podróż dookoła świata - pierwszy etap
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012
Mariusz Reweda
info@kilometr.com
0601771523
zawód:
przewodnik
informatyk
mechanik
podróżnik
pasja:
dalekie podróże
uczenie się świata
doświadczenie:
ponad 140tys. km
w siedmiu wyprawach
każda po 2 do 5 miesięcy
KTM Adventure LC4
2004
najlżejsza maszyna
do podróżowania
najbardziej off-roadowy
sprzet pośród
klasy podróżniczej
patroni medialni:
sponsorzy:

Optimus NIERUCHOMOŚCI
Pierwszy etap podróży dookoła świata skończony. Przez 40 dni przejechaliśmy na dwóch motocyklach ponad 14000km. Była to dla mnie podróż zupełnie NOWA. Jednak środek lokomocji zmienia patrzenie na świat, a przede wszystkim jego odbiór. Inaczej kiedy podróżuje się samochodem i zupełnie inaczej kiedy jedzie się motocyklem. Także inaczej odbierają NAS. Motocyklista w dzikich krajach zawsze kojarzy się bardziej z Don Kichotem aniżeli sybarytą, tak jak to jest kiedy widzą nas zamkniętych w luksusowych warunkach samochodów terenowych. Wyjeżdżałem z Polski pełen obaw, żeby nie powiedzieć paniki. Kiedy opowiedziałem o tym, po fakcie, znajomym, stwierdzili że poczucie humoru mnie nie opuszcza. Być może wyglądam na twardego gościa. Strach zaczął mnie opuszczać dopiero za Istanbulem, dopiero po kilku dniach poczułem się dobrze w swej nowej roli... motocyklisty. Dziś, po powrocie, bez dwukółki pomiędzy nogami nie wyobrażam sobie podróży. Jak każda podróż, tak i ta nauczyła mnie wiele. Ale najbardziej cenię sobie to czego dowiedziałem się o sobie samym.

W założeniach miałem jechać sam, ale tak się złożyło, że rozpoczęliśmy tą podróż razem z Tomkiem Cisakiem. Obydwaj używamy takich samych motocykli KTM. Nie dzielimy się jednak częściami zapasowymi. Każdy z nas w złożeniach jest samowystarczalny pod wieloma względami. W podróży nie wiadomo co się wydarzy, a nas nie obowiązuje zasada "razem zaczynamy i razem kończymy".

             

Pierwszy etap i pierwsze koty za płoty. Nie do końca wszystko udało się zrealizować. Nigdy wcześniej nie planowałem długodystansowej podróży motocyklem, zwłaszcza hard enduro i nieco przekalkulowałem kilometry. Aby zmieścić się w czasie jaki mieliśmy przeznaczony na tą podróż, musieliśmy zrezygnować z wizyty w Turkmenistanie, natomiast Armenia wypadła nam z powodów politycznych, regionu zakaukazia. Na początku dał nam w kość etap dojazdówki z Polski do Istanbulu. Październik w Europie to już zimno i mokro. I potem z deszczu wpadliśmy pod lampę słońca w Iranie. Kolejnym błędem przygotowań było zlekceważenie pewnych formalności, których nie dopełniliśmy przed wyjazdem z powodu braku czasu i opóźnień biura pośrednictwa wizowego. Wyjechaliśmy z Polski bez pakistańskiej wizy, na której wyrobienie musieliśmy poświęcić wiele czasu w Teheranie. Nie mieliśmy także carnetów de passage, bo nasze motocykle prawdopodobnie już nigdy nie wrócą do Europy. Zgodnie z sugestiami urzędników z PZMotu, liczyliśmy na łud szczęścia i łapówki. W Pakistanie z tego powodu nie mogliśmy dokładnie spenetrować Beludżystanu, a na granicy indyjskiej zupełnie utknęliśmy.

Ale to, że czas nas gonił i walczyliśmy z urzędnikami, to wcale nie oznacza, że coś nas minęło. Spędziliśmy wspaniały czas w Gruzji, poznając ten przedziwny naród, tak podobny do Polaków oraz penetrując również tereny wokół Osetii. Z naturalnym dla podróżników brakiem zdziwienia, stwierdzając że wojna gruzińsko-rosyjska to mocno nadmuchany przez media temat. Azerowie dali nam niewiele czasu na zwiedzanie swej krainy, ale mimo to mogliśmy wyrobić sobie własne zdanie o tym kraju. W Iranie spędziliśmy prawie trzy tygodnie i mimo, że nigdy ten kraj nie był moim ulubionym, to jednak zakochałem się w pięknych górach, w których spędziliśmy najwięcej czasu. W Pakistanie poznaliśmy od podszewki system policyjno-wojskowej siatki posterunków i nowe zalecenia rządu, aby wszystkich turystów traktować jak gęsi wystawione na żer wilków, czyli na przykład partii walczącego Beludżystanu. A Indie... cóż Indie? Na granicy mają taki bilbord, na którym wypisano... dla informacji przyjezdnych, że właśnie wjeżdżają do największej demokracji na świecie. Ja bym sformułował to hasło nieco inaczej, bo dla mnie to największa biurokracja na świecie. O Indiach pisałem wiele i w innych miejscach, więc tym razem sobie daruje.

Czas wracać do rzeczywistości, na ziemię. Czas planować kolejny etap podróży. Obok możecie poczytać teksty jakie wysyłałem z drogi, do Polski. Natomiast poniżej fragmenty książki jaką napisałem podczas tej podróży. Można ją ściągnąć (plik DOC/RAR 107kB).

sie ma
mariusz





opis mojego motocykla
drugi etap podróży dookoła świata
trzeci etap podróży dookoła świata
czwarty etap podróży dookola świata
piąty etap podróży dookola świata
szósty etap podróży dookola świata
artykuł z motoVoyagera o etapie przez Iran
artykuł z Globtrotera o etapie przez Pakistan

Zobacz inne nasze podróże po Azji: 2003, 2005, 2007, 2008, 2010, 2010, 2011, 2013, 2013, 2013, 2014, 2014, 2014, 2016, 2016, 2017.

                        


