Sri Lanka 2010
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012








tekst można ściągnąć w pliku DOC (112kB) i wydrukować
trasa na GPS jest na sprzedaż

Lądowanie w Colombo, stolicy Sri Lanki było twarde, tak jak wygniecione fotele indyjskiego kukuruźnika. Może odrzutowy, ale mocno zmęczony. Wykonał potężny zwrot nad oceanem i posadził dupsko tuż za plażą. Mimo, że to początek grudnia, monsun ciągle trwał. Rzeki wylewały tony czerwono-brunatnego błota w turkus oceanu. Plama, jak ropa z tonącego tankowca, rozszerzała się na zachód i spływała z prądem na południe.

      Lotnisko leży 35km na północ od Colombo, pośród zalanych wodą pól ryżowych. Jest zupełnie z innej bajki niż lotniska indyjskie, nawet te międzynarodowe, np. w New Delhi. Przylecieliśmy z Chennai, a tamto lotnisko wygląda jak we Władywostoku i to za komuny. Nawet jest tak samo zimno jak w grudniu na Syberii, bo Indyjczycy to bardzo gościnny naród i starają się aby podróżni nie odczuwali złych skutków tropikalnego klimatu, odkręcają klimę na full i robią 15st.C.
      Ostatnie trzy tygodnie spędziliśmy w południowych Indiach, to już siódma wyprawa do Indii. Siłą rzeczy nawet nie będę się starał omijać naturalnych porównań Sri Lanki do Indii. Tym bardziej, że wyspę zasiedliły te same plemiona przed tysiącleciami i bezustannie obie krainy utrzymywały ścisłe powiązania. Przez długi okres czasu wybrzeża Lanki były łupione przez piratów indyjskich. Potem, w V wieku p.n.e., wygnany z Bengalu książę Widźja, pochodzący z plemion ariańskich, przyniósł dynastię władców Syngalezów, która dała początek silnemu ugrupowaniu społecznemu, trzymającemu władzę na wyspie do dziś. Stanowią ponad 81% dwudziestomilionowej ludności kraju. Stworzyli pierwszą państwowość na Lance, ze stolicą w Anuradapurze. Trwała stabilnie aż do X wieku. Początkowo w wierze hinduistycznej, a od I wieku p.n.e. - buddyjskiej. Jednakże pierwszą grupą etniczną obecną na wyspie byli Tamilowie, przybyli z południowych Indii.
      W 1505 roku, na Sri Lankę dotarła flota Lourenco de Almeidy - syna wicekróla portugalskiej prowincji indyjskiej Goa. Wyspa była wtedy podzielona między trzy, rywalizujące grupy: Kotte, Kandy oraz Dżafna. Portugalczycy mieczem i ogniem szerzyli wiarę w Chrystusa. Broniąc się przed uciskiem jednego kolonizatora, król górskiej prowincji Kandy, zaprosił Holendrów, którzy nie okazali się wcale lepsi od Portugalczyków. W końcu Lankę wzięli pod skrzydła racjonalnie myślący Brytyjczycy, którzy skupili się głównie na aspektach handlowych. Pozostawili po sobie kawałek zachodniej cywilizacji, w postaci dróg, mostów, miast i kilku linii kolejowych. Lankijczycy, w odróżnieniu od Indyjczyków, nie postarali się o to aby ich państwo było bogate, więc niewiele postkolonialnego dobra udało się im zmodernizować. Podróżując koleją, czy sypiając w hotelu, w centrum miast, można poczuć się jak przeniesiony w czasie do epoki wiktoriańskiej. Z tą różnicą, że wszelkie sprzęty są zdezelowane i zniszczone, jak amerykańskie samochody na Kubie. Ma to też pozytywny efekt, pomijając wspaniałe plany fotograficzne dla turystów. Mniejszy zamordyzm gospodarczy rządu Sri Lanki spowodował po ponad 