DOOKOŁA ŚWIATA - etap czwarty 2014
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012
pełny tekst można ściągnąć w pliku DOC - 511kB

      Siedzę już prawie miesiąc w Laosie. Siedzę w ruchu. Przez ostatnie dwadzieścia dni, co dzień siedziałem na motocyklu crossowym, przemierzając Laos w każdym kierunku. Przez ten czas zobaczyłem inny Laos, od tego który znałem sprzed roku. Nic nie zastąpi własnego środka transportu, w dodatku takiego, który potrafi przedzierać się przez dżunglę setki kilometrów po pieszych ścieżkach. Tym niemniej ostatnie kilkanaście dni spędziłem w pracy i to ona bardziej mnie pochłaniała aniżeli postrzeganie jakże nowej dla mnie rzeczywistości.
      Vientian, stolica Laosu, jest początkiem naszej z Iwoną podróży. To już czwarty etap zwiedzania świata. Zmierzamy do Wietnamu, a planujemy skończyć w Chinach. Ostatnie godziny w Vientian spędzamy na włóczeniu się po mieście i przesiadywaniu w restauracjach. Musimy czekać do wieczora na nocny autobus do Savannakhet. Ostatnimi czasy spędziłem ponad tydzień w tym mieście i zacząłem czuć się tutaj tyleż zadomowiony co znudzony powtarzalnością wydarzeń każdego kolejnego dnia. Zacząłem już dostrzegać stałych rezydentów i odróżniać ich od tych, którzy bezustannie migrują. Zapamiętałem twarze Francuzów, którzy osiedlili się tutaj na stałe, prowadzą jakieś biznesy, budują sobie wymarzone restauracje, hotele, sklepy z winami i innymi luksusami. Stworzyli tutaj taką małą Francję. Trochę inną od tej prawdziwej. Zbudowaną z marzeń o lepszym świecie. Z tubylczych zwyczajów zaimportowali jedynie lekkość bytu, reszta została przywieziona z Europy. Gdyby przymrużyć oczy to można by pomylić tą czy inną uliczkę z prawdziwie francuską z jakiegoś południowego miasteczka. Często zastanawiałem się dlaczego imigranci w Europie budują małe kopie swoich ojczyzn na obcym gruncie. Pewnie, kiedy wreszcie osiedlę się gdzieś na stałe poza Europą, zbuduję sobie dom ze znanych już mi klocków.
      Z drugiej strony relacji klient-usługodawca, przesiadują w restauracjach turyści. Ledwie klapną i rozluźnią zmęczone pogonią za atrakcjami miasta nogi, jakże naturalnie przechodzą do wpatrywania się w swój kawałek ekranu, okna na świat marki Wi-Fi. Pierwszym etapem powszechnego uzależnienia od bycia on-line, trzymania ręki na pulsie, poczucia bycia w grupie, jak najdalej od jej marginesu, jest wpatrywanie się w ekran. Restauracje pełne ludzi wpatrujących się w ekraniki. "Mój jest ten kawałek..." ekranu "...i nie mówcie mi co mam robić!" Wpatrywanie czasami przerywają rozmową o tym co wypatrzyli. Rozmowy są tym rzadsze, im młodsi są rozmówcy. Ciężar właściwy poczucia bezpiecznego bycia w grupie, został przesunięty na kontakt z szerszym gronem. Bycie tu i teraz z pojedynczym rozmówcą, siedzącym naprzeciw, po drugiej stronie stolika, przegrał w konkurencji z internetem. Ludzkość natrafia w swej ewolucji na nową formę ojczyzny. Dawno temu utożsamialiśmy się z rodem, rodziną, plemieniem ludzi migrujących w tym samym celu i tak samo porozumiewających się. Gdy stworzyliśmy osiadłe państwa utożsamialiśmy się już bardziej z gruntem, mówiliśmy to nasza ojczyzna i za nią nawet w ogień pójdziemy. Ludzi przybywało, różnicowali się, nawet językowo i kulturowo. W XXI wieku patriotyzm jaki do tej pory znaliśmy, szybko zanika, ale nie pozostawia pustki. Internet daje możliwość lepszego i łatwiejszego doboru ludzi na zasadzie podobieństw, wspólnych idei, marzeń, światopoglądów, bez względu na przynależność etniczną, społeczną, kulturową czy finansową. Być może dalszy rozwój Sieci spowoduje zanik realnych granic i początek powstawania granic w naszej mentalności. Przestaniemy utożsamiać się z jakąkolwiek narodowością, a zaczniemy z grupami o podobnych potrzebach, grupami często zazębiającymi się i przenikającymi. To może też być początek powstania pan-języka i szybszy zanik starych tradycji. Znana jest już jedna taka silna grupa. Skupiają walczących Muzułmanów, pochodzących z różnych państw, kultur, etnicznych korzeni, mówiących różnymi językami, ale potrafiącymi się zjednoczyć dzięki internetowi w jedną grupę pod wspólną ideą, a nazywają siebie Al Kaida. Ale tych grup jest więcej, trudniej spostrzegalnych dla mediów. Czy to nie jest ciekawa forma wolności? Ale kiedyś już też granic nie było i je stworzyliśmy.
      Jednak wieczorem przychodzi taki czas, kiedy zmysły lekko otępiałe upałem, alkoholem, dymem papierosów, głośną muzyką, sięgają po bardziej bezpośrednie bodźce współistnienia z innymi. Wieczorami restauracje tętnią wszelkimi formami socjalizowania się. Mieszanka ras, nacji, kultur, obyczajów, poglądów zapewnia silne doznania towarzyszące wymianom poglądów. Powoli zarysowują się frakcje. Tych, dla których podróż jest odskocznią od codzienności, oraz tych dla których podróż jest codziennością. Pierwsi zbyt mocno uwiązani do tego co na chwilę porzucili, z trudem dostrzegają to co jest dla nich obce, tak inne, że nie dające się wpisać w ramy budowane z mozołem w ich domach. Drudzy zamienili przywiązanie do tradycji, iluzji bezpiecznego trwania, na wyindywidualizowanie się. Odrzucone ramy społeczności z której wyrośli zastąpili egocentryzmem, lekceważącym z poczuciem wyższości wszelkie znamiona stabilizacji, oznak owczego pędu. Jedni i drudzy dowodzą tezy o konieczności posiadania jakiegoś wewnętrznego zrębu, fundamentu, na którym można by budować swoje JA. Tyle, że pierwsi za fundament naturalnie obrali tradycje społeczne, a drudzy, jak emigranci, próbują z własnych przekonań budować nową obyczajowość. Poczucie bycia poprawnym contra złudna wolność.
      Jest też trzecia strona - tuziemcy. Trudno dostrzec refleksję na ich twarzach jak maski. Z czasem, kiedy długo nie można zaobserwować normalnych, czyli znanych nam reakcji, zaczynamy traktować tubylców jak ekspozycję stałą, część krajobrazu, fragment rzeczywistości będącej przyrodniczą reakcją na naszą akcję. Oni, zwykle dużo silniej przywiązani do tradycji ojców, bo jeszcze nie skażeni tak mocno zachodnim poszukiwaniem osobistej tożsamości, rzadko interesują się przyjezdnymi bardziej niźli tego wymagał by od nich biznes. Ci w dużych miastach już obyci z wizerunkiem turysty, mniej się przejmują jego ekstrawagancjami. Ci z prowincji, ciągle jeszcze sycą oczy nienaturalnym widokiem. Napełniają magazyny zmysłów nową wiedzą.
      Dziś nowy rok chiński. O północy wystrzeliło kilkanaście fajerwerków i przesunęliśmy się na linii czasu do kolejnego roku, tym razem pod znakiem konia. W Vientiane mieszka dużo Chińczyków, to oni głównie świętowali. Laotańczycy żyją raczej nowym rokiem obchodzonym według kalendarza solarnego. Nas też cudze święto nie bawi tak jak własne. Nauczeni od urodzenia dzień święty święcić, rzadko zastanawiamy się nad sensem świętowania, a przecież świętuje się po to aby świętować. Zmiana na nowe przynosi chwilę złudy szczęścia. Ale trudno sztucznie wytworzyć poczucie radości z powodu święta z innej kultury. Można to nazwać przywiązaniem do tradycji naszych ojców, albo odruchem Pawłowa. Tak czy siak, dziwnym wydaje się brak uniesienia nowym rokiem, tylko dlatego, że jest świętowany według innego kalendarza. Łatwiej dostrzec pustkę tradycji, kiedy radość z nowego roku przychodzi tylko wtedy, kiedy w telewizji, znajomi, otoczenie, powie nam, że nowy rok jest 1-go stycznia.
      Z innej jednak strony, turystom sprawia przyjemność obcowanie z zupełnie odmiennymi obyczajami. Lekkość bytu ludzi w krajach dopiero próbujących nadgonić cywilizację zachodnią, cieszy, dziwi, sprawia przyjemność. Jednakże kiedy wracamy do naszej normalności na Zachodzie, nie próbujemy jej zmienić w kierunku który sprawił nam tyle przyjemności, kiedy jeździliśmy motocyklem na cyku i bez kasku po Vientian, kiedy zabawialiśmy się z tajskimi masażystkami, kiedy nie przejmowaliśmy cię własnym ubiorem, zachowaniem. Traktujemy to jak wizytę w wonderlandzie, czas wakacji, tu można poczuć się wolnym od powszechnych zakazów i nakazów jakie sobie stworzyliśmy na Zachodzie, ale mieć to na co dzień, w domu?! To co innego.
      Nocnym autobusem pojechaliśmy prawie 500km na południe do Savannakhet. Autobus z nazwy sypialny, miał tylko łóżka, w dwóch poziomach. Jednakże podskoki na nierównej drodze oraz zbyt krótkie legowiska nie dały mi szansy na sen. Wysiedliśmy na dworcu w Savannakhet o czwartej rano. Miasto jeszcze spało. Chłód poranka nie był tak dotkliwy jak zimno klimatyzacji w autobusie. Napiliśmy się herbaty w jedynej, czynnej restauracji chodnikowej i poczekaliśmy na świt. Szukanie hotelu po ciemku nie przyniosło by skutku.
      Na dworcu dowiedzieliśmy się, że prywatne przedsiębiorstwo przewozowe, które puszcza autobusy do Wietnamu, z okazji nowego roku wietnamskiego i rocznicy powstania socjalistycznej partii Wietnamu, zrobiło sobie tydzień wolnego. W związku z tym trzeba kombinować jakiś inny transport na wschód. Poszanowanie robotnika w krajach komunistycznych, nie ma nic wspólnego z szacunkiem do pracy. Wręcz przeciwnie, na każdym kroku w Kambodży i Laosie można dostrzec brak motywacji do ciężkiej pracy. Jednocześnie w krajach tak odległych od współczesnego świata, praca to stan naturalny, jest częścią codzienności, jak jedzenie, sen, mycie się. Wielu mieszka w swoich przydomowych zakładzikach pracy. Wstając rano już pracuje, kładąc się spać kończy pracę. Niewielu tutaj ucieka od pracy w wakacje. A więc jeśli ilość czasu wolnego jest kwantyfikatorem cywilizacji, to tutaj panuje zacofanie. Nie można się jednak spodziewać wysokiej jakości pracy. W ogóle sądzę, że jakość... czegokolwiek... od przedmiotów w handlu, przez usługi, kulturę, pracę, po mentalność i wrażliwość samych ludzi, jest tym czego nie można się spodziewać znaleźć, w krajach poza cywilizacją zachodnią.
      Następnego dnia, pierwszy nocleg w Wietnamie, wypadł nam w przygranicznej miejscowości Lao Bao. Pierwsze zetknięcie z cywilizacją wietnamską, zaskoczyło nas poziomem zamożności ludności. Na ulicach, podobnie jak w Laosie, widać jedynie nowe, drogie samochody, ale domy wyglądają na bogatsze nawet od tych w Tajlandii. Wytworzyła się tu specyficzna tradycja budowlana. Budynki jednorodzinne przypominają na parterze obszerne garaże zamykane metalowymi roletami, albo kratami. Spokojnie mogłyby w nich parkować dwie limuzyny. Jednakże ten garaż jest jakby przedsionkiem, korytarzem, gankiem, podwórkiem, takim rozbudowanym hollem. Tuż za trzema schodkami parkują skutery. Głębiej ustawione są kwiaty i obowiązkowe drzewko mandarynkowe w doniczce. Dalej kapiący od ozdób i migających lampek ołtarzyk. Jeszcze głębiej zaczyna się dom właściwy, czyli pokój jadalny z wielkim telewizorem, albo kolejnych kilka schodków i przejścia do innych pokoi. Tradycja nakazuje aby cała rodzina spała wspólnie w dużym pokoju, mimo że na tyłach domu są jeszcze inne pomieszczenia. Czasami pierwsza część tego garażu, tam gdzie parkują skutery, jest jednocześnie rodzinnym zakładem pracy. Jest to często sklep, albo restauracja. W Lao Bao dużo jest także kawiarenek internetowych oraz sklepów z telefonami komórkowymi. A więc łączenie funkcji domu i funkcji pracy, wygląda podobnie jak w Laosie. Praca jest częścią domowej codzienności i oszczędza się na dojazdach.
      Spacerując wieczorem po miasteczku, mogliśmy bez trudu zaglądać do wnętrz garaży/domów, ponieważ bramy były pootwierane, a wnętrza rzęsiście oświetlone, jaskrawo białymi żarówkami energooszczędnymi. Mieszkańcy bez żenady prezentowali co mają najlepszego w dużym pokoju. Jeśli kto miał więcej, to stawiał przed domem białą, nową Toyotę, wybłyszczonego jak do ślubu.
      Na ulicy młodzież często nas zaczepiała pogodnymi pozdrowieniami i uśmiechami. Nie są tak nieśmiali jak Tajowie, ani lękliwie wycofani jak Laotańczycy. Ostrzegano nas jednak przed cwaniactwem ludzi pracujących w biznesie turystycznym. Od razu trafiliśmy na takich. Niedziela, święto nowego roku, wszystko pozamykane, długo błąkaliśmy się w poszukiwaniu taniego hotelu. Udało się znaleźć, ale trzeba było zapłacić frycowe. Gospodarze trochę nas naciągnęli na cenę pokoju i wieczornej zupy. Ale w mieście udało się nam zadzierzgnąć kontakt z młodzieżą i załatwiliśmy sobie tani transport na jutro, nad morze. Wielu młodych zna angielski, chociaż odpowiedni akcent i wymowa przychodzi im z trudem.
      Rano wyskoczyliśmy z hotelu tylnim wyjściem jeszcze przed świtem. Zupełnie jakbyśmy uciekali. Szliśmy w dół szerokiej ulicy przez uśpione miasto. Ciche, spokojne, zmrożone szarością świtu, zapadnięte w marzenia senne, intymne. Ten nasz przemarsz zakłóciły jedynie szczekające psy.
      Staliśmy chwilę pod restauracją, w której dokonaliśmy wczoraj przedwstępnej umowy na przewóz naszych osób i bagażu do Da Nang, jakieś niecałe 300km. Wietnamczycy to ranne ptaszki. Tuż przed świtem, śpiący w progu lokalu, otwarli metalowe wrota i rozpoczęli porządkowanie stolików. Ulicą przejechały pierwsze mopedy, a zaraz po nich busiki. Jeden z nich zabrał nas na objazd całego miasta. Byliśmy jego pierwszymi klientami, a pusty przecież nie pojedzie. Nowy turecki Transit zataczał coraz większe koła wokół centrum w poszukiwaniu pasażerów. Sieć znajomości, połączeń komórkowych, długich dyskusji i już w godzinę busik był pełen ludzi. Upychano ludzi jak się da i ile się da, ale białego farszu Transita nie tykano. Turysta to lepszy klient, chociaż też się targuje. Turysta nie zrozumie jak mu się jakąś babcię, zabraną przy drodze, wsadzi na kolana, może zaprotestować. A może przed takim przyjezdnym wstyd, bo jakiś taki inny, nie nasz, nieprzewidywalny.
      Drogi w Wietnamie są dużo lepszej jakości niż w Laosie. W górach są dość puste, ale mimo, że na głównej wpadliśmy w ścisk pojazdów jak w Indiach, do Da Nang dotarliśmy w pięć godzin. Dwa razy zatrzymali nas policjanci. Raz dla wyłudzenia łapówki. Zupełnie jak w Kambodży. Konduktor/pomagier wręczył oficerowi jakiś banknot, z daleka nie rozpoznałem nominału, i pojechaliśmy dalej. Bez opłaty, być może władza doczepiła by się do przysłowiowej babci na kolanach pasażera siedzącego na jakimś kartonie w przejściu pomiędzy fotelami.
      Z początku góry nie chciały nas wypuścić z mgieł i chłodnej wilgoci. Ale nad Morzem Południowochińskim spotkaliśmy słońce i upał. Wietnam z racji kształtu swojego terytorium, ma kilka stref klimatycznych. Na północy są wysokie góry, ze szczytem ponad 3100m n.p.m., a na południu są nawet suche sawanny. Wielkością kraj ten jest zbliżony do Polski, ale gęstość zaludnienia jest 112% większa, co daje oczywisty ścisk na drogach i w miastach. Każdy tu walczy o swoje miejsce w ruchu ulicznym i w konkurencji do lepszego życia. Odwiedzając Wietnam należy się liczyć z ciągłymi zaczepkami ze strony każdego, kto widzi szansę ugryzienia małego kęsa z białego pieniędzy. Jednocześnie szybko można się przekonać, że przedsiębiorcza mentalność Wietnamczyków lokuje się pomiędzy pazernością Kirgizów, a zuchwałością Indyjczyków, z domieszką determinacji Chorwatów. Naciąganie turysty jak się da i kiedy się da, stało się już standardowym zachowaniem i z trudem można odwrócić ten stan rzeczy. Jednocześnie chyba tylko żółte narody potrafią połączyć fałsz z życzliwością. Być może jest to spowodowane bardziej naturalnym, czy behawiorystycznym, a mniej obrosłym w humanistyczne konwenanse podejściem do kontaktów międzyludzkich. W wypadku Wietnamu, niskie ceny życia w tym kraju, powodują nonszalancję wydawania pieniędzy przez turystów, a więc uczą autochtonów, że biały nie liczy się z wydatkami. Tym niemniej trudno zachować szacunek do tubylców kiedy jest się dymanym. W ten sposób inaczej odbiera się tutejszą kulturę i często można skrzywdzić całkiem ciekawego człowieka, lekceważąc wszystkich natrętów.
      Chociaż wieś wietnamska jest biednie brudna i żywiołowo, bezplanowo budowana, pierwsze wrażenie jakie wywołało Lao Bao, swoim wręcz przepychem, w porównaniu do miasteczek laotańskich, nie zatarł wizerunek Da Nang. To piąte co do wielkości miasto w Wietnamie. Przejechaliśmy przez nowoczesne, zadbane, czyste centrum i trudno by było je odróżnić od miast tajskich. Stoi tu nawet kilka wieżowców, jakich w stolicy Laosu trudno szukać, a także zbudowano nowoczesny most przez szeroką rzekę. Konstrukcja nośna ma udawać gigantycznego węża skrzyżowanego ze smokiem, pomalowany jest oczywiście na złoto, a reszta mostu na czerwono. To oczywiste kolory tradycji chińskiej i jakimś cudem przejęte przez międzynarodowy komunizm. Most jest tyle ładny, co ekscentryczny, coś jak najnowsze Lamborghini na dziurawym asfalcie w pobliżu Petersburga. Gustem nie odbiega od wymysłów nuworyszy. Oczywiście atmosfera miasta tylko z pozoru wydaje się znana z Europy. Jak to jest w zwyczaju nacji dążących szybkim krokiem do globalizacji, miesza się tu taką wietnamską zupę silnych tradycji lokalnych, z elementami będącymi lokomotywami postępu, jak najnowsze maziane komórki, plastykowe samochody, konsumpcyjne korporacje w stylu Mc'Donalds, czy styl ubierania się młodzieży kopiowany wprost z MTV. Najlepszym przykładem takiego mezaliansu może być właśnie najnowszy I-Phone. W rękach młodego Wietnamczyka jest takim samym spełnieniem potrzeb życiowych, jak w rękach Francuza czy Polaka. Służy do komunikacji, albo raczej do socjalizacji z grupą. Ale obrazki i dźwięki za jego pośrednictwem emitowane już są typowo tutejsze. Muzyka to viet-disco, a pozowane fotki w stylu Hello Kitty. Wplatanie najnowocześniejszych elementów w lokalny styl życia. To właśnie proces jaki się zadziewa aktualnie w krajach wschodzących jak Wietnam.
      Od 1994, kiedy USA zdjęło embargo na Wietnam, kraj rozwija się szybciej i ugruntowuje swoją silną pozycję wobec Laosu i Kambodży. Patrząc z perspektywy historii, Wietnamczycy, podobnie jak Laotańczycy, wywodzą się z południowych plemion chińskich. Pierwsze zapisy o państwowości Wietnamu to już VI wiek p.n.e. Ale dopiero od czasu podboju przez wielkie Chiny, w 111 p.n.e., historię Wietnamu zaczęto skrupulatnie spisywać. Losy Chin i Wietnamu splecione zostały na ponad tysiąc lat, poprzez okupację. Ale mimo tak długiego czasu nieistnienia państwa wietnamskiego, odrodziło się i to silniejsze niż kiedykolwiek. Tym razem przez tysiąc lat było niepodległe, aż do czasów francuskiego kolonializmu.
      Biały człowiek odcisnął silne piętno na tym kraju. Już w XVII wieku silne wpływy uzyskali w nim misjonariusze katoliccy i to oni w głównej mierze przyczynili się do przejęcia władzy przez Francuzów, Wietnam zaś, wraz z Filipinami, stał się silnym przyczółkiem wiary chrześcijańskiej we wschodniej Azji. Do dziś, do wiary w Chrystusa przyznaje się ponad 8% ludności Wietnamu. Naturalnym wyznaniem w tym rejonie świata pozostaje jednak buddyzm. W wypadku Wietnamu, znowu mamy do czynienia z odstępstwem od kanonu. Trzema najważniejszymi nurtami religijnymi w tym kraju od początku pozostawały: buddyzm, taoizm i konfucjanizm. W sposób naturalny wytworzyła się z tych trzech filozofii jedna wspólna, nazwana Tam Giao (trzy nauki). Oczywiście dołączono do tego jeszcze pradawne, animistyczne kulty i zależności, swoiste dla poszczególnych regionów, zróżnicowanego klimatycznie i etnicznie kraju. Jest to jednak światowej klasy wyjątek splecenia jakże urzekających ścieżek biegnących na ten sam szczyt.
      Dziś religia nadal ma silną pozycję w Wietnamie, mimo szykanowania ze strony ciągle rządzącej, jedynej partii komunistycznej. Niemniej jednak reżim na przełomie wieków musiał się zacząć zmieniać, aby nadal utrzymać się przy władzy. O tyle dynastie komunistyczne przejawiają większą mądrość od rodów królewskich, że potrafią wyczuć moment na zmiany. Mimo jesieni średniowiecza jaką Wietnamowi zafundowali Amerykanie w latach '60-tych, czas zaleczył rany, brak szacunku dla historii przypudrował blizny, a konsumpcjonizm najmłodszego pokolenia odrzucił w niebyt gorzkie wspomnienia dziadków, których ciągle można spotkać na ulicach miast. Niejedna staruszka była gwałcona przez żołnierzy US Army i niejeden dziadzio biegał po dżungli z kałachem, chowając się przed nalotami z napalmem, w ziemne jamy. A dziś młodzieńcy na japońskich motocyklach zakładają na puste łebki hełmy, stylizowane na te których używali amerykańscy żołnierze w Wietnamie. Taka najnowsza moda.
      Dziś, przy obiedzie, spotkaliśmy przyjezdnych Wietnamczyków z Kanady. Wielu z nich emigrowało na Zachód w obawie przed represjami po przegranej wojnie USA. W większości byli to możni ludzie z południowego Wietnamu, jak ognia bojący się komunizmu. Pani starsza doskonale pamiętała czasy wojny, chociaż pewnie nie znała jej tzw. okropności. Zaskoczyła nas wysoką kulturą osobistą i stwierdzeniem, że jest jej zbyt gorąco, mimo że to przecież zima. Na co dzień nie spotykamy tutaj ludzi potrafiących wykazać się grzecznościowymi konwenansami. Kontakty międzyludzkie sprowadzone są do bezwzględnej roli funkcjonalizmu. W takich krajach klasa średnia jeszcze się na tyle nie wykształciła aby przejąć wiodącą rolę społeczną, kulturową i gospodarczą, a klasa burżuazji jest zbyt mała i wycofana w bezpieczne pielesze pałacyków i obszerne limuzyny za ciemnymi oknami. Na co dzień więc obcuje się z ludźmi proletariatu, a dla nich życie jest jednoznaczne z trwaniem. Są cegłami w jednolitym murze, który tak naprawdę wspiera gmach tego społeczeństwa, na którym pysznią się pojedyncze ozdóbki w stylu kolumn, portyków i gipsowych herbów.
      Pozostaniemy parę dni w Hoi An największej atrakcji Wietnamu. Wpadliśmy tutaj w sam środek największej fiesty, w stylu połączonych sił festiwalu gwiazd w Międzyzdrojach, biesiady z Mrągowa i nowego roku w Zakopanem. Społeczeństwo Wietnamu szybko zamożnieje i zdobywa już czas wolny od pracy. Spędza go właśnie w takich miejscach i o takiej porze roku. Jednocześnie silnie postkolonialne Hoi An jest Mekką turystyki. Jak żadne inne miasto nadaje się na leniwe, wakacyjne, urlopowe wręcz spędzanie czasu. Zagęszczenie wąskich uliczek, pomiędzy niesymetrycznymi kwartałami starego miasta, sprzyja wałęsaniu się od cafe do restauracji, od sklepiku z rękodziełem do agencji turystycznej, albo od atrakcji turystycznej w stylu japońskiego mostku nad kanałem do świątyni chińskiej. Przedsiębiorczy Wietnamczycy opletli okolicę szlakami po których oprowadzają wycieczki żądne atrakcji morskich, dżungli, tradycji rzemiosła prowincji sprzed lat, starych budowli zagnieżdżonych w dżungli, w górach. Wieczory tętnią kolorowym i hałaśliwym życiem wypełniającym tętnice uliczek jak młoda, świeża, odurzona używkami krew złotej młodzieży przybywającej tutaj gromadnie z Zachodu. Nie jest to jednak styl Pai, czy Chiang Mai, a nawet Vang Vieng, jakie opisywałem poprzedniego roku w podróży po zachodnich Indochinach. Zagęszczenie ludzi o żółtych twarzach, kolorowe lampiony, piękna, wybujała architektura postkolonialna, inne zapachy, inna kuchnia i harmider nadmiaru ludzi chcących w jeden wieczór zarobić na turystach więcej niż ojciec zarabia w rok na roli. To odróżnia Hoi An do jego odpowiedników z Laosu, Kambodży i Tajlandii.
      Siedząc nad kanałem, na brudnawym, pękniętym, plastykowym krzesełku, z całkiem smacznym banana shakiem w ręku, patrząc na odbijające co chwilę małe, hałaśliwe promy wypełnione po brzegi ludźmi i mopedami, próbując niezauważać przemykających się w mroku wieczoru szczurów szukających odpadków w załomach chodnika, i odpędzając mdły zapach gnijących fekalii w wodzie kanału, zastanawiałem się nad tym czy Laos miał jakieś wady? Od kilku dni używam nowego GPSa, bo stary nie wytrzymał trudów podróży przez laotańską dżunglę. Dla mnie, starej, zbudowanej z pancernej, ruskiej blachy, konserwy, wszystko co nowe równa się pogorszeniu jakości. Wolę szukać perfekcji w starym, niż tracić czas na uczenie się nowego. Nowy GPS tak mnie wkurza, że zapomniałem o wadach starego. Ten prowincjonalny spokój Laosu i dający mi poczucie bezpiecznego schronienia brak zainteresowania moją osobą ze strony tubylców, z perspektywy przeludnionego, buzującego jak rój afrykańskich pszczół wybrzeża Wietnamu jest tak trudny do przypomnienia jak opowiastki kolegi, który akurat teraz śmiga na nartach w Zieleńcu przy 17-stostopniowym mrozie. Ano przyjdzie przywyknąć. Chociaż GPSa nie zdzierżę. Po powrocie kupię stary model na Ebayu.
      Tuż nad ranem obudził mnie tumult ludowej orkiestry. Durowe dźwięki nakazały myśleć, że przygrywają komuś do snu wiecznego, ale czemu 20 minut przed wschodem słońca? Podobnie jak w Indiach nie używa się na weselach czy pogrzebach tradycyjnych instrumentów, ale modeli z zachodniej orkiestry. Co tam kto zdobył, zaszabrował i nauczył się talentem wiejskim wydobywać z tego urządzenia jakieś dźwięki. Połączenie kilku takich Janków Muzykantów w wydaniu indochińskim daje jazgot z trudnym do zidentyfikowania rytmem. Każdy z grajków serwuje swój timing i nie ogląda się na kolegów. Oczywiście musi być głośno, bo tylko gruba, mocna, pełna ściana dźwięku daje pewność, że trafi do wszystkich i skutecznie zaabsorbuje ich rozedrgane umysły. Silne bodźce znakomicie odciągają słabe umysły od zaglądania w głąb siebie. Dają siłę trwania, bo to nadmiar refleksji osłabia determinację utrzymania raz obranego kierunku. Ale co mi po tym skoro spać nie dają!
      Tak więc tuż po nowym roku i po okrągłej, 84-tej rocznicy powstania partii komunistycznej, komuś przyszło legnąć w grobie. Tutejsze cmentarze nie są podobne do żadnych jakie widywałem. Trochę przypominają rozmachem kazachskie grobowce stawiane w bezładzie jak budowle z betonu. Zwykle zajmują niechcianą parcelę, gdzieś po środku wioski. Zupełnie niezorganizowane, pozbawione dojazdu, ogrodzenia, regularnych ścieżek. Jakby groby porzucone w pośpiechu i nieładzie. Ale to ich niecodzienny charakter przyciąga obiektyw aparatu.
      Jeżdżąc dziś rowerami po okolicy nadygaliśmy sporo kilometrów. Widywaliśmy takie cmentarzyska pośród mnogości zabudowań wiejskich, ale także i maleńkie świątynki, z trudną do określenia przynależnością religijną. Być może takie budowle stawiano dla Tam Giao. Ciekawostką jest zdobnictwo tych maleńkich, podobnych do naszych kapliczek, budowli. Ściany oraz ażurowe smoki z betonu doczepione do gontów, obłożone są kawałkami porcelany z rozbitych naczyń. Z daleka wygląda tak jakby były emaliowane i lśnią w słońcu. Z bliska można rozróżnić kawałki naczyń jakich użyto do oklejenia świeżego betonu. Świątynki wyglądają na używane sporadycznie, ale nie są zaniedbane, a na pewno nie są opuszczone. Religijność mimo zakazów i ciężkiej polityki władz wobec mnichów przez dziesięciolecia, nadal ma swoją ugruntowaną pozycję. Zauważyliśmy to także w czynnym klasztorze z pięknym, pachnącym, ukwieconym ziołami wirydarzem. Ludzie wracający z pracy, zatrzymywali swoje mopedy tuż pod bramą by wstąpić na chwilę kontaktu z wyższą instancją.
      Zabudowania połączonych ze sobą wiosek, ciągnęły się bez końca. W Wietnamie stawia się domy w tradycyjny sposób, na zwykłym fundamencie. Nie tak jak to jest w zwyczaju w Laosie, gdzie każdy niemal dom stoi na trzymetrowych palach. Krążyliśmy po okolicy Hoi An w poszukiwaniu egzotycznych pól ryżowych oraz plantacji palm kokosowych, rosnących wprost w wodach kanałów delty rzeki Thu Bon. Zaimportowano je tutaj z delty Mekongu i zarosły malowniczo prawie wszystkie kanały.
      Wioski nie wyglądały na ubogie, wręcz przeciwnie. Ludziom wiedzie się tu całkiem dobrze. Jak widać zmiany systemowe jakie zafundował Ho Chi Minh po wygranej wojnie o władzę w Wietnamie, przyniosły jednak powodzenie. Starannie wykształcony w stylu zachodnim Ho Chi Minh, wspierany przez lata przez Amerykanów, walczył z ramienia partyzantki komunistycznej z Japończykami, którzy przybyli do Indochin w porozumieniu z rządem Vichy i Niemcami. Cała administracja francuska oraz wojsko pozostało na swoich pozycjach, jedynie płacono Japonii wysokie kontrybucje. Trochę jak Bin Ladena, a wcześniej Khomeiniego, CIA wyhodowało sobie wroga w postaci Ho Chi Minha, który po upadku Japonii przejął władzę w Wietnamie proklamując Demokratyczną Republikę. To wywołało pierwszą wojnę indochińską, którą Francja przegrała, a Wietnam podzielono na dwoje. Północny ostał się komunistyczny, a południowy, wspierany przez Amerykanów, którzy skutecznie pozbyli się Francuzów z Indochin, istniał trochę na przekór. Jednak północny Wietnam nie dawał za wygraną i nasilał swoją tajną ingerencję na południu. Pod wpływem lansowanej wówczas przez CIA teorii domina, według której, dzięki rozrostowi komunizmu, kolejne rozwijające się państwa miały samorzutnie wpadać w obręb wpływów ZSRR, rząd USA przystąpił do bardziej zdecydowanych kroków wobec Wietnamu północnego. Jak wiadomo mimo wydania ponad 220 miliardów dolarów skończyło się to kolejną przegraną wojną z komunistycznym Wietnamem, już po śmierci Ho Chi Minha, a Wietnam uzyskał dominującą pozycję w Indochinach. To z kolei spowodowało konflikty z Chinami, nawet zbrojne. Sytuację naprawiło dopiero wstąpienie Wietnamu na drogę gospodarki rynkowej w 1986 i zacieśnienie kontaktów z Chinami. Gospodarkę uwolniono, ale władzy nie oddano. Taki model chiński, z czasami blokowanym Facebookiem i więźniami politycznymi. Kiedyś pewnie to pęknie, musi się tylko znaleźć odpowiedni człowiek, z silnym pragnieniem władzy i ideologią zdolną pociągnąć masy, by tą władzę dla niego zdobyły. Ho Chi Minh został zabalsamowany wzorem wielkich przywódców komunistycznych i po śmierci, raz na rok jedzie w odwiedziny do Lenina, na miesięczny wywczas i konserwację.
      Facebook tutaj nie działa, ale ludzie realizują swój ekshibicjonizm w inny sposób. Stawiają potężne głośniki przed barem, takie co to używa się na koncertach rockowych i po piwku każdy daje z siebie ile może przez mikrofon karaoke. Zamiast przez Facebook męczyć świat fotkami swojej fizys, dręczą uszy okolicy antytalentem muzycznym, bo śpiewać każdy może, nawet w środku nocy.
      Dziś rano nie obudził nas pogrzeb, wstaliśmy z własnej woli, aby pojechać wypożyczonym za 6USD skuterem do My Son. To pozostałości po sanktuarium wiary hinduistycznej z okresu od IV do XV wieku. Zostało ufundowane przez króla Bhadrawarmana I i poświęcone Shivie nazywanemu tutaj Bhadreśwara. Pierwsza świątynia była najprawdopodobniej zbudowana z drewna. Kolejne budowano z wypalanej cegły. W IX i X wieku, po wprowadzeniu w Czampie (Czamowie pochodzą od grup austronezyjskich żeglarzy osiedlających się na wybrzeżu indochińskim w drugiej połowie I tysiąclecia p.n.e. i są blisko spokrewnieni z Malajami) buddyzmu mahajana, znaczenie sanktuarium nieco się zmniejszyło. W pobliżu powstało założone w 875 r. przez króla Indravarmana II sanktuarium buddyjskie Dong Duong. Mimo tego Sanktuarium My Son powiększało się o nowe świątynie i do XV wieku służyło królom Czampy za miejsce kultu. Po wejściu Wietnamczyków w 1471, sanktuarium podupadło i zostało z czasem wchłonięte przez dżunglę. Indyjczycy dotarli tu drogą morską. Zapewne w celach handlowych opanowali wybrzeże Indochin, a także większych wysp, aż po Javę. Przynieśli więc i swoją pradawną wiarę, stąd też podobne do My Son ruiny Champasak w Laosie.
      Ruiny My Son zostały odkryte dla świata Zachodu w 1898 i od razu zainteresowały francuskich archeologów. W czasie wojny z Amerykanami Wietkong miał tu swoją bazę, którą lotnictwo US Army zbombardowało niszcząc przy okazji wiele zabytkowych budowli. Od 1981 pracowali tutaj polscy archeolodzy pod kierownictwem Kazimierza Kwiatkowskiego, który ma swój pomnik w Hoi An.
      My Son nie jest okazałą atrakcją turystyczną, ani nawet nie jest położone w malowniczym terenie. Jest za to jednym z niewielu ciągle istniejących reliktów przeszłości Wietnamu oraz jedyną atrakcją historyczną w okolicy Hoi An. Odwiedza więc to miejsce wiele wycieczek, jeśli nie wszystkie, a także sporo turystów indywidualnych, jak my. Nie daliśmy się zapisać na żaden 'kruz' zorganizowany, jakich jest tu pełen wachlarz. Wielu terenów, jak parki narodowe w górach, czy jaskinie, albo rafy koralowe nie da się inaczej zwiedzić jak w grupie prowadzonej przez przewodnika. Ten system wyciągania pieniędzy od przyjezdnych został sprzedany Wietnamowi przez białych, działających w intencji krucjaty cywilizowania tego co jeszcze nie ucywilizowano, uczenia zarabiania pieniędzy tych, którzy jeszcze nie znają materializmu. Ja, mając głęboko zakorzeniony lęk przed utratą kontroli, poparty skąpstwem, na pewno nie skorzystam z rozmaitych możliwości przeżywania prawdziwych, wietnamskich przygód z przewodnikiem. Dlatego pojechaliśmy skuterem, uprzednio sprawdzając na zdjęciach satelitarnych całą drogę dojazdową. Która okazała się całkiem ciekawa. Najpierw przejechaliśmy pola ryżowe, a potem zatrzymaliśmy się na wiejskich straganach warzywnych, by za normalne pieniądze kupić trochę witamin. Potem bezskutecznie, przez wiele kilometrów próbowaliśmy wydostać się z niekończących się wiosek. Aż wreszcie, zbliżając się do gór, wjechaliśmy w duszną dżunglę.
