesa, jakie solił do reportera z Nowosybirskiej gazety, zawołanego przez dealera Suzuki, wydawało mi się, że jego życie, światopogląd i rozumienie dzikich krajów jest tak odległe od mojego, jak ja jestem daleko od bezimiennego gościa z Sachalina. Za przeproszeniem jaśnie państwa, gówno wiem o prawdziwym życiu w Rosji. Ale pocieszam się, że jeśli moja wiedza to nic, to wiedza Lesa jest w Wąchocku. Ale to on dziś był przedstawicielem ludzi podróżujących po Syberii, bo to z nim robiono wywiad, a jutro będzie miał drugi dla radia. No i jak wypadniemy my... podróżujący, jeśli będziemy mieli takiego przedstawiciela, co jeździ głównymi drogami i nie ma czasu na nic innego poza prowadzeniem wozu i noclegami w lux hotelach? Już wyobrażam sobie Rosjan, którzy słuchają tego wywiadu, widzę ich uśmiech politowania i konkluzję - co oni o nas wiedzą, nawet nie pamiętają nazw miast, które przejeżdżali, a myślą że są pępkiem świata. Stałem tam z założonymi na piersi rękoma, napuszony poczuciem wyższości, jak ten wiecznie obrażony, naburmuszony Gary. Ile to razy media fotografują gwiazdy, jak czubek góry lodowej? Ale świat tego właśnie chce. To tylko moje nabzdyczenie jest tu nie na miejscu. Im więcej lat spędzę w podróży, tym częściej będę trafiał na takie sytuacje. Kiedyś muszę przywyknąć i nie dawać się wciągać.
mariusz reweda
zdjęcia: Mariusz Reweda, Iwona Kozłowiec

Artykuł Iwony o wyprawie.
Zobacz inne nasze podróże po Azji: 2003, 2005, 2007, 2008, 2008, 2009, 2010, 2010, 2011, 2013, 2013, 2014, 2014, 2014, 2016, 2016, 2017.
sdfsjnklnfklbnlknbl lknblsk bnas nksfndb ndfol
FWT Homepage Translator