60-ciu latach wolności, że obywatele są dość zamożni, oczywiście jak na warunki dzikiego kraju. Są też mocno ukierunkowani kulturalnie i obyczajowo na Zachód. Szybko przyjęli swobodny sposób myślenia, swoisty dla USA. Już na początku grudnia wszędzie widać przystrojone choinki, bałwany i święte Mikołaje. Na wyspie obyczajowość nie jest tak purytańska jak w Indiach. Mimo podobnej gęstości zaludnienia, Lankijczycy nie mają tej nerwowej nadpobudliwości oraz tępego światopoglądu jak Indyjczycy. Nie są ogarnięci zwierzęcą pasją przetrwania, wybicia się, za wszelką cenę, ponad tłum pobratymców. Ich spokój wydaje się być bardziej miękką refleksją aniżeli spontanicznym poszukiwaniem sposobu. Należy jednak podkreślić, że w ciągu 30 lat liczba ludności zwiększyła się ponad 950%, nie daje to miłej perspektywy na przyszłość. Dziś na kilometr kwadratowy przypada około 320 ludzi, w Polsce współczynnik ten jest na poziomie 125. To silnie negatywnie wpływa na jakość stosunków międzyludzkich. Jednak ciągle nie dostrzega się w tym problemu. Conajwyżej mówi się o zbyt małej ilości słodkiej wody dla miast, zbyt dużym zanieczyszczeniu środowiska, itp., zapominając że to są jedynie skutki, a przyczyna leży w przeludnieniu. Jeśli Indyjczyków przyrównałbym do drzew w amazońskiej dżungli, dążących jedno przez drugie i jego kosztem, do światła, a jednak koegzystujących w jednym, hałaśliwym, dusznym, wielkim organizmie. To Lankijczyków widzę jak zieloną, polską łąkę, spokojnie falującą na wietrze a w zaciszu przyziemia przenikającą się korzeniami traw, chwastów, ziół i krzaków malin, jednak nie tworzącą tak silnie powiązanego konglomeratu jednej idei przetrwania.
      Ktoś, kto spędził dużo czasu w Indiach, może na Sri Lance poczuć się jak na wakacjach. Hałas skupisk ludzkich jest o połowę mniejszy. Smrodu życia ludzkiego prawie się nie czuje. Biały nie tak jednoznacznie jest spacerującym, otwartym bankiem. Piesi na czystych chodnikach, samochody na porządnie oznakowanych drogach, nie toczą ze sobą walki o bycie pierwszym, o swoje miejsce. Dochodzi do takich absurdów, że samochód czy riksza, potrafi zatrzymać się przed pasami, aby przepuścić pieszego. To, że w ogóle pasy są na jezdni, to sukces. Spędziłem w Indiach podróżując, w sumie ponad rok i czegoś podobnego nie widziałem. Na dodatek klaksonów używa się na Sri Lance nie częściej niż w Hiszpanii. Kibelki publiczne nie ociekają moczem, a nawet pachną. Nie ma otwartych rynsztoków, nawet w slumsach, a rzeki mają naturalny kolor i zapach. W Indiach jest wprost przeciwnie.
      Lanka jest multireligijna, ale nie dochodziło tu do silnych tarć w sferze zróżnicowania wiary. Natomiast rodziły się konflikty na tle nacjonalistycznym. Tamilowie z północy i wschodu, przez 26 lat walczyli o swoje prawa, uprawiając terroryzm. Dosłownie pięć miesięcy temu (wiosna 2010) ogłoszono oficjalnie zakończenie konfliktu. Jednak otwarte działania zbrojne spowodowały, że wielu Lankijczyków wyjechało na Zachód. To mogło także przyspieszyć cywilizowanie społeczeństwa. Co tu daleko szukać, w Polsce masowe wyjazdy za pracą, spowodowały podobną sytuację.