      Powrót też okazał się ciekawy. Kręciliśmy się po wioskach w poszukiwaniu restauracji serwującej zupy, jedyne danie jakie przypadło mi do gustu w wietnamskim jadłospisie. Zadziwiły nas pouczające reklamy, nawołujące do stosowania opakowań wielokrotnego użytku, zamiast jednorazowych torebek foliowych. Już wcześniej zauważyliśmy niewiele, jak na dziki kraj tego typu śmieci na ulicach. W Wietnamie trudno znaleźć wielkie kosze na śmieci robione ze starych opon, jakie są wszędzie obecne w Tajlandii, Laosie i Kambodży. Ale mimo to śmieci tu niewiele, a smród powodowany przez odchody cywilizacji wzmaga się jedynie w okolicy samorzutnie rozwijających się rynków handlowych. Kolejną różnicą jest wyposażenie rolników. W reszcie Indochin stosuje się pick-upy Hilux, albo częściej dwukołowe, dieselowskie traktorki z Chin. Tutaj nie ma ani jednego ani drugiego, przynajmniej nie rzucają się w oczy. A przecież Wietnam jest drugim, po Brazylii, światowym producentem kawy, więc rolnictwo w górach musi być rozwinięte. Kawa jednak nie jest powszechnie stosowanym napojem w restauracjach i kawiarniach dla tubylców.
      Podobnie jak w pozostałych krajach Indochin, noszenie maski na twarzy, zasłaniającej jej większą część, jest tak powszechne jak u nas rękawiczki w zimie. Można by się spierać na temat racjonalnych tego powodów, ale należy zaznaczyć, że szmaty zasłaniające całą twarz, pozostawiające jedynie odsłonięte oczy, jak u ninja, noszą powszechnie do dziś rolnicy na tych terenach. Może służyć to ma przeciwsłonecznie, bo jasna skóra jest tutaj w cenie. Może ma chronić przed owadami. Maski są jednak powszechnie stosowane także w miastach, może z powodu smogu, powszechnego poruszania się skuterami z otwartymi kaskami, większej higienie osobistej w tłumie ludzi... Są sprzedawane jako ozdoba, tak jak u nas kolorowe chusty dla kobiet, czy krawaty dla mężczyzn. Krótkie spojrzenie na zwykłą ulicę miasta i setki mopedów, skuterów, okraszone gdzieniegdzie pojazdem czterokołowym, a na dwukółkach maskonury, kolorowe oczywiście, poutykane całe wielodzietne rodziny na siedzeniach skuterów. Tutaj jak ktoś ma trójkę dzieci to kupuje większy skuter, a nie kombi w tedeiku.
      Wracając do jedzenia. Powszechna dieta w środkowym Wietnamie nie różni się znacząco od tej w Laosie, czy Kambodży. Rano jada się zupy z dużą ilością świeżych, zielonych, niegotowanych warzyw. W Wietnamie dodaje się do takich zup więcej mięsa. Zupy nazywają się tutaj pho, najczęściej pho bo, czyli zupa z wołowiną. Należy się spodziewać, że mięso będzie jak guma, ale reszta dość smaczna. W Wietnamie trudniej za to znaleźć patyczkowców. Czyli sprzedawców grillowanego mięsa, nadzianego na krótkie patyczki. Sprzedaje się w ten sposób wszelkie odpadki z kurcząt jakich nie da się użyć do zupy. Wieczorne dania w Wietnamie też różnią się od tych w Laosie czy Kambodży, albo Tajlandii. Zamiast podsmażanych ryżów, je się często słodko-kwaśne miksy z makaronu (oczywiście ryżowego), warzyw i mięsa. Kuchnia jest mocno zróżnicowana i trudno ustalić jakieś stałe. Bo wystarczy pojechać do innego rejonu i dostanie się inną zupę, a poszukiwania dania, które nam smakowało w poprzednim mieście, wywoływać będą jedynie zdziwienie. Ale jest tu wiele restauracji serwujących zachodnie żarcie, oczywiście drogo.
      Kolejnego ranka siedzieliśmy już w autobusie jadącym na północ. Dostał się nam model sypialny. Wietnamskie sypialne są nieco inne od laotańskich. Mają trzy rzędy łóżek, w dwóch kondygnacjach i z dwoma korytarzami pomiędzy. Wszystko jest dość zgrabnie wykonane. Są schowki na drobne przedmioty i miejsce na postawienie butelki wody, wszystko obite miękką tapicerką, z lampkami do czytania, nawiewami klimatyzacji jak w samolocie i pasami bezpieczeństwa jak w samochodzie. Łóżka łatwo można przerobić na półleżące szezlongi, stawiając do pionu oparcie. Wchodząc do takiego autobusu zdejmuje się buty, które się wkłada do otrzymanej foliowej torebki. Dalej trzeba się trochę przeciskać, gruby Amerykanin stworzyłby w tym miejscu zator miażdżycowy. W labiryncie łóżek, przepierzeń, konstrukcji trzymających drugi poziom, należy odnaleźć wolne miejsce. Przypomina to zabawy w labirynt pomiędzy bałaganem zbudowanym z puf ściągniętych z foteli, jakie urządzałem będąc dzieckiem. Nasz autobus był już trochę zdezelowany i dostawiono mu dodatkowe łóżka w korytarzach, co jeszcze utrudniało orientację w przestrzeni.
      Zwyczajem indyjskim zatrzymaliśmy się w połowie podróży, po środku przestrzeni między wioskami, w nędznej restauracji, w której ceny były trzykrotnie zawyżone. Plusem były widoki na niskie wzniesienia zatopione w przedpołudniowej mgle, a przed nimi jezioro z wbitymi w dno palikami trzymającymi sieci rybaków. Bliższe plany zakłócały harmonię przyrody, smrodem wycieków z WC-etu i śmieciami na brzegu jeziora.
      Grupka białych, wśród której podróżowaliśmy, rozlazła się po okolicy z gotowymi do strzału aparatami w rękach. Tubylcy, mniej zainteresowani łapaniem widoczków na karty pamięci, rozsiadła się w drogiej restauracji, konsumując ryżowe dania. Autobus tankował wodę do cieknącej chłodnicy, a obsługa, w postaci trzech młodzieńców, spożywała darmową zupkę. Dzień dopiero się zaczynał. Słońce przepalało cienkie chmury mgieł. A droga zaczynała tętnić życiem kołowym. Kolejny dzień podróży. Przez prawie miesiąc w Laosie, silniej poczułem różnice między podróżą własnym środkiem lokomocji, a przemieszczaniem się publicznym transportem. Podróżowanie z plecakiem nigdy nie stało się moim ulubionym. Jest zastępstwem, za brak możliwości finansowych znalezienia własnych kółek do podróży w odleglejszych częściach świata. W Laosie jednak poczułem ile się traci w podróży plecakowej. Większa wolność od odpowiedzialności, niższe koszty, ale też mniejsze możliwości swobodnego ruchu. Mając plecak na grzbiecie jedzie się tam gdzie wiozą autobusy, albo tam gdzie jeżdżą jakiekolwiek pojazdy chętne zabrania pasażera. Zwykle przewodnik w ręku, a czasami internet podpowiadają kierunek i możliwości wyboru. Plecakowiec zdany jest na ośrodki cywilizacji, przestrzeń wiejska, dzikie tereny są tylko widziane z okien pojazdów. Jeżdżąc motocyklem po Laosie czułem się jakbym poznawał inny kraj od tego którego poznałem rok temu w podróży z plecakiem. Pojazd terenowy dawał jeszcze możliwości zapuszczenia się w zupełnie dzikie tereny, podpatrywanie wiosek zapomnianych w dżungli, a przede wszystkim dzikiej przyrody. Plecakowiec zdany jest na wykupienie wycieczki zorganizowanej, na której w grupie innych fotoaparatowców i poganiających, zaganiających, nadskakujących, bez końca gadających przewodników, zostanie oprowadzony standardowym szlakiem, w pośpiechu i sterylnie jak w rękawiczkach. Gdy przymknę oczy to widzę podróżowanie własnym środkiem lokomocji jak pływanie z rurką i maską pośród skał w błękicie morza. A podróżowanie z plecakiem jak przeskakiwanie łódką pomiędzy wyspami.
      W takich krajach jak Wietnam, gdzie ludzie pracujący w biznesie turystycznym mocno się starają zarobić na białym, przyjezdnym, trudniej uciec od kanonu zwiedzania. Jeśli jakaś owieczka oddali się od stada, szybko zostaje wychwycona przez psy pasterskie i skierowana w odpowiednim kierunku. Zastanawiałem się dlaczego Wietnamczycy tak bardzo starają się wydębić jakieś pieniądze od turysty. Nie są biedniejsi od Laotańczyków, którzy czasami irytowali brakiem zainteresowania potrzebami białego. Większa konkurencja... to chyba nie jest jedyny czynnik. Ledwo biały wyjdzie z autobusu, jest otaczany przekrzykującymi się naganiaczami hotelowymi. Jak jamniki podgryzające niedźwiedzia, pośrednio sterują jego krokami, tak malutcy, sprytni, fałszywie uśmiechnięci naganiacze, kierują zdezorientowanego, objuczonego plecakami olbrzyma z Zachodu. Kiedy wreszcie rozkulbaczy bagaże z grzbietu w wytargowanym w złości pokoiku i zachce wyjść na miasto, ponownie wpada w sieci tubylców. Hotelarze już wiedzą, że jest złapany, więc się nim nie interesują. Ale rikszarze zajeżdżają pod nogi, aby tylko lekko wskoczyć na ich trycykle i dać się ponieść gdziekolwiek, ani oni ani turysta nie wiedzą tak naprawdę dokąd. Nad rzeką biały skubany jest okrzykami - boat sir!? Uciekając z głównej ulicy wchodzi się w pasaże sklepików i restauracji, wychodzących na chodnik a nawet przed chodnik na ulicę. Wystawiają frontem do turysty to co mają najlepszego, jak uszminkowana ulicznica wydyma krwistoczerwone usta i rozchyla dekolt. Ale to nie wystarcza, trzeba skierować uwagę przechodnia, miłe niezobowiązujące zaczepki, czasami przybierają silniejszą formę grzęznącej rozmowy, z której nie można się uwolnić inaczej jak przez sztuczny brak zainteresowania. W końcu naganiacze restauracyjni, biur turystycznych, sklepików, zamieniają się w muchy, latające nam wokół głowy, ale skoro jest ich tak wiele to nie zwracamy na nie uwagi. Czasami uda się uciec do parku, a nawet wymanewrować w taką uliczkę, gdzie sprzedawcy obnoszący swe dobra przed sobą na zawieszanych stolikach, albo objuczonym rowerze, nie będą nam bezceremonialnie przerywać rozmowy. W parku hałas "jednego miliona" mopedów nie doskwiera tak bardzo. Można rozsnuć refleksje nad możliwościami nabywczymi przeludnionych miast i zastanowić się, co się stanie, kiedy oni wszyscy będą mieli wystarczająco dużo pieniędzy aby kupić samochody? Korki jak w Bangkoku i smog jak w Pekinie? W końcu park się kończy i trzeba wyjść na deptak, i znowu te szykany naganiaczy. Nietrudno więc spotkać turystów w dzielnicach zwykłych ludzi, nieturystycznych, tam zamiast zaczepek są pozdrowienia, uśmiechy, inne zapachy, inne ceny, ciekawsze plany zdjęciowe, jest bardziej normalnie. To nie tylko biznes zmienia Wietnamczyków, oni są bardziej przedsiębiorczy, co widać po emigrantach. Bardziej się starają zarobić, konkurują ze sobą silniej i stąd ta zupełnie inna od laotańskiej, napięta atmosfera w Wietnamie.
      W Wietnamie poziom ucywilizowania miast i wsi jest raczej podobny do Turcji. Jadąc na wschód z Europy, do Indii, cywilizacja robi się coraz bardziej zacofana. Wydaje się, że na drugim końcu Azji powinno być już zupełne zadupie, a tu wręcz przeciwnie, jest nowocześnie i czysto. Dojechaliśmy do Hue, niby niewielkie miasteczko, ale ciągnące się bez końca przedmieścia wyglądały całkiem wielkomiejsko i czysto. Centrum łatwo pomylić z jakimś miasteczkiem na pograniczu Francji i Hiszpanii. Usiedliśmy nawet na chwilę odpoczynku, jak Francuzi w tutejszym tabac, na rogu ulicy, na gwiaździstym skrzyżowaniu. Pod pasiastą markizą, na minikrzesełkach, przy ministoliku, spokojnie już poglądając na ruch uliczny. Iwona dostała kawę z lodem i do tego obowiązkową, gorącą, zieloną herbatę. Ja jako zupełny abnegat przybytków typu cafe czy pub, mogłem tylko zamówić pepsi do której dolewałem pod stołem zakupioną w sklepiku naprzeciwko Hanoi wódkę. Kawy nie pijam, piwa też, a croissant jest z białej mąki.
....
      Mimo to taki lekkostrawny odpoczynek, wakacjo-legis od bezustannego krążenia w upale po uliczkach miasta, przestawia na całkiem inne postrzeganie. Spontanicznie nawiązuje się rozmowa o wszystkim i o niczym. Refleksja goni refleksję. Chłodny napój z wkładką błogo koi nerwy. Ruch rozkrzyczanych, pierdzących mopedów na ulicy przed nami, już nie jest rwącą rzeką której nie da się przekroczyć i która szarpie nogi, kiedy trzeba ominąć wystawkę sklepową tarasującą chodnik. Spokojne oko potrafi odnotować więcej szczegółów w przeciwległej kamienicy. Ruch w restauracji wciśniętej pomiędzy wysokie, pionowe, bezokienne ściany domów, staje się zrozumiały. Nawet można dostrzec innych białasów, nerwowo meandrujących między naganiaczami, blokadami na chodniku, a mopedami. Zrozumieć ich chęć znalezienia taniej, normalnej restauracji, w której nie śmierdzi aż tak bardzo, a łokcie nie kleją się do blatów stołów. Ci którzy wymyślili przepis zakazujący opierania rąk o stół podczas jedzenia proszonego obiadku u teściów, musieli jadać na takich stołach w Wietnamie.
      Zaplecze, głębia naszej cafeteriji też jest lekko lepiące. Oskórowane z tynku, i starych plakatów, z brudem za paznokciami kelnera i ścieżkami wydeptanymi przez karaluchy na rzadko używanej części podłogi, oraz petami przydepniętymi pod stolikami... Niewiele gorzej jak w ciemniejszej dzielnicy Paryża.
      Wieczorem poszliśmy na spacer wzdłuż rzeki Perfumowej, jak ją tutaj zwą. W Hue nie ma tyle kolorowych lampionów co w Hoi An. To nie jest kurort dla wakacjuszy, ale zwykłe miasto, z obszernym zabytkowym centrum. Jednakże po rzece pływają stateczki wycieczkowe, parkujące rzędem wzdłuż nabrzeża. Park po jednej i drugiej stronie rzeki przygotowano do spacerów i oświetlono kiczowatymi, kolorowymi neonami. Wydaje się przez to cukierkowy, jak przesłodzone, kolorowe słodycze z krajów arabskich. Park jest też miejscami hałaśliwy. Tu i ówdzie coś się dzieje, a towarzyszy temu ściana dźwięku oczywiście. W ciemniejszych częściach parku kryją się zakochani i pijani. Mają te same zwyczaje co w Polsce. Dopiero późnym wieczorem ruch miliona mopedów zaczyna przycichać. Z początku niezauważalnie. Ubywa motocykli jak banknotów z grubego pliku. Ale z czasem można być zaskoczonym chwilami ciszy, aż wreszcie dłuższymi okresami pustki na ulicach. Wieczory nie ciągną się w Hue tak jak w kurorcie Hoi An, są krótkie i szybko wygasają, by bardzo wcześnie rano, tuż przed wschodem słońca nagle wybuchnąć hałasem i ruchem.
      My jednak odczekaliśmy nieco dłużej z wyjściem na miasto. Jak rasowi turyści wyszliśmy w samo południe, w największy gorąc, kiedy urzędy w Wietnamie mają sjestę, a tuziemcy siedzą w cieniu. Dobrze że dziś zawiewa lekki zefirek od morza. Pomaszerowaliśmy na drugą stronę rzeki Perfumowej, przez stalowy most, na rynek warzywny, by zaopatrzyć się w nieco witamin. Skutery i mopedy zaparkowane na chodnikach miały poprzykrywane siedzenia aluminiowymi foliami. U nas sprzedaje się motocykle z podgrzewanymi siedzeniami, a tu trzeba je okrywać przed słońcem, aby potem nie usmażyły tyłka.
      Poszliśmy nieco dalej, w kierunku ogromnej cytadeli Hue. Mimo ukropu jedynie zwiedzanie atrakcji turystycznych może uzasadnić nasz pobyt w tym mieście, więc nie można łamać i tej tradycji podróżniczej. Cytadela ma ponad 2.5km potężnych murów z fosą. Wewnątrz mieściło się całe miasto oraz pałac cesarski władców środkowego Wietnamu z dynastii Nguyen. Teren jest olbrzymi, ocieniony licznymi drzewami, bardziej spokojny od nowego miasta, mniej tu pojazdów i ludzi, za to wiele postkolonialnych zabytków oraz pozostałości po dawnych zabudowaniach cesarskich. Wiele z nich zostało zbombardowanych przez Amerykanów, ale też kilka z nich odbudowano. Wejście do pałacu jest płatne, ale nie są to duże pieniądze. Dostaje się w zamian możliwość podziwiania wnętrz, które niegdyś były zarezerwowane jedynie dla najwyższych oficjeli. Można nawet zaglądać do pomieszczeń haremu, gdzie wstęp miał jedynie cesarz i jego zaufani eunuchowie. Ostatni władca pomieszkiwał tutaj do 1925 roku.
      Błąkaliśmy się po parterowych zabudowaniach na pokaźnym terenie, zaglądając ciekawie w każdy zakamarek, podziwiając stare zdjęcia z wystaw, makiety rekonstrukcji i filmy dydaktyczne. Tak oto hawira cesarza została przejęta przez plebs i utożsamiona z czymś społecznie wartościowym. Nawet czułem się trochę jak chłop pańszczyźniany zaglądający wścibsko na salony, tuż po tym jak Pana rozniosła na widłach rewolucja.
      Tym niemniej pałac, ale i sama cytadela to wyśmienite plany zdjęciowe, nawet przy wysokim słońcu. Drzewa i cała masa zadbanych ogrodów zapraszają do studiowania szczegółu, a pozostałości zabudowań dają ciekawe, dalsze plany. Zdarzyło się również posłuchać tradycyjnej muzyki w wykonaniu kilku odświętnie ubranych grajków. Dźwięki były bliskie chińskiej tradycji, ale wykonywane na ciekawych instrumentach, jak miseczka do ryżu, albo dwa mahoniowe kijki.
      Sala tronowa nie sprawiała wrażenia przepychu. Odarta z wystroju i kolorów, przypominała prędzej magazyn na tron i baldachim ponad nim. W ciągnących się od budynku do budynku arkadowych podcieniach, wystawiono zdjęcia profesjonalnych fotografów umiejących nawet ze śmierdzącej, zakisłej sadzawki wydobyć takie piękno, że zwiewna mgiełka i gęste szuwary zapraszały niemalże do odświeżającej kąpieli. Bo zdjęcia nie kłamią, a jedynie wodzą nasze zmysły tam gdzie same chciały by się udać.
      Wracaliśmy na drugą stronę rzeki już w czasie popołudniowego ochłodzenia. Żar gdzieś się ulotnił, pewnie poszedł na zachód. W jego miejsce przyszedł przyjemny, odświeżający powiew znad morza, wydłużający cienie i wyciągający zapachy z zielonego parku. Chodniki uliczek zaroiły się od obnośnych i obwoźnych sprzedawców. Przyjechały na swoje miejsca sukuterkowe kuchnie, a wśród nich bułczanki, takie szklane kredensy wypchane bułkami, warzywami i pociętym na plasterki mięsem. W nich wyrabia się na poczekaniu sandwiche. My poszliśmy do zwykłej jadłodajni dla tubylców, na special hue pho bo. Czyli zupę warzywną z wołowiną i ryżowym makaronem, z dodatkiem przypraw specyficznych dla regionu miasta Hue. Uważam, że nie jest warta przepłacania 0.74zł w stosunku do zwykłej pho bo.
      Tuż przed zachodem słońca wsiedliśmy do autobusu sypialnego zdążającego na północ, do stolicy, do Hanoi. Autobus nie był tak nowoczesny jak ten ostatni, ale udało się nam zdobyć dobre miejsca, z przodu, w górnym poziomie, czyli z dala od silnika i klimatyzacji, wydających dość pokaźny hałas. Z tyłu właśnie zagnieździła się wesoła młodzież. Obstawieni puszkami taniego piwa, wypełnieni ogłuszającą dyskusją o wyższości fal Australii nad falami Tajlandii, zdawali się nie wychodzić zbyt daleko poza rejon dobrej zabawy.
      Obok Iwony rozłożył się student z Hanoi. Z okazji nowego roku ma dwa tygodnie wolnego i pojechał z matką na wczasy do Hoi An i Hue. Wsiadł razem z nami w Hue, ale zapomniał jednej z licznych toreb. System w dzikich krajach opiera się na wzajemnym zaufaniu, znajomości, koneksjach, braku wyindywidualizowania i znieczulicy. Autobus zatrzymał się w parku i nie wiadomo na co czekaliśmy. Po chwili dogonił nas na skuterku cieć z hotelu i przywiózł studenciakowi torbę. Ten nawet nie wiedział, że czegoś zapomniał. Ale nie zdziwił się zapobiegliwością hotelarza ani całą akcją. Nie okazał nawet wdzięczności kierowcy, który całą akcję uzgadniał przez komórkę. U nas takie sytuacje zastępuje niesprawny system reklamacji i biura rzeczy znalezionych. System ma za nas myśleć o drugim człowieku i okazywać wdzięczność. Przypomniałem sobie jak w Kambodży pewien Japończyk jadący z nami autobusem zapomniał oddać klucz do pokoju hotelowego. Hotelarz zadzwonił na dworzec autobusowy, gdzie wywiedział się czy jakiś Japoniec nie jechał do Phnom Penh. Jak się dowiedział jakim autobusem to znalazł jakiegoś pociotka, co zna kierowcę i numer komórki do niego. Potem już poszło łatwo, bo kierowca wracał następnego dnia do Kampot, więc odebrany od Japa klucz wróci do hotelu i sprawa się załatwi.
      Nasz student z Hanoi studiuje inżynierię ochrony środowiska. Nie narzekał na brak perspektyw, tak jak to słyszeliśmy od studentów w Indiach. Zastanawiał się nad praktykami po skończeniu studiów. O stypendium nie myśli bo jego rodziców stać na wiele. Na Zachód nie chce jechać, bo tam jeżdżą studenci chcący podszkolić się w zarządzaniu i kierunkach finansowych. Przyszli inżynierowie ze wschodniej Azji wiedzą, że najlepsze praktyki można znaleźć w Korei i Japonii. Taki pryszczaty, pucułowaty okularnik, a wie dobrze czego chce, Zachód nie jest mu do niczego potrzebny. Kto wie, może za parę lat wymyśli jakiś sposób na eko-energię.
      Pod Iwoną, na niższym poziomie łóżek, zajęła sobie miejsce piękna donna z Hiszpanii. Spozierałem czasami jednym okien na dół, a ona zaczytywała się w grubej książce, świecąc latarką, którą czasami oślepiała przez lusterko kierowcę. Tym razem obaj kierowcy nam się nie udali. Gburowaci, mrukliwi, nieprzyjemni, przestawiali białasów jak chłop worki z kartoflami na furmance. Ale sprawnie sterowali małym autobusikiem przez całą noc. Każdy tu jeździ na długich, wyprzedzanie na trzeciego, czy czwartego, w takim ciasnym ruchu, jest koniecznością, aby się jakoś przesuwać do przodu, trochę szybciej niż przeładowane ciężarówki, czyli 25km/h. Droga, im dalej na północ, tym robiła się coraz gorsza. Mijaliśmy kolejne jej przebudowy, tak jakby trwały tu wieczne rekonstrukcje połamanego asfaltu. Jego poszerzanie i łatanie. Rzeka świateł płynęła przez moczary pól ryżowych i kolejne uśpione wioski. Z czasem mopedy znikły zupełnie z drogi i jechało się płynniej, kierowca autobusu używał mniej przeraźliwego klaksonu. Gdzieś w połowie, opatulony przeciw klimatyzacji, odleciałem w sen, przestałem kontrolować to, co robi kierowca.
      Zatrzymywaliśmy się w nocy kilka razy. Dwa razy w restauracji i parę razy w miastach, aby zabrać pasażerów i kogoś wypuścić w noc. Pode mną zaparkowali na łóżkach młodzi, tłuści Niemcy, potem zastąpili ich nieciekawie waniający tubylcy. Z czasem wjechaliśmy w strefę deszczu, a potem w szary, zimowy świt. Przedmieścia Hanoi przywitały nas poranną, sobotnią krzątaniną. Zakręcaliśmy na kolejnych estakadach i przepychaliśmy się przez zakorkowane mopedami ulice. W końcu autobus bezceremonialnie wypluł nas na obrzeżach starej, a jednocześnie turystycznej dzielnicy miasta, prosto w chłód poranka i na mokre od deszczu chodniki. Dziś pogoda zupełnie nie tropikalna, szarość zimowego nieba, z którego siąpi mżawka. Sprawdzaliśmy pogodę na Yunan, południowo-wschodnie Chiny, najcieplejszy fragment państwa środka. Nieciekawie, pada śnieg, a w nocy poniżej zera. W sandałach i krótkich spodenkach nie ma po co tam jechać. Trzeba zmienić plany.
      Szybko znaleźliśmy hotel, w naszym, podróżniczym standardzie. Ostatnie piętro, coś na kształt poddasza. Ściany oblazły już dawno zielonym grzybem. Obok zaplecze hotelowo/restauracyjne, pracujące non-stop pralki automatyczne, smród przypalonych garnków, a w nocy przypuszczalnie karaluchy wychodzą na żer. Ile to już takich pokoików przemieszkałem, ciesząc się z zaoszczędzonych paru dolców. Następnym razem miało być lepiej. Kiedyś tam w przyszłości "jeszcze będzie wspaniale, jeszcze będzie przepięknie", jeszcze będą ode mnie odbierać plecak i wsadzać na wózek hotelowy, a ja będę potem udawał, że nie mam drobnych na napiwek.
      Stara dzielnica postkolonialna zamieniona została na targowisko sklepowo/restauracyjne dla turystów. Poprzecinane rzekami pierdziochów, skrzeczących klaksonami na przechodniów. W wilgoci mżawki i chłodnym wietrze, przechadzka po uliczkach, nie miała już żadnych plusów. Ograniczyliśmy się więc do poszukiwań taniego baru dla tubylczej obsługi całego tego biznesu turystycznego. Oni też muszą jeść i to tanio. Nie obyło się bez targowania, chociaż tutaj, mimo że ceny w stolicy są wyższe, nie ma takiego chamstwa w obsłudze turystów jak w Hoi An. Pho Ga, czyli zupka z wkładką mięsną z brojlera, okazała się mizerna, w dodatku zielenina była mocno ograniczona. Przynieśliśmy więc własną, zakupioną jeszcze na targowisku w Hue. Tutaj widać nie wrzucają surowej fasolki szparagowej do zupy, bo spozierali na nas z dezaprobatą.
      Potem poszliśmy na dworzec kolejowy, aby zakupić bilety na pociąg, którym pojedziemy za kilka dni na północ. Można to zrobić przez turist-agenta. Ale jaka to przyjemność znaleźć konkretną motywację, aby przejść miasto na wskroś, zwiedzając i oglądając po drodze wszelkie dziwactwa nie znane z naszej codzienności, a przy okazji uniknąć wydymania przez agenta, który za swoje usługi skasuje żywą gotówką.
      Kierowaliśmy się na centralne jezioro, położone jak Central Park w New Yorku, po środku starego miasta i przezeń ciasno otoczone. Hoan Kiem Lake kryje w swych brudnych odmętach starożytnego i sławnego mieszkańca Hanoi. Oficjalna legenda głosi, że najważniejszy obywatel miasta, niejaki Le Loi, który wygnał Chińczyków w XV wieku, władał magicznym mieczem, zupełnie jak król Artur. Kiedy wojna się skończyła, trzeba było coś zrobić z mieczem, aby nie musieć się obnosić z czymś, co nie istnieje. Na potrzeby ludu wymyślono bajeczkę, jakoby król pływając po jeziorze łódką, został obezwładniony przez turtla, któren to zrabował ów miecz, w celu... powrotu miecza do krainy baśni. Od tamtego czasu żółw stał się najważniejszym mieszkańcem miasta i jego fundamentem/obrońcą. Takich bajeczek tworzono setki. Co daleko sięgać. Chociażby legenda o świętym Grzegorzu z Armenii. Pisałem o tym w podróży po zakaukaziu. Cu Rua, czyli po wietnamsku "pradziadek", został w 2011 wyłowiony przez ochotniczą straż wojskową, w celu... medycznym. Zważono delikwenta i wyszło że ma ponad 200kg (zdjęcia zamieszczono nawet w Times'ie), ale daty jego urodzin nie można określić. Takich żółwi słodkowodnych z gatunku XXL jest na Ziemi niewiele, prawie wcale. Cu Rua ma tylko jeden problem... ludzi. Mieszkańcy jego miasta robią mu na głowę. Kawiarnie wokół jeziorka walą ekskrementy prosto do wody. Zakwaszone mopedami powietrze spada z deszczem jak broń chemiczna. Żółw przetrwał wszystko, ale nadmiaru wirusa ludzkiego nie przetrwa. Niby jest najważniejszym mieszkańcem Hanoi i w nim cała nadzieja na świetlaną przyszłość miasta, z królem się mocował i nawet miecz odebrał, ale przecież każdy Kowalski musi jakoś do pracy mopedem dojechać i zrobić minimum trójkę dzieciarów, a oni za parę lat nowymi Toyotami też do pracy zdążać będą i produkować po trzech następnych. Bo jak to Młynarski podawał rytm "człowiek ani się obejrzy jak się wrobi w ciepłą żonkę i stół z kryształem". Jeszcze parę pokoleń i skończy się jak w "Kongresie futurologicznym" Lema. Praw bezmyślnego gatunku nie zmienisz, nawet jeśli tną w żywe oczy gałąź na której siedzą. Każda jednostka myśli tylko o partykularnym interesie, o własnych przyjemnościach, a o interes ogółu niech martwi się następca Ho Chi Minha.
      Na dziś po jeziorze Hoan Kiem nie wolno pływać łódkami, ale nikt nie ogranicza rozrostu kawiarenek, ani nie sprawdza gdzie odprowadzają swoje szlamy. Co do kwaśnych deszczy, to smog nie jest jeszcze tak dokuczliwy jak w Pekinie, to nie trzeba z nim nic robić. Chociaż w Wietnamie bardzo popularne są elektryczne rowerki. Zgrabne, szybkie i tanie.
      Dalej swe kroki skierowaliśmy ku mauzoleum Ho Cziego. Padł ofiarą swych wyznawców, zupełnie jak Lenin. Bo wszystko, co kiedykolwiek bohater będący ośrodkiem kultu jednostki posiadał, jest własnością wiernych. Zażyczył sobie aby go skremowano, ale lepiej dla ideologii było, by go zakonserwowano w formalinie jako ginący gatunek... taki diabeł tasmański czy inny polski tur. Lenin chciał być pochowany obok matki, a dziś jego ciałko tuła się po szpitalach specjalnego traktowania i nikt nie ma tyle charyzmy, aby nakazać go zakopać, nawet Putin. Ciekawe, że ideologie, jakie te wybitne jednostki wymyślają przez całe swoje życie, nie sprzedają się tak dobrze jak kult ich nazwisk, wizerunków twarzy (Che Gewara), zabalsamowane zwłoki, części ciała świętych, itp. Lucas na to wpadł już dawno i nazwał takie zjawisko postproduction. Zarobił na tym mądrala swoje pierwsze miliony. Gdyby Chrystus nie zdążył zleźć z krzyża, to by go w chwili uniesienia rozdrapali na kawałki, a potem rozesłali do bazylik, jako najświętsze relikwie, by przez pączkowanie, jak jakiś tasiemiec, przenosił wiarę na nowe pokolenia ciemnogrodu. Może już czas powiedzieć ludowi, że źle czyni. Jak mu się powiedziało, że fiesta z okazji skracania o głowę za czasów francuskiej rewolucji już nie jest modna i nawet nie jest w dobrym tonie.
      Zrobiło się późno i jeszcze bardziej zimno, więc zawróciliśmy spod mauzoleum wodza wietnamskiego narodu z powrotem do dzielnicy turystycznej. Po drodze zatrzymaliśmy się na pho bo w rozstawionej na chodniku, przenośnej restauracji. Cena jak na wsi, tylko 2.98zł. W zupie było mało mięsa, coś podobnie jak w Laosie. Smak taki sobie, ale zieleniny w bród. Pewnie zbierana wzdłuż torów kolejowych, albo wokół jakiegoś jeziorka, w centrum miasta. Sami nie wiedzieliśmy co to jest, jakieś pokrzywy, mlecz, czy kozieradka, albo pietruszki... za przeproszeniem nać. Było mokre, więc umyte w chlorowanej, wielkomiejskiej wodzie, w razie jakby jakiś pies to obeszczał przed zerwaniem. Obnośne restauracje, zawieszane są na jarzmie przez ramiona (greckie zeugos, hebrajskie cemed), jak kiedyś u nas wiadra z wodą, noszone z rzeki. Małe, wietnamskie kobitki, tanecznym, wyważonym krokiem, noszą te ciężary przez całe miasto. Czasami całe kramy warzywne, czasami kuchnie, z plastykowymi krzesełkami i stolikami, a czasami ładną, nikomu nie potrzebną tandetę za grosz. Krzesełka są miniaturowe, takie dla europejskich pięciolatków. Ale jak zupa smakuje, to półdupek się na nich zmieści.
      Tuż obok naszej chodnikowej restauracji rozłożyła się pani z bułkami, tzw. bułczanka. Kupiliśmy od niej zagrychę do zupy. Naprzeciwko, uwagę Iwony przyciągają lateksowe obwoluty do komórek, w stylu Hello Kitty. Pejzaż przecinają nam rozpędzone skutery, dudniące wysilonymi do granic japońskiej myśli technicznej silnikami. Mdły opar kanalizy już na tyle zadomowił się nam w nozdrzach, że nie zauważamy dziurawych dekli pokrywających bezpośrednio płytkie rynsztoki. Obok nas siedzą Hanoiczycy, w drodze do domu, po pracy wstępujący na zupę, bo żona też w pracy, a teściowa soli za dużo.
      Czym ten obrazek różnił się od skrzyżowania Luong Ngoc Quyen i Dinh Liet, na którym turyści jak stonka, obsiedli na minikrzesełkach każdy brudny narożnik, za grubą gotówkę ciągnąc ze szklanek drinki. To najmodniejsze skrzyżowanie w turist-city. Każdy wieczór tętni tutaj językami świata i nikt nie wie, czemu akurat na tym skrzyżowaniu. Turysta jest skłonny zasiąść na wiele godzin dysputy o sprawach małoznaczących, na niewygodnych plastykach, nawet jeśli minikrzesełko włazi w tłuste dupsko jak czopek. Desperację z jaką tu (zupełnie jak my) przybywają, podkreśla dziś mżawka, wilgocąca wszystko dookoła jak spotniałe w saunie ciało. Oczy po jakimś czasie męczą się śledzeniem kolejnych mopedów przecinających skrzyżowanie, szukają czegoś spokojniejszego w nieruchomej twarzy współrozmówcy. Ale już po chwili, kiedy rozmowa jest miałka, jak niegazowana, niesmakowa woda z butelki, oczy szukają jakiegoś ruchu. Omiatają sąsiadów, z innych ministolików i wracają na ulicę, wyłapują co ciekawsze skutery, albo przechodzące egzotyczne kształty, marząc o tym, co by się wydarzyło gdyby świat był jak z bajki o żółwiu.
      Rankiem mikroświat turystycznej dzielnicy Hanoi odwrócił się na drugą stronę. Uliczki szczelnie wypełniły mopedy, chodnikowe kawiarenki opustoszały, dyskoteki wycichły, a biali gdzieś znikli. Pojawiły się za to busiki i taksówki odbierające turystów z plecakami i wywożące na wycieczki i na dworce autobusowe. To nie Bangkok, zmiana nie jest aż tak silna. Oddech Hanoi nie jest aż tak głęboki, dzień od nocy, nie różnią się aż tak bardzo. Ale nawet niewprawne oko może dostrzec ten puls miasta.
      My pojechaliśmy jedną z taksówek na dworzec Luong Yen. Nie zwykliśmy jeździć taksówkami, zwykle szukamy riksz, ale tu takich nie ma. Chcieliśmy uzgodnić cenę na przejazd z taksówkarzem, ale ten pokazał nam palcem taksometr. Na ogół w Azji taksometry są tylko na pokaz, dla urzędników. Dziwnie tak odnaleźć normalność w świecie, który normalny być nie powinien. Zaraz jednak włączyłem GPSa, bo przyszło mi do głowy, że taksówkarz skasuje nas z taksometru, ale pewnie zrobi nam przymusowy objazd miasta. I tu kolejna niespodzianka. Taksówka zdążała wprost na południe, najkrótszą drogą na dworzec.