fragmenty książki jaka powstała podczas tej podróży

(...)Trasa 010 biegnąca z Bartin do Sinop, wzdłuż wybrzeża morza, jest godna polecenia. Pejzaże zapierają dech w piersiach. Schodzące wprost do ciepłego morza góry zmieniają się przez cały dzień pod wpływem zachodzącego, lub wschodzącego słońca, niskich chmur i wiatru. Można to zaobserwować o każdej porze dnia, ponieważ droga jest na tyle długa i kręta, że nie da się jej przejechać w jeden dzień. Pomiędzy urokliwymi, lekko zatęchłymi, ale z własną, niepowtarzalną atmosferą, wioskami rybackimi, można odnaleźć dzikie plaże, my właśnie dziś na takiej nocujemy. Ruch samochodowy jest bardzo mały, a turystyczny praktycznie żaden. Wioski na pierwszy rzut oka niedostępne, bo obcy który się w nich zatrzyma, tkwi jak drzazga w palcu, jednak po chwili stają się przyjazne, a jak się pozna przynajmniej dwie, nawet przewidywalne. Na przystaniach jest sporo miejsca aby zaparkować kampera. Nie jest tu pięknie i cukierkowo jak na lazurowym wybrzeżu czy w Chorwacji. Jest normalnie. Można zatrzymać się tu na chwilę aby poobserwować jak biegnie normalne życie w Turcji, tej nieturystycznej. Złapać w obiektyw stare kutry, od linii wody po kręcący się radar w jednolitym kolorze rdzy i starowinki podpierające się kijkiem, z tobołem chrustu na plecach. Dla nich świat zawęził się do tej jednej wioski, tej jednej ulicy, tego jednego kijka do podpierania. Czas skrócił się tylko do dziś. Czy podróżnicy też tak się starzeją? Noclegu szukałem zjeżdżając bardzo stromo na dziką, rybacką plażę otoczoną skalistymi klifami. Zjeżdżałem tak stromo, po ścieżce dla osiołków, że na dole zwątpiłem czy uda się rano stąd wyjechać. Taka wątpliwość w moim z góry planowanym życiu nie dałaby mi spać spokojnie. Więc zanim zakomunikowałem, przez radio, Tomkowi o trudności, postanowiłem od razu wspiąć się z powrotem do góry, a tym sposobem sprawdzić czy jest to wykonalne. Tomek jednak nie czekał na wieści i także zaczął zjeżdżać, spotkaliśmy się w połowie. Z wrażenia jeden z nas się przewrócił.(...)
(...)Spędziliśmy cały wieczór w towarzystwie Markusa i Jutty. Mieliśmy sobie dużo do opowiedzenia, zwłaszcza że mamy podobny pomysł na realizację dalekich wypraw. Właśnie wracają do domu po długim objeździe Gruzji i Armenii. Motocykle jakimi podróżujemy nie są dość popularne, również z tego powodu, że służą raczej wielce bezkompromisowym użytkownikom. Tym większe było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy na tak wysokim oraz trudnym w komforcie i prowadzeniu motocyklu kobietę lichej postury. Twarda sztuka. Więcej takich, wtedy tatuśki pod pantoflem odnaleźli by swoje jaja. Ten wieczór spędziliśmy także z grupką młodych Gruzinów, którzy przyjechali do Vardzi turystycznie, z miast. Przywieźli ze sobą 30 litrów domowego wina, którym raczyli wszystkich dookoła niemal na siłę. Szybko jednak dało się zauważyć, że jego jakość stoi w całkowitej opozycji do ilości. Bardzo podobnie było z toastami jakie wznosili Gruzini. Niesamowicie rozbudowane i zawiłe, trwające niekiedy po kilka minut przedmowy, zahaczały o wątki historyczne, polityczne, a przede wszystkim służyły chyba promocji skrajnie nacjonalistycznych poglądów przemawiających. Samouwielbienie tryskające wręcz z Gruzinów jest tak absurdalnie, że aż komiczne. Chociaż oni sami przykładają do swoich słów wielką powagę. Korciło mnie aby wsadzić kij w mrowisko, już nawet przygotowywałem sobie grunt do wystąpienia z trudnymi i podchwytliwymi pytaniami skierowanymi w sam środek ksenofobii gruzińskiej oraz aktualnego konfliktu z Rosją. Ale... no właściwie, jedynym logicznym wytłumaczeniem może być nadmiar wina lanego z kanistra samochodowego oraz ciekawe tematy podróżnicze jakie poruszałem z Juttą. Impreza rozwinęła się do tego stopnia, że podczas kolejnego, maksymalnie przekombinowanego toastu, zamienionego w opowieść o bohaterskich czynach Gruzinów, młody prawnik z Gori wlazł na dach altany aby z góry być lepiej słyszanym. Co ciekawe nie zwalił się stamtąd na dół razem z dwoma pomagierami mimo, że konstrukcja drewnianego daszku była dość licha.(...)
(...)Skorzystaliśmy z zaproszenia tubylców. W rozmowie z nimi operowaliśmy słowami angielskimi, które można by policzyć na palcach jednej ręki. Za komunikację służyła nam mimika twarzy i zdolności skojarzeniowe. Musieliśmy długo negocjować aby móc ustawić namioty, wziąć prysznic i spędzić trochę czasu sam na sam. Czyli walczyliśmy z ich gościnnością aby czuć się jak co dzień w podróży. Poznanie świata domowego zwykłych ludzi prowincji północnego Iranu oparliśmy jedynie na bystrości oka i wrażliwości umysłu. Ale warto było. Dla nas to odmiana i nowe doświadczenie, a po to tu przyjechaliśmy. Takie zderzenie kultur nasuwa wiele wniosków, zmusza do zauważenia własnych ram, które nas opisują, zastanowienia nad przepaścią pomiędzy naszym, cywilizowanym światem Zachodu i ich ciągle istniejącym w tyle, światem Wschodu. Zaciekawiło mnie jak szybko, taka prosto funkcjonująca społeczność, przyjmuje zupełnie dla nich niezrozumiałe i całkowicie nowe rozwiązania. Coś czego potrzeby nawet nie zauważyli, nagle w ciągu krótkiego czasu staje się standardem obowiązującym. Przykładem może być komórka, karta kredytowa, czy telewizor. Im taka społeczność mniej potrzebuje nowoczesnych rozwiązań, tym szybciej się od nich uzależnia i tym łatwiej zaczyna traktować je jako wyznacznik lepszego statusu społecznego. Nagle komórka zastępuje im chęć odwiedzin, telewizor potrzebę przebywania w większym gronie ludzi, a karta kredytowa odpowiedzialność za swój majątek. I w taki świat lądujemy my - kosmici na motocyklach. Negujemy wszystkie tradycyjne i nowoczesne wartości jakie znają. Wyglądamy jak z choinki urwani i nie potrafimy wyjaśnić racjonalnie powodów które nas tu przywiodły. Ten Zachód, w który oni wierzą, który jest dla nich rajem obiecanym i jednocześnie zakazanym oraz znienawidzonym, wypluł takich dwóch jak my, którzy zdają się zupełnie nie pasować do modelu człowieka Zachodu jaki tu jest lansowany. Więc co oni o nas myślą? Znając ich zdolność percepcji, skojarzeń i wrażliwości, pewnie wkładają nas do szuflady z napisem 'Fisiakowie', czyli może z Zachodu, ale lekko trąceni w głowę. A może myślą, że obraz Zachodu w mediach jest fałszywy? A może też sądzą, że Zachód poszedł dalej i że teraz komórka i dobry pojazd to nie wszystko. Trzeba sięgać po takie tematy z czapy wzięte jak podróżowanie.(...)
(...)Po osiemnastu dniach permanentnej, wyczerpującej i męczącej podróży, jestem zdziwiony, że nadal tak dobrze trzymam się w siodle. Codziennie spędzamy ponad dziesięć godzin na motocyklach, albo obok nich. I mimo straszenia, że niby tyłki nam zakisną, głowy pękną od ucisku kasków, upału i hałasu, ręce i stopy będą miały ciągłe mrowienie od wibracji jednocylindrowego silnika, mimo tych ostrzeżeń ze strony niby wytrawnych motocyklistów z Polski, jesteśmy w zadziwiająco dobrej formie fizycznej i psychicznej. Chcieliśmy robić całodzienne odpoczynki aby regenerować siły co kilka dni, a okazuje się, że codziennie rano ckni mi się do dalszej jazdy. Z drugiej jednak strony, kiedy przyjrzeć się wysiłkowi jaki wkładamy w kontynuowanie podróży, to trzeba przyznać, że długa wyprawa motocyklem to wyzwanie we wszystkich aspektach życia podróżnika. Kiedy skończymy wyprawę życie bez motocykla wyda się mi nudne i monotonne. No tak, ale o dziewiątej, czasu lokalnego, otwarto bramy ambasady Pakistanu i trochę później mogliśmy złożyć wnioski o wizy. Trwało to do 1030. Kolejka, przepychanki, ten kto nie był wyposażony w tupet i znajomość funkcjonowania urzędów w dzikich krajach, został na lodzie i mógł spróbować jutro. Nasze wnioski przyjęto, czyli dwa podania - druczki, pisemne uzasadnienie, po angielsku, dlaczego chcemy wyrobić wizy w Tehranie, ksero paszportu - wszystkich stron, trzy zdjęcia oraz list polecający z polskiej ambasady. Kazano nam zadzwonić w sobotę aby upewnić się czy wizy są gotowe do odbioru. Urzędnik był stanowczy, ale sprawiedliwy i rzeczowy. Nic nie umknęło jego uwadze i nie dał się wyprowadzić z równowagi kilku