      Ale wracajmy do rzeczywistości. Na lotnisku pod Colombo, zobaczyliśmy że można jednak zbudować i utrzymać w należytym stanie taką instytucję w tropikach i przy użyciu myśli technicznej i mentalności budowniczych z kręgów bliskoindyjskich. Jest czysto, pachnąco, urzędnicy wyraźnie czują, że są tu po to aby służyć przyjezdnym, a nie egzaltować swoją władzę. Nie ma rozwiązań organizacyjnych, dla których słowo 'absurd' jest zbyt mało krwiste - przypadek Indii. Jest miło, przejrzyście i kompetentnie. Po płycie lotniska jeżdżą kilkuletnie pojazdy obsługi, ale nowoczesne, bo z Zachodu. W Indiach też jeżdżą kilkuletnie, ale o technologii z lat '50-tych. Bo zgodnie z naukami Ghandiego - rewolucjonisty, Indie są w stanie same siebie zaopatrzyć w potrzebne surowce i sprzęt. Więc dopiero w 2007 roku wstrzymano produkcję przedwojennych samochodów na angielskiej licencji. Zamknięcie się Indii na zachodnią myśl techniczną przez wiele lat, jest symboliczne dla ciasnej i dumnej mentalności Indyjczyków.
      Ale znowu wracajmy do brzegu. Na lotnisko pod Colombo nie docierają nowoczesne, klimatyzowane autobusy z centrum miasta. Nie docierają, bo ich w ogóle na wyspie nie ma. Państwa na to nie stać. Prujemy więc starym, ale dobrze utrzymanym Lanka Ashok Leyland - autobusem podmiejskim, do centrum. Autobusy nie są zniszczone, upstrzone dzikimi patentami typu sznurek zamiast spawu czy śruby. Nie są śmierdzące, ani oplute. Konduktorzy nie wydają biletów jak w Indiach.
      Posuwamy się ulicami pełnymi kilkuletnich samochodów z Japonii, Chin i Korei. Można jednak zobaczyć wozy z Europy, a nawet Rosji. To na pewno nie są Indie z cłem 120%. Tutaj obywatel nie jest zakładnikiem rządu, jak w Polsce. Chcesz kupić używanego Merca z Hanoveru i stać cię na to... to sobie kup, nie musisz jeździć nowymi, ekologicznymi Cinqueczento albo Tata.
      A więc jedziemy i mijamy wioski. Niby takie indyjskie w charakterze, w barwie, ale nie śmierdzą gównem, spalinami dwusuwów i dymem palonych śmieci, jak to jest w Indiach. Nie widać śmieci, a koszy na śmieci jest mało. Jest schludnie, spokojnie i cicho. Co sprawia, że Indyjczyk pluje na chodnik, śura na pierwszy napotkany mur, wyrzuca śmieci gnijące na słońcu wprost pod własne nogi, pierdzi w autobusie, drze mordę do kolegi z drugiego końca ulicy, słucha non-stop jazgocącego india-disco z głośnika komórki? Co sprawia, że etnicznie, kulturalnie i historycznie, jego brat z wyspy oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów na wschód, zachowuje się zupełnie inaczej? Dlaczego w Indiach chłopcy obściskują się jak pedały, w zwierzęcym instynkcie stada, a na Sri Lance chłopcy trzymają za rękę dziewczynę sąsiada, a nie najsilniejszego kolegę z klasy? Nie znam jak na razie konkretnej odpowiedzi.
      Zaszokowani tymi pytaniami wjechaliśmy do centrum Colombo. Pan w informacji turystycznej wyczerpująco wyjaśnił nam, że teraz na wybrzeżu przedłuża się monsun i lepiej będzie, jeśli pojedziemy najpierw w góry, a potem na plażę. Tak też uczyniliśmy, zakupując bilety na pociąg pierwszej klasy do Kandy. Za 123km jazdy w wagonie z epoki kolonialnej, z szybą zamiast tyłu ostatniego wagonu, zapłaciliśmy 9zł. Do odjazdu było parę godzin więc poszliśmy na miasto. Niedzielne popołudnie w dzielnicy biurowców kolonialnych oznacza puste ulice i chodniki. Zapuściliśmy się więc w dzielnicę muzułmańską, taki hipermarket, ale na chodnikach wąskich uliczek. Nie było wielu naciągaczy, a tym bardziej białych.