      Byliśmy grubo przed czasem odjazdu autobusu. Więc po zakupie biletów odszukaliśmy chodnikową jadłodajnię, z mini stolikami i krzesełkami. Wciśnięta była pomiędzy parkujące autobusy, a sklep z niczym co nadawało by się do spożycia na śniadanie. Dostaliśmy zupkę, a przy okazji jedzenia nawiązaliśmy kontakt z panią kucharką. Iwona wypytywała ją tak uporczywie, że kobieta przypomniała sobie rosyjski język, którego jeszcze jedenaście lat temu używała pracując w Rostowie nad Donem w Rosji. Do tego czarnomorskiego miasta ściągnął ją brat biznesmen. Sprzedawała na straganach chińską tandetę i pomagała w domach jako kucharka. Przy okazji jedna z pań domu uczyła ją rosyjskiego. Czasami jeździła autobusem do Moskwy odwiedzić brata. Jedna z wietnamskich kobiet jakie i my widujemy w Polsce. Każda z nich ma gdzieś swoje korzenie. Tania, jak ją nazywali w Rosji, mieszka w Hanoi. Wróciła do Wietnamu, bo zmarł jej ojciec i trzeba było zająć się rodziną. Teraz wraz z synem prowadzi miniresturację z plastykowymi minikrzesełkami. Przywiozła jednak do Hanoi nowe przyzwyczajenia. Myje garnki w gumowych rękawiczkach, jej kuchnia jest czystsza od innych, umie zagadać do coraz liczniejszych rosyjskich turystów. Takie odkrywanie pochodzenia imigrantów to jak doszukiwanie się intymnych zwierzeń u przygodnego rozmówcy.
      Autobusem na wyspę Cat Ba, razem z nami, podróżowało kilkunastu białych turystów. Przez ponad trzy godziny przedzieraliśmy się przez chaotyczny ruch na autostradzie do Hai Phong. To jedno z najważniejszych miast Wietnamu, takie zaplecze industrialne i wielki port morski. Droga była zapchana ciężarówkami wiozącymi kontenery. Hanoi to potężny konsument dobra wszelakiego, mieszka tu oficjalnie ponad sześć milionów ludzi, a z pewnością wiele przybywa tutaj ze wsi czasowo do pracy. Przedmieścia właściwie się nie kończą, ale łączą z kolejnymi miastami, jak Hai Dong, a potem Hai Phong. Po drodze widzieliśmy trochę pól ryżowych i pracowników w kapelusikach w kształcie woga na głowach. Droga wtedy przechodziła groblą powyżej bezmiaru zalanych wodą, podzielonych na małe kwadraciki niskimi groblami pól. Na niektórych pracowały małe traktory. Zamiast kół miały stalowe obręcze z przyspawanymi łopatami. Nie zapadały się w błocie i wodzie. Jednakże większość pejzażu, jaki przesuwał się nam za oknami autobusu, stanowiły zabudowania wsi i miast.
      Hai Phong minęliśmy po wewnętrznej obwodnicy dla ciężarówek z kontenerami. Zatrzymaliśmy się gdzieś przy jakichś nieużywanych magazynach, obrośniętych wysoką trawą. Niedzielne popołudnie nie rozgrzało tego miejsca pracą. Na zapleczu parkowało kilka samochodów, niektóre z nich wyglądały na ekspozycję stałą. Cała dzielnica wyglądała podobnie. Magazyny, stare hale fabryczne, rupieciarnie, złomowiska okraszone śmieciami przenoszonymi przez wiatr i wrakami samochodów pozostawionych w każdych wolnych przestrzeniach między budynkami i na ich tyłach. Taki raj dla przemytników i szemranych biznesmenów. Trudno tutaj dojść, gdzie się kończy jedna posesja, a zaczyna inna. Przez dziury w ogrodzeniach i przewrócone ściany starych domów można migrować swobodnie i nie być zauważonym. Zawsze znajdzie się gdzieś jakaś szopa, której od lat nikt nie odwiedzał i nie wiadomo nawet do kogo należy. Ta dżungla cywilizacji ludzkiej nocami musi wyglądać bardzo soczyście. Będąc chłopakiem oglądałem filmy "Gang Olsena". Tamten gang też wyrósł na podobnych, porzuconych przedmieściach Kopenhagi. Marzyłem wtedy, aby mieszkać w pobliżu takiej dżungli. Mógłbym spędzać całe dnie na przeszukiwaniu najbardziej zapyziałych zakamarków, wyrysowywać mapy szlaków, ścieżek, które znałbym tylko ja, albo nawet wyrąbywać nowe przez plątaninę drucianej siatki ogrodzeń i złomowanych ciężarówek. Zbudowałbym sobie swój świat, nad którym roztoczyłbym swoje panowanie. W zamian miałem wokół domu kilometry lasu, a zamiast gangów przemytników do śledzenia leśne zwierzęta.
      Kiedy wreszcie zmieniliśmy autobus, pojechaliśmy dalej, na koniec półwyspu, do promu. Dżungla starej dzielnicy robotniczej ustąpiła miejsca otwartym przestrzeniom zabudowanym ogromnymi, nowoczesnymi halami magazynowymi oraz fabrykami z kopcącymi kominami. Pomiędzy nimi płynęły czarne i cuchnące kanały. Na mapie ten obszar miał być zabagnionym, poprzecinanym rzekami, nieprzyjaznym dla miasta obszarem. Ale wynikła potrzeba budowania nowych fabryk i ucywilizowano moczary. Zbudowano szerokie drogi z latarniami, a teren umocniono. Widać, nie ma tu wielkich fal podczas sztormów, skoro nikt się nie przejmuje ochroną przed morzem. Może zatoka Tonkińska nie jest tak agresywna jak Bałtyk.
      Na wyspę Cat Ba popłynęliśmy wodolotem. Zapakowano nas do ciasnej przestrzeni i szybko nabraliśmy rozpędu, chlapiąc spienioną wodą na boki. Przecinaliśmy niezagospodarowane jeszcze, zabagnione wyspy i półwyspy. Omijaliśmy potężne masowce i tankowce stojące na redzie. Chiński wodolot nie był stary. Kapitan, zamiast koła sterowego, manewrował maleńkim joistickiem, jakby grał w jakąś grę komputerową. Nawet przed nim nie było busoli, czy wskaźników, tylko ekran z wyświetlonymi wskazaniami dwóch silników. O ergonomii pracy sternika oczywiście nikt nie pomyślał, podobnie jak o komforcie dla pasażerów, że o jakości wykonania nie wspomnę. Nawet mały Wietnamczyk miałby duże problemy, aby wcisnąć kolana przed oparcie kolejnego rzędu foteli. Okna przytrzymywały już tylko druciki i sznurki, bo klamki odpadły. Podłoga wypaczyła się od słonej wody, a oświetlenie już nawet nie wyglądało, a działać przestało chyba zaraz po pierwszym rejsie statku.
      Tak w oparach oleju napędowego dopłynęliśmy do kolejnej przystani. Cumował tu duży prom samochodowy i kilka wodolotów. Teraz nie sezon, ale za miesiąc, dwa zacznie się tu poważny ruch. Wybraliśmy Cat Ba zamiast Halong City, do którego zmierza większość ruchu turystycznego z powodów oczywistych. Nie mieliśmy ochoty na kolejne wietnamskie Międzyzdroje w stylu Hoi An. Turystyka wypoczynkowa w Wietnamie nabrała dużych obrotów, a że kraj jest mocno przeludniony i szybko się bogaci, to kurorty rozbudowują się równie śpiesznie, bez poszanowania przyrody, gustu i rozsądku.
      Tymczasem wjechaliśmy na wyspę kolejnym autobusem. Od tylu dni nie mieliśmy okazji podziwiania piękna przyrody, że Cat Ba zaskoczyła nas od pierwszego spojrzenia. Tutaj wielka turystyka jeszcze nie odcisnęła swojego śladu w takim stopniu. Kiedy tylko minęliśmy odsalarki wody morskiej, wjechaliśmy na wąską drogę biegnącą zakrętami po skalistym wybrzeżu wyspy. Obrazek jak z Jadrańskiej Magistrali w Chorwacji. Ja bym powiedział, że dużo mniej atrakcyjny, ale w Wietnamie zaskakujący. Morze Południowochińskie nie ma takiego błękitu jak Adriatyk, wręcz jest brązowe i nie zachęca do wyszukiwania samotnych plaży pośród skał, a jest ich tu sporo. Tym niemniej Cat Ba sprawiła nam przyjemność swoją przyrodą. Autobus potem skręcił w głąb wyspy, wciskając się pomiędzy dziwaczne góry o stromych ścianach zarośniętych gęstą dżunglą. Z kształtu przypominały gigantyczne, zielone, kosmate jaja powciskane na sztorc w dżunglę. Każde z nich miało ponad 200 metrów wysokości. Całe północne, wietnamskie wybrzeże zatoki Tonkińskiej usiane jest takimi jajami rzuconymi bezładnie w morze. To największa atrakcja Wietnamu. Podobne, krasowe wzgórza można znaleźć w środkowym Laosie, Złotym Trójkącie i południowo-wschodnich Chinach. Dziś poczułem silniej, że zwiedzanie świata tylko po to aby wyrobić sobie zdanie o kolejnym kraju coraz mniej mnie pociąga. Za to wyszukiwanie piękna przyrody, z dala od siedlisk ludzkich, to kierunek, który powinienem rozwijać. Podpatrywanie kolejnych Hanoi, Hong Kongów, czy Bombajów przypomina mi studenckie przesiadywanie w pubie, zamiast w bibliotece.
      W końcu dotarliśmy do miasteczka Cat Ba. Pewnie od niego wyspa wzięła nazwę, a może odwrotnie? Bez trudu znaleźliśmy tani nocleg, na głównej promenadzie, z widokiem na spokojną zatokę. Promenada nie jest długa, ale otaczające ją wieżowce-hotele, przyklejone plecami do równie wysokiej skały i podcięte przez szklane, zapraszające do przepastnych, głośnych wnętrz restauracje, sprawiają wrażenie, że gdzieś już ten obrazek widziałem. Pewnie jest to wierna, miniaturowa kopia w stylu chińskim, jakiegoś kurortu z lazurowego wybrzeża, albo z Ameryki Południowej, czy Florydy. Nie sądziłem, że uda się nam znaleźć pokój za 6USD na takiej promenadzie, ale może poza sezonem nie jest to trudne. Z okien pokoju wypełniających całą ścianę zewnętrzną, mogliśmy zobaczyć zatokę obstawioną niebieskimi łódkami i pływającymi hotelami/restauracjami. Modnym sposobem spędzania urlopu w tej okolicy jest wynajęcie całej łodzi, albo pokoju w takim pływającym hotelu i spokojne przemieszczanie się pomiędzy skalistymi wzgórzami jak z bajki "Never ending story". Wiele z tych skał ma jaskinie, które można zwiedzać, albo snorklować w nich. Ceny za takie wakacje nie odbiegają zbytnio poziomem od spędzenia wywczasu na polskim wybrzeżu. Do pływających hoteli dołącza się wszelkie możliwe atrakcje, w stylu skuterów wodnych, kajaków morskich, nurkowania, a także dyskoteki, spa, masaże i co tylko można sobie wyobrazić. Nic więc dziwnego, że parę dni temu, kiedy działał Facebook natrafiłem na wpis - marzenie życia = spędzić wakacje w Halong Bay. Tymczasem woda, ani chłód powietrza nie zachęcały do kąpieli. W ogóle nie ma tu plaży, a woda jest brunatna. Nie widać otwartego morza, bo przesłaniają ją wzniesienia-jaja. Teraz miasteczko jest nieco uśpione zimą, ale może nawet przez to bardziej przyjazne dla takich użytkowników jak my.
      Zaraz po rozkulbaczeniu poszliśmy od razu w górę, do normalnej części miasteczka. Nawet nie rzuciliśmy okiem na restauracje na promenadzie. Najpierw skierowaliśmy kroki na rynek warzywny, ale poziom cen nas wystraszył więc z tym większą motywacją poszliśmy jeszcze wyżej, w góry, do rynku dla tubylców, jednocześnie szukając zwykłej restauracji. Ten rynek okazał się tylko trochę tańszy. Za to zwykłe restauracje były już dziwnie wyciszone i pozamykane. Chcąc nie chcąc musieliśmy zejść z powrotem na promenadę i tam spróbować szczęścia. Okazało się, że zjedliśmy zupę za normalną cenę. Restauracje miały tylko większy wybór egzotycznych dań, w stylu frytki (tutaj topione w oleju), beef stek, omlet i różne kombinacje owoców morza. Niestety nie ma tutaj zbyt wiele tych ostatnich. To nie Kambodża, gdzie można na wiejskim rynku najeść się do syta głowonogów i skorupiaków za parę dolców. Tutaj poziom cen owoców morza jest taki jak w Polsce, jedynie poziom świeżości jest zupełnie inny.
      Jeszcze wieczorem poszliśmy na obchód miasteczka. Okazało się, że z trzech plaż jakie tutaj mają, dwie zostały zaanektowane przez nowowybudowane kurorty. Pozostała jedna, którą odwiedzę jutro, za dnia. Przed Cat Ba miastem, kiedy dojeżdżaliśmy autobusem, zauważyłem imponujący teren budowy, a przed bramą reklamę graficzną przedstawiającą jakby nowe Cat Ba, ale w stylu sterylnego miasteczka turystycznego. Coś na co nie mogą się doczekać rzesze wietnamskiej średniej klasy. Coś w ich stylu. Trudno powstrzymać dezaprobatę dla tego stylu podboju co ładniejszych miejsc na ziemi przez biznes turystyczny. Ale też łatwo zapomnieć, że ta konkwista spowodowana jest życiowymi potrzebami większości z nas. To nie jakiś anonimowy, odhumanizowany koncern wycina lasy Amazonii i Syberii, albo buduje kurorty w Parkach Narodowych (wyspa Cat Ba w większości to Park Narodowy), to potrzeby ludzi, społeczeństwa robią te złe rzeczy, a koncerny są tylko narzędziem wykonawczym. Więcej ludzi - silniejsze potrzeby.
      Rano Iwona popłynęła na wycieczkę wokół wyspy, a ja poszedłem na obchód okolicy, na piechotę. Obszedłem w pierwszej kolejności wszystkie trzy plaże. Każda jest zaanektowana przez hotele, ale są też dostępne dla gości z zewnątrz. To w rzeczywistości takie małe zatoki otoczone z trzech stron wysokimi, pionowymi skałami, z żółtym piaskiem, restauracjami, parasolkami, leżakami. W jednej zbudowano trzcinowe, luksusowe domki, każdy z osobnym gankiem i wyjściem na plaże. W drugiej betonowy hotel, a w trzeciej hotel z basenem i zjeżdżalnią. Pomiędzy dwoma ostatnimi wiedzie urokliwa ścieżka wokół klifu. Można podczas krótkiego spaceru podziwiać piękno wybrzeża zatoki Tonkińskiej. Skały rzucone w wodę, o przedziwnych kształtach, niektóre jak maczugi, inne jak wielkie jaja, jeszcze inne zwaliste i bezkształtne, z przesmykami w kształcie jaskiń. Wszystkie te krasowe twory są lekko podcięte przez słoną wodę, przez co wydają się lekko chwiać na cienkich nóżkach.
      Jeszcze lepsze widoki znalazłem wbijając się bezpośrednio w zarośnięte ścieżki wychodzące spod drogi do fortu na skale. Fort za czasów wojny bronił swymi wielkimi działami dostępu do portu Hai Phong. Coś jak działa Navarony. Ze zwiedzania fortu zrezygnowałem na rzecz przeszukiwania dzikich ścieżek. Niektóre z nich biegną do ukrytych, skalistych zatoczek, zupełnie jak te z hotelami, ale w tym wypadku zajętych przez przetwórnie rybne. Niegdyś prowadziły do nich bite drogi, wyrwane dżungli z trudem na stromych zboczach gór. Dziś zarosły i tylko liche ścieżyny jeszcze bronią dostępu cywilizacji. Większość kontaktu zatoczek ze światem odbywa się za pośrednictwem łódek. Udało mi się także odszukać dwie zatoczki nie zajęte przez nikogo. Dzikie, otoczone skałami i niedostępną dżunglą, wspaniałe miejsce na zacumowanie własnego stateczku, hotelu, swojego kąta na Ziemi. Zanim jakiś bogaty Wietnamczyk wpadnie na pomysł zbudowania w nich kurortu de lux, z dojazdem po asfaltowej drodze, można poczuć się panem tego kawałka wyspy. Wyborne marzenie!
      Nie byłbym sobą gdybym nie spróbował przedrzeć się przez dżunglę na przełaj, aby zrobić kółko i nie wracać po własnych śladach. Znalazłem sobie kawałek bambusa, który miał udawać maczetę i ruszyłem pod strome zbocze, na czubku którego spodziewałem się znaleźć stację nadawczą dla komórek, a więc i drogę, aby zamknąć pętelkę. Z początku szło mi nawet nieźle. Wydawało mi się, że przedzierałem się nawet po jakiejś starej ścieżce, ale to było tylko złudzenie. W końcu zacząłem więznąć w lianach. Każda noga i ręka, wplątywała się w cienkie pędy i dłuższe liany. Te cienkie zrywałem silnymi szarpnięciami, te średnie musiałem wyplątywać, a te większe czasami służyły mi jako poręcz, aby przeskoczyć koryta wyschniętych strumieni. Nie szło mi to jednak zgrabnie. Więcej energii poświęcałem na wyplątywanie się, niż na przesuwanie do przodu. Czasami wyplątując, wplatałem się w inne ścięgna dżungli. Nerwy i rozwiązania siłowe nie pomagały. Dziś było zimno jak diabli, ale praca w dżungli rozgrzała mnie na tyle aby rozebrać się do rosołu. Najgorsze jednak było przede mną. Cały czubek góry otaczały liany kolczaste. Poraniły mi tylko ręce i twarz, a puścić nie chciały. W końcu przestałem nawet zwracać uwagę czy sandałem aby nie nadeptuję węża albo pająka, a z amoku parcia naprzód wyratował mnie turysta, który głośno coś wykrzykiwał do kolegi, stojąc pod stacją komórek do której zmierzałem. Przez gąszcz zieleniny dostrzegłem, że wzgórze z antenami nie jest tym na które się wspinam i cała moja robota jest tylko ku uciesze bogów dżungli. Musiałem więc gorzko przyznać się przed samym sobą, że dupa ze mnie, a nie nawigator po lesie. Wracałem nieco szybciej, bo w dół zbocza. Na ścieżce jednak postanowiłem sprawdzić jeszcze inną drogę, tym razem nie dając się ponieść emocjom odkrywcy. Dzięki temu wyszedłem z dżungli na skalisty ostaniec, z którego roztaczał się widok mniej więcej na wybrzeże, jakie Iwona dziś opływała stateczkiem wycieczkowym. Wspominała potem, że po założeniu wszystkich ciepłych rzeczy jakie miała w plecaku, nadal było jej zimno.
      Pośród skał tonących w morzu rozsiane było setki pływających domostw rybaków. Tutaj określa się to jako pływające wioski. Zbudowane na plastykowych beczkach pomosty unosiły całkiem pokaźne domy i fabryczki przetwórstwa rybnego. Niektóre z nich przekształcono na hotele, inne na restauracje, czy wypożyczalnie kajaków. Na niektórych, bardziej przystępnych skałach zbudowano przystanie. Było także widać dzikie, piaszczyste plaże do których można dopłynąć wypożyczonym kajakiem. Taki to właśnie raj na Ziemi oferuje z folderów reklamowych Halong Bay. Mnie jednak nęciły nieodkryte ścieżki przez dżunglę. Ale pora była wracać, dzień się kończył.
      Następnego dnia wypożyczonym za 5USD skuterem pojechaliśmy na zwiedzanie wyspy. Zwiedziliśmy starą, południową biegnącą po wybrzeżu drogę. Właśnie tutaj buduje się ogromny ośrodek wczasowy, przerastający rozmiarem całe miasteczko Cat Ba. Równa się góry, zamyka tamami morskie zatoki, osusza i betonuje tropikalne moczary. Zaczęto jednak od postawienia betonowego płotu wokół większości terenu budowy. Na stoku jednej ze skał pracowała wielka koparka, z młotem pneumatycznym zamiast łyżki. Na tle góry była mała jak żółta modliszka na tle drzewa. Ale mozolnie i z uporem pięła się w górę na gąsienicach, odłupując bloki skalne. Drążyła kamień i wspinała się po wyrąbanych schodach wyżej i wyżej. Głazy zsuwała w dół, a tam odbierały je ciężarówki i uwoziły gdzieś, gdzie były bardziej potrzebne. W sumie operator koparki wykonywał dość trudną robotę, ściana góry miała jakieś sto metrów wysokości. Pewnie chcą tędy przeprowadzić drogę wyrąbaną do następnej osuszonej zatoki z kurortami.
      My pojechaliśmy dalej w kierunku serca wyspy. Na końcu dość długiej, betonowej, wąskiej drogi znaleźliśmy małą, spokojną wioskę. Nie spodziewaliśmy się niczego więcej prócz dzikiego lasu. Ale znaleźliśmy pionową ścianę skalną, wystawioną frontem do rozległej łąki z pasącymi się bawołami. We wiosce natrafiliśmy na hotelik dla młodzieżowych grup wspinaczkowych. Znaleźli sobie tutaj takie małe, zaciszne eldorado, z dala od zgiełku kurortów. Na ścianie wytyczyli kilkanaście dróg na szczyt. Spotkaliśmy kilkoro z nich. Wapienie idealnie nadają się do wspinaczki, a taka prawie dwustumetrowa skała daje zajęcie fanatykom climbingu na całe wakacje.
      Gdyby to był Laos, czy Tajlandia, to hotelik we wiosce byłby prowadzony przez białych, którzy wżenili by się w lokalną społeczność, założyli fundację cywilizującą ich obyczaje i ekologizującą ich stosunek do przyrody. Wieczorami przesiadywali by w oparach marihuany i wysypiali by się do południa. Potem człapali by w japonkach obwieszeni kolorowymi szmatkami jak nowoczesne 'dzieci kwiaty', z obowiązkowym kubkiem porannej kawy w ręku. Ale to Wietnam, tutaj nie zauważyłem białych rezydentów. Coś co jest tak powszechne w reszcie krajów indochińskich, że przestaje się w końcu na to zwracać uwagę, w Wietnamie w ogóle nie występuje. Pewnie mają tu inne prawodawstwo, albo lokalne dziewczyny nie przypadły białym do gustu ani pod względem urody, ani mentalności. Faktem jest, że nie są tak piękne jak w Laosie.
      Wietnam jest też odmienny pod kolejnym względem. Podobnie jak Indie, czy Rosja, kreował się przez cały XX wiek na lokalne mocarstwo. Z tego powodu nie dostawał licznych pomocy płynących z Zachodu, nie przyjeżdżali tutaj wolontariusze, nie zakładano fundacji mających wspomóc kulejący bieg lokalnych społeczności ku globalizacji. Z czasem nawet prawo zaczęło tego zabraniać. Wymiana myśli, kultury i towarów z Zachodem została mocno utrudniona, a kraj starał się raczej zbudować własny plan na przyszłość. Podobnie jak w Indiach, trudno w Wietnamie dostrzec nowoczesne rozwiązania komunikacyjne, zadbane parki, dbałość o standardy ochrony środowiska podczas budowy miast i fabryk. Albo na przykład dziś zwiedziliśmy Narodowy Park Cat Ba, z langurami - endemicznym gatunkiem naczelnych. Brama do Parku, zabudowania małego ZOO, restauracje, hoteliki pochodziły z 1977 roku, czyli zbudowano je z myślą o turystach już krótko po wojnie, a potem... już nic nie zrobiono. W Laosie, czy Kambodży, takiej Kirgizji, czy Armenii zachodnie firmy zajmujące się ochroną ginącej przyrody zbudowały by tutaj nowoczesny ośrodek kontaktu turystów z nietkniętą przyrodą Cat Ba. Ale do Wietnamu takie organizacje nie mają łatwego wstępu i Park Cat Ba czeka na dotacje rządu z Hanoi. Pisałem kiedyś o podobnych sytuacjach w Indiach. Mały, biedny Nepal importuje nowoczesność całymi garściami z Zachodu, a wielkie Indie mają gorsze drogi i mosty, zapyziałe ośrodki wczasowe w pięknych Parkach Narodowych, zaniedbaną ochronę środowiska i systemy oczyszczania miast z śmieci, a także szkolnictwo i ochronę zdrowia. Słowem, nie zaimportowano standardów zarządzania i administracji, tak jak kiedyś Polska wraz z chrześcijaństwem zaimportowała nowoczesność z zachodniej Europy, przyniesioną w głowach mnichów. Na dodatek wielkie Indie mają wielkie cła, więc społeczeństwo używa kiepskiej jakości, rodzimej produkcji pojazdów, telewizorów, mebli, itp., a taki Nepal ma wszystko zachodnie i japońskie, używane, ale o niebo lepsze.
      Tymczasem zwiedziliśmy tylko kawałek Parku Cat Ba. Weszliśmy na przerdzewiałą wieżę widokową, postawioną tu jeszcze na szczycie góry w latach '70-tych. Oficjalnie zawieszono napis zakazujący wspinaczki na wieżę. Ale jej metalowe, wyślizgane od butów turystów stopnie świadczyły o tym, że jest w ciągłym użyciu. Roztaczał się z niej wspaniały widok na obie strony wyspy. Na północy widać było w oddali kolejne, zielone od dżungli szczyty, zachodzące za siebie, aż do samego morza. Na tych górach żyją właśnie langury. Słyszeliśmy kilka z nich, jak zawodziły, albo może śmiały się z nas małpio, kiedy wspinaliśmy się ścieżką na szczyt. Szlaki nie są tu oznaczone, ale można się domyślić jak się po nich poruszać i dojść przez Park aż nad morze. Stamtąd czasami można się dostać łódką z powrotem do miasteczka Cat Ba. Organizuje się tu takie wycieczki.
      Parę godzin wcześniej, pojechaliśmy do przystani promowej, która łączy wyspę z miastem Halong, znanym kurortem nadmorskim, słynnym z tego samego co ma Cat Ba, ale z dużo bardziej rozwiniętą infrastrukturą turystyczną. Chodziło nam o zwiedzenie wyspy, więc podziwialiśmy po drodze góry. Kształtem przypominały te rysowane przez Tadeusza Baranowskiego w jego komiksach. Miały nieoczekiwane formy. Czasami jak zadziory sterczących z grzbietu smoka łusek. Czasami jak gigantyczne jaja obrośnięte pleśnią dżungli. Innym razem jak piramidy, albo wzburzone, zastygłe w ruchu fale oceanu. Jednym słowem cały ten pejzaż podobny był zabałaganionemu pokojowi dziecinnemu, na którego podłodze walały się różne zabawki, o różnych niecodziennych kształtach. Zamiast pokój posprzątać rzucono na jego podłogę miękką, zieloną, włochatą kapę, która nakryła wszystko jak mgła. A my, zmniejszeni do rozmiarów bohaterów komiksów Baranowskiego, profesor Nerwosolek i jego asystentka Entomologia, przejeżdżaliśmy przez ten komiksowy świat pierdziochem marki Honda.
      Na koniec dnia zwiedziliśmy... zupełnie niepotrzebnie, jaskinię szpitalną. Podczas wojny z Amerykanami w jaskini zbudowano szpital, który jeszcze po jej zakończeniu działał parę lat. Jaskinia nie była wielka, miała dwa wejścia, do jednego z nich dobudowano wąską drogę dojazdową, a do drugiego schody. We wnętrzu wmurowano normalne pokoje i sale operacyjne. Nic ciekawego do zwiedzania, jak betonowe bunkry, ze ścianami noszącymi jeszcze ślady szalunków i świadomością, że kiedyś, tutaj, jedni ludzie zmusili innych ludzi, aby zbudowali sobie takie schronienia. Zupełnie jak w tym sloganie - człowieka można rozpoznać po tym jaki jest nieludzki.
      Pod wieczór wracaliśmy już z powrotem do miasteczka Cat Ba w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku i z myślą, że dobrze wykorzystaliśmy czas tego dnia. W hotelu czekało na nas wietnamskie, czerwone wino z winogron i morwy, jakie wczoraj kupiliśmy. Dziś znaleźliśmy w jednym ze sklepików dżem truskawkowy w takich małych, lotniczych pudełeczkach. Posłuży do osłodzenia tego kwaśnego wina i zrobienia go na grzane wino. Przez cały dzień jeżdżenia skuterem po wyspie, zmarzliśmy jak diabli. Mimo kurtek, rękawiczek i czapek, przemarzłem do kości. Wchodząc na szczyt z wieżą widokową, nawet się nie rozebrałem z kurtki, nie mogłem się rozgrzać. Może czerwone wino mnie rozgrzeje. Wczoraj próbowaliśmy robić je na grzane z cukrem skradzionym z samolotu AeroFlot. Ale kiepski grzaniec galicyjski z tego wyszedł.
      Rano rozpoczął się dla nas długi dzień. Praca przy komputerze do jedenastej, potem szybka zupka z lufką wódki ryżowej na zimno, następnie autobus do promu, potem wodolot i znowu autobus z przesiadką do Hanoi. Tam agresywne spięcie z taksówkarzem, bo chciał nam zrobić objazd stolicy, co na GPSie było widać jak na dłoni. Wkręcony w kłótliwe emocje wykopałem babcię klozetową z dworcowego kibla, kiedy wlazła za mną wykrzykując coś o opłacie. Wytłumaczyłem jej, że najpierw sram, a potem płacę. Wystarczyło wrzasnąć i wypchnąć babę za drzwi bez skobla. Brudno, śmierdzi, a babsko kasuje nie wiadomo za co. Potem była jeszcze kłótnia z panią prowadzącą restaurację na chodniku przed dworcem kolejowym. Poszliśmy do innego chodnik-baru, a tam pani dała nam dobre zupki i jeszcze z dokładką za normalną cenę. Emocje się wyciszyły i poszliśmy szukać naszego pociągu do Lao Cai. Nie był tak tani jak w Indiach, ale też nie był tak brudny jak w Indiach. Dostaliśmy nawet prześcieradła na kuszetki i przedział można było zamknąć. Po ośmiu godzinach, tuż przed wschodem słońca wywalili nas na dworcu w Lao Cai, tuż przy granicy chińskiej. Wychodząc zauważyliśmy jaki chlewik w sąsiednim przedziale zostawili tubylcy. Niewiele się to różniło od picia, żarcia i robienia pod siebie, bez wstawania z łóżka. Pociąg był dość dobrze utrzymany, o wiele lepiej niż tutejsze autobusy, w których wszystko jest brudne, połamane, zniszczone i zepsute. Ale wiadomo kto najwięcej psuje.
      Niewiele spaliśmy, bo pociąg szarpał. Jechał dość wolno, bo tory pokręcone. Wagony polskiej wielkości, ale torowisko jak dla tramwajów. Każdy z wagonów ma swojego konduktora odpowiedzialnego za swoich pasażerów. Kolej nie jest zelektryfikowana, stare, dieselowskie ciuchcie ciągną leniwie i hałaśliwie. Niestety nie udało się nam kupić biletów na przejazd za dnia. W nocy nic nie widzieliśmy. Jedynie tyle co przed wyjazdem z Hanoi. Torowiska, jakie uznaliśmy przy pierwszej wizycie w Hanoi na spacerach za od dawna nieużywane, okazały się główną trasą na północny-zachód. Tory wiodą między domami jak wąska uliczka pomiędzy zapleśniałymi kamienicami. Zwykle służą za ulicę, stawia się na ich środku mopedy i pozostawia dzieciaki w zabawie. Nie wiem jak to działa, że pociąg o odpowiedniej porze jedzie dość szybko przez te ciasne, tanie dzielnice i nikogo na zderzak nie zabiera. Nie rozdziera brudnych markiz spuszczonych ponad chodnikowymi restauracjami, nie ciągnie po ziemi pozostawionych, plastykowych krzesełek. Widać tutejszy transport kolejowy jest zupełnie inaczej pomyślany. Jak dotąd najdziwniejszy widzieliśmy na Sri Lance.
      Ledwo wytoczyliśmy się z pociągu zaspani, niedospani, wymęczeni, a już wpadliśmy na teren działania agentów hotelowo/transportowych. Ceny za transport do Sapa mieli dość normalne, zgodne z tym co Lonely Planet podaje, więc się skusiliśmy i już za chwilę, wraz z trzynastoma, innymi turystami z Hiszpanii, Tajlandii i Hanoi pędziliśmy na złamanie karku przez góry. Musieliśmy się wspiąć 1400 metrów w pionie, do wioski/kurortu letniego. Cały ten teren, na zachodnim i północnym krańcu Wietnamu, jest trekingową i kulturalną atrakcją. Rozsiane po górach wioski można zwiedzać wypożyczonym motocyklem. Podczas trekingu, albo na motocyklu cross podziwiać panoramy gór, wodospady i kaniony. Ale przede wszystkim, jest to idealne miejsce, aby uciec od upalnych tropików. W styczniu i w lutym jednak zdarza się tu bardzo zła pogoda, uciążliwa nawet dla autochtonów. Nam właśnie taka się trafiła, więc nieprzygotowani sprzętowo, zmarzliśmy już na wstępie w mżawce i temperaturze bliskiej zera.
      Transitem rzucało na serpentynach, bo kierowca, z dzikim oczywiście zapamiętaniem, wyprzedzał wszystkich we mgle jak się da i na zakrętach. Nikomu się nie spieszyło, chyba tylko dzikusowi do ciepłej żonki, bo kto o 4-tej rano wyjeżdża do pracy?! Ciągle w ciemnościach, a teraz dodatkowo w mżawce i mgle, wysiedliśmy na jakiejś uliczce górskiej wioski. Znalazł się zaraz, zawiadomiony drogą komórkową przez naganiacza, hotelarz z tanimi i drogimi pokojami. Te tanie przypadły nam do gustu. Tak trafiliśmy na czwarte piętro hotelu wyrastającego ponad przykryte zapleśniałymi, przeciekającymi baldachimami, targowisko. Ale tego jeszcze nie wiedzieliśmy, bo mgła była zbyt gęsta.
      Pan hotelarz pokazał nam jak się włącza gorącą wodę na prysznic i podgrzewane łóżko. Dobrze wiedział, że zmarzniętym białasom po nieprzespanej nocy w pociągu, przed świtem, niczego więcej do szczęścia nie trzeba. Ja bym jeszcze wybrzydzał, bo pod prąd płynięcie jest dla mnie niemożliwym do odrzucenia imperatywem, ale Iwona miała dość jak na jeden, bardzo długi dzień. Po gorącym prysznicu, kiedy para ulatywała od wszystkiego, z ust, od wody i od namydlonego ciała, wskoczyliśmy do nagrzanego niezdrową, elektryczną grzałką łóżka, do naszych cienkich śpiworów. Tak się skończył długi dzień. Nie najdłuższy, bywały o wiele dłuższe i trudniejsze. Ale ten był zimny... i był teraz. Wspominać z uśmiechem będziemy go za parę lat. Kiedy trafi się nam trudniejszy do przetrwania i kiedy z rozbawieniem będziemy wspominać złą organizację tej wyprawy. Bo było zbyt mało czasu i uważności, aby zrozumieć, że na północ od Hanoi luty jest zimny. Znamy to dobrze z Indii, na północ od Delhi. Zawsze jednak powtarzam, że człowiek przetrwa wszystko, prawie jak karaluch, albo jak jego najbliższy brat - wirus, a po latach dni znoju będzie wspominał jako swoje bohaterstwo.
      Tak gdzieś koło południa wysunęliśmy nosy z pokoju hotelowego. Na zewnątrz, na otwartym tarasie było tak samo zimno jak w pokoju. Para z ust zasłaniała widok, który wcale nie był imponujący. Czarna mgła w nocy, została zastąpiona szarą mgłą dnia. Widzieliśmy jedynie dachy najbliższych domów i zielono-niebieskie, pokryte liszajami pleśni plandeki ponad targowiskiem warzywnym. Ubrawszy na siebie wszystkie rzeczy wygrzebane z plecaków, skierowaliśmy pierwsze kroki na to właśnie targowisko. Wyszukaliśmy ławkową jadłodajnię, jak najdalej od cuchnących zepsutym mięsem kramów lokalnego cechu rzeźnickiego. Dostaliśmy za 2USD dwie zupki, warzywną i z elementami kurczaka siekanego jak popadnie z kośćmi. Najważniejsze, że świeżej zieleniny pod postacią kapusty, mięty, sałaty, szczypiorku, kolendry i nieznanych ziół z łąki było pod dostatkiem.
      Zupki nas rozgrzały i mogliśmy ruszyć w miasto. Najpierw odszukaliśmy bank i informację turystyczną z dobrymi mapami okolic. Rzeczywiście, patrząc na ukształtowanie terenu, oznaczone na mapach atrakcje do zwiedzania, tereny wokół Sapy, Lao Cai oraz Bac Ha wyglądają na dość ciekawe krajobrazowo. Pozostaje nam modlić się o słońce na jutro.
      Wieczór spędziliśmy wałęsając się po sklepach z ciuchami trekingowymi. Podobnie jak w Kathmandu, czy Ulaan Bataar jest tutaj mnóstwo sklepów z odzieżą, sprzętem i obuwiem jakie może się przydać w górach i w podróży. Sprzęt ten jest produkowany na rynki zachodnie i tam można go kupić za dość duże pieniądze. Tutaj rozprowadza się to co nie poszło na eksport za 10% cen europejskich. Z okazji zaopatrzenia się w najnowsze, termoaktywne kurtki, spodnie, bieliznę, itp. korzystają wszyscy podróżnicy odwiedzający takie miejsca, więc sklepy kwitną, ale nie można doszukać się w nich wielkiego zróżnicowania asortymentu. Wyjątkiem pozostaje Kathmandu. I my kupiliśmy nieco odzieży, a Iwona znalazła świetne buty Marrell. Na mnie niestety nie było rozmiarów, więc kontynuowałem spacer w mżawce i mgle w crocsach, z maksymalną ilością dziurek.
      Kupując w sklepach obsługiwanych przez Wietnamczyków należy uzbroić się w cierpliwość i duży dystans. Towar wystawiony na wieszakach i półkach jest jedynym asortymentem sklepu. Na pytanie o konkretny rozmiar spodni jakie wybierzemy, zostaniemy zaproszeni głębiej w czeluści kramu i tam sprzedawczyni odnajdzie nasz rozmiar, ale zupełnie innego modelu odzieży. Trzeba obkolendować wiele sklepów i targować się do upadłego, aby kupić to co się chce i za naprawdę małe pieniądze.