krzykaczom. Długi, wydatny nos, gęsta czarna broda, włosy zaczesane na czoło, pożyczone z karku, jak to Tomek stwierdził, miały skrywać łysinę. Miękki, duszący perfum wody różanej, czarny garnitur marki garnitur oraz rozbiegane oczka. Był panem w swoim królestwie, dopóki nie nadszedł zwierzchnik. Tutaj nie istnieje zależność czysto pracownicza, typu szef - podwładny. To coś w rodzaju feudalnej społeczności, typu wszechmocny - sługa. Przy czujnym spojrzeniu zwierzchnika, praca poszła gładko i szybko. Prawie wszyscy zostali załatwieni. Wśród petentów tylko my byliśmy z Europy. Po wyjściu z ambasady mieliśmy gotowy plan działań. Przejechać trasę do Esfahanu, a w niedzielę wrócić po wizy do Tehranu. Na początek rzuciliśmy się, pełni wiary w rychły sukces, w powódź pojazdów, aby znaleźć drogę wyjazdową z miasta, w kierunku na wschód, na Semnan. Tym razem więcej błądziliśmy niż staliśmy w korkach. W sumie ponad dwie godziny. Z początku pytaliśmy o drogę, ale niewielu kierowców wyjeżdża z miasta własnymi samochodami, częściej autobusami. Więc tylko komplikowali nam życie dając sprzeczne informacje. Potem jechaliśmy na azymut. Wyobraźcie sobie jechać przez Warszawę, taką pięć razy większą, na azymut, bez drogowskazów, bo ich nie ma. Jednokierunkowe, strefy zakazu wjazdu, zakorkowane ulice i nasz ślad na GPSie wyglądał jak sznurek w kieszeni. Zmęczeni gorącem, przepychanką i znużeni niepowodzeniami w szukaniu głównej drogi na Wschód, zatrzymaliśmy się w bocznej uliczce aby odpocząć w cieniu i zrobić zakupy w warzywniaku. Asystę kilkunastu mężczyzn mieliśmy natychmiast. Na szczęście jeden z nich mówił po angielsku. Pewnie jeden z tych Irańczyków, którzy wrócili do ojczyzny po niepowodzeniach na emigracji w USA. Dał nam kilka wskazówek, które w końcu naprowadziły nas na drogę wyjazdową. Przez pewien czas czułem się jakbym tonął w oleistej, ciepłej, brudnej mazi. Starasz się tylko wydostać, już nie szukasz adresu, jedynie chcesz wyrwać się na wolność spośród tych domów i samochodów, ale tylko walisz głową w mur.(...)
(...)Ucieszyliśmy się, że mamy kogo zapytać o drogę na tym pustkowiu. Jednak goście nie chcieli nic słyszeć o drodze przez pustynię. Nie podobały im się nasze GPSy i pomysł jazdy tą drogą. Chcieli nasze paszporty. Wyglądali nie tyle groźnie, co jednoznacznie. Tak na oko na tępych przedstawicieli władzy. Tylko te dresy?! Starszy, brodaty, gruby był bardziej energiczny i przekonany, że trzeba nas zatrzymać. Młodszy o szczurzej, wystraszonej twarzy, pewnie się zastanawiał - po co mi to wszystko. Koniec końców, kazali nam jechać za sobą, dalej drogą na południe. Zaprowadzili nas pod bramę bazy wojskowej. Przynajmniej takie wrażenie ten przybytek cywilizacji na środku pustyni sprawiał. Strażnikami też byli dresiarze. Jednak po naszywkach na bluzie jednego z nich, wywnioskowałem że to wojsko rakietowe. Nasze paszporty, wraz z gośćmi z pick-upa zniknęły za szlabanem. A nam pozostało czekać na słońcu. Trwało to kilkanaście minut. Zauważyłem kran z wodą, więc zatankowałem butelki na prysznic. Potem przyglądałem się ciężarówkom wiozącym amerykańskie pick-upy na rejestracjach arabskich, pewnie z Emiratów. Oraz liczne cysterny wjeżdżające do bazy i wyjeżdżające puste. Może w tym samym czasie, jakiś gość na nocnej zmianie w pentagonie, oglądał nas na zdjęciach satelitarnych i może myślał sobie - co te durnie na motocyklach wyprawiają, tak im się nudzi, że muszą atakować pilnie strzeżone zony na irańskiej pustyni? Po kilkunastu minutach przyjechał major, pierwszy człowiek, w tym zamieszaniu, w mundurze. Na szczęście trochę znał angielski. Od samego początku puszył piórka przed swoimi podwładnymi. Powłóczystym krokiem, jak indor, powoli zbliżał się ku nam. Cała świta podwładnych biegała wokół niego jak wróble w zimie przy kromce chleba. Założył ręce z tyłu jak amerykański szeregowiec, a po chwili podał nam prawicę, sztywną, sprężystą, po męsku. U nas znaczyło by to - everythink is all right! Ale tutaj to nic nie znaczy. Na początek postraszył nas, że konfiskuje nam motocykle, a nas wysyła do miasta, na przesłuchanie. Niezła perspektywa. Mam oddać wszystko co mam w ręce tych dzikusów! Wolę zginąć na posterunku. Przy majorze niepostrzeżenie znalazł się tajniak w brązowej marynarce. Od razu widać było, że doskonale rozumie po angielsku ale się nie ujawniał, wolał stać z boku. Jednak to jego zdanie zaważyło na decyzji majora. Wysłał nas z dwoma oficerami do miasta w ręce policji. Nie chcieli nas trzymać pod bramą. Nie chcieli abyśmy wjeżdżali do jednostki wojskowej bo może zauważylibyśmy coś czego widzieć nie powinniśmy. Goście nie byli ciemni. Zarekwirowali nam GPSy i bez problemu potrafili się nimi posługiwać. Na moje zapewnienia, że nie mamy mapy Iranu w GPSach, bo nie można takiej kupić, major - buc - indor przekonywał mnie, że wszystko jest w Iranie możliwe. Jakby irańska armia korzystała z amerykańskiego systemu GPS i produkowała dokładne mapy na swój użytek. Co z tego skoro cała ich 'forbiden zone' jest dokładnie widoczna na zdjęciach w google.earth. Jednak gdyby tu produkowali atomice, które akurat Iranowi by się przydały, to pewnie zamiast z nami gadać po prostu by nas schowali. Nie było tak źle. Major pożegnał się z nami uściskiem dłoni i dał nam eskortę do Semnanu. Podwładni odprowadzili go do samochodu skacząc wokół jak pchełki, może my też powinniśmy? Tomek zgrywa twardziela i pewnego siebie Europejczyka, co to prawa obywatelskie zna na pamięć i żaden dzikus w mundurze czy w dresie kitu wstawiać mu nie będzie. Ja robię za wystraszonego frajera co wdepnął w gówno sandałem i w roztargnieniu nawet tego nie zauważył. Kto wie może nawet tak właśnie się czuję. Niby jestem przebiegły i zgrywam słabego i wystraszonego, bo tak łatwiej oszukać czujność dzikusów, którzy ludzi oceniają po pozorach, ale może jednak wewnątrz naprawdę jestem miękki? Byle mi nie puścił nerwy bo narobię bigosu.(...)
(...)Asfalt skończył się po 35-ciu kilometrach. Zjechaliśmy na szerokie szutrówki. Tomek musiał trzymać się daleko z tyłu, bo pył spod kół mojego motocykla unosił się na trzy kilometry za mną. Droga pozwalała na prędkość 50-65km/h. Trochę off-roadu dobrze nam zrobi, motocykle rozprostują kości, a my przypomnimy sobie na jakie drogi nastawiamy się w Pakistanie. Szczyty wokół nas tonęły w mgłach, jeszcze nie zrobiło się gorąco. Słońce chyba nas dzisiaj oszczędzi, jakieś delikatne chmury czaiły się na zachodnim niebie. Trudno sobie wyobrazić, że za dwa miesiące będzie tu mróz, a w górach, tu gdzie teraz jedziemy, na wysokości około 2000m n.p.m. może popadać śnieg. Czasami wyskakiwaliśmy na asfaltowe drogi. Jednak, żadna z nich nie prowadziła bezpośrednio na północny-zachód, więc czyniliśmy skróty po bezdrożach. Gdzieś w interiorze, skąd nam wiedzieć gdzie, krajobraz mimo, że piękny i niecodzienny, stał się powtarzalny i gdyby nie GPS trudno było ustalić ile przejechaliśmy i dokąd zdążamy. Napotkaliśmy budowę rurociągu, która przecięła nasz kurs w poprzek. Rura średnicy około metra leżała na ziemi, obok rowu, w który pewnie ją zakopią. Szukaliśmy przejazdu na drugą stronę tej bariery. Poczułem się jak sarna, która nie może przejść na druga stronę autostrady, do lasu. Wreszcie natrafiliśmy na przejazd, tymczasowo usypany przez spychacz. Zaraz po drugiej stronie wpadliśmy na drogę wyjeżdżoną przez ciężarówki i spychacze gąsienicowe. Rozpoczął się etap pod tytułem 'Czachor na wakacjach'. W piachu o konsystencji mąki, koła motocykli zapadały się po dwadzieścia centymetrów. Trudno było utrzymać równowagę, a tylnie koło kopało grunt tworząc fontannę z pyłu za motocyklem. Próbowałem jechać szybko, jak uczestnicy rajdu Paris-Dakar, ale z bagażami i bez wprawy w tego rodzaju przedsięwzięciach, szybko zauważyłem, że zaraz skończy się to spektakularnym kozłem przez kierownicę. Więc mocowałem się na niskich biegach, tańcząc na wszystkie strony, nie do końca miałem wpływ na kierunek jazdy. Efektownie to nie wyglądało, zwłaszcza rozczapierzone, daleko na boki, nogi służące co chwilę za odbojniki ale jazda była efektywna. Tak torowaliśmy sobie trasę przez 5-7 kilometrów. Nie było ani jednej wywrotki, co by było gdybyśmy wczoraj nie zmienili opon! Kiedy dojechaliśmy do wzniesienia, skąd droga odchodziła w bok od rurociągu i już miała lepszą nawierzchnię, zatrzymaliśmy się na postój śniadaniowy. W cieniu stalowej rury usmażyliśmy jajka i posililiśmy się nimi. Nie zwracaliśmy uwagi na przejeżdżające limuzyny terenowe inżynierów budowy. Jednak oni byli nami wyraźnie zainteresowani.(...)