      Koło 15-stej odebraliśmy plecaki z przechowalni. Urzędnik nie wymagał dopełnienia wielu formalności, jak to jest w zwyczaju indyjskiego cloak-room oficera. Przed dworcem nie kłębił się tłum ludzi, a peronów było tylko pięć. Przez kutą bramę pamiętającą czasy Kiplinga, przepuszczano tylko ludzi z biletami. Lokomotywy spalinowe grzały głośno silniki, jakby to były bolidy Formuły 1. Podoczepiane do nich, brudno-czerwone wagony, wyglądały jak wyjęte z muzeum techniki kolejowej w Wolsztynie. Nie były jednak zakaraluszone, ani śmierdzące szczynami, były po prostu bardzo stare. Odczuliśmy to na własnych tyłkach, kiedy pociąg ruszył o czasie. Bardzo zdezelowana trakcja w połączeniu z brakiem amortyzatorów w wagonach, skutkowała potężnymi podskokami. Trzeba było użyć wszystkich sił aby utrzymać się na siedzeniu.
      Widoki na pola ryżowe i sielską wieś, szybko ustąpiły miejsca pejzażom niskich gór pokrytych tropikalną dżunglą. Były tunele wykute w skale, wodospady, małe, zapomniane stacyjki. Jednym słowem to co biali turyści lubią najbardziej. Dopiero wieczór, chłód gór i zmęczenie, zgasiły zachwyt i pobudziły nerwowe wyczekiwanie końca podróży.
      Dojechaliśmy w ciemnościach do Kandy, stolicy niegdysiejszego królestwa gór, a dziś turystycznej destynacji każdej wycieczki. Nie było jednak nadskakujących rikszarzy i sami musieliśmy szukać noclegu. Przespacerowaliśmy z plecakami ponad pięć kilometrów, odwiedziliśmy mnóstwo hoteli, a ceny jeżyły włosy na głowie. Jak ktoś nie ma w portfelu, to musi mieć w nogach. Lankijczycy w swej przyjaznej naturze, okazali się krwiożerczymi biznesmenami, łupiącymi białko na każdym kroku. Zgodnie z zasadą znaną w Chorwacji, turysta na wakacjach z kasą się nie liczy. Zdegustowani, rozdrażnieni, zmęczeni i zrezygnowani, po półtorej godziny, wylądowaliśmy w norze za 7.5USD. Tak drogiego i nędznego noclegu w Indiach nigdy nie znalazłem. Musieliśmy dziś nocować w leciwym, postkolonialnym budynku, w centrum miasteczka, w pomieszczeniach dla niegdysiejszej służby. W pokojach na drugim piętrze, z tarasem i ratanowymi fotelami, nocowała lepsza wiara, za 19USD od pokoju. Siedzieliśmy długo w nocy przy szklaneczce, wymieniając z Serbem i Niemcem spostrzeżenia na temat Sri Lanki. Chłopaki pewnie liczyły na nasze zapasy ze sklepu wolnocłowego. Ale nie wypiliśmy z Tomkiem aż tak dużo aby przeskoczyła nam zworka z etykietą 'Słowianie napitku nie odmówią nikomu'.
      Odsypialiśmy do późna. Tuż przed południem wyszliśmy na miasto, które nabrało już szybkich, poniedziałkowych obrotów. Ulice tętniły życiem samochodów, chodniki życiem handlu. Dostawcze Toyoty Hiace kursowały pomiędzy sklepami. W restauracjach gotowano ryż i potrawki warzywne. Sporo białych wmieszało się w tłum przechodniów. To co było wymarłym miastem, w niedzielny wieczór, zamieniło się w ul pszczół. Nie było jednak typowego dla Indii jazgotu klaksonów, i chaosu. Bardziej przypominało to porządek i zaangażowanie w