      Wieczorem poszliśmy do taniej restauracji, ale jednak z dachem nad naszymi głowami i ścianami, trzymającymi jako tako ciepło jakie klienci byli w stanie wytworzyć podczas konsumpcji. Jedna dziewczyna potrafiła mówić łamaną angielszczyzną, więc wraz ze szwagrem, siostrą i koleżanką założyły restaurację, by pracować w niej od rana do wieczora przez siedem dni w tygodniu, koczując na pięterku ponad zakładem zbitym z nieheblowanych desek. Tubylec nie umiejący wysłowić się po angielsku nawet jednym słowem, w Wietnamie, kraju ludzi przedsiębiorczych, jest spychany na margines intratnego rynku turystycznego. Może jedynie, wzorem babek z górskich wiosek, próbować przykuć uwagę turysty na tzw. litość. Kobiety odziane w tradycyjne stroje, jak by wyrwane z wietnamskiego zespołu Mazowsze, spacerują okrągły dzień po ulicach takich kurortów jak Sapa i próbują sprzedać swoje rękodzieło, które naprawdę jest wysokiej jakości, jest niepowtarzalne bo wyrosłe na wąskiej, lokalnej tradycji, ale jest nikomu do niczego nie potrzebne. Czasami ktoś zdjęty litością właśnie, kupi na prezent jakąś haftowaną w wietnamskie wzory chustę czy kubrak, wciskając je potem najbliższym po powrocie do Europy, jako souvenir z podróży, mówiąc że to rękodzieło i Chińczyki tego nie podrobią. Kobiety, babki, dziewczynki ze swoimi małymi dziećmi na plecach w zawojach dużych chust, kręcą się po uliczkach bez zmęczenia i zziębnięcia lutową pogodą. Po zmroku oferują haszysz do palenia za psie pieniądze. Można je też spotkać w banku, jak wymieniają drobne dolce na wietnamskie dongi.
      Sapa to centrum turystyki walizkowej. W Wietnamie w ogóle jest więcej turystów typu walizkowego, aniżeli plecakowego, czy hamakowego. Hamakowcy to luzacy w strojach ala 'dzieci kwiaty', lekko wymiętoleni, cuchnący tytoniem, marychą i lekkością bytu. Tacy mają zamiast plecaków torby wyszywane, dziurawe, zeszmacone. Można ich spotkać w Chiang Mai albo Pai w Tajlandii, albo na Czterech Tysiącach Wysp w południowym Laosie. Walizkowcy to nasi rodzice, albo dziadkowie. Zapakowani jakby jechali na wizytę do rodziny na święta. Zupełnie nie pasują do tropików, ale twardo się trzymają, bo chcą przeżyć przygodę życia na koniec życia. Typowi turyści sanatoryjni i tacy z folderu. Na pewno spotka się ich w Halong, albo Sapa właśnie, czy w Bangkoku, albo Siem Rep w Kambodży. Tam gdzie przewodnik wmawia czytającym, że należy być, by zobaczyć to co w danym kraju najważniejsze. Plecakowcy to turyści zdeterminowani. Czasami celem podróży, czyli na przykład wspinaczką na jakieś nieznane skałki na końcu świata, albo odbyciem najlepszego trekingu w Wietnamie, albo zaliczeniem trasy jaką sobie z dziewczyną wykombinowali, czy ściągnęli z netu, albo przejechaniem jakiejś trasy śladami dawnych odkrywców: Marco Polo, Benedykta Polaka, albo jedwabnego szlaku. Zwykle są bardzo dobrze przygotowani, oszczędzają na wszystkim, wykłócają się o każdy grosz, chociaż mogliby kupić pół laotańskiej wioski za jedną wypłatę. Chcą przeżyć przygodę typu prawdziwego, więc jej szukają tam gdzie przewodnik ilustrowany nie dociera, a Lonely Planet zaczyna konfabulować.
      Tubylcy, może ciemni i analfabeci, ale mają doskonały zmysł przetrwania i tak jak karaluchy szybko się orientują w zwyczajach właścicieli domu w którym mieszkają, tak tuziemcy szybko uczą się rozpoznawać gatunki turystów i odpowiednio ich podchodzić by zarobić swoje. Nie z chęci przechytrzenia, ani z chciwości, ale po prostu wyszukując najłatwiejszą drogę do celu. Mimo, że często mnie wkurzają, to jednak nie mogę im zarzucić premedytacji w działaniu. Są jak afrykańskie koty wylegujące się bezmyślnie, leniwie, bezrefleksyjnie na drzewie, gotowe w ułamku sekundy skoczyć do gardła przechodzącej mimo gazeli, przecież nie ze złości, ale z powodów własnej natury.
      Wieczorem, po zupie na kolację, poszliśmy na przechadzkę we mgle. Nadjeżdżających mopedów nie było widać. Najpierw narastał dźwięk łopoczącej na wietrze foliowej plandeki, potem niewyraźne, przymglone światełko i wreszcie sylwetka zgarbionego kierowcy wciskającego głowę w ramiona. Takie permanentne ograniczenie widoczności, możliwości poznania otoczenia, zorientowania się w nim, przyprawia o wrażenie uwięzienia, zamknięcia, nie panowania nad sytuacją. Gdzie okiem sięgnąć tylko bliskie plany, nie można dotrzeć wzrokiem dalej. Otoczenie jakby naciera na doświadczającego mgłę. Jeśli kiedykolwiek wrócę do Sapy i nie zobaczę tutaj mgły, to trudno będzie mi rozpoznać to miasteczko. Podobnie jak trudno rozpoznać boisko szkolne, kiedy po trzydziestu latach wraca się na zjazd szkolny. Wydaje się nie takie, za małe, inne. Przypomniałem sobie kwestię z filmu "Wielki sen" z Bogartem. Kiedy w Kalifornii tak silnie wieje przez kilka dni, ludzie zaczynają wariować. A co, jeśli muszą żyć kilka dni we mgle?
      Wytrzymaliśmy w mgle i zimnie dwa noclegi. Połowę dnia spędzaliśmy siedząc na grzanym łóżku, a połowę na spacerach po miasteczku. Czapkę zdejmowałem tylko aby wziąć prysznic. W pokoju temperatura nie chciała się podnieść wyżej 8-10st.C. W sobotę rano z przyjemnością wsiedliśmy do busa jadącego do Lao Cai. W godzinę zjechaliśmy z 1500m n.p.m. na niecałe 100m n.p.m. Można było, po raz pierwszy od dwóch dni, zdjąć czapki, rękawice, kalesony i dodatkowe polary. Nie było bardzo ciepło, ledwie 17st.C, ale poczuliśmy się jak uwolnieni z zesłania. Nie było mgły, mżawki i zimna, mogliśmy spokojnie ruszyć w dalszą drogę, a nasz kierunek to chińska granica. Wolność przemieszczania się jest dla mnie najistotniejszym walorem egzystencji. Nieodparta potrzeba bycia w ruchu jest ponad przyjemnością poznawania świata. Odkrywanie nowych krain jest jakby przy okazji tego ruchu.
      Za ostatnie, wietnamskie dongi pojechaliśmy jako pasażerowie na dwóch mopedach na przejście graniczne. Tam wpięliśmy się w kolejkę przechodzących. Lao Cai graniczy z Chinami i podobnym miastem po chińskiej stronie - Hekau. Przez granicę migruje sporo ludzi tylko po to aby kupić coś po drugiej stronie i wrócić. Jest to także ważny węzeł transportu kołowego. Zbudowano za miastem most przez graniczną rzekę i terminal dla ciężarówek.
      W kolejce odstaliśmy swoje i poszliśmy nieśpiesznym krokiem do potężnego gmachu przejścia granicznego po stronie chińskiej. Tam nieoczekiwanie spotkaliśmy się z nowoczesnością i gościnnością na najwyższym poziomie. Specjalnie oddelegowany pracownik służb granicznych zajął się nami troskliwie i nawet można było z nim porozmawiać po angielsku. Zeskanowano nam paszporty i zrobiono zdjęcia. Wszystko poszło sprawnie i szybko, więc na koniec poprzez wciśnięcie przycisku opatrzonego uśmiechniętą buźką zaopiniowaliśmy pracę oficera jako bardzo dobrą.
      Dalej czekały nas dwie panie celniczki. Nauczony przez lata podróżowania, że celnik i oficer służb granicznych to dwie różne funkcje i często bardzo różniące się od siebie standardem pracy, od razu nastawiłem się negatywnie. Każdy, kto miał do czynienia z panią celniczką, wie że kobiety w tym zawodzie są o wiele bardziej skrupulatne od mężczyzn. Tym razem ewidentnie można było zauważyć, że jedna z pań, ta bardziej wojowniczo nastawiona, wyszukuje w naszych bagażach tylko jednej rzeczy - przewodnika Lonely Planet. Kiedy go w końcu znalazła, orzekła głosem triumfu, że go rekwiruje. Takie kategoryczne zachowanie zawsze jest wodą na młyn mojej zwierzęcej agresji. Więc urządziłem, już trzecią w moim życiu, hałaśliwą burdę graniczną. Włączyła się druga pani celniczka, która nieco lepszym angielskim, składając usteczka w ciup i drobiąc paluszkami w powietrzu, jakby po niewidzialnej klawiaturze w stylu Hello Kitty poczęła nam wyjaśniać, że takie jest prawo w Chinach. Więc dorzuciłem do swoich protestów, obok żądania widzenia się z szefem celników, jeszcze postulat okazania mi przepisu nakazującego rekwirowanie przewodników Lonely Planet. Ów przepis nam przetłumaczono, a odwoływał się on jedynie do zakazu wwozu do Chin treści naruszających kulturalne i etyczne wartości. Brzmiał po europejsku, ale nie było nic o liście zakazanych publikacji. Można więc sobie interpretować ten przepis jak się chce. Celniczki przyniosły kilka innych, zarekwirowanych egzemplarzy Lonely Planet, by je wertować w poszukiwaniu szkalujących politykę Chin cytatów.
      Skoro ciągle nam pokazywali, że problemem w przewodniku jest to, że na mapie Chin Tajwan jest pokazany jako osobne państwo, wpadłem na pomysł pozbycia się tej mapki. Przypomniałem sobie jakiś głupi kryminał hollywoodzki, w którym podejrzany o dokonanie przestępstwa, na widzeniu z prokuratorem zjadł jakiś papier będący jedynym dowodem jego zbrodni. Poprosiłem więc tą bardziej wredną celniczkę, aby mi pokazała dokładnie co w naszym przewodniku jest nieetyczne. Przyniosła więc Lonely Planet i pochyliła się pokazując paluszkiem Tajwan. Odczekałem aż przybliży się na tyle, aby mógł dostać książkę w zasięg swoich rąk i bez namysłu wyrwałem kartkę z mapą, przy okazji zamaszystego ruchu, dając w twarz kobicie.
      Oczywiście podgrzałem tym i tak już gorącą awanturę. Paszporty rzucono nam na stół i kazano się wynosić z przejścia, ale bez przewodnika. Ja na to przelazłem przez bariery aby stanąć twarzą w twarz z wymachującą rękami celniczką i wykrzyczeć jej pytanie - pokaż mi teraz co jest nie tak w tym przewodniku! Jak pies wyczuwający słabego ducha w ofierze, wiedziony zwierzęcym instynktem przystąpiłem do bardziej agresywnej walki. Na te krzyki przyszedł szef. Ale nie gadający po angielsku. Nic z rozmowy nie wyszło. Prócz poskarżenia się pań celniczek na mój zuchwały czyn. Stały przed grubasem, jak dziewczynki z podstawówki donoszące na urwisa z siódmej klasy, co ciągnie je bezczelnie za warkoczyki.
      Tak trwaliśmy w impasie, tłumacząc, w ojczystym języku coś sobie i w podgrupach. Na koniec przyszła pani szef, chyba szef nad szefy i to ta osoba, która dokonała nadinterpretacji przepisu na tym przejściu granicznym. Wytłumaczyła nam, że wydawca Lonely Planet, swoimi publikacjami uwłacza godności państwowej Chin oraz godzi w żywotne jej interesy. I nie chodzi tu tylko o Tajwan, ale także o wypowiedzi na temat Tybetu. Szefowa też dziwnie przypominała fanów Hello Kitty. Drobna, mała, z mysim ogonkiem, o twarzyczce zamkniętej w sobie dziewczynki, wierzącej w dziecinne ideały. Nie zdziwiłyby mnie tenisówki zamiast szpilek na stopach i obwoluta komórki w pastelowe, misiaczkowe postacie z kreskówek. Co to za celniczki?! W Rosji jak baba urzędnik wyjdzie zza kontuaru, to jakby domina w czarnej skórze, ciemnym makijażu i z biczem nad klientem domu czerwonych latarni stanęła. A tutaj... to jakieś niepoważne. Można jeszcze tą sytuację zobaczyć w wersji polskiej. Mnie osobiście taka wersja pasuje najbardziej. Kiedy pani celniczka krzyczy do szefa - "kurczaka mi z ręki wyrwał", a awanturujący się turysta bez krawata odpala - "do Bydgoszczy będę jeździł, ale u was" granicy "przechodzić nie będę!".
      Albo mój zapał do dyskusji się wyczerpał, albo zauważyłem ślepotę tej uliczki, albo może mętne tłumaczenia szefowej celników uwięziły moją energię w pajęczynie wieloznaczności. A może po prostu nie wypowiedziane, ale jakoś mentalnie wysłane hasło - pies leżeć! - zadziałało. Faktem jest, że zmieniłem taktykę i poprosiłem o wycięcie z przewodnika rozdziału o Yunnanie, prowincji którą będziemy zwiedzać, a resztę niech sobie rekwirują. Taka propozycja po długiej analizie i sporach została przyjęta. Dwie panie celniczki, drżącymi z emocji rękami, własnoręcznie dokonały wyrwania, odmawiając pomocy mojego noża i lękliwie odsuwając się nawet ode mnie. Jestem pewien, że zdruzgotałem ich opinię o wysokiej kulturze białych turystów. Przypomniałem sobie podobną scenę sprzed lat, na granicy gruzińsko-azerskiej, gdzie celnikom nie podobała się mapa Azerbejdżanu i spornego z Armenią kawałka Karabachu. Pamiętam, jak nasz znajomy z Baku trafnie i obcesowo podsumował wtedy Azerów - obraziłbym baranów, gdybym Azerów nazwał baranami. Zastanawiałem się potem jak należało się zachować w obliczu rekwiracji przewodnika. Czy jakakolwiek inna reakcja dała by ten sam skutek i wyszlibyśmy z przejścia z kartkami prowincji Yunnan? Nie znam odpowiedzi.
      Z drugiej strony jak by zareagowali europejscy celnicy na angielską publikację Mein Kampf i woreczek z marihuaną w bagażu turysty z Indii? A przecież obie te rzeczy można na przykład w Rajastanie kupić jak gazetę w kiosku. Różnice kulturowe - powiecie. Tylko dlaczego każdy tak kurczowo trzyma się swojej kultury?
      Tak oto przywitały nas Chiny, kraj z pozoru pierwszego, przygranicznego miasteczka nowoczesny i standardami czystości, zabudowy, urbanistyki nie odbiegający od Tajlandii, albo biedniejszego kraju europejskiego (ściągnij naszą trasę po Chinach na GPS). Z czerwonymi od emocji policzkami i wyrwaną mapą z przewodnika, z Tajwanem jako osobnym państwem, nie odważyłem się jej zjeść, znaleźliśmy się na ulicy, gdzie nikt nas nie zaczepiał, ani nie podpowiadał dokąd skierować pierwsze kroki. Tak jak nas przestrzegano, nikt tu nie mówi po angielsku, a tak pospolite słowa jak bank, czy bus, też nie są znane. Wszystkie napisy są pisane krzaczkami, więc trzeba zarezerwować sobie więcej czasu i spokoju ducha, na odszukanie podstawowych w turystyce plecakowej destynacji. Najpierw szukaliśmy banku. Okazało się, że tylko bank państwowy - Bank of China - może wymieniać pieniądze, ale EUR tylko w dni powszednie. Dziś sobota, więc wymieniliśmy trochę dolców. Potem taksikiem za 5.6zł dojechaliśmy trzy kilometry na dworzec autobusowy, na którym porównując krzaczki nazw miast z wyrwanych kartek przewodnika oraz na tablicy informacyjnej nad kasami, zakupiliśmy bilety na autobus, na jutro rano. W Wietnamie krzaczki zastąpiono alfabetem łacińskim z mnóstwem znaków diakrytycznych. Ale nadal można było zauważyć słowotwórstwo sylabiczne. Nawet obce nazwy jak cafe, zapisywano często 'ca phe', albo 'hon da'. Rozdzielano sylaby, tak jak to się robi podobnie w języku chińskim. Każdy krzaczek oznacza jedną sylabę. Krzaczków jest bardzo dużo, ale w użyciu już nie aż tak wiele. Chiny są wielkie, ale mają jeden język pisany. Dzięki temu ludzie z odległych krain nie mogący się porozumieć, mogą zapisać słowa krzaczkami i wtedy wszystko stanie się dla nich jasne. Języków mówionych w Chinach jest kilka. Nie jestem specem od lingwistyki, ani tym bardziej od sinologii, ale wydaje mi się, że w językach żółtych ras wymowa słów jest najważniejsza. Można się porozumieć po angielsku kalecząc wymowę jak się tylko da, ale po japońsku, czy wietnamsku już nie będzie to takie łatwe. Pozostało poszukać tani hotel i pójść na popołudniowy spacer do centrum.
      Chiny mają jeszcze dalszą strefę czasową niż Wietnam, czyli 7 godzin różnicy do Polski, jak Bajkał. Po znalezieniu hotelu w standardzie prawie zachodnim, za 31.23zł, okazało się że jest całkiem po południu. Poszliśmy więc na zupkę do chodnikowej restauracji. Już ciepło i para z ust nie zasłaniała nam treści talerza. A potem na długi spacer z powrotem, wzdłuż granicznej rzeki, do centrum. Jak to w Chinach, z pełnym rozmachem, nie licząc się z kosztami pracy, zbudowano tutaj szeroką promenadę i dwupasmową jezdnię z wybujałymi trawnikami, palmami, ławkami i ogrodem nad samą rzeką. Ten rozpęd budowania infrastruktury komunikacyjnej chyba powoli w Chinach przygasa, wraz z wzrostem kosztów pracy. Mimo to spotkaliśmy pracowników ręcznie koszących trawę sierpami na zboczu nasypu, ponad główną aleją. Kilku innych podlewało i pielęgnowało palmy, jeszcze inni zamiatali suche liście i papierki, a ruch na ulicy był całkiem słaby. Przez kilka godzin spaceru zauważyliśmy jedynie dwa rowery, oba czysto wypoczynkowe - MTB. Nawet skuterów było mało, za to całkiem sporo najnowszych odmian samochodów, o znanych z Europy nazwach, ale jakoś innym wyglądzie.
      Sklepiki pracowały jak w Polsce. Nie wychodziły z towarem na chodnik, by go blokować. Wnętrza były czyste, zadbane i wzorowo zbudowane. Ściany domów nie pleśniały od monsunu, tynk nie odłaził z powodu niskiej jakości zaprawy. Ulice nie śmierdziały rynsztokiem, a śmieci były na bieżąco zamiatane. Weszliśmy do czegoś na podobieństwo Mc'Donalds. Chcieliśmy skorzystać z WiFi i toalety. Wnętrze było podobnie jak ulice, czyste, schludne, a wyposażenie oraz wykończenie były dobrej jakości. Przez ostatnie półtora miesiąca odzwyczaiłem się od takiego standardu. Zdziwiłem się jak szybko potrafiłem się przestawić na całkiem łagodny stosunek do ludzi. Nie zaczepiany przez handlarzy na ulicy, nie traktowany jak kura rozdająca złote jajka, poczułem się normalnie, a pytania w stylu - w czym mogę pomóc - przestałem traktować jak wstęp do niechcianej, uporczywie powtarzanej rozmowy handlowej. Usiedliśmy w Dicos - chińskim Mc'Donaldsie, bezceremonialnie otwierając laptopa tuż po skorzystaniu z toalety, a nie zamawiając nic do jedzenia. Obsługa pomogła nam połączyć się z internetem i nawet nie zapytała, czy chcemy coś kupić. Niby normalnie, ale na pewno nie w Wietnamie. Nawet twarze z wielkich reklam na ulicy, za oknem, takie normalne... białe. Nikt tu nie mówi inaczej niż po chińsku, białego pewnie tu niewiele widzą, ale twarze rasy kaukaskiej z reklam są codziennością. W banku obejrzałem reklamę zbliżeniowych kart kredytowych. Najpierw rysunkową, z twarzami ludzi o mało skośnych oczach. Przypomniałem sobie reklamy i filmy w Indiach, w których nie występują prawdziwie beżowo-brązowi Indyjczycy, ale jakoś biali i całkiem europejscy. W aptekach sprzedaje się kremy wybielające, a na plaże wychodzi w pełnym odzieniu, aby się przypadkiem nie zabrązowić. A co w Iranie, modne są operacje semickiego, garbatego nosa. Nawet jak kogoś nie stać to przykleja plaster na nos, aby wyglądać na bogacza co sobie operację plastyczną fundnął. Więc może w Chinach sprzedaje się prostownice do oczu?
      Wracając sprawdziliśmy jeszcze jedną zmienną cywilizacyjną naszych czasów... ceny paliw na stacji. W Wietnamie było to 3.6 - 3.8zł za benzynę i podobnie za diesela. W Laosie o 0.2zł drożej, a w Chinach 3.81zł diesel i 4.06zł za benzynę 93 oktany. Jak na razie ceny w Chinach nie wydały się nam niskie. Na pewno nie dorastają do pięt cenom w Indiach, są na poziomie nieco wyższym niż w Tajlandii. Powoli, wraz z rozrostem czegoś tak mało konkretnego jak globalizacja, znikają z Ziemi tanie kraje. Oszczędzanie by podróżować powoli też traci sens. Trzeba po prostu starać się więcej zarabiać i nadążać za średniakami.
      Nie mieliśmy spokojnej nocy. Najpierw do północy musieliśmy wysłuchiwać eliminacji do konkursu 'mam talent' w kategorii wyjców niepospolitych, czyli chińskie karaoke po kielichu. Z początku zawodnikom szło nawet do rymu. Można było rozpoznać amerykańskie szlagiery. Ale po szóstej kolejce ryżówki zupełnie zatracili wyczucie rytmu. Zaczęli przypominać kolegów z Polski, którzy w półfinałach zwykle próbują wyartykułować "hej sokoły". Dalej już tylko jechali na bełkocie. Aż w końcu przyjechały taksówki i rozwiozły zawodników konkursu do wyczekujących ich niecierpliwie żon.
      Jak tylko w pokoju zrobiło się cicho i ciemno, na łowy wyszedł szczurek. Już prawie zasypialiśmy kiedy zaczął chrobotać w śmietniku, gdzie wyrzuciliśmy papierki po cukierkach. Co go przegnaliśmy, to po chwili spokoju, kiedy ponownie już zasypialiśmy, wracał do szeleszczenia papierkami pod łóżkiem. W końcu zrozumiał, że nie mamy nic do jedzenia, wlazł po firance i zniknął w szparze przy oknie. A taki porządny hotel znaleźliśmy, prawie nowy i nowoczesny.
      Porannym autobusikiem wyruszyliśmy do Yuanyang. Kierowca zauważył nas już przed dworcem i zaopiekował się nami aż do końca podróży, która trwała prawie siedem godzin. Nie była jednak przykra. Autobusik był całkiem wygodny, chociaż hałaśliwy. Miał swoje lata, ale był zrobiony z dobrego, chińskiego surowca. Okna się otwierały i posiadały klamki. Drzwi działały, fotele były wygodne i oferowały wystarczającą ilość miejsca na kolana. Zawieszenie, a także reszta mechaniki pojazdu, działały bez zarzutu. Obraz autobusów z Wietnamu, czy Lasu, jest przeciwieństwem tego z Chin.
      Autobusik zatrzymywał się dość często, był czas na posiłek w okolicy południa. Tym razem zjedliśmy w barze dla kierowców, ze szwedzkim stołem. Wyglądało to tak, że każdy nakładał sobie ryżu i dodatków pod postacią warzyw, mięs, grzybów itp. do woli na miseczkę. Za taki talerz płaciło się 5.18zł, czyli wcale nie tanio. Przynajmniej uniknęliśmy jedzenia chińskiej zupki. Niestety nie jest ona w moim guście, tak jak to było z zupkami w Indochinach. Tamte były z wody i warzyw, te chińskie bardziej przypominają polskie, tłuste, mięsne, zawiesiste breje, a po takim daniu czuję się jakby mój żołądek miał strawić niestrawialne. Do ryżu nie mogliśmy znaleźć nic surowego. Zgodnie z kuchnią chińską, tak dobrze rozpowszechnioną i przez to znaną na świecie, surowe jest szkodliwe, więc się gotuje i smaży co się da. Odpowiada mi chińska filozofia, nawet chiński komunizm, ale kuchnia nie.
      Z Hekou wyjeżdżaliśmy w porannej mgle i świeżym chłodzie. Za ostatnimi budynkami skończyła się promenada i wjechaliśmy na wiele kilometrów na dziurawą, wąską dróżkę. Nie była zbyt zatłoczona. Czasami wyprzedzaliśmy ciężarówki załadowane ponad cztery metry kartonami z bananami. Okolica słynie z plantacji bananowców, które szczelnie wypełniały przestrzeń pomiędzy łagodnymi górami, a rzeką. Osiołkami, mopedami, samochodami, czym się dało, wieśniacy zwozili kiście bananów zawinięte w niebieskie, sizalowe worki. Worki zawiesza się na kiściach, na długo przed ich zerwaniem. W przydrożnych hurtowniach oznaczonych bambusowymi płotkami owiniętymi tymi samymi, niebieskimi workami, konfekcjonowano banany. Skupuje je widać jedna firma, może państwowa, ponieważ na przestrzeni ponad stu kilometrów widywaliśmy takie same kartony ładowane na TIRy.
      Wioski nie wyróżniały się niczym szczególnym, podobnie jak krajobraz szerokiej doliny rzeki Yuan Jiang. Tak samo jak w Wietnamie, w niedzielne popołudnie ludzie siadywali w restauracjach, albo przed domami paląc jakieś zielsko, tytoń lub opium w potężnych fajach. Zrobione są z kawałka bambusa. Niektóre mają średnicę ponad dziesięć centymetrów i długość prawie metr. Wystaje z nich cybuch, do którego podaje się ogień, po uprzednim wciśnięciu czegoś co ma się tlić. Czasami widywaliśmy faje zrobione z blaszanej rurki, czasami w sklepach można było kupić małe faje, takie pocket pipe.
      Gdzieś w połowie drogi do Yuanyang zacząłem nawet przysypiać, co mi się rzadko w ciągu dnia zdarza. Wybudzały mnie przystanki, na których mogliśmy nieco bliżej zapoznać się lokalnymi zwyczajami. Podróżował z nami Koreańczyk. Okazał się robotnikiem budowlanym, operatorem dźwigu. Pracował na kontrakcie w Libii z Polakami. Ale znał także Iran, Turcję, Bułgarię i kawał Azji. Energia go wprost rozpierała, więc korzystał z każdego postoju by pokosztować w przydrożnych barach co się da i potargować się o cenę owoców. Po którymś tam piwie, przykolegował się do nas na dobre. Znał trochę chiński i trochę angielski. Chociaż ten drugi język o wiele gorzej. Spędza wakacje w Chinach i w Wietnamie. Od początku, zanim jeszcze odróżniliśmy go od pozostałych pasażerów busika, wydawał się, na tle Chińczyków jakiś, niewiadomo czym rozbawiony. Gadał jak najęty i ciągle się uśmiechał. W Chinach obowiązuje raczej styl bycia podobny do polskiego, czyli poważny. Na koniec dnia, kiedy już spacerowaliśmy po docelowej miejscowości, spostrzegliśmy Chińczyka mieszkającego na śmietniku. Od razu rzucał się w oczy. Wyróżniał się jak diabli... twarzą szczęśliwego człowieka. A może po prostu był niespełna rozumu. Bo któż inny mógłby się cieszyć samą egzystencją, bez komfortu jakie stwarzają wszystkie te otaczające nas dobra konsumpcyjne.
      Dojechaliśmy i przejechaliśmy Yuanyang. Teraz wspinaliśmy się do Xinje, na wysokość ponad 1600m n.p.m. Na szczęście pogoda znacznie się poprawiła i o mrozie, ani o mżawce mowy być nie mogło. Po raz pierwszy od dziewięciu dni wyszło słońce. Przygrzewało tak, że trzeba było zdjąć polary, nawet na takiej wysokości. Busik podskakiwał jak kauczukowa piłka na wybojach drogi. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów drogi pokonaliśmy po nędznej, starej asfaltówce. Górą biegła nowa autostrada płatna. Ale busik miał za zadanie łączyć w komunikacji małe wioseczki, a nie śmigać do celu bez zatrzymywania. Autostradę w tym trudnym terenie górskim Chińczyki zbudowali bez kalkulowania kosztów. Nie zawracali sobie głowy toczeniem tuneli, czy gryzieniem skał pod trawersy. Wybudowali kilkadziesiąt kilometrów estakady na potężnych, betonowych słupach. Dwupasmowa droga stworzyła dach nad naszą, starą drogą i nad niektórymi wioskami. Czasami zdarzył się jej jakiś tunel, ale tylko dlatego, że nie było gdzie stawiać podpór pod wiadukty.
      W pewnym momencie autostrada odbiła na północ do Kunming, a nasza droga znacznie się polepszyła, bo teraz stała się jedyną, która biegła do sporego miasta Yuanyang. Mogliśmy przyspieszyć i przestać martwić się podskokami na wybojach. Droga była wykonana profesjonalnie, nie zapomniano nawet o parkingach dla podróżnych, na pięknych urwiskach ponad tarasowymi polami ryżowymi, schodzącymi do ciągle tej samej rzeki.
      W Yuanyang kierowca busika nagle zainteresował się wynajdywaniem pasażerów pośród niedzielnych tłumów na ulicach miasta. Jakby od teraz przestał jechać stawką godzinową, a zaczął pracować na akord. Yuanyang jest typowym miasteczkiem gminnym dla okolicznych, licznych wiosek rozsianych po górach. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jakieś trzydzieści kilometrów po drodze, albo piętnaście w linii prostej na południowy-zachód, leży Xinje, czyli stare Yuanyang. To górskie miasteczko położone na szczytach i oblewające prostopadłościennymi blokami okoliczne stoki gór. Tam kierowaliśmy pierwsze turystyczne kroki w Chinach. Według przewodnika Lonely Planet miały nas w Xinje przywitać przepiękne terasowe pola ryżowe, które właśnie w zimie, kiedy są zalewane wodą, wyglądają najokazalej. Samo Xinje miało być dosłownie "friendly village". Ale ani terasy pól frezujące stoki gór jak palce garncarza żłobiące obracający się kawał gliny nie były więcej niż ledwie ładne, ani Xinje nie było miłą, odróżniającą się od innych wioską. To po prostu niewielki, mało interesujący kurort wysokogórski, który w porze gorącej przyciąga lokalnych turystów z okolicznych miast i oferuje górski chłód. Przygotowano tutaj trasę po wioseczkach, z miejscami widokowymi na terasowe pola ryżowe i ciągnące się w nieskończoność, łyse szczyty gór. Jutro zamierzamy część tej trasy przejechać lokalnymi busikami, bo na to nas tylko stać, a część przejść na piechotę.
      Jednakowoż na pierwszy rzut oka i długi, popołudniowy spacer po miasteczku Xinje, opis z przewodnika i zdjęcia reklamujące jego walory, wydały się nam zupełnie nietrafione. Ja bym nawet powiedział wprowadzające w błąd. Jedyne co nas tu zaciekawiło to możliwość podglądania zwykłego życia chińskich wiosek, z możliwością nocowania w hotelu dla turystów, bo to jednak kurort. Zdjęcia pól ryżowych Xinje jakie widzieliśmy przypominały bardziej artystyczne studium na tematy przyrodniczo-agrarne, aniżeli rzeczywistą prezentację pejzaży tej okolicy. Gdyby zrobić takie finezyjne fotki pola sołtysa w Wąchocku, to też można by wieś sprzedać jako ważną destynację turystyczną. Tym niemniej przechadzka po Xinje była przyjemna. W odróżnieniu od Wietnamu, czy Laosu, Chińczycy na wsiach potrafią chodzić i nie muszą podjeżdżać sto metrów mopedem. Więc jest ciszej, spokojniej, można zbudować deptaki ze sklepami i restauracjami, a przechodnie nie są straszeni klaksonami. Wieczorem, na głównym placu ustawia się głośniki i zapodaje muzykę. Ale nie tak jak w Vientian, ludzie nie walczą z rytmem w takt modnej zumby, ale po prostu tańczą przy dźwiękach jak na dawnym dancingu. Podśpiewuje chiński Połomski, a czasami przechodzi to w muzykę ludową, jakby chińskie Mazowsze. Zaczyna para wodzirejów, może wynajętych przez lokalny dom kultury, a z czasem przyłącza się do nich kilkadziesiąt przechodniów, w skrajnie różnym wieku. Coś takie chińskie, taneczne thai-chi. W tle wielki telebeam, a na nim wyświetlany po prostu dziennik wieczornej telewizji, a tu ludzie tańczą, miasteczko pogrąża się w wieczornym śnie, sklepiki się zamykają, wszystko cichnie na tle majestatycznych gór i czerwieniejącego zachodu słońca.
      Na wieczorną degustację kupiliśmy flaszeczkę nalewki na niezidetyfikowanych owocach. Zapach to ma jak pieprzówka, na prawdziwym pieprzu, a smak kosmiczny, właśnie niezidentyfikowany. Jedna z zalet komunizmu to rozpijanie narodu, któremu Lenin z początku był przeciwny wprowadzając w Rosji, po rewolucji, coś na kształt prohibicji. Ale po jakimś czasie, po namowach kolegów z Partii, zmienił na szczęście zdanie i przegiął w drugą stronę. W Chinach alkohol jest tańszy od żarcia. Flaszeczka 410ml całkiem przedniej nalewki kosztuje 3.46zł, a poślednia zupa, najlichsze danie w chodnikowym barze kosztuje minimum 5.18zł. Tanio i nieszkodliwie, po nalewce sraczka cię za dupę nie chwyci. Dziś w barze zauważyliśmy jakieś napisy po angielsku. Okazało się, że czerwona tablica miała na celu punktowanie standardu jadłodajni. Być może jakiś chiński sanepid wydaje orzeczenia o spełnianiu norm, potem zawiesza w restauracji na ścianie czerwoną tablicę z przyklejoną buźką. Są ich trzy rodzaje, od uśmiechniętej po smutną. Pod przyklejoną buźką jest deskrypcja piktogramów. Uśmiech ma zależeć od tego czy restauracja serwuje godne zaufania pożywienie. Nasza restauracja była całkiem schludna i podawała smaczne jadło, ale przykleili jej smutną buźkę. Może nie ma wentylacji, strażak nie zatwierdził schodów przeciwpożarowych, nóż do mięsa jest używany także do warzyw, a zlew ma tylko zimną wodę bieżącą. U nas urząd karze i zamyka, a tu informuje klientów. I gdzie jest większa wolność?
      Rano w okna zimnego pokoju hotelowego zaglądnęło słońce. Wyjrzeliśmy na zewnątrz. Całą dolinę wypełniały mleczne chmury. Były jak białe morze wlane pomiędzy dwa łańcuchy gór. Z naszego szczytu mogliśmy podziwiać zjawisko inwersji jak z lotu ptaka. Teraz dopiero zrozumiałem nazwę hotelu obok... "Sea view". Może właścicielowi chodziło o widok białego morza każdego zimowego poranka? Ponad nami ciemniejsze chmury szybko szybowały na północ. Gnał je silny wiatr, który towarzyszył nam już przez cały dzień. W dole kotłowało się mleko. W zwolnionym tempie przewalały się fale, pomiędzy wystającymi z nich zielonymi szczytami gór.
      Zgodnie z sugestią pani hotelarki poszliśmy na dworzec autobusowy, aby złapać mikrobusika Suzuki, jadącego do ostatniej wioski na terasowych polach ryżowych. Przewodnik mówił, że to około 26 kilometrów serpentyn. Kierowca zażądał za przewóz dwóch osób 15.59zł. To więcej niż za podobną usługę w Wietnamie. Po drodze mijaliśmy posterunek policji, na którym kupuje się bilety wstępu do Parku Krajobrazowego, za 5.20zł/osoba. Kierowca kazał nam się ukryć, aby policjanci nie zauważyli białych twarzy. Uradowani zaoszczędzeniem na obiad, cieszyliśmy się razem z kierowcą z fortelu. On cieszył się podwójnie, bo na koniec przejażdżki zażądał dodatkowych 2.6zł od osoby, za pomysł z oszukaniem policjantów.
      Plan był taki, aby z miejscowości Duoyishu wrócić 25 kilometrów na piechotę do hotelu. Brukowana betonową kostką droga schodziła w dół z 1958m n.p.m. na 1620m n.p.m. Nie była zatłoczona i dodatkowo oferowała wiele punktów widokowych na pola ryżowe oraz możliwość zwiedzania wiosek górali po drodze. Pola, jak to Iwona mówi - układały się u naszych stóp jak ułożone na wesele ciemne plasterki wędlin na salaterach. Wypełnione wodą odbijały granatowe niebo i schodziły na dno dolin niezliczonymi stopniami, o powyginanych łagodnie krawędziach. Soczyste od wody szczyty, spuszczały strumienie wprost na pierwsze poletka, tuż poniżej drogi, z których, po wypełnieniu, spływała na niższe i tak kilkadziesiąt razy, aż do podnóża gór. Terasy wykonano z gliny, woda w nich pozostawała dość długo i nie przesiąkała niżej. Rolnicy w słomianych, wielkich rondlach na głowach orali poletka ciągniętymi przez woły specjalnymi pługami, łatali przecieki i kierowali wodę tam, gdzie było jej potrzeba najbardziej. Obrazek sielski i prawie anielski. Gdyby nie ten rozległy plac budowy wzdłuż całej drogi.