(...)Spotkaliśmy małą karawanę irańskich nomadów, pędzących swe stada wzdłuż drogi w wysokich górach. Kobiety ubrane niezwykle kolorowo, bez czadorów, jechały na osłach lub prowadziły wozy zaprzężone w woły. Mężczyźni poganiali stada. Podobno trudno trafić na ich siedziby w górach. Mieliśmy szczęście. Kolejne przełomy kanionów i rozległe doliny wypełnione życiem wiosek, jak koryta rzek wodą, pokonywały wraz z nami liczne ciężarówki. Z ogromnym mozołem, zostawiając za sobą kłęby gryzącego, czarnego dymu, wspinały się pod górę. W dół jechały również wolno, ale smród spalin zastępował smród palonych hamulców. Podróż samochodem po tej drodze mogła by być irytująca z powodu tych ślimaczących się TIRów. Motocyklem wyprzedzaliśmy je bez trudu. Ciężarówki zatrzymywały się na licznych postojach, aby dokonać potrzebnych napraw i dla odpoczynku kierowców. Przez otwarte drzwi widać było wnętrze kabin. Najbardziej powszechny wystrój takich przybytków męskiej pracy, w Europie, to roznegliżowane panienki świecące różem ciała z plakatów powyklejanych gdzie się da jak tapeta. W Iranie, zresztą jak w innych krajach mniej cywilizowanych, gołe panienki zastępują wizerunki bogów i scenki rodzajowe o charakterze dewotycznym. Czyżby tutejsi kierowcy miast rozbudzać zwierzęce emocje postanowili szukać wsparcia duchowego w religii? Z pewnością te same potrzeby nakazują kierowcą upiększać swoje kabiny ciężarówek, a różnica tkwi tylko w ich reprezentacji. Może dla nas na Zachodzie, seks jest taką samą formą zbliżenia się do absolutu, jak na Wschodzie religia. Dla nas religia od długiego czasu nie jest już jedynym wyznacznikiem wartości życiowych, ale raczej rezerwuarem lęków i potrzeb. Może dlatego tak trudno nam pojąc sposób patrzenia na rzeczywistość, reprezentowany przez fundamentalistów ze Wschodu.(...)
(...)Ostatnie sto kilometrów przed Shiraz to monumentalne kaniony i tłok na drodze. Deszcz nie pozwalał nacieszyć oczu krajobrazami. Pionowe, beżowe i brązowe skały oraz szerokie, górskie rzeki, były tak wielkie, że trudno było nadać im skalę. Dopiero ciężarówki, gdzieś w oddali na ich tle, prezentowały bezsprzeczną ich wielkość. W takim miejscu łatwiej nabrać odpowiedniego szacunku do przyrody, do Ziemi. Lepiej widać skalę wielkości i trwania. Ile pracy, czasu, pieniędzy - wyznacznika ludzkiej mocy, zabiera wybudowanie drogi w tych kanionach. Wykucie w skale tuneli, postawienie mostów, usypanie trawersów, coroczne zabieranych przez rzeki. Kiedy się na to spojrzy z perspektywy i zauważy skalę tego przedsięwzięcia w stosunku do wielkości gór, to można poczuć kim jest człowiek i jaką ma motykę na Słońce. To był męczący dzień i noc. Dużo kilometrów, dużo wrażeń, ciężka bo trudna droga, zła pogoda i na koniec pitolenie po centrum Shiraz, w deszczu i piątkowych korkach, aby znaleźć ten jeden hotel z przewodnika. Po zaparkowaniu sprzętu na hotelowym parkingu, mogliśmy wreszcie odpocząć. Pójść na pieczonego kurczaka i odwiedzić internet cafe. Hotel miał podstawowy poziom. Ale oferował parking i możliwość spotkania innych podróżników, bo był popularny wśród globtroterów. My spotkaliśmy Polkę, samotnie zwiedzającą Iran, a wczoraj odjechał stąd Szwed na motocyklu do Pakistanu. Cena za dwuosobowy pokój z łazienką to 17USD. Poziom komfortu jak w FWP. Młodsi, co nie znają tego skrótu, niech sprawdzą w necie. Shiraz nocą, w piątek, w deszczu. Przemierzane w sandałach i bez kurtki. To nie był wymarzony wieczór. Ciemne, bardzo słabo oświetlone ulice. Mnóstwo pływającego w kałużach śmiecia. Wielu ćpunów, pochowanych gdzieś po bramach, w cieniu pod drzewami. Jakby czekali na okazję, jak pająki. W drugiej skrajności niesamowicie awangardowa młodzież, jak wystrzelona z filmu science fiction. Otępiali sprzedawcy i kuchciki w barach fast foodu. Kolorowy świat kin i złotej młodzieży przed wejściem do kina. Hałas samochodów, kałuże, rynsztoki, deszcz, mrok. Takie inspiracje zapamiętałem z półgodzinnego spaceru w poszukiwaniu restauracyjki. Z pewnością rano, w słoneczny dzień jaki spodziewam się jutro ujrzeć, Shiraz będzie wyglądać zupełnie inaczej.(...)
(...)Noc upłynęła spokojnie, chociaż ujadanie psów, hałas jeżdżących samochodów, gło-śne rozmowy ludzi i męczący odór z kuchni kantyny dla celników, nie pozwalał nazywać tej nocy przyjemnej. Wstaliśmy o świcie, przygraniczne miasteczko Taftan jeszcze rozprostowywało nogi. Tomek od przydrożnych handlarzy kupił cztery litry paliwa. Aż do Quety nie ma stacji paliw z benzyną, a jedynie z paliwem diesela dla ciężarówek. Tubylcy radzą sobie z tym problemem całkiem sprawnie. W każdej miejscowości, przy głównej drodze, na długości ponad 650 kilometrów, można kupić benzynę z beczki lub butelki plastykowej, litr za niecałego dolara. Jakością niewiele odbiega od paliwa z Iranu. Każdy sprzedawca ma lejek z gazą, aby podczas nalewania odcedzić brudy. Tomek przy okazji wymiany pieniędzy i tankowania, demonstrował swoje talenty handlarza. Najważniejsze w sytuacji ustalania ceny transakcji to złamanie sztywności jaka powstaje między kupującym a sprzedającym. Kiedy powstanie pewna zażyłość, łatwiej ustalić pułap satysfakcjonujący obie strony, bo żadna ze stron nie traktuje targów jak walki na śmierć i życie ale jak spotkanie towarzyskie. Tomek łamał tą sztywność żartem na granicy kpiny. Działało i jednocześnie rozbawiało publiczność, która zawsze licznie dopisywała. Rozbawiał także naszych nowo poznanych przyjaciół na motocyklach, ze Szwajcarii i Niemiec. Zwłaszcza Sabine traktowała to pewnie jako część folkloru pakistańskiego.(...)
(...)Odnaleźliśmy 'ziemię obiecaną' turystów wysuszonych pakistańskim słońcem. Źródło bijące wprost z litej skały, tworzące wodospad, a poniżej kanion, a w nim małe jezioro zdatne do kąpieli i otoczone palmami. A wszystko to na kompletnym bezludziu, w ciszy i z dala od zgiełku głównej drogi. Byłoby pięknie gdyby nie liczne znaki Partii Walczącego Beludżystanu, wymalowane na skałach i budynkach dawnego ośrodka wypoczynkowego, dziś w ruinie i w zapomnieniu. Ławki, balustrady, schody wprost pod wodospad, spalone budynki i zupełna pustka. Razem z ostrzeżeniami policjantów z eskorty, tworzyło to atmosferę ciszy przed burzą, albo zagładą. Jak w amerykańskim horrorze. Niewinny spacer z aparatem fotograficznym w ręku, wąchanie kwiatków, skakanie z kamienia na kamień ponad szemrzącym strumieniem, a tu nagle kolbą kałacha w potylicę i ryjem w błoto. Następne ujęcie to palące słońce prosto w oczy i związane ręce na plecach. Ale nie daliśmy się zastraszyć naszej wyobraźni. Zjechaliśmy w dół kanionu karkołomną ścieżką i rozbiliśmy obóz nad strumieniem ciepłej wody. Zrobiliśmy przepierkę, wieczorną zupę i zaległem na macie, na kamienistej plaży, licząc gwiazdy na czarnym niebie. Pomyślałem, że to ostatni taki spokojny nocleg. Cisza, bezludzie, ciepło, czy można chcieć coś więcej. Można chcieć aby na tą chwilę, ten jeden wieczór, wszyscy pakistańscy policjanci w Beludżystanie, mieli wychodne. Na drodze powyżej naszego obozu, pojawiły się światła samochodu. Zgasiliśmy latarki i zastanawialiśmy się kto, w nocy, może chcieć odwiedzać to bezludzie. Jechać drogą, która kończy się u stóp wodospadu. Po chwili przyjechał drugi samochód i byliśmy już pewni, że to musi być jakieś tajne spotkanie. To był odpowiedni czas aby narobić w gacie. Trzeba było trzymać gardę wysoko, cokolwiek się wydarzy. Więc leżałem nadal na plaży i liczyłem gwiazdy na niebie. Jeszcze zanim zobaczyłem światełko latarki na ścieżce schodzącej na dno kanionu, pomyślałem że siedzimy tu jak kury na jajach w otwartym na oścież kurniku.
wieści jakie wysyłałem z trasy:

2008.X.11
Dojechaliśmy wreszcie do Gruzji, pisze z Batumi. Osiem dni jazdy od rana do wieczora na motocyklach przeznaczonych do terenu a nie na autostrady trochę nas wykończyło. Ciągle ścigamy sie z czasem. Wstajemy skoro świt, jak GPS pokazuje wschód słońca i szukamy noclegu po zmroku. Trochę jak w klasztorze motocyklowym. Maszyny miały małe usterki ale naprawialiśmy podczas przerw regeneracyjnych. Mieliśmy kilka wywrotek z powodu off-roadu na dojazdach do noclegowni na dziko, ale nic sie nie połamało. Średnie przebiegi dzienne wychodzą nam takie jak byśmy jechali Toyotą, nawet jeśli prujemy ponad 110km/h po autostradzie. Ale trzeba robić co 1.5 godziny odpoczynki z powodu bolących tyłków i zmęczenia uważnosci.

Przekraczanie granic motocyklem to słodkie życie, nikt nas nie sprawdza nawet kasków nie każą zdejmować. Do Gruzji wjechaliśmy w 30 minut, szybciej niż piesi i autobus rejsowy, a samochody stoją w kolejce po 4-6 godzin. Zapłaciliśmy tylko jeden mandat za prędkość w Serbii - 30zl.

Pogodę mamy wymarzona, jest chłodno ale deszcz nas omija. Nawet wieczorem po prysznicu jak wskakujemy do namiotów to zaraz potem zaczyna lać, ale kiedy siedzimy przy rakiji do pozna to jest piękny zachód słońca, jak wczoraj na klifie ponad M Czarnym za Trabzon. Dziś jednak musieliśmy trochę odpocząć od jazdy i robimy sobie pól dnia odpoczynku na plaży w Batumi. Rozbiliśmy namioty po prostu poniżej promenady i nikt nam nie przeszkadza. Zgodnie z tym co przewidywałem, im dalej od Europy tym z większym pobłażaniem i politowaniem ludzie patrzą na motocyklistów, jakbyśmy byli ofiarami wojennymi tułającymi sie po świecie. Policja przymyka oko, celnicy życzą szczęścia i poklepują po plecach, sprzedawcy w sklepach zaniżają ceny i nikt złego słowa nie powie. Na imprezie pożegnalnej czułem sie jakbym jechał na stracenie tak sie ze mną zegnali, a teraz myślę ze wyglądamy na cyrk stracencow.

Powoli wciągnąłem sie w rytm jazdy i zaczęło mi sie podobać. Od dziś kończymy dojazdówkę i zaczynamy podróż. Jednak juz wiemy, ze trzeba będzie wyrzucić z programu to i owo bo nie zdarzymy do Indii. Paradoksalnie samochodem podróżuje sie szybciej. Przed nami jeszcze treściwe 11000km i pewnie większy off-road niż mieliśmy na podjeździe pod klif w Turcji, co trzeba było bagaże wnieść na plecach, aby odciążyć motocykle.

Północna Turcja jak zwykle piękna i warta miliona zakrętów, mowie o odcinku od Zonguldak do Sinop. Potem to jednolite miasto przez kilkaset kilometrów, ale i autostrada. Istanbul wzięliśmy z kopyta i tylko chcieliśmy zrobić zdjęcie na moście nad Bosforem, ale okazało sie ze wjechałem pod prąd i w strefę wojskowa. Zdjęcia nie zrobiłem, ale policja pogroziła palcem. Szukanie noclegów motocyklem jest łatwiejsze i jak na razie trafiają sie nam perełki. Mam juz za sobą pierwsze małe choroby i zatrucia. To drugie z naszej winy, bo mieliśmy za duży wybór trunkow.

Niektórzy juz wiedza, ze Tomek zrobił zupę na litrze spirytusu, bo pomylił butelki plastykowe. Spirt wzięliśmy na kraje muzułmańskie aby rozrabiać z pepsi na long drinki, zostało jeszcze pól litra 95%. Teraz sie pilnujemy bo w rożnych butelkach mamy rożne trunki, od benzyny do kuchenki, przez wodę do prysznica, wodę do picia, spirt, olej, płyn hamulcowy itp.

Tomek tak w ogóle robi w naszej grupie za rozśmieszacza, a to zupa na spircie, a to przewrócony motocykl, a to przedni błotnik od ścigacza zamontowany do enduro, a to znów miejsce noclegowe z migdaląca sie para po sąsiedzku. Gość ma luz i dziś na przykład rozwiesił uprane gacie i skarpetki na publicznej plaży w Batumi. Ja luzu nie mam i używam gaci jednorazowych z flizeliny, takich dla kobiet poporodowych. Mój brak luzu widać szczególnie na zdjęciu wizy irańskiej. Bez szczypania sie mogę na granicy powiedzieć, ze ja do Osamy, na pewno uwierza.

Gruzja powitała nas pytaniami skąd znamy ruski i próbą sil słowem na stacji paliw. Potem było gościnnie. Ceny są dość wysokie, paliwo ponad 3zl. Ale oszczędzamy, codziennie jajecznica i zupa z wody, juz schudłem, może tez od trzęsawki na motocyklu. Batumi to królestwo mafiozów. Wiadomo granica Turcji i morze. Jak w Rosji kilka lat temu. Słabo czuje sie tu poprzednia epokę ZSRR, dużo słabiej niż na przykład na Ukrainie. Jutro jedziemy do Vardzi, wiec zobaczymy trochę interioru. Zamierzamy tez smyknąć, jak mówi Przemek z Poznania, koło Osetii, na drogę wojenna do Wladykaukazu. Tak aby zobaczyć czy sie przedrzemy. Bo samo dotarcie motocyklem do Indii to za małe wyzwanie, nawet bez carnetu de passage i wizy Pakistanu.

No cóż idę robić zupę i kilka zdjęć. Jakoś ani do jednego ani do drugiego nie mam zaciecia.


2008.X.25
Oj sie porobiło. Internetu nie bylo.

Od Batumi pojechaliśmy przez interior Gruzji, błoto i stromizny górskie, off-road pełną gębą, okazało sie ze Gruzja wcale lasami nie stoi to step i szutry. Obejrzeliśmy Vardzię, taka Kapadocja... podobna. Najlepsze, ze podjeżdżamy pod kemping przydomowy, a tu wala na nas kobita i facet z Niemiec, przyjechali takimi samymi motocyklami jak my. Kobitka pierwsza klasa, ma 1.5 metra a siada na motocykl co ja ledwo dostaje do ziemi nogami. Twarda sztuka. Było pijaństwo i swawole z lokalesami. Nawiedzeni ludzie. Jeśli myślałem kiedykolwiek, ze Polacy to ksenofoby, to nie znalem Gruzinow.

Potem Tbilisi i spanie pod cerkwią. Miasto na wskroś nowoczesne i szpanerskie. Zawalone samochodami, tak ze nie można nawet motocyklem przejechać. Pierwszej nocy przyjechali do nas lokalni motocykliści. Następnego dnia pojechaliśmy na drogę wojenna do Abchazji, zobaczyć czy Ruskie sie wycofały, a tam ich chyba nigdy nie było. Piękne widoki. Druga noc pod cerkwią w Tbilisi i zawitał adept na popa. Tomek nazwał go Igi Pop. Co trzecie słowo miał na H... Ale na prawdę nas rozweselał. Był synkiem popa z tej cerkwi.

Potem granica Azerbejdżanu i kłopoty. Po pierwsze dali nam tylko 3 dni na tranzyt, albo mamy zapłacić depozyt po 2000USD za motocykl, nie wiadomo czy oddadzą. Po drugie zrobiła sie afera bo Tomek miał mapę z Armenia, a oni są w stanie wojny. Nie pomogły tłumaczenia ani pomysł na wycięcie z mapy Armenii. Mapę nam zabrali.