pracę dnia codziennego, z biedniejszych ulic Bangkoku. Nikt nie żebrał, ani nie snuł się bez sensu, blokując innym drogę. Tragarze przenosili paczki z oddaniem, a szefowie sklepików bynajmniej nie gnuśnieli w otyłości ale także pracowali. Nie było śladu po tradycyjnej, indyjskiej młodzieży, bezustannie wysiadującej przy swoich mopedach, na rogach ulic. Toczących entuzjastyczne dysputy, równie bez sensu jak ich życie. Po prostu każdy miał jakieś zajęcie. W Indiach podobno ludzi jest za dużo, albo pracy za mało i przez to watahy nierobów wałęsają się ciągle po ulicach. Ja sądzę, że to pokłosie rewolucji socjalistycznej Ghandiego.
      Przez cały dzień tylko dwóch ludzi chciało wydębić od nas pieniądze za nic, w tym jeden pijak. Za to zdarzają się bezinteresowne rozmowy. Nauczony podstępnym działaniem naciągaczy indyjskich, najeżałem się przy każdej próbie, tzw. bezinteresownego nawiązania kontaktu ze strony tubylca. Ale okazywało się, że to tylko niewinna rozmowa, a nie chęć sprzedaży pocztówek, czy zaproszenie do restauracji wujka. W Indiach traktuję ludzi pracujących w przemyśle turystycznym, typu rikszarzy, hotelarzy, restauratorów itp., dość obcesowo, żeby nie powiedzieć po chamsku. Każdy nabywa tej maniery po tygodniu życia w prawdziwej, indyjskiej rzeczywistości. Na Sri Lance takie zachowanie wydaje się niegrzecznym. Przecież ci tubylcy, to tacy sympatyczni ludzie. Indyjczycy wręcz wymuszają na turystach budowanie silnych barier nietolerancji i dystansu. Strzelenie rikszarza w ucho kiedy wiezie nas nie tam gdzie chcemy, ale tam gdzie mu dadzą prowizję, to nic takiego, nawet jeśli mógłby być naszym ojcem. Całkowity brak współczucia na widok głodnego i chorego żebraka, tego się uczymy już po tygodniu. Tylko święty by się nie zmienił. Ale czy to by było dobre dla Indyjczyków? Ja na pewno nie jestem świętym.
      Jeszcze tego dnia zabukowaliśmy sobie bilety na pociąg, na następny dzień oraz obeszliśmy jezioro Kandy dookoła. Miasteczko oferuje także świątynię zęba Buddy, który podobno znajduje się w posiadaniu mnichów. Podobno, ponieważ w ramach działań odwetowych portugalskich katolików, ząb ów spalono przed wiekami. A nowy papież mówi, że katolicy są najbardziej prześladowaną grupą ludzi na Ziemi, chyba wagarował na lekcjach historii.
      Spacer wokół jeziora owocował w niespodzianki. Najpierw zauważyliśmy, na bezlistnym drzewie, całą masę czarnych, wiszących owoców, które okazały się być nietoperzami. Nietoperzowe drzewo bardzo obrodziło tego popołudnia. Setki zwierząt obciążały jego gałęzie. Chwilę później, na wyschniętym konarze, spostrzegliśmy wygrzewające się na słońcu, ogromne jaszczury, wielkości małych aligatorów. Tubylcy nazywają je monitorami. Mam zupełny brak skojarzeń z zielonymi cielskami tych gadów. Obok wygrzewały na słońcu swe pancerzyki żółwie. Z cierpliwością i determinacją godną podziwu, wdrapywały się na śliskie konary drzew powalonych do wody. Walczyły o swoje miejsce z ptakami, a z daleka wyglądały jak rzeźby.