      W firmach budowlanych, tak jak to jest w reszcie Azji, zatrudnia się na równi mężczyzn i kobiety. Te ostanie zwykle wykonują najgłupszą robotę, w stylu mieszania motyką zaprawy, kiedy betoniarka nie działa, albo noszenia materiałów budowlanych rzuconych wprost na drogę. Wioski doskonale odczuwają wysoki przyrost turystyki w regionie, chińscy letnicy walą całymi autokarami i stadami prywatnych, luksusowych samochodów. Muszą gdzieś mieszkać i coś jeść. Hotele powstają jeden po drugim. Wypierają starą zabudowę, która jest tutaj bardziej na miejscu i przyciąga nie tylko nasze obiektywy. Chińscy turyści, bardziej niż japońscy, obwieszeni są sprzętem fotograficznym i aparatami o obscenicznie długich obiektywach. Są wszędzie i pstrykają zdjęcia właśnie tym najbardziej zapyziałym dziurom we wsiach. To miastowi, z nowoczesnych, sterylnych centrów, w poszukiwaniu starej tradycji. Przechadzali się razem z nami po wioskowych targowiskach i wynajdywali, tak jak my, smaczki w postaci fryzjera pracującego na ulicy, ocierającego się łokciem o przejeżdżające ciężarówki z materiałami budowlanymi, albo dentystę dorabiającego na poczekaniu sztuczne szczęki, wybierając z zasobnika przeróżnej wielkości i kształtu paciorki sztucznych zębów. Albo lśniące czarną szczeciną prosiaki prowadzone na postronku, w myśl zasady - "kto mi zabroni z farbowanym kabanem po" wsi "spacerować". Albo koguty trzymane w plecionych z wikliny klatkach i w takich samych, ale podłużnych, prosiaki na grila. Były jeszcze obnośne wytwórnie pampuch, albo w innym slangu pyz, z nadzieniem z cukru trzcinowego. Sprzedawano całą tą chińską tandetę, którą znamy z podobnych rynków z reszty Azji. A obok nowoczesności, tuż przy stoisku z mazianymi telefonami i tabletami, głowy krów z wywalonymi, czarnymi ozorami. Kwiczeniu prosiąt towarzyszyło gdakanie kaczek i rechot gęsi, jak to na wiejskim targu. Brakowało tylko gołębi i koni. Ale zdarzyło się zaobserwować krawca świadczącego usługi na poczekaniu i podobnie szewca. Pomiędzy nimi wałęsali się ogorzali od wiatru i zimna górale, którzy zeszli na targ, by coś kupić, by coś sprzedać. W wolnych chwilach przysiadywali przy barach pykając wielkie, bambusowe fajury. Wymieniali spostrzeżenia i opowieści. Wieści się roznosiły szybciej niż przez chiński, blokowany internet. W ciasnych grupkach, na uboczu trzymały się rozgdakane, kolorowe od tradycyjnych strojów, do dziś używanych na co dzień, babki z koszami i dziećmi na plecach. Czasami wytykały mnie palcami, głośno się śmiejąc. Tutejszy obyczaj podtrzymuje modę noszenia przez kobiety czarnych spodni z naszytymi w okolicy kolan poprzecznymi, kolorowymi lamówkami. Ja mam takie same spodnie, przedłużane wstawką w okolicy kolan. Musiałem babsko wesoło wyglądać, skoro cieszyłem oczy góralek. Cały ten folklor był dla mnie czymś o wiele ważniejszym od panoram pól ryżowych, nie dających się sfotografować inaczej jak w stylu widokówkowego kiczu.
      Na jednym z takich targowisk odszukaliśmy restaurację chodnikową z daniami z ryżu. Takich gastronomii jest stosunkowo mało. Dostaliśmy kopę czerwonego ryżu, z którego słynie ta okolica. Do tego można było sobie nakładać i dokładać różne specjały na ciepło. Wszystko oczywiście gotowane, ale i tak smaczne. Od pędów bambusa, przez fasolę, mięso i zieleninę w oleju. Na deser przysmażane tofu. Jak to na wsi, cena za taką kopę żarcia niewygórowana, bo tylko 3.64zł.
      Jednak z całego, długiego dnia wspominamy najprzyjemniej chwile, kiedy zeszliśmy z drogi w pola ryżowe. Każda grobla otaczająca poszczególne poletka, jest jednocześnie wąskim, udeptanym w glinie chodnikiem. Można po nich spacerować bacząc, aby nie wpaść do wody, albo piętro niżej, metr lub dwa w dół na sąsiednie poletko. Wędrując po polach można skracać sobie drogę, ale można też zabłądzić. Betonowymi kanałami doprowadza się wodę do bardziej oddalonych od naturalnych strumieni pól. One są takimi autostradami do przemieszczania się po wodnych zagonach. Chwila osamotnienia, oddalenia od cywilizacji, pójścia na skróty, z przyjemną wizją zabłądzenia i bycia zmuszonym do kombinowania... po prostu poszukiwania własnej drogi, a wspomnienia pozostają w naszych głowach na zawsze.
      Do naszej hotelowej, zapleśniałej norki wróciliśmy późnym popołudniem. Piekły nas policzki wysmagane wiatrem i ostrym, górskim słońcem, a nogi przyjemnie odczuwały poruszenie wszystkich włókien 25-cio kilometrowym spacerem. Ale znowu byliśmy pełni zadowolenia z wypełnienia dnia podróżniczego jakąś treścią.
      Już następnego ranka gnaliśmy dalej na północ. Mikrobusikiem Suzuki w godzinę zeskoczyliśmy z 1620m n.p.m. na 240m n.p.m. Chińczyki budują ukwiecone autostrady, ale w stare drogi nie inwestują. O ile wielkie koła autobusu dawały sobie jakoś radę z dziurami w asfalcie, o tyle kółka Suzuki, wielkości tych ze skutera, wpadały w każdą szparkę. Siedząc w ostatnim rzędzie foteli, ośmioosobowego mikrobusika podskakiwaliśmy jak kawałki lodu w shakerze barmana przygotowującego drinki. Za kierownicą siedziała kobieta. Tutaj, komunistyczne równouprawnienie sięga nawet zawodów kierowcy pospolitego. W obudowanych plastykiem jak jajka rikszach siedzą kobiety, w bagażówkach z przodem od motocykla też siedzą kobitki, czasami nawet w większych ciężarówkopodobnych samochodach. Prowadzą równie agresywnie i bez pardonu przepychają się na drodze jak mężczyźni. Z tonu wymiany zdań przez otwarte okna wozów wnioskuję, że potrafią także odgryźć się robotniczym - spieprzaj skurwysynu! W Chinach, jak w każdym kraju gdzie uciśniony proletariat został wyniesiony na piedestał twórcy świetlistej przyszłości, kultura osobista i społeczna dobija dna, jak zawieszenie zdezelowanej rikszy. Ludzie odnoszą się do siebie w sposób dość obcesowy. Nie rozumiem oczywiście co mówią, ale z intonacji, mimiki twarzy, gestów rąk, postawy ciała, sytuacji, donośności głosu, zwłaszcza to ostatnie jest wyraźne, wnoszę że ludzie nie stosują wyrafinowanych form porozumiewania się. Nie ma 'proszę', 'dziękuję', 'czy będzie pan łaskaw', 'przepraszam za kłopot, ale czy mógłbym...'. Język jest krótki, siarczysty i bezpośredni. Kiedy ktoś chce się przecisnąć w autobusie, nie używa słów, ale łokci. Kiedy chcesz, aby podano ci jakiś przedmiot, którego nie możesz sięgnąć, wyburczasz jedną sylabę, w stylu 'nooo!' i pokazujesz brodą, albo palcem kierunek w jakim idzie twoja zachcianka, a po spełnieniu tej proletariackiej, koleżeńskiej prośby, odwracasz się na pięcie i nie pozostawiasz po sobie nic poza najwyżej splunięciem na podłogę.
      No właśnie, podczas igrzysk olimpijskich w Chinach, uczono podobno Chińczyków, że plucie jest bee. Nawet solono kary za spluwanie. Ten temat jest wałkowany od dziesięcioleci w Indiach, ale proletariat indyjski uwolniony przez Ghandiego nic sobie z tego nie robi i wali niebiesko-zielone plwociny na chodnik, podłogę w restauracji, przez okno autobusu na przechodniów i przed próg własnego domu. W Chinach jest identycznie. Ja ich dobrze rozumiem. Gdybym miał tyle wolnej przestrzeni pod deklem, to też bym pluł jak tylko mi się zbierze, bo to nawet jest zdrowe. U nas zakazują palenia w miejscach publicznych, a w Chinach, czy w Indiach plucia. Coraz więcej zakazów.
      Chińczycy, którzy wysiadają z najnowszych Lexusów, Merców, albo BMW, nie plują, ani nie wrzeszczą do siebie jak bydło zaczadzone w melinie. Oni już się cywilizują, odnajdują dawną kulturę, którą Mao tak łatwo podeptał. Współpasażerowie naszego autobusu, którym jechaliśmy prawie trzy godziny do Jianshui, wyrażali swoje emocje bardziej bezpośrednio. Zanim usiedli, musieli wykrzyczeć konduktorowi/kierowcy swoje obiekcje. Mimo, że było cicho, silnik nie pracował, a stali 20cm od interlokutora. Potem, jak już wreszcie zasiedli, walili przez pół godziny tyrady jakby siedzieli w głośnej dyskotece i trzeba było wrzeszczeć do ucha drugiej osoby, by cokolwiek usłyszała. Słowa bez dykcji jak kule z karabinu wylatywały seriami. Cholera... już gdzieś o tym pisałem. Potem spali pół godziny, jak dzieci, byle jak i nic ich nie bolało po przebudzeniu... jak dzieci. Ja kiwałem głową na wybojach, a szyja rozbolała mnie po dziesięciu minutach, kolana wciśnięte w oparcie fotela przede mną, bolały od razu. Po przystanku, rozbudzeni przerwą na sikanie w wychodku, śmierdzącym jakby był otynkowany gównem, znowu ujadali, jak chłopy pańszczyźniane z "Ferdydurke". Potem otworzyli okno, że mróz na przełęczy ponad 1900m n.p.m. mroził mi uszy, a oni te puste łby powystawiali na zewnątrz, aby nie zasypiać i nic im nie było. Przez lata podróżowania po dzikich krajach, nie mogę odeprzeć tezy, iż im mniej pod deklem, tym zdrowie mocniejsze. Scenka rodzajowa z naszego dzisiejszego autobusu jest codziennością w całej Azji jaką znam, wyjąwszy kraje cywilizowane. Jedyny plus dla ludzi z Zachodu, że są przyzwyczajeni do jeżdżenia samochodami. Tubylcy, skąd by nie byli, Rosja, Mongolia, Uzbekistan, Pakistan, Laos, czy Chiny, jak po serpentynach górskich się przejadą, to rzygają jak koty. Ale nie wpływa to na ich zamiłowanie do głośnych dysput.
      Z Yuanyang pojechaliśmy przez wysokie i piękne góry do Jianshui. Widoki przesłaniały nam nieco chmury deszczowe, ale i tak pejzaże były warte wpatrywania się przez zaparowane, brudne szyby autobusu. Po drodze minęliśmy kolejną, wielką zaporę na rzece i elektrownię wodną. Chińczycy emitują takie elektrownie na całe Indochiny. Mają jeden wzorzec z Zachodu i budują ile się da, w Kambodży i Laosie. Z wiosek zabieraliśmy pasażerów, tak że autobus stał się pełny. W połowie, na przełęczy zatrzymaliśmy się na krótki postój. Kierowca uzupełnił wodę w zbiornikach chłodzenia hamulców. Chińska technika nie wymyśliła odpowiedniego sposobu na spowalnianie autobusów i ciężarówek na górskich stokach, więc ludzie dobudowali w garażach chłodzenie tych za małych bębnów hamulcowych wodą z baniaków. Dlatego każda ciężarówka i autobus zjeżdżający z wielokilometrowych serpentyn, nie są wcale aż tak strome jak na przykład w Turcji, a na pewno nie jak w Jordanii, dymi, paruje z tylnich kół parą wodną wytworzoną z palonej na gorących bębnach hamulcowych wody. Taki widać w Chinach obyczaj.
      W Jianshui znaleźliśmy tani hotel w samym zabytkowym centrum, jak zwykle z karaoke na parterze i burdelem na pierwszym piętrze. Takie widać nas przyciągają i takie są w Chinach znośnie tanie, czyli 25.98zł za dwójkę z ciepłym prysznicem, ręcznikami, darmowymi prezerwatywami na stoliku obok telewizora i DVD. Brakuje tylko lustra na suficie, które zawsze chciałem sobie zamontować w domu, ale zanim mój zmysł inżynieryjny wymyślił sposób przytwierdzenia, jurna młodość minęła.
      Jianshui słynie z pięknie zachowanej starówki. Tym, którzy wyobrażają sobie od razu coś podobnego do starówki Lublina, spieszę z objaśnieniem, że chińska zabytkowa starówka to po prostu stare, zapleśniałe od monsunów i przeobrażone w sklepy, parterowe, kryte dachówkami, na kształt wywiniętych ku niebu pagód, budynki. Całe centrum Jianshui jest deptakiem wybrukowanym śliskim kamieniem. Wszystkie budynki są butikami, głównie z komórkami i telewizorami oraz z ciuchami jak z Paryża. Mimo to warto przechadzać się po tych uliczkach. Jednakowoż nie jest to też wschodnia strona starówki Pragi, to nie ten styl. Tutaj chodzi raczej o sprzedaż dóbr luksusowych, nowoczesnych, wypełniających najważniejsze potrzeby nowoczesnych, średnioklasowych Chińczyków. Pisałem o tym już wiele razy, ale jeszcze raz przypomnę, bo to trudne do uzmysłowienia. Uwielbienie staroci, zabytków, znalezisk archeologicznych, starych przebojów, starych samochodów, czy wreszcie antyków, to wymysł Zachodu i do dziś nie wiem skąd się wziął. W większości, czyli reszcie świata, STARE oznacza ZŁE. W Chinach zwłaszcza nie lubi się starego, bo to wyjątkowo zła energia. Nie wiadomo kto i po co używał rzeczy, którą teraz, po latach mamy się zachwycać. Więc nie dziwi mnie w ogóle fakt, że starówka Jianshui została przerobiona na przypominający dawny styl cesarskich, chińskich miasteczek, ale w wydaniu handlowo-usługowym.
      Mimo, że nowoczesne Chiny są bardziej kapitalistyczne niż można by się tego spodziewać, to jednak zaopatrzenie w dobra wszelakie ciągle jest bardzo kiepskie. Zapyziała wioska na Syberii ma lepiej wypełnione półki sklepowe niż duże miasto w chińskim Yunnanie. To co jest lokomotywą nowoczesności, jak komórki, komputery, telewizory, mopedy jest w szerokim wachlarzu dostępne, w każdym centrum handlowym. Można do tego dodać Snickersy i Coca-Colę pisane po chińsku. Ale jak ma się ochotę zakupić coś tak wyrafinowanego jak cokolwiek z kosmetyków dla mężczyzny, albo szerszy niż kilka jogurtów asortyment nabiału, to już można mieć bardzo poważny problem. Ciągle istnieje w Chinach ogromne pole do popisu dla handlowców. Rynek jest bogaty jak diabli. Nawet górali stać bez problemu na kupienie biletu na autobus do miasta za 10zł. A naprawdę bogatych jest tu sporo. Podobnie jak w Rosji, nowobogacka chęć pokazania się, jest nie do przezwyciężenia. Drogie, nawet w Europie, samochody wypełniają ulice.
      Jest też biedota, widzieliśmy bezdomnych, ciekawe jak ich kwalifikuje chińska, partyjna nomenklatura. Dziś, po wyprawie do oddalonego od centrum dworca autobusowego, po zakup biletów na dalszą podróż, wracaliśmy czymś co wyglądało na samojezdny, elektryczny wózek inwalidzki. Niezrzeszony, cichojezdny taksówkarz żywo zareagował na nasze zainteresowanie jego wehikułem i zaproponował, że nas zawiezie do hotelu. Wytargowana cena 4.16zł za półtora kilometra nie była niska, ale gratka podróżowania w plastykowym jajku wielkości czeskiej beczki po piwie i to z napędem na dwa koła za pośrednictwem silników elektrycznych, nie zdarza się co dzień. Jest tu sporo ludzi żyjących w dawnym standardzie komunistycznym. Coś tak na poziomie szaraka Polaka z lat osiemdziesiątych. Mają co jeść i jak mieszkać, ale nie stać ich na nowoczesność. Oni są wypełniaczem, którego pewnie tak łatwo się nie zauważa, ale on też stanowi o popycie.
      Ale jeszcze słów kilka o pojazdach elektrycznych. W Wietnamie bardzo popularne były rowery elektryczne z Chin. W Chinach, a konkretnie w Yunnanie ich nie widać. Za to jest bardzo dużo cichych skuterów z napędem elektrycznym. Nie wyróżniają się niczym szczególnym. Można je tylko rozpoznać po cichym biegu. Mnogość marek chińskich kopiujących lub produkujących na licencji starsze modele europejskich i japońskich samochodów, ciężarówek i autobusów jest wręcz porażająca. Można zobaczyć większość modeli samochodów europejskich sprzed kilkunastu laty z lekkim, brzydkim faceliftingiem. Jednak produkty z napędem elektrycznym są czymś, co w Europie jest nie znane. Tutaj minibagażówka, albo normalny mały samochód, ale na trzech kołach i z silnikiem elektrycznym jest standardem. Jednocześnie trudno spostrzec dwa identyczne pojazdy. Jakby Chińczycy do przesady kopiowali zasadę częstego faceliftingu, jako panaceum na spadek sprzedaży. Różnorodność samych mikrobusikow Suzuki jest niezliczona. Chyba wypuszczają nowe modele co kilka miesięcy. Wystarczy zmienić końcówki, przód i tył wozu i już sprzedaż rośnie. Nie wiem jak jest z konkurencją na rynku chińskim, ale jak znam zmysł handlowy Chińczyków, który może się równać z ormiańskim czy żydowskim, to otwarcie rynku spowodowało niezły bum.
      Wieczór w Jianshui, na wysokości ponad 1300m n.p.m., zaskoczył nas deszczem i to ulewnym. Byliśmy zmuszeni koczować w chodnikowej restauracji ryżowej, jaką znaleźliśmy na targowisku warzywnym. Woda wypełniła ulice i trzeba było brodzić jak za czasów monsunu na Sri Lance. Rynsztoki jednak nie były przygotowane na takie ulewy. Na tej wysokości takie ulewy widać zdarzają się rzadko. Targowisko przykryte brezentem tonęło zalewane strugami wody. Kramarki podstawiały plastykowe wiadra, aby nabrać wody do mycia straganów. My przycupnęliśmy w kąciku zadymionym grilem z pieczonym tofu. Szybko spożyliśmy sypki ryż pomagając sobie pałeczkami, a potem czekaliśmy na słońce w towarzystwie mężczyzn upalonych wielkimi fajurami i rozweselonych domową ryżówką polewaną z kanisterka. Z targowiska zalatywało mokrym pierzem kuraków wystawionych na sprzedaż w wiklinowych klatkach i starym mięsem, ciągle przyciągającym pożądliwe spojrzenia kupców.
      W końcu trzeba było się ruszyć. Słońce nie wychodziło, ale deszcz zamienił się w mżawkę. Przeskakiwaliśmy kałuże i omijaliśmy cichobieżne, elektryczne skutery, aby dostać się do hotelu. Chcieliśmy wstąpić do polecanego przez Lonely Planet Youth Hostel'u, w którym ponoć miało być centrum zachodniej turystyki. Ale pod wskazanym adresem znaleźliśmy jedynie nazwę wymalowaną na kawałku bielonej ściany i rumowisko cegieł, jak po bombardowaniu Drezna. Bardzo to wieloznaczne... na gruncie chińskim.
      Mimo deszczu wyszliśmy na przechadzkę również wieczorem. Sądziliśmy, że o 21-wszej wszystko będzie zamknięte, ale jeszcze sporo butików, restauracji i sklepów było dostępnych, chociaż przechodniów było niewielu. Kolorowe neony, głównie czerwone, odbijały się krzaczastymi zygzakami w kałużach pokrywających kamienny bruk. Jezdnia, jak na deptaku, nie była oddzielona krawężnikiem od chodnika. Spędzimy tutaj przymusowo dwa i pół dnia. Kupiliśmy bilety na autobus na południe, do chińskiego złotego trójkąta, ale nie było miejsca na wcześniejszy transport. To dobrze. Ja postulowałem zwolnienie tempa podróży, Iwona wolała większy galop, zobaczyć więcej miejsc. Wyszło na moje. Chcąc nie chcąc, będziemy mieli więcej czasu na podpatrywanie normalnego, a także turystycznego życia w Jianshui. Może zauważymy coś co na pierwszy, szybki rzut oka jest niewidoczne.
      Tyle spostrzeżeń z pierwszego dnia w miasteczku nie opisanym przez ilustrowane przewodniki po Chinach. A mimo to Jianshui jest najstarszym miastem Yunnanu i od zawsze było centrum handlowym i kulturalnym przedgórza Tybetu. Podczas dynastii Ming XIV-XVII wiek, w tutejszej świątyni konfucjańskiej szkoliło się wielu ówczesnych intelektualistów. Dziś miasto jest nazywane 'muzeum zabytkowych konstrukcji'. W pełni na to miano zasługuje mając ponad sto dawnych świątyń, pięćdziesiąt starych mostów i tyleż samo domów zakwalifikowanych jako 'relikty przeszłości'. Wielkie Chiny zaliczają Jianshui do trzeciej, najważniejszej grupy zabytkowych miast kraju. Na dodatek Jianshui jest także miastem górników. W południowej części można zobaczyć wielkie kopalnie manganu. Wydobywa się tutaj 30% zasobów tego surowca na świecie, ale jest też tutaj dużo rud ołowiu, żelaza i miedzi. Po prostu ideał nowoczesnych Chin, nowoczesne, wielbiące starożytną tradycję, zaradne biznesowo miasto.
      Jak pisałem wcześniej, wielkie Chiny to konglomerat wielu plemion, sporo z nich dziś stworzyło osobne państwa jak na przykład Laos czy Wietnam. Region Jianshui zamieszkuje odrębna nacja Yi, która ma swój język, nazywany Huili, co znaczy 'morze', a ten wyraz przetłumaczony na chiński (mandaryński i kantoński mają ten sam zapis i są najpopularniejsze w dzisiejszych Chinach) znaczy 'jianshui'. Nazwa bierze się z klimatu tego regionu. Latem i jesienią kotlina jest często zalewana powodziami.
      Legendy o powstaniu pierwszej państwowości chińskiej są bardzo konkretne i znakomicie oddają racjonalną naturę chińskiej mentalności. Twórcami nowej społeczności miało być pięciu mędrców, a może pięć żywiołów, pięć zasad, pięć aspektów całości. Fuxi tworzył system społeczny, rodzinny oraz zasady hodowli zwierząt. Shennong zajął się sposobami uprawy roli. Huang Di był od sposobów obrony i broni, ale także od transportu i garncarstwa. Spowodował także zjednoczenie plemion w jedną państwowość. Yao opracował systemy mierzenia czasu, oparte na obrzędach religijnych. Shun zajął się powodziami nękającymi wczesny lud chiński, a jego namiestnik stworzył prawo administracyjne oraz stał się praprzodkiem pierwszej dynastii władców Xia. Legenda ta opisuje czasy Neolitu, czyli od stu do czterdziestu wieków temu. I jak to się ma do naszej legendy o Lechu, Czechu i Rusie? Nawet starożytne przypowieści zniekształcane przez eony i spisane w starym testamencie bledną przy chińskim opisie prapoczątków tej cywilizacji.
      Archeologowie, stroniący od mitycznych i ezoterycznych kompilacji wielu ścieżek wiodących do prawdy, a uznający jedynie szkiełko i oko, mówią że pierwsi ludzie przybyli na tereny dzisiejszych, północnych Chin 370 wieków temu. Dawne plemiona chińskie koczowały głównie na terenach Niziny Chińskiej, wówczas panował tam klimat tropikalny, żyzne gleby i sporo słodkiej wody. Ślady uprawy roli, a więc końca koczowniczego trybu życia, datuje się na około 120 wieków temu. Natomiast pozostałości po pierwszych zagrodach hodowli zwierząt mają około 100 wieków. Pierwsze konsolidacje społeczno-państwowe można datować na 70 wieków. Odległości na linii czasu, jakie dzielą współczesne Chiny i nas od tamtych epok, są trudne do przetrawienia, porównania do czegokolwiek nam znanego. Ilość niezapisanej, a przez to nieznanej historii ludzi tutaj żyjących jest tak ogromna, że można by w niej doszukiwać się prapoczątków wszelkich tradycji kulturalnych, jak i filozoficznych. Nie dziwi już fakt tak zaawansowanego rozwoju rzemieślniczego w Chinach, w czasach raczkowania tych dziedzin w Europie. Po prostu było na to sporo czasu. Ale czy tak długa tradycja cywilizacji ma jakiś wpływ na dzisiejsze Chiny? Co z tego, że Chińczyki wymyśliły taczkę i betoniarkę, albo już w II wieku p.n.e. urzędnicy państwowi przestali być dziedziczeni, a dobierano ich na zasadach egzaminów, kiedy u nas ludzie żyli jeszcze jak zwierzęta w lasach, skoro dziś nikt nie wierzy w jakość produktów opatrzonych sloganem 'made in China'. Albo co z tego, że riszi, mędrcy wedyjscy, już w epoce brązu wiedzieli, że Ziemia ma kształt sferyczny, skoro dziś nie mamy zaufania do Indyjczyka, który ma na ten przykład być inżynierem projektu budowlanego. Z innej strony, upadek cywilizacji chińskiej za panowania ostatnich cesarzy i dobicie dna po rewolucji Mao, wydaje się, patrząc z perspektywy 120-stu wieków tradycji cywilizacji w tym regionie, być końcem końców. Może czymś podobnym do wyobrażeń 'końca naszego świata', ciągle wieszczonym przez różnej maści jasnowidzów. Może to uczyć nas odwiecznej prawdy, że nic nie trwa wiecznie, nawet najświatlejsze idee i najbardziej zaawansowana cywilizacja.
      Patrząc jeszcze z innej perspektywy na długą cywilizację chińską, zastanawia początkowy brak wyodrębnienia warstwy społecznej kapłanów, mających pieczę nad wartościami religijnymi. Tymi sprawami zajmowała się bezpośrednio arystokracja, bez europejskiego wmawiania ludowi, że król jest też bogiem. W dawnych czasach wytworzył się bowiem specyficzny dla Chin 'kult przodków', jakże jawnie podtrzymujący tradycję scalającą społeczeństwa wokół konkretnych, racjonalnych idei. Zamiast baśniowych wierzeń w cudowny raj, albo człowieczeństwo bogów na Olimpie, uwielbienie dorobku ojców i dziadów. Kolejny punkt dla trzeźwo myślących Chińczyków. Ważniejsze było przetrwanie tradycji i poszerzanie wiedzy, aniżeli poszukiwanie prawd ostatecznych.
      'Kult przodków' można też inaczej interpretować. To były tak dawne czasy, że animizm, w postaci kultu sił przyrody, a potem wykształcający się powoli panteon bóstw, były kolejnymi etapami rozwoju tej strony ludzkiej natury, jaką zwiemy 'wiarą'. Europejskie społeczności powstawały już w okresie, kiedy 'kult przodków' był passe, kult sił natury powoli odchodził w zapomnienie, bo potrafiono już sobie z większością tych sił radzić, ale rozwijała się doskonale wiara w panteon bóstw, bo ludzie wykorzystywali już na codzień tradycje i odkrycia ojców-pradziadów, nie żyli już w lęku przed każdym zaćmieniem słońca, czy mocniejszym huraganem, a zaczęli poszukiwać zrozumienia zależności międzyludzkich, poszukiwać zrozumienia wszechrzeczy i prawdy o prapoczątkach wszystkiego. Bogowie stali się koniecznym elementem światopoglądu, który ułatwiał tłumaczenie... wszystkiego. Kolejnym etapem było sprowadzenie wielu znaczeń do jednego wzoru rozwiązującego wszystkie łamigłówki, do jednej idei, a więc do jednego boga, a dziś zastąpienie boga ucieleśniającego 'niewytłumaczalne' wiarą w samego siebie, wiarą w nieskończony potencjał samego człowieka. Można powiedzieć, że wiara zatoczyła koło, od silnego zaufania w możliwości człowieka ułatwiające przetrwanie w dżungli, przez delegowanie wiary na iluzoryczne obiekty kultu, do powrotu do ego.
      Czytając długą historię Chin, można dojść do innych, ogólnych wniosków. Początkowo król władał bezdyskusyjnie plemionami, potem gdy ludzi było więcej, terenu także, musiał udostępniać więcej władzy swym wasalom, którzy stojąc na czele coraz bardziej wyedukowanych podwładnych, poczęli pożądać władzy. Państwo zaczęło trzeszczeć w szwach, aż w końcu się rozpadło, by po okresie walk międzyplemiennych powrócić pod jedną władzę i - na końcu - iluzję posiadania wpływu na władzę. Tu trzeba wspomnieć o iluzji 'wielkiego muru chińskiego' w jaką my, turyści chcemy wierzyć. Tak naprawdę pierwszy cesarz prowadził politykę silnej ekspansji i udało mu się zepchnąć nomadów z Syberii poza dawne wały obronne, które potem nakazał umocnić i przerobić na bite drogi służące celom wojskowym. Tradycja budowy na bezkresnych, płaskich stepach wałów obronnych przetrwała także w plemionach mongolskich (pisałem o tym w podróży po Mongolii w 2011 oraz w 2013). Czyngis Chan także takie budował.
      Czy rozwój państwowości chińskiej nie przypomina rozwoju świadomości pojedynczego człowieka? Od uzależnienia dziecka od rodziców i ich światopoglądu, przez bunt i poszukiwanie własnej ścieżki, po odnalezienie bezpieczeństwa w systemie społecznym jaki sami stwarzamy przez niezliczone kompromisy i koniec w iluzji posiadania władzy nad własnym życiem, pogodzenie się z otoczeniem.
      Jakie to chińskie, typowe dla chińskiej filozofii tao... doszukiwanie się zależności w tle, obrazu wszechświata w ziarenku piasku. Filozofia tao powstała w VI wieku p.n.e., mniej więcej równocześnie z filozofią buddyzmu, konfucjanizmu i dżinizmu. W II wieku n.e. została wykorzystana jako podwaliny systemu religijnego tao. VI wiek p.n.e. musiał być ciekawym czasem dla rozwoju myśli. Czasem, kiedy ludzie południowo-wschodniej Azji, zaczęli poszukiwać odpowiedzi na ważne pytania. Nauki Laoziego (mitycznego twórcy tao) padły na podatny grunt. To był czas sadzenia, dziś jest czas konsumowania. Żadne nauki nie wzrosną, bo klimat jest nieodpowiedni.
      W tao wyróżnia się kilka podstaw. Jedną z nich jest 'dao', czyli w prostym tłumaczeniu 'droga'. Coś jakby kierunek, w którym podąża bieg zdarzeń ogółu i poszczególnych istot. Drugą podstawą jest 'wu wei'. Czyli poddawanie się biegowi zdarzeń, jak ptak wykorzystujący prądy powietrza, a nie walczący z nimi. Błędnie czasami określane jako 'niedziałanie', albo 'bierność'. Istniejąc w harmonii z 'dao', czyli nurtem wszechświata, człowiek nabywa doświadczenia 'de', które pozwala osiągnąć stan harmonii, czyli 'wu wei'. Kolejną podstawą tao jest 'pu', czyli delikatne znaczenie, treść, sens istnienia, wewnętrzna moc, natura każdej rzeczy, idei czy istoty żywej. Odnalezienie tej wewnętrznej treści daje spełnienie i kompletność szczęścia. W życiu codziennym można ją stosować jak poszukiwanie naturalnej drogi zastosowania danego przedmiotu, człowieka (na przykład w pracy, wojsku, rodzinie) tak, aby harmonizował on z otoczeniem i z samym sobą.
      Można powiedzieć, że każdy naturalnie stara się dążyć do harmonii z samym sobą, a więc poszukuje 'pu'. Ale jak ważne jest działanie według właściwego planu mogą wiedzieć na przykład ci, którzy nagle doświadczają odbicia się od ściany i panicznego stwierdzenia, że 'sprawiedliwości nie ma na świecie'. Jeśli ich plan zakładał, że sprawiedliwość w wymiarze humanistycznym istnieje, to działali według nieprawidłowego planu. Ale o prawidłowym planie, będzie przy okazji konfucjanizmu.
      Jak pięknie tao wiąże swoją ścieżkę na szczyt z innymi filozofiami przez odnajdywanie naturalnego sensu, co w buddyzmie oznacza - napinanie struny tak, aby wydała piękną muzykę, albo w zen - nie dawanie się wciągać przez wir zdarzeń i myśli. No tak, ale w wyniku ekspansji buddyzmu na Chiny w I wieku n.e., dalszego rozwoju tao jako doktryny religijnej, przejęcia niektórych doktryn buddyjskich, jak reinkarnacja, czy obraz nieba i piekła, i późniejszym scaleniu obu tych tradycji, powstały dalsze klony jak koreański 'son', japoński 'zen' i wietnamski 'thien'.
      Nie można niczego rozpatrywać w oderwaniu od otoczenia, środowiska naturalnego. Tak uczy tao, ale i nawet medycyna chińska. My, na Zachodzie lubimy wyizolowywać problematyczne aspekty, dokonywać odkryć przez analizę, a nie syntezę. Doprowadzamy do perfekcji znaczenie szczegółu, gubiąc się w subiektywizmie i zatracając obraz sensu całości. A przecież czymś innym jest ziarenko piasku, mimo że ma w sobie obraz wszechświata, a czymś innym jest pustynia. Dlatego nie można poznawać tao bez filozofii konfucjańskiej.
      Konfucjusz żył w V wieku p.n.e. i wtedy spisał swoje oświecone nauki, które mogłyby przyświecać wszystkim komunom hipisów jakie kiedyś powstawały na świecie. Nauki te mówiły o tworzeniu idealnego społeczeństwa i pokoju na świecie, dzięki przestrzeganiu obowiązków wynikających z hierarchii społecznej, a także zachowaniu tradycji, czystości, ładu i porządku. Filozofia konfucjańska miesza pojęcia religijne, społeczne, ekonomiczne, etyczne i obyczajowe. Wydaje się idealnym wzorem do tworzenia prawa administracyjnego, dużo lepszym od modelu jaki oferował Mahomet. Dlatego konfucjanizm rozpowszechnił się w Chinach, Korei, Japonii i Wietnamie. Zbiór zasad nie jest prosty, ani zwięzły. Dawniej ludzie go znający nazywali siebie junzi (syn władcy), a dla prostego ludu wymyślono pięć przykazań. Przez tysiąclecia jednak zasady te mocno ewoluowały i wkomponowywały się w lokalny system wierzeń i filozofii. Doszło nawet do takich paradoksów jak wplatanie konfucjanizmu w system komunistyczny, taka ideologia obowiązuje teraz w Korei Północnej.
      Esencja zasad konfucjańskich sprowadza się do taoistycznej esencji, istoty każdej rzeczy. Podstawą konfucjanizmu jest boski plan działania, unikalna, delikatna, nienamacalna droga, którą ludzkość, ale i w mniejszej skali... społeczeństwo, albo sama, pojedyncza rodzina, powinna podążać, aby osiągnąć harmonię wewnętrzną i doskonałą relację z otoczeniem, czyli wszechświatem. Bogiem natomiast jest wspólna energia naszych, godnych przodków, czyli bardziej abstrakcyjnie 'kult przodków'. Aby taki boski plan poznać, należy skrupulatnie gromadzić wiedzę o tradycji jaką stworzyli nasi przodkowie. Do tej wiedzy zalicza się wszystko, co buduje relacje międzyludzkie, od systemu administracji państwa, po etykietę zachowań podczas najbardziej prozaicznych czynności codziennych. Jak już wiedzę się zgromadzi i zrozumie, to potrzebna będzie niezłomna wola, aby według niej żyć.
      Plan boski ma za zadanie właśnie opisać strukturę zależności, wzajemnych powinności całej ludzkości, w którym to planie jest miejsce na społeczeństwa ograniczone do jednego państwa, mikro społeczności poszczególnych miast i wsi, a nawet rodzin, czy przedsiębiorstw. Poszczególne jednostki, od pojedynczego człowieka po pojedyncze państwo, mają za zadanie zrozumieć swoje miejsce w całości i przystosować się do wykonywania swoich obowiązków. Odpowiedzialność jednak nie jest jednokierunkowa. Model ciała ludzkiego, jako zbioru komórek, tkanek o różnym przeznaczeniu, wzajemnie powiązanych i uzależnionych od siebie, mających swoje powinności i obowiązki, idealnie pasuje do filozofii konfucjańskiej, w której każda jedna komórka/człowiek, ponosi odpowiedzialność za ciało/ludzkość, a cały organizm/ludzkość, ma obowiązek odpowiadać za każdą komórkę/człowieka.