W Baku odebraliśmy od konsula Polski paczkę z oponami i filtrami oleju. Była wymiana oleju w krzakach i olej w ziemie, tak ekologicznie podróżniczo. Gorąco, meszki, komary i hałas. Pełno ludzi wszędzie. Świat jest przeludniony, dopiero w Gorganach w Iranie była cisza. Potrzebna jest chyba wojna. Zawitaliśmy tez do konsula w Tehranie, aby dal list polecający do ambasady Pakistanu abyśmy mogli wizy zrobić. Ale Unia teraz kasuje 36EUR za takie druczki. Konsul był gość i dal za darmo. Jak sie okazuje nasi dyplomaci nie wiedza wiele o sytuacji politycznej w krajach w których sami siedzą i sąsiednich. Pytali nas o to co pytają zwykli ludzie z Polski, czy Gruzja jest bezpieczna, czy są leje po bombach, czy w Pakistanie porywają turystów itd. Żegnający nas w progu konsulatu ochroniarz, zapytał czy się nie boimy spacerować tak po Tehranie bez obstawy. Ale praca dyplomaty to nie dziennikarstwo, takich rzeczy nie musza wiedzieć. Znają sie za to na przepisach i juz wiem jak zrobić aby mieć dwa paszporty polskie.

Przed Tehranem zwiedziliśmy kupę gruzu gliniastego czyli zamki Asasynow. Ładne góry, szczyty powyżej 4000m n.p.m. W Tehranie spaliśmy w lesie, całkiem milo, pilnowała nas policja. Jazda po Tehranie motocyklem to jak pływanie kajakiem po piasku. Tyle samochodów. Ale wizy załatwiliśmy, odbieramy je w poniedziałek. Kupa papierów i przepychanki pod okienkiem.

Dalej pojechaliśmy przez Gorgany do Semnan i chcieliśmy wjechać na pustynie Dasht. Ale po noclegu w piachu i ruszeniu następnego dnia wjechaliśmy pod bazę wojskowa co tylko naczelnik miał mundur, reszta w dresach, a w Iranie nikt w dresie nie chodzi. Pewnie jakaś tajna baza. Oczywiście nas aresztowali. Zaczęło sie od zarekwirowania GPSow i motocykli. A skończyło sie na deportacji do najlepszego hotelu w mieście i przymusowego wzięcia pokoju. Obiad pełna klasa na koszt policji, mini barek w pokoju tez. Przesłuchiwania trwały cały dzien. Gadanie o dupie Maryni. Ale chyba sie gościom spodobałem bo weszliśmy na tematy polityczne, a chyba wiecie, ze USA to ja nie lubię i optuje za atomicą dla Iranu. Po obiedzie maglowali Tomka. Międzyczasie wypatroszyli nam motocykle. Zarekwirowali karty pamięci, aparaty, GPSy i wszystkie dokumenty łącznie z papierkiem od cukierków. Po nocy za 30USD na dwóch, oddali wszystko nienaruszone, ale z wyładowanymi bateriami, obejrzeliśmy razem mecz piłkarski w telewizji i wylewnie nas pożegnali. Sztrafu nie bylo.

Pojechaliśmy jednak przez pustynie, ale ominęliśmy bazę szerokim lukiem. Tomek nawet proponował aby podjechać pod bazę i udać ze zapomnieliśmy zmienić nastawy w GPSach, ale nie mieliśmy czasu na takie prowokacje.

Pustynia Dasht to pierwsza pustynie która mi sie podobała. Spaliśmy na słonym jeziorze. Kolory, krajobrazy, kształty i pustka wspaniale. Zwłaszcza po wizji spędzenia roku w pudle.

Potem pojechaliśmy do Yazd i wymieniliśmy wreszcie opony. Motocykle zrobiły sie lekkie i wreszcie sterowne, bo stare opony groziły juz wybuchem, takie łyse. Yazd cichy i spokojny, chociaż 533000 mieszkańców. Ale piątek i internet nie czynny. Piątek to jak niedziela w Europie.

Następny dzień to super off-road. Żartowaliśmy, ze jedziemy jak Czachor na wakacjach. Dopóki nie zrobiło sie na prawdę ciężko. Piach jak mąka i motocykle sie przewracają. Dobrze ze zmieniliśmy opony i jesteśmy lżejsi. Dojechaliśmy teraz do Esfahanu i siedzimy w hotelu tym samym co siedziałem z Iwoną 5 lat temu. Nic sie nie zmieniło. Trochę pozwiedzaliśmy. Spotkaliśmy Polaków. Może wieczorem wydębimy od nich trochę alkoholu. Ale ja twierdze, ze to studenciaki i nie wpadli na pomysł wzięcia spirtu do plastykowych butelek. Tomek nie chce sie zakładać, bo przed chwila sie założyliśmy i musiał zapłacić za obiad.

Jutro wracamy na dzień do Tehranu odebrać wizy Pakistanu. Potem jedziemy nad zatokę Perska. Nadal nie wiemy czy nas wpuszcza do Pakistanu i Indii bez carnetu de passage.

Zdrowie dopisuje, zwłaszcza z pomocą bioenergii słanej z Polski. Tylko ciągle mam problem z odparzeniami stop, nie nawykłem do spędzania całych dni w butach. Zdejmuje je na każdym postoju, ale i tak jest źle. Zatruć nie było, bo robimy gulaszowe zupy i jajecznice. Wolimy sami jeść. Dziś poszliśmy na obiad na baraninę, ale był kurczak. To dopiero drugi raz. Aha i raz u rodziny irańskiej co nas zgarnęła z wioski jak szukaliśmy noclegu na podmokłych polach nad Morzem Kaspijskim. Jeden z domowników pierwszy raz widział latarkę na czoło i chciał pożyczyć, założył ją na jedno oko, sądził chyba ze jest ginekologiem. Śmiać sie nie wypadało. Uparliśmy sie, ze spać będziemy pod namiotami, a to wstyd dla gospodarza. W nocy był monsun chyba i postawiliśmy namioty na dodatek pod dziurawa rynna. Przez mój namiot płynął potok. Ale nie odpuściliśmy i rano wyszliśmy na powietrze z uśmiechami. My wstajemy o wschodzie słońca, ale Irańczycy to spiochy.

Co jeszcze... Pojeździł bym Toyotą.


2008.X.31
Jest internet wiec pisze, ale krotko bo dzielimy sie nim z Tomkiem, a wolno chodzi.

Załatwiliśmy wreszcie wizy do Pakistanu, siedząc dwa noclegi w Tehranie w krzakach przy autostradzie. Pogoda zupełnie sie nam zdupcyła. Jest tak jak w Polsce w listopadzie. Czyli deszcz non-stop, temperatury niskie, raz nawet było koło zera.

Z Tehranu wróciliśmy do Esfahanu i pognaliśmy na zachód w kierunku Shusthar. Mieliśmy przepiękną trasę po górach. Cztery doliny i cztery razy w ciągu dnia serpentynami z 500m n.p.m. na 2100m n.p.m. Wspaniale krajobrazy górskie, zimno ale wtedy akurat nie padało. O mało straciłem kask, bo spadłby w przepaść. Po południu wpadliśmy w off-road w drodze na skróty. Piękna trasa na nasze motocykle, jazda na stojaka, jak Paris-Dakar. Mijaliśmy górskie wioski, zupełnie zapomniane w niesamowitych górach. Off-road robił sie coraz trudniejszy i Tomek położył sie w błocie. Motocykl do jednej kałuży a Tomek na plecy do drugiej. Chciał na spokojnie i wolno. Ale nie wyszło. Zahaczył kufrem o kamień. Znaleźliśmy za to ładny nocleg nad górskim strumieniem z ciepła woda. Tomek sie umył i można było popływać. Wokół takie dziwne skały jakby ploty. Na kilkadziesiąt metrów wysokie i 2-3 metry grube.

W nocy była taka burza, ze najstarsi irańscy górale nie pamietaja.

Rano ukrop i pojechaliśmy zwiedzać Chonqua-Zanbil. Piramida jak inkaska, ale jakaś bez energii.

Dalej autostrada nad Zatokę Perska. Przejechaliśmy przez tłustą ziemie. Przez 100km tylko rafinerie, wydobycie ropy, czarny dym, smród i rurociągi. Ale wreszcie ciepło. Nocleg znaleźliśmy niedaleko plaży, pomni przygód Bohdana. Ale i tak w nocy zwinęło nas wojsko. Kazali postawić namioty na terenie jednostki. Podobno mogli by nas ustrzelić snajperzy z Kuwejtu. A oni strzegą swoich turystów. Tak w ogóle straszny natłok ludzi. Po sto razy dziennie musimy odpowiadać na te same pytania. Jak sie zatrzymamy, nawet w pustce, to zaraz mamy obstawę. Nie można pójść w krzaki.

Dziś przejechaliśmy ponownie ponad 550km, czwarty raz z rzędu. Dojechaliśmy do Shiraz w deszczu, temperatura cos koło 8st.C Śpimy w hotelu za 15zl od osoby i grzeją grzejniki. Góry piękne ale pogoda do dupy. A zimno miało być tylko w Gruzji.