      Po drugiej stronie jeziora, zauważyliśmy małpy i jednego, ogromnego pelikana. Ludzie spacerowali promenadą wokół jeziora, które miało czystą wodę. Mimo braku koszy na śmieci, panował porządek. Na drzewach pozawieszano tabliczki z ich nazwami. Poustawiano kamienne ławki. A jeszcze tak niedawno spacerowałem promenadą nadmorską w dużym mieście Ernakulam, w indyjskiej Kerali. Fetor unoszący się nad przybrzeżną wodą, bijący z miejskich toalet, po prostu urywał nosa.
      Nie umiem pozbyć się porównań Sri Lanki do Indii. Może tak bardzo spodziewałem się ujrzeć na wyspie miniaturkę subkontynentu, że to co normalne w Europie, wydaje mi się niezwykle nowatorskie na Sri Lance.
      Wstaliśmy wcześnie, aby poćwiczyć i spotkaliśmy pająka wielkości dłoni. Zupełnie taki, jakie Bear Grylls zjada na śniadanie. Ciekawe czy takie wchodzą do domów przez otwarte okna?
      Rano wyskoczyliśmy z hotelu wprost w rzekę samochodów. Tubylcy nabyli zwyczajów z Zachodu i wożą swoje pociechy samochodami do szkoły. Przez to rano i po południu korkują wszystkie ulice w Kandy. Schoolbusów jeszcze tu nie wynaleziono. Dzieci jak bezrozumne owieczki cieszą się, że oszczędzają własne nogi.
      Nasz pociąg do Ella przyjechał o czasie. Ale wyjechał spóźniony. Po pół godzinie musieliśmy dokonać przesiadki. Miejsc w wagonach pierwszej i drugiej klasy już nie było. Poszliśmy więc do wagonów trzeciej klasy i znaleźliśmy miejsca na podłodze nieczynnego wagonu restauracyjnego. Prawdopodobnie nie mają już nowych wagonów, więc doczepiają wszystko co jeszcze jeździ i pomieści podróżnych. Wagony z czasów kolonialnych wytrzymały kilkadziesiąt lat. Wiele z nich widać na bocznych torach, na stacjach. Służą za dawcy części. Je same wchłania las deszczowy.
      Podróż z Kandy do Ella pociągiem to 168km i 8 godzin jazdy. Pociąg zalicza wszystkie stacyjki, ale nie stoi na nich długo. Osiąga też przełęcz ponad 1900m n.p.m. W drodze na przełęcz wagony są pchane od tyłu przez drugą lokomotywę. Obie wyglądają jak te, które służą w Polsce do przetaczania wagonów na stacjach. Trasa jest bardzo kręta, przechodzi mostami i licznymi tunelami po zboczach gór. Zbudowano ją pod koniec lat '60-tych, XIX wieku. Kiedy Verne pisał swoje powieści. Dziś jest niezwykle zniszczona, wagony telepią się jakby jechały po kocich łbach. Wszystko skrzypi i trzeszczy, zawieszenie dzwoni na luźnych sworzniach. W jakiej technice zaprojektowano te pojazdy, że potrafią znosić przez kilkadziesiąt lat taką eksploatację bez remontu? Na niektórych stacyjkach, mechanicy biegają z młotkami i wielkimi kluczami francuskimi, dokręcając co się da i reanimując urwane mechanizmy.
      Pociąg toczy się 17km/h przez łagodne połoniny, obsadzone krzakami herbaty. Za czasów kolonialnych Cejlon był słynny ze swojej kawy. Ale zaraza wytruła uprawy i zaczęto hodować herbatę. Wycięto ponad 60% lasów pod uprawę. Jadąc pociągiem przez te wzgórza można poczuć się jak we Francji pośród winnic, albo w Hiszpanii pośród gajów pomarańczowych. Tylko zapachy są inne. Kwitnąca herbata wydziela słodko-gorzką woń.
      Wąskimi, błotnistymi ścieżkami pomykają robotnicy, zbierający dziennie do 15kg liści herbaty, która w stanie końcowym z 10 ton daje 2.5 tony herbaty do parzenia. To biznes jak każdy inny. Dziś zamiast Thomasa Liptona, właścicielami plantacji są Lankijscy przedsiębiorcy. Zbieraczami są potomkowie tamilskich robotników, przywiezionych tu z Indii. Dopiero w latach '70-tych, pierwsza na świecie kobieta-premier, przyznała im obywatelstwo lankijskie.