      System ten ma ciągle swoich wyznawców i kontynuatorów. Nowocześni komuniści chińscy, którzy tak zadziwiają świat Zachodu kompilacją kapitalizmu i idei socjalistycznych, opierają swoje doktryny na filozofii konfucjańskiej. Sądzę, że dla lepszego zrozumienia kierunku zmian jakie zachodzą w Chinach, konieczne jest poznanie poszczególnych zasad nowoczesnego, chińskiego konfucjanizmu. Zanim Chiny rozpoczęły wewnętrzne zmiany, Zachód ocierał się o konfucjanizm najczęściej przez filmy fabularne, opisujące zależności etyczne pomiędzy Chińczykami w Hong Kongu. Ciągle powracającą formułką było 'utrata twarzy' przez postępek, który wykracza poza obowiązujący system zachowań. Filmy uczą nas jedynie jakiegoś wycinka, jak nauka jednego równania matematycznego na pamięć, bez znajomości wzoru rozwiązywania podobnych równań. Zrzucamy to na karb różnic kulturowych, niezauważając głębi podstaw tych zachowań społecznych. To tak jakbyśmy, słuchając lekarza medycyny chińskiej, dziwili się, że nasze serce zabiera energię nerkom, bo o nie nie dbamy. Serce nie ma innego wyjścia, bo ma na głowie swoje obowiązki do spełnienia, a system nakazuje mu takie postępowanie wobec nerek. Nerki też nie mają wyjścia i muszą się godzić na takie dictum, bo to ich obowiązek wobec serca i wobec całego organizmu. Występek wobec praw społecznych, praw natury, praw konfucjańskiego społeczeństwa wymaga na dokonującym tego występku poniesienia kary przewidzianej w kodeksie zachowań, czyli śmierci. Jeśli przestępca nie wykaże się niezłomną wolą, cały system zacznie się sypać, a więc oddalać się od ideału w stronę cierpienia wszystkich jego członków.
      Czyż nie łatwiej pouczyć się konfucjanizmu, aniżeli mówić - nie rozumiem dlaczego czołgi rozjechały studentów na placu Tian Anmen, to jacyś barbarzyńcy. Kim my się wydajemy konfucjanistom, kiedy patrzą na degrengoladę wartości naszych społeczeństw? Analizowanie, przez pryzmat filozofii konfucjańskiej, postępowania poszczególnych chińskich cesarzy, a nawet rewolucjonisty Mao, jest prowadzącą do nauki, sztuką samą w sobie.
      Już pod koniec XIX wieku Wielkie Chiny zaczęły się sypać i do lat '20-stych XX wieku prawie wpadły do grobu. Ten czas wykorzystały mocarstwa zewnętrzne, aby zdobyć panowanie nad Chinami. To był czas powolnego wzrostu świadomości społecznej chińskiego proletariatu, który doskonale wykorzystał Mao Zedong. Stolec władzy w Chinach ogarniętych wewnętrznymi wojnami przechodził z rąk do rąk. Ten moment doskonale wykorzystali Japończycy, prowokując w 1931 wojnę z Chinami. To skonsolidowało walczące strony rewolucyjne wewnątrz Chin, a kiedy tylko Japonia zaangażowała się w wojnę z USA, pojawiły się szanse na odparcie wroga. Po upadku Japonii w 1945, w Chinach podzielono władzę pomiędzy walczące strony komunistów i kuomintangowskie wojska zwolenników liberalizacji kraju. Jednak na nie długo. Po roku wybuchła kolejna wojna domowa, zakończona w 1949 zwycięstwem komunistów. Dalej poszło jak w Rosji. Plany nacjonalizacji, industrializacji, kolektywizacji, przejścia z gospodarki kapitalistycznej do socjalistycznej i zapaść ekonomiczna tym spowodowana, co dało 'wielki głód'. Nastąpiły podziały władzy, część poszła z Mao, inni z Deng Xiaopingiem. Chiny weszły na ścieżkę wojenną z Indiami i ZSRR. Reformy zmierzające do odbudowy gospodarki, tzw. zmiany regulujące gospodarkę i przywrócenie zasad ekonomii, jakie lansował Deng zostały odsunięte przez zwolenników Mao, który poszedł dalej i rozpętał w 1966 'rewolucję kulturalną'. To ponownie przyniosło Chinom straty kulturalne i ekonomiczne. Deng ciągle stał w cieniu i wracał co jakiś czas do władzy. Był na tyle silny, że nie poddał się czystkom w partii. W 1976 Mao zmarł, a jego popleczników odsunięto od władzy. Jednak nie można było odsunąć pamięci po wielkim Mao. Inaczej niż w ZSRR, gdzie za tego dobrego, twórcę i piewcę ideałów robił Lenin, a Stalin jedynie za złego interpretatora jego nauk, którego można było odsunąć w zapomnienie, w Chinach Mao uosabiał w jednej postaci twórcę i niszczyciela. Więc nie można było skazać go na niepamięć.
      Dzięki objęciu władzy przez Deng Xiaopinga, powróciły w 1979 tzw. rodzinne gospodarstwa rolnicze, odrodził się sektor prywatny, utworzono pierwsze strefy specjalnej ekonomii z kapitałem zagranicznym i na zasadach kapitalistycznych. Chiny rozwiązały spory z ZSRR i Zachodem. Kraj zaczął wracać do normalności, chociaż lud domagał się głębszych reform i na przełomie lat '80-tych i '90-tych zainicjował masowe protesty, stłumione siłą na placu Tian Anmen. Po śmierci Denga w 1997 i przejęciu władzy przez nowe frakcje młodych ludzi, Chiny kontynuują zmiany, ale nadal nie dopuszczają rozwiązań znanych na Zachodzie jako demokracja. Mimo kapitalistycznej gospodarki, opozycja polityczna, ruchy narodowościowe Tybetańczyków czy Ujgurów, fundamentalne frakcje religijne są siłą tłamszone w zarodku.
      Chiny są dziś znane przede wszystkim z przeludnienia. Liczba 1.35 miliarda, czyli około 19.5% ludności świata, robi wrażenie. Polacy to zaledwie 0.57% cywilizacji. Tu gdzie teraz siedzimy, w Yunnanie, nie odczuwa się takiego przeludnienia Chin. Yunnan jest 22% większy od Polski i jest tu o 10% mniejsze zagęszczenie ludności niż w naszym kraju. Czyli jest dość znośnie. Teren nie sprzyja rozrostowi populacji, to przecież przedgórze Tybetu. Reszta Chin jest mocniej zróżnicowana. Dzisiejsze Chiny są 29 razy większe od Polski, więc średnie zaludnienie nie przekracza 140 osób na km2, czyli tylko 12% więcej niż w Polsce, ale aż o 62% mniej niż w Indiach (w Indiach mieszka 10% mniej ludzi niż w Chinach). Chiny posiadają olbrzymie przestrzenie wyżynnych półpustyń i nizinnych stepów, które podobnie jak Mongolia, ze względów klimatycznych, są bardzo słabo zasiedlone. Praktycznie ponad połowa obszaru Chin jest słabo zamieszkana. Wschodnie i południowe Chiny są równie przeludnione jak Indie. Jednakże Indie, mimo prób Rajiva Gandhiego, nigdy nie prowadziły aktywnej polityki ograniczenia przyrostu naturalnego. Chiny natomiast, po odmianie, po śmierci Mao, zbudowały strategię kontroli urodzeń, nazywaną 'polityką jednego dziecka'. Już w 1977 motywowano to "złagodzeniem problemów społecznych, ekonomicznych i ochrony środowiska w Chinach". Dziś mówi się o zawróceniu z tej ścieżki, ale oficjalnie nadal Chiny nią kroczą. Oczywiście z punktu widzenia paradoksalnie przesocjalizowanej, ślepo przehumanizowanej Europy, taka polityka jest nieludzka, powoduje rozrost liczby aborcji (chęć posiadania chłopca ze względu na brak systemu emerytalnego), dzieciobójstwo na terenach wiejskich, no i ulubiony temat - 'łamanie praw człowieka'.
      Jednakowoż można w takiej polityce zauważyć podstawy konfucjańskie. Prawo nie zakazuje posiadania drugiego lub więcej dzieci. Motywuje jednak rodziny do posiadania jednego przez kary prawne i sankcje pieniężne, jakim trzeba się poddać, aby wydębić w urzędzie pozwolenie na więcej dzieci. Na terenach miejskich prawo jest surowo egzekwowane, ale na wsiach i terenach mało zaludnionych łatwo jest uzyskać pozwolenie na drugie dziecko, zwłaszcza jeśli pierwsze jest dziewczynką lub nieodwracalnie chore. Wymagany jest jednak odstęp 3-4 lat pomiędzy narodzinami dzieci. Kary prawne za większą ilość dzieci bez pozwolenia to głównie grzywny pieniężne i utrata premii, awansu w pracy. Czyli kary społeczeństwa nakładane na niesubordynowanych jej członków. Ciche, lojalne poddanie się polityce regulacji narodzin świadczy tylko o wysokiej świadomości społecznej Chińczyków. Fachowcy od statystyki obliczają, że 'polityka jednego dziecka' spowodowała zmniejszenie populacji ludzi w Chinach o 300 milionów, w ciągu 30 lat. To wpływa nie tylko na Chiny, ale i na cały świat... odpowiedzialność państwa wobec cywilizacji.
      Dziś spacerowaliśmy po zabytkach Jianshui. Na początek odwiedziliśmy szkoły konfucjańskie, w których szkolono i egzaminowano przyszłych urzędników administracji państwowej. Taką procedurę wprowadził cesarz Wendi i trwała przez 2081 lat, do 1916. Przed wejściem znajdował się oczywiście, wielki pojemnik na wodę. Ma on ogromne znaczenie w przepływie energii wewnątrz domów, o czym już tysiąclecia temu zapewniała feng shui - chińska sztuka regulacji przepływu energii w przestrzeni wokół człowieka (na początku zajmowała się tylko grobowcami, w Polsce stała się modna pod koniec lat '90-tych). Zbiorniki na wodę, lustra, parawany, drzewa, itp. są jak spoilery na sportowych samochodach. Fachowcy od aerodynamiki mówią nam, że są konieczne dla niskiego spalania, lepszego prowadzenia pojazdu i przyczepności do asfaltu. Tak kiedyś xiangshengowie (specjaliści feng shui) mówili budowniczym obiektów publicznych oraz rezydencji, że na przykład zbiornik z wodą potrafi odpowiednio pokierować niewidzialną siłą energii, tak aby działała na naszą korzyść i aby nie walczyć z naturalną jej esencją - 'pu'. Szkoła konfucjańska musiała być idealnie umiejscowiona w energetycznej przestrzeni.
      Dziś do zbiornika turyści wrzucają specjalnie dla nich bite, metalowe monety (syndrom Sorento). Kiedy my odwiedzaliśmy szkołę, dwóch mnichów wyciągało monety ze zbiornika za pomocą dużego magnesu uwiązanego do sznurka. Monety oddano pani sprzedającej souveniry oraz monety okazjonalne dla turystów i odwiedzających szkołę. W Polsce nazwano by panią hieną konfucjańską, a tutaj ma społeczne poważanie, bo spełnia ważną funkcję (konfunkcję).
      Odwiedziliśmy także kilka pomniejszych świątynek. Większość z tych stu jakie się zachowały w Jianshui to trupy. Pagody widoczne z chodników, wieńczą ruiny i niedostępne z zewnątrz ciemne zaułki wykorzystywane przez sąsiednie domy prywatne, wałęsające się psy, które uciekły spod noża kuchcika oraz bezdomnych, których o dziwo, w Chinach widujemy coraz więcej.
      Pieski nieprzyzwoicie rozcięte wzdłużnie i wypatroszone, prezentowano w cuchnącym zaułku targowiska. Ludzie przychodzili i kupowali po kawałku, aż piesek znikł w całości, nawet głowiznę ktoś zabrał na wywar do zupy. A w internecie nadęci misją ocalania świata przed złymi ludźmi obrońcy przyrody, głoszą że należy zmienić tradycyjny jadłospis Chińczyków. Świnie, kury, woły OK, ale psy i koty NIE! Można mordować zbiorowo w rzeźniach krowy w Polsce, ale jak Muzułmanie w Bohonikach zaszlachtują krasulę w rytuale religijnym to już VETO! Ciekawe czy sami Chińczycy, którzy spacerują po ulicach z pieskami na smyczy, albo z pieskami odzianymi w kolorowe kamizelki, jak dzieci, noszone na rękach... czy oni hołubią swoich milusińskich, czy po prostu dbają aby ich ktoś nie zjadł, jak w filmie Delikatesy - trzeba pilnować swoją małpę, bo ktoś może ją upiec na rożnie.
      Ilekroć spaceruję po mięsnych działach podobnych targowisk, uderza mnie ludzka zaradność. Od tysiącleci potrafią rozebrać na kawałki prosiaka, czy woła, istotę myślącą, do której można się nawet przywiązać, nadać jej imię i doszukiwać się zrozumienia w jej oczach. Potrafią nazwać, wycenić, wykorzystać albo rozsmakować się w każdym kawałku ciała tej istoty, tak że znika bez reszty. Bez refleksji, że jeszcze przed chwilą każde włókno ciała tej istoty czuło, poruszało się wiedzione wewnętrznym instynktem, mieszkała w nim jakaś dusycka. Obyczaj powtarzany od zawsze, zgodnie z tradycją ojców i dziadów, przestaje dziwić, staje się częścią codzienności, normą.
      W Chinach dostatek wszelakiej elektroniki wytworzył nową tradycję docierania do klienta za pomocą głosu doń bezpośrednio skierowanego. Już nikogo nie dziwią reagujące na ruch klienta, przed regałem sklepowym w supermarkecie, głośniczki ze słowną zachętą do kupna jakiegoś badziewia. Obwoźne na rowerach kuchenki oferujące patyczki z mięsem z grila, albo pyzy prosto z pary, też mają swoje głośniczki i bez końca, melodyjnie powtarzaną kwestię zachęty handlowej. W świątyni buddyjskiej, jaką dziś odwiedziliśmy, wetknięta w doniczkę rurka z grzybkiem, na podobieństwo naszych samoładowalnych z ogniw słonecznych lampek oświetlających ścieżkę w ogrodzie, wyśpiewywała mantrę dzięki energii naszej gwiazdy. Przed zwalistym, malowanym na złoto posągiem Buddy kręciły się, napędzane silniczkami elektrycznymi młynki modlitewne, również deklamujące mantry. Cichobieżne, bo elektryczne bagażówki, cofając gadają głosem elektronicznej Chinki - uwaga ciofam! Nadmiar butików odzieżowych na głównych alejach miast w Chinach, próbuje przyciągnąć młodą klientelę ogłuszając przechodniów bardzo głośną muzyką, emitowaną z potężnych głośników aż podskakujących od tego dudnienia. Jednak to już nie pomaga w handlu, dlatego zatrudnia się wodzirejów, którzy potrafią przez osiem godzin gadać do mikrofonu przekrzykując muzykę i w luźny sposób zachęcać do wstąpienia na zakupy. Pamiętam scenę z filmu "Raport mniejszości", w której człowiek spacerujący po sklepie dostaje słowną reklamę skierowaną doń imiennie, bo czytniki skanują jego źrenice i wiedzą kto jest klientem. Chiny są już blisko tej fikcyjnej wizji.
      Do tej pory, podobnie jak w Indiach, stworzono system elektroniczny, pozwalający zakupić bilety na pociągi w całych Chinach i to z dużym wyprzedzeniem. Nie działa to tak dobrze jak w Indiach, ceny są dwukrotnie wyższe, ale jest to krok na przód. Najpierw próbowaliśmy kupić bilety za pośrednictwem internetu, ale nie można tam płacić kartą kredytową, jedynie przez PayPal. Więc wyszliśmy dziś na miasto, na poszukiwania biura kolei państwowych. Pod wskazanym adresem bez trudu kupiliśmy bilety. Język angielski okazał się zbędny, wystarczyło porównywanie chińskich krzaczków, które idzie nam coraz lepiej, oraz zręczne dłonie i ich elokwencja.
      Stwierdziliśmy, że podróż pociągiem na długi dystans jest o wiele lepszym rozwiązaniem niż autobus sypialny, a na pewno lepszym od samolotu. Spraktykowaliśmy ten sposób w Indiach. Z pociągu lepiej poznaje się obcy kraj. Można spotkać ciekawych ludzi, posmakować potraw na stacjach pośrednich, a jednak ciągle ciesząc się minimum komfortu własnej kuszetki. Zakupiliśmy bilety na pociąg z Kunming do Guilin, niecałe 24-ry godziny w przedziale zamkniętym, z czterema, piętrowymi łóżkami. Dalej pojedziemy do Kantonu, tylko 12-ście godzin, niestety w nocy, innego rozwiązania nie było. Na tą trasę wzięliśmy gorszą klasę, sześć łóżek w przedziale zamkniętym. Jeśli standard będzie przynajmniej taki jak w Wietnamie, to komfort podróży lokowałbym o pięć klas wyżej niż w Indiach, ale i pięć razy drożej.
      Ale wpierw pojechaliśmy autobusem do Jinghong, do chińskiego, 'złotego trójkąta', przy granicy z Laosem. Przewodnik Lonely Planet głosił, że czeka nas 12-17 godzin jazdy, mimo że z mapy wynikało iż to tylko 500 kilometrów. Wystartowaliśmy z Jianshui po południu, aby być w Jinghong na rano. Pierwsze 45 kilometrów przejechaliśmy po płatnej autostradzie, w standardzie europejskim. Wszystkie znaki były opisane również po angielsku, tylko stacje benzynowe nie były tak wybajerzone jak w Niemczech.
      Na pierwszym przystanku w Shiping musieliśmy poczekać z pół godziny, aż załadują pół tony towaru do luków bagażowych autobusu. Podobnie jak w innych dzikich krajach, autobusy w Chinach są wykorzystywane nie tylko jako środek transportu ludzi, ale i towarów. Autobus był nowoczesny i all inclusive, chociaż siedzenia nie były wygodne. Za to puszczali nam filmy z Jackie Chanem i miejsca na nogi było aż za dużo. Niestety transport publiczny w Chinach jest drogi, zresztą inne rzeczy też nie są tanie. Za około 500 kilometrów zapłaciliśmy 90.23zł, w Polsce za podróż, również wygodnym autokarem PKS z Poznania do Wrocławia, czyli około 180 kilometrów, Iwona płaci około 35zł. Czyli wychodzi, że w Chinach transport jest podobnie drogi, choć paliwo jest 32% tańsze, więc co... siła robocza jest droższa? Ale to nic! Następnego ranka kupiliśmy bilety na autobus z Jinghong do Kunming, czyli 557km, kosztuje to w autobusie siedzącym 113.80zł, a więc ponad 5% więcej niż w Polsce. Za autobus sypialny trzeba zapłacić 130.94zł. Tak jak wcześniej pisałem, Chiny nie należą do tanich krajów. Transport, hotele, dobra odrobinę bardziej luksusowe niż przysłowiowy chleb/ryż, usługi są na poziomie cenowym Tajlandia + 30%. Najbardziej zaskakujące jest to, że zwykłych Chińczyków, takich szaraków ze wsi, stać na drogie autobusy. O wiele szybciej wyciągają setki Yuanów z portfela (100Y = 51.96zł) niż my, ludzie z Zachodu. Ja to od niedawna nazywam syndromem rosyjskim. Ponieważ od 2013 poziom cen w Rosji, w normalnych sklepach, w miastach i na wsi, przerósł poziom cen w Polsce, a ludzi na to stać. Przez lata podróży po Rosji nauczyliśmy się, że Rosjan nie stać na takie dobra na jakie my możemy sobie pozwolić. Ale widać polityka 'niedemokratyczna' Putina działa, może powoli, ale działa, bo w 2013 zwykli Rosjanie w walonkach na nogach, na zabitej dechami wsi, potrafili robić zakupy w sklepie, wyglądającym jak upadły dekadę temu GS, za kwoty, na które nas nie było w ogóle stać. Nasz przyjaciel, który często podróżuje po Afryce, mówi że Chiny są tanie... więc jaka jest Afryka?
      Kiedy wreszcie załadowano cały towar do autokaru, ruszyliśmy przez miasto Shiping, jakby na skróty. Niektóre uliczki były za wąskie na taki duży autobus, ale policja przestawiała zaparkowane mopedy, wstrzymywała ruch i jakoś się przepchnęliśmy. Autostrada się skończyła, więc wjechaliśmy na górską, wąską i niezwykle malowniczą drogę. Gdyby nie zieloność flory, powiedziałbym że to Himalaje. Przez trzy godziny, tuż przed zachodem słońca, trawersowaliśmy strome stoki zalesionych iglakami i bambusami gór. Droga była wcięta wąskim paskiem w zwaliste stromizny. Skalę można było tylko odnotować, dzięki nielicznym ciężarówkom i autobusom jakie nas mijały z przeciwka. Długo... długo wcześniej było je widać jak ślimaczą się na serpentynach, na przeciwległych zboczach kanionów. Rzeki w dole były jak strumyczki, a wioski i uprawy na dnie, wzdłuż rzek, jak mikro makiety ludzkich osiedli. Jednocześnie nieograniczona przestrzeń, jak widok z bulaja samolotu, a jednak brak wolności, bo droga wije się zakosami jak ścieżka dla turystów w górach i nie da się rozpędzić, ani skręcić w którąkolwiek stronę. Droga z Juanjang do Jianshui była piękna, ale odcinek z Jianshui do głównej Jinghong-Kunmin jest wart grzechu wydania pieniędzy i przyjechania tutaj motocyklem. Jazda autobusem, rozglądanie się z przyklejonym do brudnej szyby nosem, to nie to samo. W tej podróży zabrakło czasu na zwiedzanie przedgórza Tybetu, na długie trekingi, ale pozostaje niedosyt i nieodparta chęć zobaczenia więcej dzikich, górskich Chin, jak najdalej od tego co sprzedaje się turystom w ilustrowanych przewodnikach.
      Wylądowaliśmy w Jinghong o drugiej w nocy. Półmilionowe miasto jednak nie do końca spało. Na szerokiej ulicy kwitł handel owocami i warzywami. Niektóre bary chodnikowe nadal działały. Zjawił się naganiacz z hotelu z pokojami za 63zł. Pomachałem ręką i odpowiedziałem gościowi, że nas na to nie stać. Poszliśmy więc piechotą wzdłuż obsadzonej palmami, dwupasmowej alei, z chodnikami równie szerokimi jak jezdnie. To ewenement w dzikich krajach. Tutaj chodniki wydają się być nikomu nie potrzebne i mają formę szczątkową, jak nasza kość ogonowa, według teorii Darwina, której nigdy nie udowodniono, że jest formą szczątkową ogona.
      Znaleźliśmy norkę za 26zł, ale z klimą. Po długim wylegiwaniu się w łóżku, na własnym prześcieradle, poszliśmy do Parku Botanicznego, z którego słynie Jinghong. Założono go w 1904 roku i przez cały komunizm był ośrodkiem prac naukowych nad florą południowych Chin. Odwiedzali go prominenci, fotografowali się z spasionymi na państwowej, partyjnej posadce naukowcami, a teraz te zdjęcia, niczym reklamy na bilbordach, wciska się w oczy odwiedzającym. Park jednak jest wart nie tylko 20.78zł za bilet wstępu, ale i dużo więcej. Można w nim zobaczyć bardzo dużo niezwykłych okazów tropikalnej flory, których trzeba by długo szukać w naturalnych warunkach dżungli lasów deszczowych. Spędziliśmy w obszernym (120ha) parku kilka godzin i przespacerowaliśmy prawie 10 kilometrów.
      Robiliśmy długie przystanki wylegując się na ławkach pod palmami, takich gatunków jakich jeszcze nie widziałem, albo bezpośrednio na ścieżce, pod drzewkami mandarynkowymi. W tej względnej ciszy, spokoju, odosobnieniu, a przede wszystkim naturalnym ładzie natury i braku jakichkolwiek przykrych zapachów, najszła mnie pewna myśl... Kiedy podróżujemy samochodem, albo ja wyjeżdżam w świat motocyklem, nocujemy w przyrodzie, jak najdalej od ludzkich osiedli. Odwiedzamy ośrodki cywilizacji jedynie po to, aby uzupełnić zapasy, podpatrzeć lokalną kulturę, odwiedzić coś co w przewodniku, nieskromnie i na wyrost, opisano jako 'obowiązkowe'. Tym niemniej codzienność to przyroda, las, albo pustynia, brak oznak ludzkiej ingerencji oraz własne łóżko w samochodzie lub w namiocie (motocykl), prysznic na świeżym powietrzu w lesie, kibel z widokiem na przyrodę i bez smrodu kloaki, wieczory przy ognisku z fototapetą dookoła, jak z folderów biur turystycznych. Po prawie dwóch miesiącach podróżowania po Indochinach i Chinach, nocowaniu w hotelach, w miastach, zapomniałem jak może być przyjemnie pośród przyrody. Zwykle określa się ten stan byciem pośród natury. Ale przez kontrast wydaje się to być 'rajem'.
      Opiszę wam ostatni dzień naszej podróży, od strony bodźców jakimi są bombardowane nasze zmysły. Po południu wsiedliśmy do autobusu miejskiego, za który płaci się co łaska, wrzucając banknoty do czegoś na podobieństwo 'donation box'. Autobus podskakiwał jak piłka, śmierdział potem ludzi, bo w sklepach nie można kupić dezodorantów (pole do popisu dla przedsiębiorczych ludzi). Wylądowaliśmy na dworcu, gdzie kibel nie ma ścian dla przedziałów dla srających, a umywalki są tak brudne jak obeszczana podłoga i na dodatek z kranów nie płynie woda. Poszliśmy do chodnikowej restauracji, aby spędzić jakoś czas pijąc coca-colę. Ale zaczadził nas, dosłownie na amen, węgiel drzewny tlący się pod rusztem do smażenia tofu. Potem wsiedliśmy do luksusowego autokaru, w którym klima nigdy nie była odgrzybiana, więc z początku sądziłem, że sąsiad za mną zdjął buty i wali z jego sizalowych skarpetek, ale to rypało z nawiewu z góry, z klimy. Dziesięć godzin kombinowania pozycji na niewygodnym fotelu przerywane było trzema postojami. Na drugim, tym nocno-obiadowym, wyszliśmy na zimne, ale świeże powietrze na 1506m n.p.m. Górale z autobusu musiały odreagować godziny w bezczynności. Więc rozpoczęły się harkania, spluwania, pierdzenia i palenia tanich petów. Po 20-stu minutach postoju nie można było przejść pomiędzy plwocinami do drzwi autobusu. Kibel dla podróżujących autobusami był jawną kloaką. W zasadzie nie różnił się niczym od tego co mi kiedyś dziadek opowiadał z czasów wojny, jak się to siedziało grupowo na żerdzi i srało do rowu. Trzeba tylko uważać aby się nie poślizgnąć na gównie. Próbowałem odejść od restauracji i autobusu na bezpieczną, bio odległość, ale nawet 200 metrów nie wystarczało. Pojechaliśmy dalej. Aby wejść na swoje miejsce w autokarze, trzeba przekroczyć usypiska łusek od ziaren słonecznika. Tubylcy kompulsywnie chyba, łuskają ziarna jedno za drugim przez całe godziny. Wiewiórki jakieś czy co. Tak jest w całej Azji jaką znam. Zająć czymś umysł domagający się bodźców. Jackie Chan na ekranie nie wystarcza. Autostradę pamiętam jako pasmo wyziewów gardłowych współpasażerów po zjedzeniu pikantnej brei oraz zagrzybioną klimę. Jak nas wyrzucili z autokaru w noc, to poszliśmy białym chodnikiem zaplutym, zaklejonym gumami do żucia do hotelu. Stać nas na norkę, więc dostaliśmy to co zwykle, a więc pokoik z brudnym prześcieradłem, cuchnącymi ręcznikami (w Indiach ręczników nie dają), oplutymi ścianami i wyłamanymi drzwiami do kibla, ze śmierdzącą jak otwarty dekiel szamba dziurą do srania, zapleśniałymi, zagrzybionymi, śliskimi od niewiadomo czego ścianami (jak dla mnie daleko jeszcze do kresu możliwości, miałem gorsze Wcety w hotelach). Stać nas tylko na hotele typu 'burdel'. Więc reklamki panienek do wynajęcia i darmowe prezerwatywy na stoliku pod telewizorem są standardem. W Chinach bierzemy tylko pokoje na godziny, bo są najtańsze, a każdy zaoszczędzony grosz w kieszeni zjada wąż marzeń o kolejnych podróżach. Tubylcy, bo chyba nie podróżnicy, plują dla zabawy na bielone ściany, a czasami dla pokazania swej jurności strzelają z fujary spermą. Leżąc w łóżku nie wiadomo na co skierować oczy... lepiej zamknąć. Za oknem, nawet w nocy pierdzą mopedy i samochody. Jeśli ktoś ma złudzenie, że w Chinach ludzie używają rowerów to niech przestanie wierzyć w bajki. Dziś widzieliśmy dwóch rowerzystów co podniosło o 100% średnią. Tak oto wygląda codzienność w podróży po dzikich krajach. Dlatego ja zamiast plecaka wolę własny środek lokomocji, bo mogę się oddalić na bezpieczną odległość od tego, co stworzyli ludzie dla ludzi. A wizyta w Parku Botanicznym tak mnie wyciszyła, ukoiła, złagodziła, przeniosła w inny wymiar natury. Uniesienie przyjemnością woni, a nie smrodu, śpiewu ptaków, a nie hałasu ulicy i nie wiedzieć czemu krzyczących na siebie Chińczyków, odosobnienia, a nie podpatrywania. Jesteśmy dla nich jak ginący gatunek panda. Krzyczą do nas 'hallo', a jak odpowiemy, to się cieszą jakby tygrys zamachał ogonem w ZOO, w odzewie na rzucony cukierek. Jakie to dziwne, że ONI mają inne potrzeby. Jeżdżą po Parku melexami na pełnym gazie, w jazgocie skrzeczącego głosu przewodniczki, opisującej przez rozkręcony do końca głośnik, atrakcje przyrody. Co zauważą w pędzie... co zdążą zapamiętać na SD-karcie aparatów z obiektywem jak lufa pancernika Potiomkin, albo za pośrednictwem tego mini obiektywu mazianego telefonu? Turystka w Chinach to duży przemysł, choć w miastach nie widać biur turystycznych. Autokary pełne miastowych turystów walizkowych mijają się jak taksówki. A jaki to rynek zbytu? Dziś chodząc po Jinghong, zauważyłem parę sklepów z rowerami górskimi i sprzętem 'koniecznym' do uprawiania turystki rowerowej. Wszystko na najwyższym poziomie, wyprodukowane w Chinach i wycenione na wyżej niż w Polsce. Chiny przeżywają boom sprzedaży wszelakich dóbr. Jak kiedyś u nas sklepy z meblami. Społeczeństwo musi się zaopatrzyć w podstawowy zestaw dóbr konsumpcyjnych, potem nastąpi drugi etap rozwoju handlu... Zaczną namawiać ludzi do tego, aby zmienili to co mają na nowsze... lepsze (znaczy gorsze). Dopiero za ileś tam lat dojdą do etapu negacji i zaczną poszukiwać osobistych ścieżek rozwoju. Może wrócą do pradawnej tradycji chińskiej. Ale zaraz... ja już to kiedyś obserwowałem! Przecież to jest ten sam proces, ale bardziej zaawansowany... w Rosji, albo mniej zaawansowany... w Indiach. Chociaż yogę do Indii już się importuje z Zachodu.
      Konsumpcję jeszcze lepiej wyostrzają neony lśniące w ciepły wieczór na promenadzie. Poszliśmy na przechadzkę w ten sobotni wieczór ulicznej fiesty. Przyjemnie schłodzony ciemnością klimat aż zapraszał na ulice. Parki ożyły muzyką i tańcami. Skąd ten imperatyw tańczenia publicznego w sobotni wieczór pośród Chińczyków? Jakby zakiszone komuną przez dziesięciolecia umysły potrzebowały ujścia w nieskrępowanej ekspresji. Ale sądzę, że to fałszywy wniosek. Prawdą natomiast jest, że tańczyć nie umieją. Podrygują w przerysowanych ruchach latynoskich tancerzy, trochę nie do rytmu, trochę bez wzajemnej koordynacji, ale nikt się tym nie przejmuje. Każdy robi jak umie i nie zwraca uwagi na sąsiadów. Inni się przyglądają, albo próbują w samotności, poza światłem parkowych latarni. W przeciwieństwie do Xinje, gdzie tańczono do muzyki tradycyjnej, w Jinghong, w różnych parkach, rozbrzmiewała muzyka raczej nowoczesna, ale chińska.
      Czasami, podobnie jak w Jianshui, ludzie po prostu przychodzą do parków z magnetofonem, albo minitelewizorkiem i puszczają głos na full, jakby chcieli pokazać że przyszli. Większość jednak zasiada do rozstawionych stołów, na przyniesionych mikrozydelkach wędkarskich, na których rżną w karty, czasami o dziwnym kształcie, z wielkimi, chińskimi znakami, czasami w szachy, albo madżong lub inne gry. W Jianshui, w bocznych uliczkach starego miasta, znaleźliśmy sporo domów hazardu. Niektóre to podłe meliny, ale inne wyglądały na miejsce spotkań bogaczy. Stoły obciągnięte zielonym suknem, wygodne fotele, muzyka, ludzie się nie przekrzykują, ale grają w skupieniu. Widziałem, pośród graczy wiele mundurów wojskowych i policyjnych.
      Do pląsów nie włączała się chińska złota młodzież. Mocno się wyróżniają na chodnikach. Dużo bardziej niż europejska młodzież. Do przesady starają się odrzucić tradycję, jakby ich uwierała cierniem w dupie. Idą przy tym w kierunku stylu złych gości z filmu 'Mad Max', zmieszanych z modą na pockemony. Nie sądzę, aby europejskim neo punkom udało się wymyślić coś bardziej pokręconego. Łączą się w mikro grupy społeczne, tak samo myślących o dawnych Chinach i nowym świecie.
      Jinghong jest stolicą regionu graniczącego z Birmą i Laosem, czyli potocznie zwanym chińskim 'złotym trójkątem'. O wielonarodowości tego regionu można by pisać wiele. Wyróżnia się tu kilka mniejszości jak: Dai - największą liczebnościowo grupę wyznającą inną odmianę buddyzmu i zepchniętą tutaj przez najazd Mongołów w XIII wieku; Jinuo oficjalnie odkrytą w 1979, liczącą tylko 18 tys. członków; Bulang żyjących w wysokich górach i uprawiających ryż na terasach; oraz spokrewnionych z Tybetańczykami i Birmańczykami - Hani. Wszyscy mają podobne tradycje wyróżniania się wielkimi tatuażami oraz malowaniem zębów kobiet czarną żywicą drzewa lakowego. Każda grupa zawsze szuka usilnie nawet najdurniejszej tradycji, która by mogła ją odróżnić od tła. W tym łączą się z nowoczesną, chińską młodzieżą, ale i dobrze obrazują wielonarodowość i ogromne zróżnicowanie chińskiego społeczeństwa. Oczywiście w miarę rozrostu konsumpcyjnego trendu, różnorodność zacznie zanikać, na rzecz unifikacji w jednym, nowoczesnym kierunku. Tak jak pisałem, może gdzieś tam w odległej przyszłości Chiny ponownie odkryją swoje tradycje, a może zaimportują je z Zachodu, jak Indie yogę. Należy jednak pamiętać o tym potężnym zróżnicowaniu kultur tworzących dzisiejsze Chiny, o różnych mentalnościach, zwyczajach, kulturze, językach. Z daleka bowiem 1.37 miliarda Chińczyków wygląda na szarą masę w mundurkach, jeżdżącą na rowerkach.
      Dzięki temu, że jedna z mniejszości żyjących w tym regionie, jest spokrewniona z plemionami chińskimi etnicznie spokrewnionymi z Tajami, to można w Jinghong odnaleźć sklepy z tajskim asortymentem. Co oznacza większe zróżnicowanie, wyższą jakość i wyższe ceny przy okazji. Niestety nie wpływa to w równej mierze na kulinarną modę chodnikową. Każde miasto ma swoje tradycje i nie chce ich zmieniać. W Jinghong na każdym rogu stoi przenośna kuchnia serwująca przed południem pyzy, pieczone, słodkie pataty, sałatki owocowe, tłuste zupy, a po południu już tylko grille z patyczkami odzianymi w odrzuty z odrzutów z rzeźni, kupry kurzęce, ścinki z nóżek kur, żołądki, jelita, tofu, parówki mielone ze wszystkiego tylko nie z mięsa. Czasami można zamówić podsmażany makaron z warzywami. Ja dzisiaj zjadłem mizerny posiłek ryżowy. Był dość niesmaczny, nie udało mi się zmusić do zjedzenia wszystkiego. Więc wieczorem poszukiwałem czegoś na ząb. Nauczony doświadczeniem z patyczkowcami laotańskimi i wietnamskimi, wiedziałem że polędwica ze szczura, czy schab z kocura, cięty w carppacio, smażony na ogniu i podawany jako sparciała guma na ostro nie zaspokoi moich potrzeb. Cudem udało się znaleźć sklep z tajskimi produktami i 'durian-pulpą', czyli mielonym durianem zapakowanym w plastykowy flak jak parówkę. A potem weszliśmy na nocny rynek warzywny, gdzie za całkiem normalne ceny udało się kupić produkty na sałatkę z surowych warzyw. Do tego zaserwowaliśmy sobie zieloną, mocną jak diabli ryżówkę. Ale nie była dobra.
      Następnego ranka pojechaliśmy do małej wioski Menghun, przy granicy z Birmą. Przewodnik Lonely Planet obiecywał silne wrażenia ze zwiedzania niedzielnego targowiska, a dziś niedziela. Autobus nie był drogi, podróżowaliśmy niecałe dwie godziny. Zanim jeszcze wyjechaliśmy z dworca, wparowała do busa Iveco pani z szeroką, czerwoną szarfą przewieszoną przez lewe ramie i przez przenośny głośnik oraz mikrofon zainstalowany na podbródku rozpoczęła tyradę. Oczywiście nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Ale już po chwili niewiasta zajęła się także przybyszami z obcych krajów. Pokazała nam manualnie, że powinniśmy zapiąć pasy, czyli można by wymalować znany z tankowców napis 'safety first'. Iwona mówi, że mają akcję 'bezpieczna niedziela'. Autobus przesunął się parę metrów, pani z czerwoną szarfą wyskoczyła, a wparował smutny pan z policyjną taksą w oku. Pooglądał nas sobie i wyszedł. Może sprawdzał, czy aby kierowca nie wziął więcej pasażerów niż miejsc w busie i czy bagaż jest odpowiednio umocowany. Coś, co nie byłoby do pomyślenia w sąsiedniej miejscowości, po drugiej stronie gór, w Jinghong jest standardem. Wystarczy wydać nowe rozporządzenie i ludność karnie zapina pasy i nie wsiada do autobusu kiedy nie ma miejsc, że o włażeniu na dach nawet nie wspominam. W innym mieście ludzi pakuje się jak sardynki, a czasami jeszcze na dach, a w Jinghong daje się kilkanaście busów na tą samą trasę i rozkazuje się sprzedawać tylko miejscówki. To mi przypomniało, jak ostrożnym trzeba być w ocenie całych Chin, kiedy buduje się ogólne wnioski na podstawie niewielkiego regionu Yunnanu, jaki zwiedzamy.