Jutro Persepolis i Pasargande. Potem górskimi ścieżkami do Pakistanu. Jak nas porwą to nic za nas nie płaćcie. Damy se radę. Najwyżej pozabijamy ich wszystkich. Stwardnieliśmy po takim natłoku przygód. Dziś posłucham sobie audiobooka, cos z Vern'a. Milo słuchać o cudzych przygodach.

Cóż to chyba tyle. Tomek dzwoni do domu, ja jakoś zasiedziałem sie w podróży i w ogóle nie myślę o Europie.


2008.XI.7
No i znowu sie podziało, a miało być juz pieknie.

Za Shiraz pojechaliśmy zwiedzać dawne stolice imperiów Cyrusa i Dariusza, czyli Pasargande i Persepolis. Oczywiście po słowach wielkie stolice, powinno być w ruinie. Kamień na kamieniu i trzeba wielkiej wyobraźni aby zobaczyć cos więcej. Wstęp po 0.50USD. W Iranie najlepsze to przyroda i ludzie, a nie zabytki.

Potem zatrzymaliśmy sie w górach aby zmienić olej w silnikach. Rano był mróz, nawet sandały Tomka uciekły. I teraz ciągle poluje na nowe.

Zła pogoda zmusiła nas do ucieczki na pustynie, tam było cieplej, a przy okazji po drodze mogliśmy odwiedzić wioski koczowników irańskich, cos cudnego, mają winnice i jest tam zupełnie jak w Chorwacji, ale inaczej.

Cóż dalej. Ano wjechaliśmy w zone militare, czyli cały pas przygraniczny z Afganistanem. Rząd irański chce ukryć swoje poparcie dla Talibow i udaje ze tez ma z nimi problem, turyści musza jeździć pod eskorta, Irańczycy nie. Poustawiali nawet spalone samochody blisko drogi, ale zapomnieli je podziurawić kulami. Stoją przykładnie zaparkowane, i nawet maja zamknięte drzwi, jeśli by sie ktoś w nich spalił to drzwi by były pootwierane.

Trzy razy uciekaliśmy eskorcie. Wreszcie zabrali nam paszporty, abyśmy nie uciekli. Zahedan kiedyś miłe miasto dziś nie jest do zwiedzania przez zachodnich turystów, chociaż nic sie nie zmieniło od tego co pamiętam. Tam zawsze byli uchodźcy z Afganistanu i tylko dodawali kolorytu temu miejscu. Przykro ze przewodnik Lonely Planet też wtóruje propagandzie i pieprzy o zagrożeniu. Spaliśmy na pustyni jak zwykle, jakoś nawet strzałów nie słyszeliśmy, a w Syrii tak.

Na granicy spotkaliśmy turystów na motocyklach i samochodami i tak jest do dziś, znaczy jest ich coraz więcej. Od ostatniej tu mojej wizyty szlak znowu jest popularny, widać juz niewielu wierzy w bzdety o bandytach Talibach.

Na granicy spaliśmy dwie noce. Jedna po irańskiej stronie, bo nie chcieli nas wypuścić bez carnetu de passage, druga po pakistańskiej bo nie chcieli nas wpuścić. Łapówki nie chcieli, próbowaliśmy na sile przez bramę, na tak zwana wydrę, ale nas złapali. Czy słyszeliście o kimś co próbował uciekać do Pakistanu! Dziwni są ci podróżnicy. Ilekroć spotykaliśmy podróżników z alkoholem, ci nam uciekali bo mieli carnet a nas zatrzymywano.

Od Taftanu (granica Pakistanu) mieliśmy jechać na południe do M. Arabskiego. Ale zabrali nam paszporty i kurier je zawiózł 700km przez pustynie do custom office do Queta. My wytargowaliśmy 3 dni na jeżdżenie po pustyni, oczywiście nie mówiliśmy ze zjedziemy z głównej drogi bo by nas aresztowali. Pojechaliśmy bez paszportów i dowodów rejestracyjnych. Oczywiście spaliśmy przy granicy afgańskiej i potem odnaleźliśmy piękne miejsce ze źródłem w górach, palmy, jezioro do kąpieli, ale jak w nocy oglądałem gwiazdy nadjechały dwa samochody. Na początku myśleliśmy ze to BLN (Partia Walczący Beludżystan), trochę nam włosy stanęły dęba, bo po co w nocy dwa wozy na bezludziu w górach. Ukryliśmy sie. Ale to policja nas szukała. Przyszli z kałachami w jedenaście chłopa. Długo marudzili ze dopiero co w tym samym miejscu zabili policjanta i farmera. Pytaliśmy czy turystę tez, ale nie znali sie na żartach. Areszt i jazda w nocy po zatłoczonej głównej drodze z wariatami za kierownica ciężarówek bez hamulców. Zajechałem eskorcie drogę motocyklem i przypomniałem sobie wszystkie brzydkie słowa po polsku jakie znam. Goście powinni mnie zastrzelić, ale oczywiście sie śmiali, bo pewnie wyszedłem na idiotę, tak twierdzi Tomek. Cos tam tłumaczyli, wiec zwiałem, ale za kilometr zatrzymali mnie na wojskowym posterunku. Nocleg na posterunku policji, ale o paszporty nie zapytali, I dobrze bo ich nie mięliśmy. Rano pojechaliśmy do Quety. Tam pól dnia na custom office aby wynegocjować jazdę do granicy Indii bez carnetu. Chcieli nas wysłać pociągiem, albo z obstawa, jeden gość od nich na każdym motocyklu. Oparło sie o Islamabad i jutro jedziemy w konwoju z samochodem z Polakami i jednym z obstawy w samochodzie. Mamy w planach ucieczkę w góry. W Queta spotkaliśmy 8 podróżników. Dwóch w Magirusie 56-cio letnim co wracają z Nowej Zelandii, dwóch w Mercedesie busie, dwóch na motocyklach, jeden w Lada Niva (Niemiec), jeden z plecakiem. Dziś kupiliśmy bardzo dobra whisky ze Szkocji z przemytu. Takiej dobrej jeszcze nie piłem. Będzie impreza, a nocujemy w hotelu Muslim, wiec może nas wyproszą. Wyobraźcie sobie tyle podróżników w jednym miejscu, a każdy z nich to ma charakterek i każdy jedzie dookoła świata. Bad Kissingen wysiada.

Co poza tym. Pakistan nic sie nie zmienił. Wspaniali ludzie, nic nie wiem o zagrożeniu. Ale trzeba uciekać podwójnie, od policji bo aresztuje i da eskortę i od BLN albo Talibow bo porwą albo zastrzelą. Mi sie podoba. Drogi fatalne, jest wreszcie off-road. Czuje juz moja prawdziwa ojczyznę - Indie i mam dobry humor. Jedzenie jak w Indiach, ceny tez. Tomek - nasz chłopiec do bicia przez los, ma kolejny problem, cieknie silnik, ale zostało 1200km, damy rade. Mam nadzieje ze za rok przyjadę tu z klientami aby pokazać im Pakistan i pojechać tam gdzie oczy niosą, a nie gdzie eskorta policji prowadzi, juz wiem jak ich omijać. Tylko carnet trzeba mieć. Gdyby nas chcieli porwać, to dawno by to zrobili, eskorta dwóch żołnierzyków z karabinami sprzed pierwszej wojny siedzących na odkrytym pick-upie nam nie pomoze.

Sadze, ze ostatnia depesza pójdzie z Amritsaru.

Szkoda ze Was tu nie ma, no ale ktoś musi zostać, bo jak by wszyscy ruszyli to by dopiero był balagan.


2008.XI.12
Iwona napisała, ze robię cos niezwykłego. Pewnie z perspektywy Europy tak to wygląda, ale dla mnie tu nic niezwykłego prócz meszek na pustyni w listopadzie nie ma. Zwłaszcza kiedy spotykam innych podróżników wkładających więcej serca w wyprawę i mających więcej przeciw niż za tym aby jechać. Na przykład para z Anglii na starym BMW (motocyklu). Jada dookoła świata, a kobita jest niewidoma. Straciła wzrok dość niedawno i nie umie jeszcze być samowystarczalna. Facet ma dużo pracy przy niej, nawet do ubikacji musi ja zaprowadzić i nakierować na narciarza, bo może wdepnąć w dziurę tureckiego kibla, a ręką przecież nie namaca. Przy każdym wsiadaniu i zsiadaniu z motocykla to samo. To jest wyzwanie. Tomek sie zastanawiał po co kobita jedzie skoro nic nie widzi. Sądzę, ze świat jej sie rozszerza w innych zmysłach. Zwykli ludzie są uzależnieni od bodźców wzrokowych, chociaż to nasz najmniej precyzyjny zmysł. I częściowo ograniczamy inne impulsy, które dla niewidomej kobity na motocyklu pobudzają wyobraźnie bardziej niż nas obrazy.