      Robotnicy człapią w klapkach-japonkach, w brunatno-czerwonym błocie. Na głowach mają foliowe worki rozcięte po szwie. Osłaniają ich przed deszczem. Na tej wysokości, w grudniu, jest dość zimno. Ich życie nie jest radosne ani nowoczesne jak nasze, na Zachodzie. Po prostu jest. Trzeba przetrwać. Jeszcze nie tak dawno, przed rewolucją, cała robotniczo-chłopska Europa tak żyła. Biały turysta biadoli nad losem robotnika herbacianego, ale czy pozwoliłby żyć im lepiej, teraz to się nazywa 'godnie', jeśli miałoby to zagrozić jego komfortowi w Europie? Łatwo jest rzucić grosik do trzosa UNICEFu, ale czy tak samo łatwo przyjąć dorosłego dzikuska, imigranta do Europy? Komunistyczne Chiny dręczyły swoich obywateli i były złe, teraz kiedy stają się dla nas partnerem w interesach, na własnych warunkach, poprawiły warunki bytu obywateli, ale nadal są złe bo nam zagrażają swoją wielkością.
      Razem z nami, w pociągu, podróżują także chłopi ze wsi. Zniszczone twarze są pełne wyrazu. Nie widać na nich refleksji, zatrzymania w zastanowieniu, ale mają silne rysy charakteru, to czego nam, ludziom z Zachodu brakuje. Przypomniałem sobie stare fotografie i filmy przedwojenne. Na nich twarze także były bardziej wyraziste. Te dzisiejsze są do siebie podobne w nijakości.
      Jednak pociągiem do Ella podróżuje się nie dla tutejszych ludzi, ale dla górskich pejzaży. W Europie można znaleźć ładniejsze, ale i tak tutaj jest pięknie. Warto wykupić bilet pierwszej klasy i jechać w spokoju, podziwiając widoki przez okna. Niestety połowę trasy, tylnie okno zasłania dodatkowa lokomotywa. Dlatego też turystów z wycieczek zorganizowanych, wozi się samochodami do Nuwara Eliya, po drodze zwiedzając fabryki herbaty, a dalej, następnego dnia, kontynuują trasę pociągiem do Ella, skąd jadą nad ocean.
      Jeszcze przed Ella, zahaczył nas w pociągu naganiacz hotelowy i dobrze bo nie mieliśmy koncepcji gdzie nocować. Ceny miał nawet przystępne. Może dlatego, że monsun wystraszył białtko, a turyści lokalni nie mają nic do roboty w Ella.
      Wioska okazała się nastawiona na białych, jak księgowy na faktury. Pełno tu restauracji z zachodnią muzyką, internet cafe, hotele, czyli całego tego przemysłu, który powstaje jak trawa po deszczu, zaraz po zaparkowaniu pierwszego autokaru. Wioska jest jednak mała, skupia się wzdłuż jednej drogi, można ją przejść w 10 minut.
      Dziś czas na relaks. Obudził nas śpiew pani gospodyni, naszego home-stay hotel. Ale dopiero koło południa wyszliśmy na górski szlak. Trzeba zgubić nieco kalorii, rozruszać stare kości, zastygłe podczas podróży pociągiem. Wybraliśmy się na dwugodzinny marsz na Ella Rock. Tylko dwieście metrów w górę, ale w dusznym upale. Większość pięciokilometrowej trasy to dreptanie po podkładach kolejowych, w górę trakcji. Potem przypadkowy przewodnik poprowadził nas skrótem, wąską ścieżką, pośród upraw herbaty, do podnóży eukaliptusowego lasu porastającego Ella Rock. Po drodze postraszył nas małym wężem, aby zaakcentować potrzebę swojej obecności. Nie daliśmy się zwieść i w dalszą drogę ruszyliśmy sami. Ścieżka była łatwa do odnalezienia. A napotkani biali idący z przeciwka, przekonywali nas, że tylko głupi by się zgubił.