      Wyjeżdżając z miasta zauważyliśmy reklamę brokera budowlanego, sprzedającego mieszkania w nowych blokach, na przedmieściach. Głosiła iż można kupić mieszkania od 40 do 110m2, za 1382 zł/metr. Zastanawialiśmy się, czy Chińczycy mogą się samowolnie przeprowadzać z regionu do regionu, kiedyś to było zabronione. Ale nie widzieliśmy wiele posterunków policji, jakimi nas straszono przed przyjazdem tutaj. Może południowy Yunnan tego nie potrzebuje? Dwa razy zatrzymała nas tylko straż przygraniczna, w pierwszy dzień naszej podróży po Chinach, kiedy oddalaliśmy się od granicy z Wietnamem i dziś, kiedy wracaliśmy znad granicy z Birmą. Młodzi wojskowi tylko rzucili okiem na nasze paszporty nie do końca je wertując. Ten dziś odpowiedział - thank you, co wzbudziło wesołość jego koleżanki. Tutaj często bawi ludzi umiejętność konwersacji z obcokrajowcem po angielsku. Może tym bardziej wstydzą się z nami rozmawiać. Czasami nawet ignorują nas odwracając głowę, jakby w obawie, że nie sprostają pogawędce i stracą twarz.
      Nieoficjalnie o przejściu granicznym do Birmy mówi się, że jest głównym kanałem przerzutowym birmańskiej heroiny. Ale to samo mówiono nam o trasie Chiny - Kirgizja, przez Naryn. Zwiedzaliśmy ten region w 2007 i 2008, ale szlak przemytników nie zrobił na nas jakiegoś strasznego wrażenia. Bardziej przypominało to nowoczesny kolonializm w wydaniu chińskim. Budowano nowe drogi, po których śmigały ogromne, chińskie ciężarówki z całym tym badziewiem sprzedawanym potem na wiejskich odpustach. Rejon nie był niebezpieczny. Pamiętam, że widywaliśmy Kamazy wyładowane komputerami i telewizorami pod plandeką. Nikt ich nie rabował na nocnych postojach bez ochrony, nie konwojowali ich podgoleni macho w czarnych Mercedesach, jak to bywa w Rosji. A w Europie rozkradli by takie Kamazy w jeden wieczór na strzeżonym parkingu przy autostradzie we Francji.
      Kiedy tylko wyjechaliśmy z długiej doliny Mekongu, zaczęliśmy się wspinać w góry. Spodziewaliśmy się pięknych widoków po drodze do Menghun, ale uprawy swoistej temu regionowi herbaty puereh nie były nawet odrobinę tak urocze jak uprawy herbaty na Sri Lance. Yunnan słynie na Zachodzie z herbaty jaką eksportuje, ale tradycja jej picia jest tutaj nie do zauważenia. Czasami można dostać w restauracji coś rozwodnionego, przypominającego w smaku zieloną herbatę, ale zwykle Chińczycy, zgodnie z zaleceniami tradycyjnej medycyny, nie popijają posiłków. Na ulicach, chociażby tropikalnego Jinghong, pod cieniami palm, albo wieczorami w parkach, nie ma kawiarenek. Taka instytucja, która jest szeroko rozpowszechniona w Indochinach, tutaj prawie w ogóle nie istnieje. Jest mnóstwo restauracji, jadłodajni, barów, nawet takich ulicznych, ale usiąść przy herbacie czy kawie, z ciastkiem na talerzyku, nie ma gdzie.
      Ta dzisiejsza, mała podróż miała nas jeszcze dwukrotnie zaskoczyć. Zanim dojechaliśmy do Menghun, zjeżdżając z przełęczy, wpadliśmy pomiędzy namioty foliowe. To jakiś raj dla badylarzy. Folia ciągnęła się kilometrami, od jednego horyzontu do drugiego. Przecinały ją tylko wąskie ścieżki dla traktorów. Nie rozpoznaliśmy jednak roślin pod nią hodowanych. W Chinach mają rozmach. Albo kilometry folii, albo czarnej tkaniny rozpościeranej ponad ogrodami, czasami przysypywanej jeszcze gałęziami drzew, albo uprawy aloesu... jak już coś robić to od razu w maksymalnej skali. W Jianshui szukaliśmy rzeki, na której to miały stać zabytkowe mosty. A jakże... znaleźliśmy, ale po środku placu budowy. Potem szukaliśmy parku nad jeziorem, we wschodniej części starówki... też znaleźliśmy po środku placu budowy. Według plakatów jakie rozklejono na płotach otaczających te budowy, za kilka lat ma tu być jak w Las Vegas, fontanny strzelające pod chmury, neony które widać z kosmosu, blichtr i przepych jakie mają reprezentować wielkie Chiny. - Mają rozmach skurwysyny! - jak by powiedział Stefan Siara Siarzewski. Takie place budów są w każdym miasteczku. Jeśli tylko nie spieprzą projektu swoją wrodzoną potrzebą kiczu, to będzie tutaj jak w Europie i USA razem wziętych, a obok brud i zacofanie wsi. Nie inwestują w stare drogi, które są dziurawe i wąskie, ale budują nowoczesne autostrady, które bez lęku o brak funduszy pokonują najtrudniejsze odcinki górskie. Wielkie, chińskie, nowoczesne autokary mają hamulce chłodzone wodą i rozlatują się po roku użytkowania. Autostrady szybko nabywają kolein. Białe chodniki zaklejają gumy do żucia, plwociny i bród. Ilość sklepów z drogą odzieżą dla wybranych jest oszałamiająca. A społeczeństwo karnie przyjmuje nowe przepisy i widzi wizję przyszłości w działaniach młodej ekipy partii.
      Dziś, w powrotnym autobusie, oglądaliśmy TV show, coś w rodzaju nowoczesnej, chińskiej rewii. Nie bawiono się w zmianę dekoracji. Za sceną, dookoła niej i na spuszczanych ekranach przed nią, a nawet na podłodze ruchomej jakby ją zbudowali z klocków, pojawiały się obrazy jakie tylko chińskim scenografom wpadły do głowy. Nie wiem jak to zrobili, ale ekrany były wielkie jak dom i trudno było dostrzec gdzie się kończą, a gdzie zaczynają. Oczywiście przelukrowane, naćpane kolorami tęczy, stylistyką przypominające marzenia dziewczynek budujących domy dla lalek, takie obrazki pojawiały się za śpiewakami i prezenterami. Bardziej rozpraszały i przywodziły na myśl program pokazowy programistów komputerów, którzy chcą się popisać możliwościami swojego cacka. Ale były tak przesadzone, że przykuwały jednocześnie uwagę.
      O jakości prezentowanego materiału trudno się wypowiadać. Włączono telewizor w połowie programu, na scenie pojawił się magik w stylu Cooperfielda, który włożył cały kieliszek do butelki po winie, a potem czarował nas sztuczkami z kartami. Potem folk śpiewacy, ale na poziomie disco-polo, to nie to co powszechne występy mistrzów tabli i sitara, jakie można oglądać w Indiach. Tuż za nimi gagi słowne w wykonaniu stylizowanych mnichów, potem wielka orkiestra przygrywała śpiewakom chińskiej opery, ale chyba tym których z niej wyrzucono za brak talentu. Potem jeszcze piskliwe panienki i pokaz kozaczoka w wydaniu chińskich speców chyba od kung-fu. A pomiędzy tymi występami co chwilę nowi prezenterzy zabawiali nas grą słów i min. Pełen rozmach, wielkie koszty i przez godzinę nie było reklam, ani żadnych, widocznych logo sponsorów w tle. Wartość artystyczna żadna, ale co by powiedzieli Chińczycy o występach Kryszaka i nowoczesnych kabaretów biesiadnych, albo śpiewie Natalii Kukulskiej i prezenterskim dowcipie Wodeckiego?
      Drugie zaskoczenie, czekało na nas w Menghun. Jak się okazało, tutejszy rynek niedzielny do pięt nie dorasta rynkom górali, jakie widywaliśmy w okolicy Hekou (przejście graniczne do Wietnamu) i Xinje (terasy pól ryżowych). Może po prostu ten, kto opisywał dla przewodnika rejon Jinghong, nigdy podobnych rynków nie widział, a ten w Menghun wydał mu się zjawiskowy. Połaziliśmy więc trochę po wiosce, zjedliśmy obiad w taniej restauracyjce i wróciliśmy autobusem do Jinghong. Wyprawa nie była jednak całkiem stracona. Zawsze można spostrzec coś ciekawego i pouczającego.
      Jinghong to najładniejsze i najprzyjemniejsze miasto, jakie w tej podróży do tej pory, odwiedziliśmy. Jutro rano jedziemy autobusem do Kunming, ale nie chce się stąd wyjeżdżać. Nawet jeśli znudzą się spacery po wysadzanych palmami ulicach miasta, można pójść nad Mekong. Po obu stronach rzeki zbudowano kilometry ocienionych promenad. Przydały by się takie w Poznaniu, nad Wartą. Można też odwiedzić park i małe ZOO, albo Park Botaniczny. Samych atrakcji wokół Jinghong wystarczy na tydzień pobytu. W dżungli zbudowano domki zawieszone na potężnych drzewach, nad strumieniami, do których przychodzą dziki słonie. Można się nacieszyć w ciszy prawdziwym lasem tropikalnym i przy okazji podglądać słonie. Można też zażyć raftingu na Mekongu, albo pojechać do kolejnego ogrodu botanicznego w Menglun, albo odwiedzić wioski mniejszości narodowej Dai. My z tych luksusowych atrakcji nie skorzystaliśmy, bo są dość drogie. Ale dzisiejsza przechadzka po mieście była też ciekawa. Odwiedziliśmy nowe dzielnice mieszkaniowo-rozrywkowe, jakie buduje się na południe od centrum, na dzikich wybrzeżach Mekongu. Na razie jest tam cicho i surowo od lanego wszędzie betonu, ale widać rozmach i już powoli wdzierające się życie miasta. Tuż obok jest dzielnica turystyczna, w której można wypożyczyć rowery, znaleźć tanie hotele i restauracje z menu po angielsku. Taki Pahar Ganj w Jinghong.
      W parku Minzu Fengqing zaskoczył nas urodą swego ogona paw i rykiem lew z ZOO. Razem z nami, na ławce w cieniu, zasiadła rodzinka typowych, chińskich nuworyszy. Obwieszeni złotem jak cinkciarze, upasieni na dobrym wikcie jak badylarze, odstrzeleni jak stróż w Boże Ciało. Kiedy wychodziliśmy z parku, właśnie wsiadali do nowego Jaguara. Jak mają wyglądać najnowsze Jaguary, skoro kupcami są w większości tacy właśnie ludzie, a całą angielską motoryzację przejęły wielkie koncerny, torujące sobie łokciami drogę do maksymalnego zysku. Za dawnych, dobrych czasów Jagi produkowali i kupowali ludzie z klasą, pieniędzmi i dużo bardziej ekscentryczni.
      Na dziwaka wyglądał inny gość z parku. Kiedy my odpoczywaliśmy w cieniu, on wykonywał coś na kształt 'moon walk' Jacksona, ale w tył. Takie ćwiczenia mógł mu zalecić tylko wschodnioazjatycki Freud. Już się spotykaliśmy z podobnymi przypadkami. U nas, kiedy pacjent nie daje sobie rady ze stresem, podaje się pigułki i zaleca duuużo spokoju. W Azji zaleca się dziwaczne z pozoru ćwiczenia na łonie natury. Pamiętam szefa celników z przejścia Pakistan-Indie, który chodził w czasie pracy po biurze w kółko i machał rękami. Podwładny wyjaśnił nam, że to zalecenie lekarza. Pamiętam też ludzi uprawiający dziwny jogging w parku w irańskim Esfahanie. W Chinach społeczeństwo zwraca większą uwagę na ruch, pod każdą postacią. Na pewno nie używają tak często mopedów jak w Wietnamie, wolą używać nóg, chociaż zapomnieli już o rowerach. Parki wieczorami zapełniają się ludźmi, którzy ani myślą obsiadać ławek, jak gołębie. Wystarczy ktoś z trąbką zabraną dziecku i już wybija rytm do tańczenia pospołu. Nikt się nie umawia, a w kilka minut tworzy się mały tłumek tańczących, jakby wykonywali rozgrzewkę przed biegiem długodystansowym. Nie jest to uzewnętrznienie emocji w tańcu. Ludzie są pozbawieni mimiki twarzy, są raczej starsi, a więc nieco skostniali, poruszają się więc bardziej jak manekiny, ale się ruszają. Ci młodsi tańczą tradycyjne figury do muzyki nieco żwawszej, puszczanej z magnetofonu. Oczywiście na full. Zwykle jest też kącik konserwatystów, gdzie grajkowie piłują tradycyjne lutnie, by wydobyć z nich piękne dźwięki godne słuchania w filharmonii. Jest też trochę nieruchawych. Ci przyklejają do ucha tranzystorowe radyjka, albo siedzą na krawężnikach wpatrzeni w minitelewizorki na baterie. Oczywiście wszyscy nie uważali na lekcji wychowania technicznego i nawet nie spodziewają się, że ich tranzystorowe cacka są standardowo wyposażane w potencjometr do regulacji głośności. Wystarczy jedno położenie - FULL. Kakofonia współjazgocących telewizorków, radyjek, pobliskiego karaoke, dysco z magnetofonu dla tańczących i tradycyjnej orkiestry nikomu nie przeszkadza i nie utrudnia konwersacji, ani wymiany czułych słówek par zakochanych w najciemniejszym zakątku parku.
      Półmilionowe Jinghong zostało założone w 1180 roku i było stolicą północnego królestwa Tajów - Sipsongpanna. Przez wieki wiodło spokojny żywot, dopóki nie rozpoczął się czas ekspansji Chin w XV wieku. Chwilę później zostało zaatakowane również przez imperium birmańskie, ale cały czas utrzymywało autonomię dzięki płaceniu wasalskich danin. Tak jak i teraz, tak i wtedy ten region rozległej doliny Mekongu był bogaty. Jinghong jest spokojne jak miasteczka w Laosie. Ruch uliczny jest dość skromny i nie tak hałaśliwy, jak w miastach wietnamskich, a na pewno nie ma korków jak w Tajlandii. Od razu widać ledwie połowę tego zagęszczenia ludności co w Wietnamie. Każda ulica jest obsadzona wiekowymi palmami różnych gatunków, dają cień na bardzo szerokich i pustych chodnikach, aż przyjemnie się tu spaceruje. Jeśli ktoś chce przeskoczyć do innej rzeczywistości, może pójść na Jade Market, pokręcić się pomiędzy sklepami z biżuterią, prowadzonymi przez Birmańczyków. Odróżniają się od Chińczyków jak woda od ognia. Od razu rozpoznałem przydeptane sandały, jakie są krzykiem mody w Pakistanie, ale także długie brody Muzułmanów zabarwione henną na złoto. Zamiast spodni, sprzedawcy noszą sarongi, takie szmaty zawiązane jak ręcznik wokół pasa po kąpieli. Mężczyźni słodko trzymają się za rączki. Twarze ciemne i dziko wesołe, praca wre, ale tylko kiedy klient przyjdzie. Pomiędzy tymi rzadkimi chwilami, pełna laba, jak w Indiach, leżakowanie i pasienie brzucha. Chińczyk tak nie umie, przecież zawsze jest coś do zrobienia. Nie mam pojęcia skąd w Chinach wzięli się islamscy Birmańczycy, przecież Myanmar jest buddyjski.
      W youth hostelach spotkaliśmy chińską młodzież z wielkich miast. Podróżują i poznają swój zróżnicowany kraj. Jak się ma tak wielką ojczyznę, to nawet nie chce się wyjeżdżać za granicę. Podobnie jak Rosjanie, czy Amerykanie, mają na kilka lat co zwiedzać na wakacje. Młodzież urodziła się już po zmianach ustrojowych i po odejściu starej nomenklatury w jedynej, chińskiej partii. Są owocem przemian, nie do końca rozumieją postulaty odśrodkowe Ujgurów, czy Tybetańczyków. Starej historii nikt ich nie uczył, a nowe książki są już pisane według zaleceń partii, nie ma już nawet ludzi pamiętających stare czasy. Internet jest doskonale blokowany, Facebook, Wikipedia, nawet czasami Google po prostu nie działają, jeśli tylko chcesz znaleźć coś niezatwierdzonego przez partię. Na dodatek każde logowanie do internetu poprzedzone jest wpisaniem swoich danych osobistych, aby wiadomo było kogo szukać. Władza zatrudnia ponad trzysta tysięcy blogerów, którzy codziennie produkują notatki na chińskich odmianach Facebooka, blogach i w wiadomościach mailowych, notatki delikatnie snujące woń opłacanej propagandy. Ten nikły smród przemycany umiejętnie do nosów społeczeństwa dzień po dniu, w końcu staje się zwykłym zapachem tego miejsca, a partia oprócz blokowania informacji z zewnątrz, ma również zapewnioną indoktrynację wewnątrz państwa. Wyłączyć internetu nie mogą, bo jest im potrzebny do rozwoju handlu i w efekcie gospodarki. Ale to ta młodzież tworzy nowe, kapitalistyczne Chiny. Dla nich jest budowany prężny przemysł turystyczny. Przecież zanim chińscy turyści nie zachcieli przyjechać do Jinghong, nikt tu sobie nie zawracał głowy budowaniem specjalnej strefy turystycznej Myanmar-China, albo zapisywania drogowskazów w językach lokalnych mniejszości, czy w ogóle zauważania, że istnieją. Kiedy jeżdżę po Śląsku, czasami dziwią mnie znaki zapisane również po niemiecku, bo zapominam, że my też mamy mniejszości. A to turystyka je odnajduje i wyciąga na światło dzienne. Turystyka w Chinach opiera się właściwie prawie całkowicie na turystach rodzimych. Biali odwiedzają kilka ważnych, chińskich miejsc widzianych z kosmosu, ale rubieży kraju prawie w ogóle nie spostrzegają. My przez ostatnie cztery dni widzieliśmy jedynie trzech z Zachodu. A hotele są pełne folderów zachwalających atrakcje regionu Jinghong, również po angielsku.
      Z Chinami jest trochę jak z USA. Każdy ma wyrobione jakieś zdanie o tych krajach. O USA - bo ich kultura jest bardzo ekspansywna, o Chinach - bo szybko stają się potęgą gospodarczą i to dzięki konsumpcji Zachodu. Oba te kraje jednak w bliższym kontakcie zaskakują. Mimo, że każdy Polak wydaje się być przeświadczony o swojej wiedzy o Chinach, przypuszczam, że mimo wszystko byłby silnie zaskoczony, gdyby odwiedził ten kraj. Nas ciągle zaskakuje, mimo że jesteśmy doświadczonymi podróżnikami i na dodatek z głowami nabitymi wiedzą o starożytnej kulturze tego regionu.
      Dziś z samego rana wyjechaliśmy autobusem do Kunming, stolicy prowincji Yunnan. Całe ponad dziewięć godzin spędziliśmy jadąc po autostradzie. Po drodze oczywiście często się zatrzymywaliśmy, aby zabrać jakieś towary, a czasami ludzi. Dla umilenia podróży, kierowca puszczał nam amerykańskie filmy, wszystkie odcinki idiotycznych komedii z Leslie Nielsenem. Na koniec poleciało chińskie romansidło, skrojone według najlepszych, hoolywoodzkich wzorców. U nas to się nazywa komedia romantyczna. W tym przypadku akurat dorzucono wątek awansu społecznego, od hydraulika do melomana, oraz nieco siermiężnego dydaktyzmu, opisującego jakie to wspaniałe i słodkie życie można wieść w Shanghay'u. Dla mnie zaskoczeniem był język, jakim posługiwali się bohaterowie w tym filmie. Akcja jak najbardziej była adresowana do młodych widzów, więc musiała trafiać nie tylko obrazem, ale i słownictwem, a to okazało się mieszanką chińskiego i angielskiego. Coś podobnie jak w Indiach, dla lepszej artykulacji emocji, wtrącano angielskie wyrazy, które miały być nowoczesnym akcentem i skróceniem komunikacji.
      Powoli zbliżaliśmy się do Kunming, trzymilionowego miasta, położonego niedaleko rozległego jeziora, na płaskowyżu ponad 1900m n.p.m. Nowoczesne przedmieścia bloków i wielkich hipermarketów łączyły się z okolicznymi wioskami, które powoli wchłaniane i wyburzane stawały się nowym Kunmingiem. Zarówno stare, jak i nowe bloki nie były tak brzydkie jak nasza 'wielka płyta'. Miały jeszcze jeden element wspólny, kraty w oknach i na balkonach. Już pierwszego dnia wizyty w Chinach zauważyliśmy kraty w oknach prywatnych domów, czasami montowane nawet do dziesiątego piętra. Tutaj każdy moped, czy skuter ma potężny rygiel na koło. Drzwi do sklepików, albo zapyziałych warsztatów zamykane są na dwie i więcej sążnistych kłódek. W hotelach, mimo że nigdy nikt nas nie rejestrował z paszportu, co w policyjnym kraju jest cokolwiek dziwne, to zawsze chciano od nas 50Y (26zł) zastawu na poczet zniszczeń chyba, jakich moglibyśmy dokonać przez noc. Skąd taki brak zaufania do współbraci chińskiego proletariatu? Mao powiedziałby pewnie, że przyszedł razem z zarazą zgniłego kapitalizmu.
      Tak nowoczesnego i bogatego miasta jak Kunming, jeszcze w Chinach nie widzieliśmy. Autobus wypluł nas na dalekich przedmieściach, na ogromnym dworcu metra, autobusów dalekobieżnych, podmiejskich, miejskich, centrum handlowym i restauracyjnym. Kasjer przy bramkach metra nie łamał sobie języka angielskim, tylko zadzwonił po dwie tłumaczki. One wskazały nam drogę do autobusów miejskich. Już po chwili na nasze stanowisko podjechał zdezelowany grat, pamiętający jeszcze dobrą współpracę chińsko-radziecką, bo w ramie cicho warczał znany mi V8. Nowoczesnych autobusów było wiele, ale nam akurat trafił się ten stary, który jeździ już po Kunmingu pewnie ze trzydzieści, albo czterdzieści lat. Nie daje komfortu ani podróżnym, ani kierowcy, ale ciągle działa, mimo napraw młotkiem i drutem. Nowe autobusy mają parę lat i wyglądają gorzej, jednego nawet po drodze widzieliśmy jak stał na środku ulicy tworząc korek. Nasz kierowca zatrzymał się i z tamtym kierowcą ucięli sobie krótką pogawędkę, której sensu łatwo się domyślić.
      Ale zanim wsiedliśmy do naszego grata, zobaczyliśmy jak się walczy o miejsce siedzące w stylu miejskiego kung fu. Autobus miał jechać przeszło godzinę do stacji końcowej, czyli centrum Kunming. Więc tłuszcza rzuciła się całym pędem do ledwo co otwartych drzwi, włazili nawet przez okna, chociaż nie w tak zwinny i sprytny sposób jak Jackie Chan. Ta chińska, wolna amerykanka dopuszczała następujące chwyty: napieranie brzuchem na szczęśliwca przed nami i dupą na pechowca z tyłu, ciągnięcie za nogę konkurenta, zabranie jego torby i odrzucenie na pewną odległość, aby wyeliminować przeciwnika z gry, przydeptywanie nogawki, wciskanie łokcia pod żebra, wreszcie wdeptanie w stopnie autobusu starszej pani, po której plecach można szybko wsiąść i złapać wolne jeszcze, miejsce siedzące. Iwona filmowała, a ja się śmiałem z pełnym poczuciem wyższości w sercu. Nie ma to jak kiedy dziki pokazuje, że jest dziki. Kiedy pierwsza fala zajęła wszystkie fotele, reszta pasażerów spokojnie, kulturalnie weszła do środka i stanęła trzymając się poręczy.
      Pełen wachlarz ekspresji emocji jest standardem w krajach azjatyckich. Widywaliśmy już w Chinach nawet bójki na ulicy. Ale kiedy się bliżej przyjrzeliśmy, okazywało się, że chodzi tu o próbę wmuszenia pieniędzy. Wszczynający szarpaninę starał się niedopuścić do wzięcia prezentu w postaci gotówki. Nie było ciosów, ani warczenia na siebie, jak przed chwilą na dworcu autobusowym. Po prostu taka miła szarpanina. Jeden chce wsadzić w kieszeń drugiemu 100Y, a ten się broni. Innym razem, w autobusie, byliśmy świadkami podobnej szarpaniny, kiedy prawdopodobnie teść zapłacił za zięcia, a tenże usilnie próbował oddać mu banknot. Zdarzają się nawet sytuacje, kiedy Chińczyk przeprowadza przez ulicę babcinkę, albo tak jak dziś w tym samym autobusie miejskim, kiedy facet ustąpił miejsca, o które tak walczył, kobiecie z dzieckiem. Ale Chińczycy z pozoru to smutny naród, coś jak my Polacy. Jak już ktoś się uśmiecha na ulicy, to prędzej oznacza, że szydzi. Obsługa w autobusach, a także na kolei jest szorstka, opryskliwa i nadęta, ale bilet podają, tak jak tradycja nakazuje, dwoma dłońmi, z pozycji szacunku. Właśnie... może ciągle głęboko zakorzeniona wiara w tradycję, taki neokonfucjanizm, sprawia że Chińczyk potrafi ustąpić miejsca w autobusie i jednocześnie walczyć o nie jak hiena.
      Tymczasem przejeżdżaliśmy Kunming. Zaskoczył mnie poziomem bogactwa mieszkańców. Na ulicach nie można było zobaczyć zdezelowanych, starych gratów, za to spostrzegłem kilka Roys Rollsów i Bentleyów. Tak drogich bryk nawet w Nowosybirsku nie widywałem, a tamtejsi ludzie potrafią zadać szyku i kochają dobrze się prezentować. Ulice Kunming były nowe, szerokie i czyste. Gdybym nie wiedział, że to Chiny, to bez zająknięcia powiedział bym, że to jakieś państwo zachodniej Europy. Im bliżej centrum tym ulice stawały się węższe, bo starsze i przybywało typowej chińskiej tandety w postaci dziecinnych reklam, wieżowców mających być lepszą kopią tych z Zachodu oraz kolorowych neonów. Oczywiście kolorami, które są w Chinach modne od zawsze są czerwień i złoto. Innych się nie stosuje. Gdzie się podział ten małomiasteczkowy, zacieniony palmami, spokojny Jinghong? W Kunming hałas jest normą, a ruch falą. Czas płynie szybciej, ludzie nie tracą go dla zachowania pozorów. Przy takiej konkurencji trzeba przeć jak lokomotywa, prosto do celu. Jak się należało tego spodziewać, znalezienie taniego hotelu w tak bogatym mieście jest niemożliwe. A jeśli już coś tańszego się trafi, to nie ma miejsc. W końcu, po długim spacerze wokół dworca kolejowego, znaleźliśmy norę za 250% normalnej, naszej ceny. Nie chcieliśmy oddalać się od dworca, bo jutro rano jedziemy dalej, nie mamy już czasu na zwiedzanie Kunming.
      Została nam tylko noc w tym mieście. Jednak dla mnie czas ten wydłużył się kilkukrotnie. Wieczorem nie mieliśmy ochoty na łazikowanie po mieście, więc zjedliśmy chińską zupkę z torebki typu Vifon. Iwonie nic po niej nie było, ja spędziłem noc w gorączce na kiblu, kończąc rankiem z poważnym odwodnieniem organizmu. Wszystko zależy od potrzeby chwili i częstości użytkowania. Brudny sedes w naszej norce, w którym woda nie chciała się spłukiwać, a z kranu leciał tylko wrzątek, bo zimną ktoś ukradł, stały się dla mnie tej nocy najbliższymi meblami. Niestety dopiero nad ranem wpadłem na z pozoru oczywisty pomysł, aby zmusić się do wymiotowania. Zmuszać długo się nie musiałem, wystarczyło pochylić się nad sedesem, który wcześniej kilkukrotnie wykorzystywałem, aby wyrzucać z siebie brudy naturalną drogą, a spłukiwanie nie do końca działało. Żołądek szybko wypluł z siebie zupełnie niestrawione glony jakie zjadłem w zupie, a potem powoli zacząłem wracać do sił.
      Rano zaparłem się, że dojdę do dworca z plecakiem, bo taksówki są za drogie. Trochę się spociłem mimo chłodu, ale chwiejnym krokiem, z błyskami i cieniami które tylko ja dostrzegałem doszedłem. Dworzec był urządzony na zasadach lotniska. Aby wejść trzeba pokazać bilet i dokument ze zdjęciem (bilety są imienne). Potem w szpalerze ochroniarzy i policjantów przechodzi się przez kolejne kontrole i sprawdzanie bagażu. Dalej kazano nam pójść do poczekalni dla VIPów, bo mieliśmy bilet pierwszej klasy. Na peron wpuszczono nas dopiero piętnaście minut przed odjazdem. Najpierw jedna, stalowa bramka, potem prowadzenie chodnikiem pomiędzy szklanymi ścianami, za którymi kotłuje się tłum czekający na chwilę, aż ich puszczą do wagonów ostatniej klasy. Nic dziwnego, że tuż przed odjazdem pociągu są zmuszeni galopować po peronie z walizami, tobołami, dziećmi na plecach i staruszkami pod rękę. Są cztery klasy wagonów, podobnie jak w Indiach: siedzące (lepsza i gorsza) oraz sypialne z dwoma łóżkami piętrowymi, albo z trzema. Różnice w cenie pomiędzy dwoma ostatnimi są niewielkie, dlatego na 22.5 godzin jazdy kupiliśmy bilety na wagony z przedziałami, w których są cztery łóżka w dwóch poziomach. Wzięliśmy ten tańszy, czyli górny.
      Każdy wagon ma swojego konduktora, który wita w drzwiach pasażerów. Powitanie jest dalekie od tego, co serwują stewardessy w samolotach. Ja bym je określił na coś pomiędzy rozdrażnieniem, a nieżyczliwością. Przyglądałem się każdemu i każdej z sześciu konduktorek i konduktorów, jakich mijaliśmy, zanim dotarliśmy do naszego wagonu i każdy przypadek był podobny. Pociąg był bardzo długi, taki indyjski, pasażerski, coś ponad 25 wagonów. Nasza, pierwsza klasa była taka sobie. Z jednej strony czyste firanki w oknach, ale nie można ich odsunąć, bo ktoś je wkręcił na śruby. Sztuczny, wesoły kwiatek na stoliku, gazeta poranna, czajnik z gorącą wodą (zalewanie sobie zupek typu Vifon to tutejsza moda), kosz na śmieci, ale pościel jakaś niedoprana, kiedy ktoś wysiądzie i przyjdzie kolejny pasażer, to się jej nie zmienia. Niby jest klimatyzacja, ale jest duszno. Niby ubikacje czyste, ale mocno zniszczone, śmierdzące i ze złą ergonomią. Łóżka wygodne i wystarczająco długie, ale brak sensownego sposobu na wdrapanie się na drugie piętro. Zawieszenie wagonu bardzo komfortowe, ale konstrukcja jakby z dykty. Kiedy ktoś szybko idzie korytarzem, to ja na drugim poziomie łóżek czuję, jak ściany pracują. Kiedy pasażer za ścianą przewraca się na drugi bok, ta ja podskakuję i się budzę.
      Podróż pociągiem miała być ciekawa, odnosiliśmy to do naszych podróży w Indiach. Kiedyś liczyłem, że w pociągach indyjskich spędziłem w sumie ponad 300 godzin. Ale w Chinach duże dworce są sterylne jak ulice Czernobyla, nie ma kramów z jedzeniem, nie ma ludzi, nie ma co oglądać, prócz lśniącej, śliskiej terakoty. Na dodatek konduktorka, zachowująca się jak setnik wojsk mongolskich, surowo zabrania wychodzenia z pociągu, stanowczym - NO! Ja i tak zwlekłem się z łóżka tylko dwa razy, aby odwiedzić kibel, ale Iwona chciała pozwiedzać... i się nie dało. Widok za oknem taki sobie. Większość to góry, tuneli więcej niż mostów. Próbowałem liczyć minuty jakie spędzaliśmy w tych najdłuższych tunelach, wychodziło że miały ponad 20 kilometrów. Było ich kilkadziesiąt. Kiedy wyjechaliśmy z gór, osiągnęliśmy pułap rolniczych Chin. Wsie jedna podobna do drugiej i pola pocięte na małe zagony uprawiane ręcznie. Taki krajobraz szybko nudził.
      Pociąg nadrabiał bardzo dużo drogi, aby dowieźć nas do Guilin. Nie ma bezpośredniej linii. Poza tym zatrzymywał się na każdej stacji po kilkanaście minut. Bo procedura przeganiania bydła przez bramki musi trwać. Najpierw wypuszczają tych, którzy chcą wyjść. Potem wpuszczają wyższe klasy. Następnie wpuszczają biedotę i dopiero odjazd. Mamy wykupiony bilet na następny pociąg, ale sprzedano nam do Shenzhen, a my chcemy wysiąść dwie godziny wcześniej, w Kantonie. Jestem ciekaw czy te najlepsze służbistki świata - chińskie urzędniczki, wypuszczą nas wcześniej, skoro na rozpisce mają imiennie nas wyszczególnionych i nie mogą nas wypuścić wcześniej jak w Shenzhen. Chyba będzie kolejna awantura.
      Tuż przed północą byłem bliski zejścia ze swej górnej grzędy, by zamordować tą krowę, która bezustannie puszczała przez głośniki chińskich wyjców pospolitych. Z początku ucieszyłem się, że muzyka jest mocno ściszona. Ale po tylu godzinach sączenia się tych kropel do moich uszu, czułem się jak na chińskich torturach. Skośnookie Celine Dion bezustannie konkurowały w dyscyplinie, która dłużej pociągnie na bezdechu. Nie dało się przestać o tym myśleć. Oczywiście, podobnie jak w Rosji, tak samo w imperium chińskim, zachodniej muzyki się nie puszcza, jedynie wierne, dopracowane od strony szmirowatości kopie. Pani konduktora wyczuła jednak co się święci i wyłączyła muzykę, życząc nam jednocześnie przez głośnik dobrych snów. Nie zapomniała jednak włączyć jej na powrót o szóstej rano.
      W Guilin, tuż po wyjściu z dworca, poszliśmy szukać chińskiego PKSu. Zgrabnie ominęliśmy busikowców Suzuki, którzy pakowali klientów jak sardynki i na dworcu autobusowym kupiliśmy bilety do Yangshuo. Półtorej godziny jazdy, za kwotę większą niż płacę w Polsce za pociąg podmiejski na większym dystansie. No ale wielki autokar miał tylko siedmiu pasażerów i po drodze ani myślał dobierać więcej. Gdzie tu sens kapitalistyczny?
      Yangshuo to chińskie Międzyzdroje. To jest takie miejsce, w którym hotelarz po wpisaniu cię na listę gości, pyta co jutro będziesz robił, podsuwając ci ulotki reklamujące wszelkie atrakcje w okolicy. Jak odpowiesz, że nie wiesz, albo że nie stać cię na wycieczki za ponad 100zł, to będzie zdziwiony i z trudem powstrzyma się od pytania - po jasnego gwinta żeś tu przyjechał, baranie? Tutaj nie przyjeżdża się po to, aby poznawać Chiny, ale po to aby się wywczasować na wakacjach. No ale my, szukając czegoś na deser przed końcem podróży po tym kraju, wybraliśmy coś, co jest ładne. W rzeczywistości krajobraz wokół Guilin i Yangshuo przypomina jako żywo środkowy Laos. Z tym, że tutaj jest o wiele więcej ludzi. No bo gęstość zaludnienia prowincji Kuangsi jest o 99% większa od gęstości w Yunnanie i aż o 841% większa od tej w środkowym Laosie. Oprócz... jak to fachowcy mówią... krasowych ostańców, albo z angielska 'lime stone', co kojarzy mi się z kamienną cytryną wsadzoną na sztorc w równinne pola uprawne, nie ma tu innych gór. Króluje więc rolnictwo, co pozwala na rozwój liczby ludzi. Gdyby nie te malownicze krasowe wzgórza jak z bajki, pewnie ten rejon nigdy by nie zainteresował przemysłu turystycznego i samego Georga Lucasa, który kręcił w tych stronach ujęcia do III Gwiezdnych wojen (epizod z ojczystej planety Yody). Na pierwszy rzut oka Yangshuo jest małym, brudnym, hałaśliwym miasteczkiem, w którym turysta musi się zatrzymać, aby zobaczyć niecodzienny krajobraz tych stron. Mimo, że w tej prowincji należałoby bardziej dbać o czystość spalin i hałas, tutaj elektryczne skutery są rzadkością, podobnie riksze i małe bagażówki, które to pojazdy w prowincji Yunnan stanowiły ponad połowę. Osią organizowanych wycieczek jest rzeka Li, po której pływają wycieczkowce i wzdłuż której nagromadzono najwięcej atrakcji do odwiedzenia. Miasteczko jest szeroko opisane w internecie, więc wymieniać tych rodzynków z nazwy nie ma po co. My mamy do dyspozycji jedynie półtora dnia, więc skupimy się na wypożyczeniu rowerów za 10zł sztuka i objechaniu nimi najbliższej okolicy.