Iwona tez pisze, ze za kilka tygodni nasz mistrz yogi w Indiach obchodzi 90-te urodziny. To jest niesamowite, ze ciągle zazdroszczę mu kondycji. A miałem jechać 5 lat temu na jego 85-te urodziny bo sądziliśmy, ze to ostatni moment aby zobaczyć uśmiech Iyengar'a.

Tak właśnie podroż dobiegła końca. Siedzimy w Amritsarze w Indiach. Za 5 dni Tomek leci do domu, podobno rodzina za nim tęskni. Może skoczy jeszcze ze mną na chwile do serca Indii - Varanasi. Sprawy nie do końca poukładały sie po naszej myśli, bo motocykle zaaresztowano na granicy indyjskiej, stoją w garażu. Musimy zrobić carnet de passage to nam je wydadzą. Pewnie sam je odbiorę za kilka dni jak wrócę do Amritsaru z klientami i postawie w domu naszego znajomego w Amritsarze. Z granicy do miasta jest około 30km, pojechaliśmy taksikiem w sześciu z bagażami. Ja miałem cztery duże reklamówki i Tomka na kolanach na przednim siedzeniu. Kiedy kierowca zmieniał bieg Tomek musiał sie lekko unosić bo lewarek miał pod tyłkiem. Po długim szukaniu hotelu, bo ceny w Indiach podskoczyły, znaleźliśmy norę w centrum i wczoraj zrobiliśmy sobie moje urodziny z flaszeczka Black Doga.

No tak ale wcześniej byliśmy w Quecie. Jeszcze tego samego wieczoru, którego pisałem list, zrobiliśmy sobie spotkanie podróżników na obcej ziemi. W sumie było 11 osób, razem z nami. Późnym wieczorem dojechała jeszcze para z Australii na rowerach, jada juz rok. Cóż za wyczucie czasu.

Następnego dnia wyruszyliśmy sami, nie musieliśmy uciekać naszemu konwojentowi, bo goście z Polski w których samochodzie miał jechać, zrobili go w balona, zresztą na jego zyczenie.

Pojechaliśmy główna na południe do Indusu. Przez góry policja ciągle wysyłała za nami eskortę na pick-upie, a my ciągle uciekaliśmy. Raz wzięliśmy kąpiel w źródlanej, cieplej wodzie w górach, pod obstawa karabinierów oczywiście. Wieczorem Tomek czul sie kiepsko po zatruciu alkoholem albo pakistańskim żarciem, ale jedliśmy i piliśmy to samo, tylko w rożnych ilościach. Zatrzymaliśmy sie w Jackobabad. Policja dala nam na noc dwóch parazitków do ochrony. Po kielichu poszliśmy na stare miasto, jak ktoś z Was nie był w dzikich krajach to trudno mu będzie sobie takie miejsce wyobrazić. Najbliższe skojarzenie to piekło na ziemi. Ochroniarze poszli za nami oczywiście, jeden na mopedzie piłował sprzęgło aby nadążyć. Kupiliśmy pakore (obtaczane w cieście warzywa smażone w głębokim oleju) od albinosa i wróciliśmy do hotelu.

Rano wyrwaliśmy do przodu i skręciliśmy na północny wschód wzdłuż Indusu do Indii. Tam nauczyliśmy sie agresywnej jazdy motocyklem enduro po dzikich wąskich drogach. Ja lubię wyzwania, wiec sie starałem szybko nauczyć, wyprzedzania ciężarówek, traktorów, riksz, osobówek, rowerów, wozów zaprzężonych w woły, osły, wielbłądy, rowerzystów i pieszych tak jak sie dało, na wszystkie sposoby. Często po żwirowym poboczu blisko 100km/h, czasami przez stacje paliw miedzy dystrybutorami, raz nawet przez podwórko chłopa. Rzecz jasna, ze eskorta zostawała w tyle zanim włączyłem 3 bieg. Zatrzymywali nas za następne kilkadziesiąt kilometrów wybiegając na drogę i rozkładając ręce. Marudzili, ze to bardzo niebezpieczny region i musza nas eskortować, a my im uciekamy. Kazali jechać za sobą i kiedy wsiadali do samochodu dawałem w palnik i tyle mnie widzieli. Oni wiec dzwonili do następnego posterunku i komedia sie powtarzała za następne kilkadziesiąt kilometrow.

Jazda była wyczerpująca fizycznie, bo lepki upal, i psychicznie bo to trudny sport. Sadze, ze jak by nas kręcili z helikoptera to można by ten film sprzedać do TVN Turbo i mieliby oglądalność, zwłaszcza odcinki wyprzedzania przewróconych ciężarówek po polach jak kurz idzie w powietrze. KTM to super motocykl do agresywnej turystyki po dziurach, ale zrobiony z gownolitu, to prawda. Żaden inny by tego nie wytrzymał i żaden inny nie ma takiego bubla zamiast silnika. Wieczorem czuliśmy sie z Tomkiem jakbyśmy przez cały dzień nieśli 30kg plecak na grzbiecie, stres sie zgromadził w mięśniach barków. A spaliśmy na pustyni Cholistan. Ostatni spokojny nocleg na bezludziu i ostatni w namiotach.

Następnego dnia mieliśmy powtórkę na dystansie 500km i zanocowaliśmy na przejściu granicznym w tanim hotelu. Po raz kolejny przejeżdżałem przez Lahore po ciemku. Koszmar ze snów niemieckiego policjanta. Zatęskniłem za bałaganem w Tehranie.

Rano odebraliśmy nasze paszporty od konwojenta, co chciał nas jeszcze naciągnąć na 120USD. Biedny, mały człowieczek, nie mógł wiedzieć, ze motocykliści bywają agresywni jak ich sie chce wydymać. Za to celnicy pakistańscy wykazali sie sprytem. Wiedza, ze wszyscy bez CDP jadący do Indii, wracają zaraz z powrotem wydaleni przez celników indyjskich. Wiec doradzili nam abyśmy wjechali na przejście graniczne 15 minut przed jego zamknięciem. Wtedy zanim celnicy indyjscy sie zorientują to Pakistan zamknie bramę bo po 15:30 idą do domu. Wtedy hindusi musza wbić nam pieczątki wjazdowe i cos zrobić, bo na przejściu granicznym nie wolno spać, wiec wydalenie następnego dnia rano nie ma sensu. Tak tez zrobiliśmy. Celnik pakistański pozbył sie problemu, a my zrobiliśmy sobie problem w Indiach, zaaresztowali nam motocykle do garażu, do czasu jak przywieziemy CDP. Stać mogą 6 miesięcy, potem trzeba zapłacić cło. Jak tylko zobaczyliśmy Bangladeszmena na granicy indyjskiej to od razu wiedzieliśmy, ze będzie problem. Bangladeszman sie cieszył na nasz widok, a ja chciałem go walnąć, ze jest zwiastunem kłopotów. Bo skoro oni nie przejechali to my tym bardziej nie damy rady. Pamiętacie Bangladeszczów w BMW X5, co chcieli w 5 dni dojechać do ojczyzny, nie pamiętam czy o tym pisałem. Otóż stoją juz 6 dni bo zaaresztowali im BMW.

Celnicy trochę krzyczeli, my tez, ale skończyło sie dobrze. Zwłaszcza, ze chcieliśmy zostawić motocykle a nie jechać nimi po Indiach. Chociaż przeszło mi przez głowę aby zrobić rajd motocyklowy na czas, po drogach dzikich krajów. Ciekawe czy znaleźliby sie chętni. Odsetek zabitych byłby większy niż na Paris-Dakar.




zdjęcia:
Mariusz Reweda
i
Tomek
Cisak






pokój w Amritsarze



ciężarówka pakistańska



spotkanie podróżników w Queta



56-cioletni, podróżniczy Magirus





tereny walczącego Beludżystanu



na lewo Afganistan





tankowanie z beczki



w środku zbiegowiska nasze motory



kamper z Niemiec, też dookoła świata



Pasargande



Persepolis



twierdza w Shiraz







wybrzeże Zatoki Perskiej/Arabskiej





Tomek ćwiczy skoki do błota





śniadanie na mrozie



Esfahan nocą









stare ciężarówki amerykańskie



z wizytą u Irańczyków



platformy Baku



no i kto zgadnie jaki to wóz?





dalej już Czeczenia





Vardżia



libacja z Gruzinami i ich wredne wino

















ulice Amritsaru



granica Indii



niewidoma kobieta z mężem jadą do Australii



wszyscy nas lubią



ulice Quety



Super Tenera zbyt obciążona



i jak tu zatrzymać tych muzungu







dolina Alamut pełna chmur



z wizytą w polskim konsulacie w Baku



Igi pop na kolacji u nas



promenada Batumi
FWT Homepage Translator