      Wieczorem oczywiście wybraliśmy się na spacer po miasteczku. Kilka centralnych uliczek tętniło kolorem, światłem i muzyką. Zamieniono je w deptaki i ludzie wypełnili je szczelnie po brzegi. Partery domów zajęły witryny butików i sklepów ze sprzętem turystycznym. Ale więcej tego towaru produkowanego w Chinach na zlecenie wielkich koncernów można kupić w krajach ościennych. Niektóre alejki wyspecjalizowały się w działalności restauracyjnej. Lokale wyległy stolikami na chodnik i wypuściły swoich agentów jeszcze dalej, aby werbowali klientów przechadzających się leniwym krokiem, jakby podziwiali w galerii dopiero co odkryte obrazy Chełmońskiego, a nie szukali okazji na napełnienie brzucha. Sąsiadujące ze sobą knajpy niby ze sobą nie konkurowały, ale ich sfory szczekliwych ogarów wypuszczonych w las, aby wyczuły zwierzynę, potrafiły zapuszczać się daleko na pole przeciwnika. Nieco dalej, zaczęła się strefa obwoźnego grila. Patyczkowcy nadziewali na dwudziestocentymetrowe kijki to, co im zostało z kurczaka po oddaniu mięsa do restauracji i wędzili do upadłego, aż zapach przypraw przeistaczał się w dym spalenizny, a mięso w czarną gumę. Amatorów patyczaków było niewielu i nawet mimo wyraźnej zachęty słownej, niewielu uległo ścinkom z kury, albo nadzianym na kijek parówkom z psa, czy ulepkom z tofu.
      Dalej, główna alejka prowadziła nad rzekę Li. Zanim jednak zobaczyliśmy dokąd zmierzamy, opadli nas przedstawiciele handlowi bambusowych łódek spacerowych. Jak dzidy wymierzone w przeciwnika, chcąc ubić... ale dobry interes, atakowali wyciągniętymi w naszym kierunku zdjęciami, pokazującymi czym i jak popłyniemy oraz co zobaczymy po drodze. Musimy się tylko skusić na jedyną w swoim rodzaju wieczorną ofertę. Tu walka odbywała się bez pardonu. Reprezentanci łódkowców przekrzykiwali się, zagłuszając jednocześnie, a odmowę traktowali - bez utraty handlowego rezonu i tak trochę zapobiegawczo - jako chęć do targowania, więc bez zbędnych ceregieli spuszczali cenę od razu o 30%. Aby dotrzeć nad rzekę trzeba ostro walczyć. Chińczyk to nie Wietnamiec, takiego łatwo nonszalancką odmową nie zbędziesz. Czepi się jak rzep z łąki, z silną premedytacją bezmyślnego instynktu wykonania zadania, nawet depcąc po trupach konwenansów. Jedno spojrzenie w oczy Chińczyka będącego w amoku handlowym, a każdy się przekona o bezsensowności tłumaczeń, dyskusji, nawet agresji. Bo cóż można wskórać prosząc, perswadując, albo krzycząc na kamień. On nie zrozumie, bo tłumaczenia są poza jego światopoglądem, prośby go nie wzruszą, a widząc nasze nerwy, przekrzywi tylko głowę jak Azor daremnie próbujący zidentyfikować odgłos dudniącej w łazience pralki w fazie wirowania. Czym oczywiście, w zależności od naszego temperamentu, albo nas rozbawi i rozładuje emocje, albo wkurwi jeszcze bardziej. To ostatnie rozwiązanie jest wysoce prawdopodobne, gdy Afroamerykanin o postawie Goliata i z dewizą Luthera Kinga w sercu, spotkałby się z paniami wieśniaczkami, plotącymi żółte wianki na głowy turystów spływających bambusowymi łodziami po rzece Yulong. Bezpretensjonalne i prostolinijne jak spadający kamień, potrafią już w biegu wołać do turysty - HALO BAMBU?
      Więc kiedy dotarliśmy wreszcie do rzeki Li, czułem się trochę jak chińska gęś domowa skubana żywcem. Skręciliśmy więc w jak najnędzniej i najciemniej wyglądający odcinek nieciekawej promenady nadrzecznej i czym prędzej umknęliśmy ze strefy zagrożenia. Yangshuo to nie Hoi An z Wietnamu. To jest inna bajka. Oferuje więcej atrakcji wokół, ale miasteczko jest mniejsze, nędzniejsze i dużo mniej przyjazne dla zachodniego turysty walizkowego. Następnego dnia po 33-kilometrowej przejażdżce chińskimi rowerami wokół Yangshuo zrozumiałem, że i otoczenie tego kurortu nie jest aż tak słodkie, jak można by się tego spodziewać. Nagromadzenie infrastruktury turystycznej, zagospodarowanych terenów rolniczych, zabudowań wiosek, dróg zapełnionych ciężarówkami, autokarami z turystami, mopedami i pierdzącymi czarnymi spalinami, jednocylindrowymi, wrzaskliwymi traktorami, sprawia że podróż na rowerze, nawet po bocznych dróżkach nie jest ani bezpieczna, ani przyjemna. Niecodzienny pejzaż skał wapiennych jest uroczy, ale jego oglądanie ma swoją cenę. Również finansową, jeśli chce się odwiedzić wszystkie atrakcje typu jaskinie, kamienne łuki, tereny zamknięte z powodu wyjątkowej wartości turystycznej, itp. W porównaniu do wyspy Cat Ba w Wietnamie, otoczenie Yangshuo przegrywa o dwie długości. Przynajmniej w naszym, subiektywnym rankingu.
      Oglądając ten cały turystyczny cyrk, jaki tu zbudowano na potrzeby letników z wielkich, chińskich miast, doszedłem do wniosku, że zdjęcia z jaskini Smoka najlepiej oddają miąższ stylu w jakim to stworzono. Stalaktyty, nacieki i ściany tej groty podświetlono w kolorach tęczy, jakby miała być salą dyskotekową dla małolatów w stylu Hallo Kitty, zatracając cały, naturalny czar podziemnego świata, ale dając w zamian silne wrażenia, po jakie przecież tutaj ludzie przyjeżdżają. Przyszła mi także do głowy inna konkluzja. Nie chciałbym dożyć czasów, kiedy gust nowo-chiński stanie się wzorem do naśladowania na całym świecie, tak jak jest teraz z ekspansywną kulturą amerykańską. Może podobnie czuli się angielscy lordowie, kiedy na początku XX wieku ich wyspę odwiedzali pierwsi szybko wzbogaceni, wyluzowani jankesi.
      Z nastaniem nowego dnia i od razu kolejnej soboty naszej podróży, wyjechaliśmy około południa, w deszcz, w drogę powrotną do Guilin. Musieliśmy dojść półtora kilometra do dworca autobusowego w Yangshuo. Odczekaliśmy, aż deszcz nieco zelżeje i ruszyliśmy slalomem omijając kałuże. Nie było bardzo zimno, ale mimo to odczuwało się jakby koniec lata. Chociaż to przecież dopiero początek sezonu.
      W Guilin kałuże już prawie wyschły. Zostawiliśmy więc bagaż w przechowalni na dworcu kolejowym i poszliśmy na długi obchód miasta. Jeszcze kilkanaście lat temu było szare, jak tylko nijakie mogły być komunistyczne Chiny. W latach '90-tych partia zdecydowała jednak o wejściu kraju na nową drogę rozwoju. Decyzja była trafna i już po dziesięciu latach narodziła się nowa gałąź biznesu w Chinach - turystyka. Guilin skądś wzięło fundusze, może z kredytów i całkowicie przebudowano centrum. Liczne kanały i jeziorka obudowano parkami i terenami rekreacyjnymi. Główne ulice wybuchły nowoczesnymi sklepami i hotelami na wysoki połysk. Inwestycja opłaciła się. Miasto przyciąga turystów z innych rejonów Chin i czerpie z tego zyski. Kilka razy odbiliśmy się od bram parków, które otaczały wzgórza krasowe wchłonięte przez Guilin oraz jeziora. Wejście było płatne i to nie tanie. Można było podziwiać panoramę miasta ze szczytów lime stone, a także wijącą się przez jego centrum rzekę Li, po której kursowały stateczki wycieczkowe i małe łódki bambusowe. Aby wymusić zapłacenie za bilet wstępu do parku wokół Elephant Hill, posadzono wzdłuż ulicy biegnącej przy rzece wysokie drzewa i krzaki. Skutecznie zasłoniły kamienny łuk i odgrodzoną zasiekami promenadę. Nie zdają sobie sprawy mieszkańcy francuskiego Etretat, ile tracą pieniędzy udostępniając swój kamienny łuk na wybrzeżu Atlantyku za darmochę. Chińczycy to urodzeni biznesmeni, a Chińczycy którzy wyskoczyli dopiero co zza żelaznej kurtyny, są jeszcze dodatkowo chorzy z pożądania pieniądza. Ci starsi czują presję czasu, jaki stracili wraz z młodością w szarej codzienności komuny i jaki im jeszcze pozostał, aby dorobić się pierwszego bogactwa. Ci młodsi widzą jak piękny może być świat, kiedy cię na niego stać. Chiny wyraźnie przeżywają okres rozkwitu przyziemnej natury społeczeństwa. Jest jeszcze tyle pól do zaorania, tyle możliwości do wykorzystania. Zaspać, odpoczywać! To znaczy zostać w tyle i stracić szansę na łatwy start. Potem już nie będzie tak łatwo. Wystarczy przypomnieć sobie Polskę w latach '90-tych.
      Trochę zziębnięci i zmęczeni łazikowaniem przez pięć godzin po parkach, promenadach i ulicach miasta, wróciliśmy na dworzec, do poczekalni, na niewygodne foteliki. Przeszliśmy ponad piętnaście kilometrów, a udało się nam znaleźć tylko jedno miejsce, które nas zainteresowało nieco bardziej. Na północnym przedmurzu centrum można podziwiać śluzę na zachodnim kanale dochodzącym do Li. Ogromne, stalowe wrota stoją niewykorzystane. Za to stateczki wycieczkowe wpływają na coś w rodzaju otwartej windy z basenem wodnym. Winda podnosi basen i statek wpływa piętro wyżej, jakieś cztery metry różnicy poziomu. Co ciekawe basenik był szczelny. Kiedy statek wpływał, podnosiła się za nim brama i zamykała go wraz z wodą w windzie. Jak to działa mimo zaszlamienia rzeki... nie wiem.
      Przed wejściem do dworca oczywiście nas zrewidowano i przeskanowano. Dyżurni robili to od niechcenia, bagaż przejeżdżał przez skaner z dużą prędkością, nikt by nie zdążył zauważyć ukrytej w nim broni. Pewnie tak przemycono noże na teren dworca w Kunming. Wiadomości na Zachodzie podały, że dziś z rąk ujgurskich ekstremistów, z muzułmańskiego pogranicza chińsko-afgańśkiego, zginęło na dworcu w Kunming 33 osoby i 230 zostało rannych. Banda nożowników cięła na oślep, aby zademonstrować swoje istnienie i prawa do wolności od okupanta. Byliśmy na tym dworcu ledwie parę dni temu. Media chińskie oczywiście mocno wyciszyły temat.
      Tę noc spędziliśmy w pociągu. Kupiliśmy już wcześniej bilety na wagony klasy sleeper, ale w tej najtańszej wersji, gdzie nie ma przedziałów, a łóżka mają trzy poziomy. Wzięliśmy najtańszy, czyli górny. Komfort i tak był o niebo większy niż w podobnych pociągach w Indiach. Ale z rana staliśmy trzy godziny w polu, czyli jak w Indiach, kiedy w zimie wraca się do New Delhi, a tam mgły jak mleko. Indyjczycy pewnie się cieszą, bo dumą napawa ich każdy atrybut jaki może mieć znamiona angielskości. Są po prostu anglo-fobami. Ale turysta, pasażer pociągu, klnie pogodę, która nie pozwala jechać, bo mgła zasłania świat nieco bardziej odległy niż metr od oka maszynisty. My, w Chinach, staliśmy i nie wiedzieliśmy dlaczego. Jedyny współpasażer, skłonny do wymiany pojedynczych słów w języku angielskim, załamywał ręce i kręcił głową, na znak że nie potrafi znaleźć odpowiednich słów, aby opisać nam przyczynę stania w polu. Chińczycy wyraźnie boją się używać rąk do gestykulacji i pomocy w rozmowie. Wiem, że to niezgodne ze starożytnymi manierami, ale przecież nam mogło by to pomóc. Palce mają zręczne. Nie dalej jak wczoraj, jeden w restauracji, uczył nas jak trzymać po chińsku pałeczki do jedzenia. Bo my trzymamy chyba po polsku, ale jakoś nam idzie i to coraz lepiej. Chińczycy się z nas śmieją, a ten okazał się na tyle odważny, że poświęcił nawet pięć minut, aby mozolnie nam pokazywać jak trzymać pałeczki. Może nasz sposób trzymania to wiocha, tak jak u nas trzymanie łyżki całą garścią? Ale jak się już raz człowiek czegoś nauczy, to trudniej mu potem się oduczyć i jeszcze raz nauczyć, czegoś w niewielkim tylko stopniu innego. Iwona mówi, że Chińczycy mają uaktywnione inne obszary mózgu, skoro używają na co dzień palców w inny sposób niż my.
      Tak czy siak, po ponad trzech godzinach postoju w polu, tuż obok innego pociągu z ludźmi pozamykanymi jak sardynki w stalowej puszce, nasz pociąg ruszył, a ich został. Półtorej godziny później dotarliśmy do Kantonu. Wyjście na peron ocuciło nas jakbyśmy rzeczywiście wbrew woli zostali zapuszkowani do wagonów. Nie można otwierać okien ani drzwi. Nie można wyjść. Dźwięki z zewnątrz są wygłuszone, a wewnątrz puszczają dość irytującą muzykę i głośno dyskutują po chińsku. Wyjście na peron w Kantonie, zachłyśnięcie się smogiem wielkiego miasta, było jak wskoczenie do chłodnej wody Adriatyku, kiedy słońce smażyło mnie w kombinezonie motocyklowym cały dzień. Gdyby Indyjczyków tak pozamykano w wagonach i postawiono na trzy godziny w polu, to była by rzeź. Ich wewnętrzny, nieokiełznany, dziki, niepokój musiałby eksplodować. To by było tak jakby doszło do samozapłonu wewnątrz skrzynki pełnej granatów ręcznych. Chińczyki nic sobie z postoju nie robili. Zauważyłem tylko jednego młodziana, który coś tam prychał pod nosem na wiadomości o przedłużaniu się postoju, jakie serwowała nam konduktorka przez głośniki. Wyglądali jakby postój był planowy i nikomu, i nigdzie się nie spieszy. Co ciekawe agresywne sztuki walki wymyślili Chińczycy, a siedzenie bez ruchu w pieczarach Himalajów przez całe dziesięciolecia wynaleźli Indyjczycy.
      Po chwili na peronie w Kantonie zachwyt mija. Zacząłem zauważać brud, smród i ogromny ścisk. Chiny mają jakiś problem z przestrzenią publiczną. Niby jest tu dużo mniejsze zagęszczenie ludności niż w Indiach, ale tam ścisk zdarza się rzadko i szybko mija. W Chinach, wyjście z dworca to problem. Nie ma odpowiednio szerokich przejść podziemnych. Jest za to pod dostatkiem przeszkód spowalniających tłum i czopujących go. Największa to przepis nakazujący odbieranie zużytych biletów podróżnym. Totalny anachronizm wywołuje zator wzmagający agresję, nawet u stoicko usposobionych Chińczyków. Ich karność pęka i próbują bokiem, górą, na siłę. Dyżurni ruchu nie nadążają odbierać zadrukowanych karteczek papieru, więc wpadają we wściekłość i krzyczą, popychają, ciągną, zasłaniają się stalowymi rurami krat. Ale walczą do końca, jakby od ilości zebranych, nikomu już niepotrzebnych biletów, zależała ich posada. Iwona nie walczyła, a biletu nikt jej nie odebrał. Ja oddałem z własnej woli i już po chwili nurt ciżby uniósł mnie jak prąd rzeki. Kilkanaście metrów dalej, woda zwolniła rozlewając się szeroko na biały plac przed dworcem. Nagle wszystkim przestało się spieszyć, przystawali i wypatrywali oczekujących ich bliskich, albo drogi w nieznanym mieście, tak jak my.
      Nie pamiętam kiedy ostatnio przebywałem w tak wielkim i gęstym tłumie ludzi. Wróciliśmy jeszcze tego samego dnia na dworzec w Kantonie. Chcieliśmy odszukać wejście do metra. Jutro musimy nim dotrzeć na lotnisko. Odnaleźliśmy je w podziemiach tego ogromnego, wybrukowanego na biało placu przed dworcem. Okazało się jednak, że niedzielne popołudnie to chyba szczyt ruchliwości tej części miasta. Podziemie było po prostu pełne. Kiedy patrzę na duże mrowisko, którego powierzchnia rusza się jakby była żywa, to wyobrażam sobie, że wnętrze tego mrowiska też jest zrobione z mrówek. Tak właśnie można sobie wyobrazić podziemie i dojście do metra pod dworcem kolejowym w Kantonie. Dziś nie było bardzo ciepło, ale i tak w podziemiu buchało gorącem i smrodem jaki tysiące ruszających się jak mrówki w mrowisku ludzi, wytwarzało w ogromnych ilościach. Zawróciliśmy nim czarny, ludzki nurt wciągnął nas w ten pulsujący ruchem i wrzaskiem tygiel. Może jutro rano będzie inaczej... jak w Indiach?
      Takie tłumy przemieszczają się niby zorganizowanie, niby w konkretnym celu, ale zarówno w szczególe, na chodniku, jak i z pozoru, patrząc z kładki ponad dwupasmową jezdnią, wydają się poruszać chaotycznie. Idąc chodnikiem bezustannie trzeba zmieniać kurs i tempo, omijać i szturchać, skręcać i zawracać. Nie można odnaleźć w tym płynności. Mnie nadmiar ludzi szybko irytuje. Dlatego już w kilkanaście minut łazikowania po mieście w poszukiwaniu hotelu byłem zupełnie w złym humorze. Kiedy wreszcie znaleźliśmy cudem jakiś nieco tańszy hotel, zaszyłem się w pokoju i nie chciało mi się z niego wychodzić. Jednak trzeba było stawić czoła miastu, natrętnej rzeczywistości i własnym fobiom. Ku mojemu zaskoczeniu wystarczyło nieco odejść od dworca, aby odszukać dwa parki wokół jezior, z postkolonialną zabudową łatwo mogącą przenieść wyobraźnię do dawnej Anglii. Odkryliśmy także zagłębie rosyjskich biznesmenów przyjeżdżających do Kontonu rozwijać bliskosąsiedzkie stosunki handlowe.
      To ostatni dzień naszej podróży. Przyszła pora na podsumowania. Pomyślałem, że kiedy jesteśmy w sytuacji, w której coś nam nie pasuje, ale nie wiemy do końca co to takiego, to wtedy zwykle szukamy dziury w całym. Całkiem nieoczekiwanie zgodziliśmy się z Iwoną co do kwestii powrotu do Chin. Brzmiała ona - no... pewnie tak... ale kiedy... to nie wiadomo. Mógłbym opowiadać i mnożyć powody, dla których Chiny nie stały się jednym z moich ulubionych miejsc na świecie, ale tak naprawdę to nie mam pojęcia dlaczego tak się stało. Są kraje droższe od Chin i bardziej hermetyczne, które uwielbiam. Są także bardziej zaludnione, bardziej hałaśliwe, brudniejsze i bardziej nijakie, ale i tak je lubię. Więc co jest nie tak z Chinami?! A co było nie tak z Wietnamem? Wiem, że do Wietnamu na pewno nie wrócę, bo była by to dla mnie strata czasu i pieniędzy. Chinom pozostawiam furtkę wejścia w postaci pięknej przyrody gór i stepów, których nie poznałem tym razem, a które powodują głód podróży, kiedy patrzę na ich zdjęcia. W całych Indochinach Tajlandia wydaje mi się najprzyjaźniejszym krajem do podróżowania, ale to podróżowanie po Laosie jest najbardziej odkrywcze, przygodowe i nieoczekiwane. Kambodży nie poznałem zbyt dokładnie, aby ją bardziej polubić, pewnie tam jeszcze wrócę, za to Wietnam nie stał się dla mnie celem przyszłych wycieczek. Przyszły etap podróży dookoła świata ma objąć swym zasięgiem Indonezję i Malezję. To już za równikiem.
      Ta podróż nie będzie wzorem organizacji dla następnych, przegapiliśmy zbyt wiele kwestii w przygotowaniach merytorycznych. Zbyt pośpiesznie się do niej przygotowywaliśmy. Może sądziliśmy, że wystarczy wyjść za próg, a droga nas poniesie. Ale jechaliśmy w konkretny rejon świata, mając konkretne plany dotarcia do Chin. Nie mogliśmy więc tak beztrosko ulegać drodze, a ona nie mogła nas nieść. Płyną z tego nauki na przyszłość. Należy pamiętać, że im mniej pieniędzy i czasu tym większą uważność należy przywiązywać do kwestii dobrego przygotowania, bo te z góry założone ograniczenia będą od nas wymagały poświęcania niektórych celów dla innych, wycieczki po płatnej jaskini dla wycieczki po górach, albo pobytu w drogim mieście na rzecz dłuższego siedzenia we wiosce pośród przyrody. Wielokrotnie też zastanawialiśmy się, czy formuła podróży dookoła świata w etapach i konieczności z tym związanej, poznawania krajów, których nie mamy ochoty odwiedzać, jest dla nas dalej nośna i sensowna. Idąc za emocjami, powiedziałbym - NIE. Ale idąc za rozumem, decyduję dalej poznawać kraje, których jeszcze nie znam, a o których chciałbym wyrobić sobie własne, subiektywne zdanie. Pamiętam opisy Wietnamu i Chin, jakich się nasłuchaliśmy od naszych znajomych. Nie odnalazłem ani ich wspomnień, ani moich emocji jakie te opowieści wzbudzały. To co poznałem było zupełnie inne od tego czego się spodziewałem, a mając już teraz własne zdanie czuję się pełniejszy wiedzy o świecie. Zawsze sobie powtarzam, że nie podróżuję dla przyjemnego spędzania czasu, ale dla poznawania świata. Czasami mi się on podoba, czasami się w nim zakochuję, ale częściej odkrywam, że nie jest on taki, jakim chciałbym go widzieć. I tutaj jest pora aby wrócić do sedna podróży, do drogi, nie wiodącej do żadnego, konkretnego celu, ale po prostu niosącej moje nogi dalej w przód.



mariusz reweda

zdjęcia: Iwona Kozłowiec, Mariusz Reweda

pierwszy etap podróży dookola świata
drugi etap podróży dookola świata
trzeci etap podróży dookola świata
piąty etap podróży dookola świata
szósty etap podróży dookola świata

Zobacz inne nasze podróże po Azji: 2003, 2005, 2007, 2008, 2010, 2010, 2011, 2013, 2013, 2014, 2014, 2014, 2016, 2016, 2017.
























































































































wiadmości z trasy pisane przez Iwonę:
Witajcie, nasze zwiedzanie okolic Hoi An okazało się bardzo pouczające. Po pierwsze nauczyliśmy się, że Wietnamczycy poza ośrodkami turystycznymi są bardzo życzliwi i serdeczni, a ceny np. na produkty spożywcze lub warzywa i owoce potrafią być o ponad połowę niższe niż w Hoi An. Ale i tak trzeba się mieć na baczności. Jak zauważyła Janka, to sprytna nacja, skoro przechytrzyła takich Amerykanów (z drobną pomocą sowieckich przyjaciół ) w czasie wojny dzięki podstępnym działaniom swojej partyzantki. Na rowerkach objechaliśmy najbliższą okolicę, trafiliśmy na poprzecinane kanałami lasy kokosów wodnych (podobno sprowadzono je 200 lat temu z delty Mekongu), zaliczyliśmy przeprawę tak zwaną łódką koszykową - trzeba nie lada umiejętności, aby w tym ustrojstwie płynąć do przodu, a nie kręcić się w kółko! Na koniec dotarliśmy na piaszczyste plaże - te dla Wietnamczyków pod palmami, a plażowicze siedzą w kurtkach i czapkach na plastikowych krzesełkach. Kilkaset metrów dalej są kurorty dla tak zwanych białasów, który w strojach kąpielowych zalegają na leżakach pod trzcinowymi parasolkami, a co odważniejsi nawet zażywają kąpieli w Morzu Południowochińskim o temperaturze wody zbliżonej do Bałtyku. Kolejny dzień to byłą już dalsza wyprawa na skuterku do kompleksu ruin świątyń o wdzięcznej nazwie My Son. Okazało się, że atrakcją były nie tylko objęte patronatem Unesco zabytki ocalałe w dżungli, ale także fakt, że bohaterem, który przyczynił się do ich konserwacji po wojnie w Wietnamie był Polak - Kazimierz Kwiatkowski. Ponoć w Hoi An stoi nawet jego pomnik. Nie widzieliśmy. Była też okazja zobaczyć prawziwe wiejskie życie, tak inne od cukierkowej atmosfery w karnawałowym Hoi An (BTW, dopiero wczoraj zakończyły się tygodniowe obchody Nowego Roku Konia i w końcu znaleźliśmy jakiś otwarty bank!) Dziś przyjechaliśmy przedziwną wersją lokalnego autobusu dalekobieżnego typu "sleeper" (z trzema rzędami i dwoma piętrami leżanek) do Hue, kolejnego zabytkowego miasta Wietnamu. Jest tu stara cytadela, którą chcemy wybrać się oglądać jutro. Póki co zaliczyliśmy miły spacer wieczorową porą nad brzegami Rzeki Perfumowej (sic!). Jutro po południu ruszamy do Hanoi. Hanoi Rocks*! (*może ktoś jeszcze pamięta taką fińską kapelę rockową z lat 80-tych...)

Witajcie, Hue okazało się bardzo sympatycznym miastem, cytadela z pałacem cesarskim też przyciągnęła naszą uwagę mimo okrutnego upału. Nie wiedzieliśmy, że to na razie koniec naszego gorącego lata w lutym. W połowie drogi nocnym autobusem do Hanoi zaczął padać deszcz, a stolica przywitała nas jesienną temperaturą. Autokar bardzo sympatycznie zatrzymał się w sercu Starej Dzielnicy, która od razu przypomniała mi etniczne dzielnice północnego Paryża. No, może tylko proporcja Azjatów i białych jest odwrócona. Kafejki, puby, restauracyjki, kawiarnie, galerie, co kto lubi. I markowe buty sportowe światowych koncernów Made-in-Vietnam, sprzedawane za ułamek amerykańskiej ceny prawie na chodniku. Uparłam się, żeby iść w stronę mauzoleum Ho Chi Minh'a (mumia udziela audiencji tylko w godzinach porannych, więc się nie załapaliśmy), po drodze minęliśmy pomnik starszego brata w ideologii Le Nin'a (oni tu lubią dzielić wszystkie wyrazy na sylaby, nawet nazwy własne!), a wróciliśmy przez hałaśliwe okolice Jeziora Hoan Kiem - czyli "odzyskanego miecza". Chodzi o miecz, który jakiś tam cesarz dostał od bogów, aby przegnać Chińczyków z miasta, a po wykonaniu misji ten cudowny gadżet został mu odebrany przez ... żółwia - który ponoć jeszcze żyje w wodach jeziora. Cóż, zdarzenia miało mieć miejsce w XV wieku, więc jest raczej nie możliwe, że bestia w skorupie, którą wyłowiono w 2011 roku na "kurację medyczną' mającą na celu przeciwdziałanie skutkom zanieczyszczenia wód jeziora jest rzeczywiście legendarnym stworem. Z Hanoi ruszyliśmy w kierunku Zatoki Tonkińskiej, a dokładnie słynnej Halong Bay. Zamiast do głównego miasta-kurortu, przedostaliśmy się na wyspę Cat Ba, gdzie trwa poza-sezon - zimno, pusto, ale i tak urokliwie. Dziś nawet heroicznie wybrałam się na całodzienny kruuuuz stateczkiem po zatoce. Żeby nie dać się pogodzie jak nad Bałtykiem w listopadzie, odziałam się w czapkę, rękawice, bieliznę termiczną... Wszystko, co miałam na sobie wyjeżdżając z Polski przy 10-stopniowym mrozie! Ale co tam, nawet pływanie kajakami po turkusowych zatoczkach zaliczyłam! Na jutro planujemy eksplorację środka wyspy na skuterze. Wyspa jest tajemnicza, pokryta górami i obrośnięta dżunglą, jakby to tu mieszkał King Kong z filmu z Jessicą Lange z 1976 roku (moja fascynacja z dzieciństwa)!

Jian Shui okazało się dla nas bardzo przyjaznym miasteczkiem. Co prawda przywitało nas zimnem i ulewnym deszczem, ale już następnego dnia pogoda się poprawiła. Więc wyruszyliśmy na podglądanie miasta: jego architektury (starej lub stylizowanej na starą), jego mieszkańców (tych, którzy pamiętają jeszcze czasy szalejącej rewolucji kulturalnej, i tych najmłodszych, którym nowoczesne Chiny dają prawie wszystko, czego dusza zapragnie z dóbr konsumpcyjnych; oczywiście "prawie" robi dużą różnicę, bo wielu rzeczy nawet nie wiedzą, że nie maję i raczej mieć nie będą) i oczywiście wybraliśmy się na lokalny bazar (bo tam jedzenie najtańsze, a przy okazji można obejrzeć wszelkie osobliwości kulinarne, łącznie z owianymi złą sławą tuszami psimi dla smakoszy). Z powodu braku zarekwirowanego przewodnika i z racji, że mało kto komunikuje się tu po angielsku, musieliśmy uciekać się do różnych forteli, aby zdobyć potrzebne informacje, przede wszystkim zorganizować sobie dalszą podróż tak, aby na czas dotrzeć do Kantonu na powrotne samoloty. I to nam się udało! Przy wsparciu wiedzy z internetu udało nam się rozszyfrować tutejsze rozkłady jazdy pociągów, sprawdzić dostępność biletów, różne grupy cenowe oraz - co było nie lada wyzwaniem - znaleźć w Jian Shui biuro, które nam te bilety sprzeda na właściwy pociąg i właściwą datę (bo przez internet to dość skomplikowana procedura z racji tego, że nie można płacić naszymi kartami kredytowymi i nie praktykuje się tu biletów w formie elektronicznej). Wszystko dziś załatwiliśmy jak po maśle! Mariusz chwyta chiński w lot, rozumie bez słów, ja trochę gorzej, ale razem dajemy radę. Jutro ruszamy jeszcze na południe pod granicę z Laosem do tropikalnego Jinghong nad Mekongiem (Agnieszko J., dzięki za rekomendację!), potem Kunming - stolica Yunnan; stamtąd pociąg przez 24 godziny powiezie nas na wschód do urokliwego Guilin; i będzie to ostatni przystanek przed Kantonem (Ghungzhou).

Kończy się nasz trzydniowy pobyt w tropikalnym Jing Hong nad Mekongiem (w Chinach zwanym Lancang Jiang). Rzeczywiście, temperatura wróciła do tak zwanej wakacyjnej normy, pranie schło w pół godziny, a bez okularów przeciwsłonecznych ani rusz. Tereny tego "województwa' położone są na samiuteńkim południu prowincji Yunnan, tuż przy granicy z Laosem i Birmą. Jing Hong to nowoczesne miasto. Ale do tego bardzo przyjemne, a to za sprawą zieleni miejskiej - i to nie była jakiej, bo tropikalnej! Większość ulic jest obsadzona palmami, które dają przyjemny cień, a na klombach pysznie puszą się kolorowe kwiaty. A w parkach wieczorami ludzie spotykają się towarzysko - aby pograć w karty, w madżong, albo żeby tańczyć! Cudowny jest ten chiński zwyczaj, że ludzie zbierają się, aby razem tańczyć w miejscach publicznych! Główna lokalna atrakcja to ogród botaniczny z tropikalnymi roślinami, kwiatami, sadami drzewek owocowych. Jakże przyjemnie było schronić się przed upałem w cieniu drzewiastych bugenwili. A jak smakowały dziwaczne owoce z rodziny oliwników (Elaeagnus), przypominające bardziej śliwki niż oliwki, zrywane przez płot eksperymentalnej uprawy! W niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę do oddalonej o ok. półtora godziny drogi autobusem wioski Manghun. Według Lonely Palnet (zachowany rozdział o prowincji Yunnan jest bezcenny!) miał nas tam zachwycić niedzielny rynek, kiedy to kolorowo poubierani mieszkańcy okolicznych górskich osad, reprezentujący różne mniejszości etniczne, zjeżdżają się do miasta i jest gwarnie, kolorowo, egzotycznie. Cóż, nic nas nie zachwyciło... Ale za to zrobiły na mnie wrażenie całe połacie pól pokryte foliowymi namiotami, niemalże po horyzont! To pewnie tu uprawiany jest ten czosnek, co to potem możemy kupić w naszych warzywniakach! I jeszcze jedna uwaga - dla tych, których poruszyły zdjęcia z targu mięsnego w Jian Shui. Aby oddać sprawiedliwość Chińczykom, muszę stwierdzić, że w żadnym kraju azjatyckim nie widziałam, aby było tak wiele piesków-pupilków. Chińczycy lubią psy bardzo, i to nie tylko jeść! Psy prowadzane są na smyczach, często noszone na rękach, a i nie rzadkim widokiem są czworonogi w zgrabnych odziewkach. Za to dziś na targu z ciekawostek kulinarnych widziałam gołębie (w klatce) i ropuchy (w siateczkowyh woreczkach, jak u nas cebula lub ziemniaki), czekające na swoich amatorów. Jutro ruszamy autobusem na północ, do stolicy Yunnan - Kunming. Będzie to tylko punkt przesiadkowy, gdyż od razu następnego dnia wsiądziemy w pociąg, który w 24 godziny zawiezie nas w atrakcyjne okolice Guilin.

Witajcie, Jednak nie nadajemy się do dużych miast. Co prawda w Kunming byliśmy tylko jedną noc, raptem kilkanaście godzin, ale wystarczyło. Przejażdżka miejskim autobusem ponad 45 minut w godzinach szczytu z południowego dworca autobusowego do dworca kolejowego uświadomiła nam, że Chiny mają jednak ponad miliard trzysta milionów ludzi. Może to było i pouczające, ale mało przyjemne. Potem jeszcze na dobitkę szukanie hotelu na naszą kieszeń ostatecznie nas wykończyło. W tanich nie było miejsc, a te drogie zdecydowanie przekraczały nasz budżet. Jak do tej pory zawsze płaciliśmy 50 juanów (czyli ok. 25 zl) za pokój dwuosobowy Tym razem za najgorszą norę, jaką mieliśmy do tej pory przyszło nam zapłacić ok. 60 zł. Nie było zimnej (sic!) wody - tylko gorąca!!!, nie działała spłuczka w toalecie i generalnie był syf. A do tego Mariusz struł się chińską zupką z paczki i w sumie północy spędził na kiblu. Dworze kolejowy za to nas zaskoczył swoją organizacją, jak na lotnisku. Bilety wystawiane są imiennie, musieliśmy okazać nasze paszporty przy wejściu, potem kontrola bagażu, potem - w zależności od klasy biletu - kieruje się ludzi do odpowiedniej poczekalni. My tym razem zaszaleliśmy i na 22-godzinną podróż zafundowaliśmy sobie sypialny 1 klasa z miękkimi łóżkami. To i poczekalnię mieliśmy z miękkimi fotelami, a na peron wpuszczono nas w pierwszej grupie pasażerów. Przedziały były 4 osobowe, względnie czyste, firaneczki, sztuczny kwiatek w wazoniku na stoliku, termos z gorącą wodą. W porównaniu z Indiami - luksus, ale i ... nuda. Na przystankach nasza pani-wagonowa zdecydowanym "No!" zabraniała wychodzić na peron, zresztą i tak nie było po co, były sterylnie puste. Nie było z kim porozmawiać, tylko z głośnika sączyła się jakaś muzyka w stylu windowej w wykonaniu chińskiej Vanessy Paradis. Do Guilin dojechaliśmy punktualnie. Od razu skierowaliśmy się na dworzec autobusowy, skąd w półtorej godziny przemieściliśmy się do enklawy turystycznej w Yangshuo. Miejsce zyskało niezwykłą popularność dzięki porośniętym lasem wapiennym wzgórzom, które urokliwie okalają brzegi rzek Li i Yulong. No cóż, mają niezłą reklamę, bo tutejsze widoki są na rewersie banknotów o wartości 20 juanów. A na awersie jest oczywiście Mao! Ale, ciekawostka: już nawet w takim kraju jak Chiny cenzorzy przymykają oko na wykorzystanie podobizny Wodza na zabawnych komiksowych rysunkach. Samo miasto aż tętni od turystycznych atrakcji - restauracje (w tym KFC i McDonald), suweniry (nawet "tybetańskie srebro"!), wycieczki statkiem, parki rozrywki, jaskinie oświetlone technikolorem Odwykliśmy od tego. My oczywiście wybraliśmy na zwiedzanie okolicy opcję nisko-budżetową. Na rowerach zrobiliśmy dziś 33 kilometry, przejechaliśmy mimo zorganizowanych atrakcji typu "park rozrywki przy motylim źródle", czy "jaskinia wodna z błotnymi kąpielami". Nie udało nam się jednak umknąć naganiaczom sprzedającym przejażdżki łódkami bambusowymi. Zdecydowana nadwyżka podaży na popytem powoduje, że babcinki biegały co sił w nogach za naszymi rowerami z desperacją wykrzykując "hallo - bamboo", co radośnie przetłumaczyliśmy sobie dosłownie na "cześć bambusie" (oops, chyba jestem niepoprawna politycznie). Z lokalnych ciekawostek zwrócił moją uwagę specjalny osprzęt do mopedów - baldachimy nad siedzeniem. Bo jak wiadomo, "czasem słońce, czasem deszcz"... Jutro ruszamy do Kantonu, czyli Guangzhou (kolejne 12 godzin w pociągu sypialnym). Stamtąd wracamy do Polski. A na koniec postanowiliśmy jeszcze spojrzeć na świat przez różowe (tudzież żółte) okulary!

iwona kozlowiec
FWT Homepage Translator