      Widok podnóża gór tonącego w podmokłych polach ryżowych i gajach palmowych, był wart wysiłku. Ella Rock obrywa się stromą skałą na południowy-wschód. Z jej krawędzi, przy dobrej pogodzie, można dostrzec ocean. Na północ rozciąga się cała dolina, z wioską Ella u jej szczytu. Pejzaż niknących w nizinach, coraz to mniejszych, zielonych pagórków, przypominał mi wyżynę Tuwy, w środkowej Syberii, widzianą z Gór Sajańskich. Tu na Sri Lance podobnie, mgły i niskie chmury w popołudniowym słońcu, poruszały duszę podróżników obietnicą tajemniczego nieznanego, gdzieś tam, daleko. Przez lata podróżowania, to właśnie takie miejsca, z których oko może sięgnąć dalej w nieznane, pobudzały moją wyobraźnię do opracowywania kolejnych marzeń, o nowych podróżach. Dziś, tu, na szczycie Ella Rock, przypomniałem sobie, że od kilku lat marzę o podróży samochodem do Mongolii. Jej wyżyny są bardzo podobne do Tuwy. Całym sobą przeniosłem się pół roku w przód. Czyż biali nie żyją wiecznie tym co dopiero stać się może, pomijając ciągle to co najważniejsze, co dzieje się tu i teraz. Na Sri Lance, nauki Buddy znalazły szeroki posłuch. Ze wszystkich szeroko rozpowszechnionych religii świata, buddyzm ma najtrudniejszą doktrynę. Wymaga bezustannego poszerzania samoświadomości aby zrozumieć, że sami jesteśmy przyczyną swego cierpienia. Przebywanie w przyszłości, życie marzeniami, to bezustanne oczekiwanie, a to rodzi ostatecznie cierpienie utraty tego, do czego się przywiązaliśmy, zanim to się wydarzyło. W Tuwie, pośród prostych ludzi, lepiej przyjmuje się prawosławie, ze swoimi prostymi przykazaniami, a buddyzm pozostaje jakby tradycją ojców. Tutaj na Sri Lance, buddyzm jest powszechny i ma dominującą rolę. Duchowni często pokazują się w telewizji. W grudniu nawet na tle spadających, śnieżnych gwiazdek, symbolu świąt chrześcijańskich. Ale tu nikomu to nie przeszkadza. Telewizja potrafi mieszać w jednym worku wiele sprzecznych idei, w nadziei skupienia uwagi wszystkich. Nasza gospodyni z całego programu wybiera codzienne tylko wieczorną telenowelę, o treści tak absurdalnej, że podobnej do Monthy Pythona, ale granego na poważnie. Wcześniej leci dziennik wieczorny, który skupia się głównie na skutkach powodzi i przemówieniach krzykliwych polityków oraz przewodników duchowych narodu. Wieści ze świata stanowią informacje z basenu Oceanu Indyjskiego. Rzadko przebije się coś z Europy.




uwaga pająk



Kandy nocą











lankijskie pieniądze



widok z I klasy wagonu






stacja w Colombo



bohaterzy spod Wolnocłowego



pelikan





monitor





nietoperzowe drzewo











sahib i jego sługa


























wagony pociągu



plantacje herbaty









widok z Ella Rock





plaża wieczorem



biały wszystkiemu się dziwi



droga leśna z drewna







Panie!... nie uchodzi



kawałki obumarłej rafy







plaża w Mirisa





w Colombo






drzewo lasu deszczowego









mam motocykl i wolny czas w sobotę wieczór






drzewo z lasu deszczowego


      Wcześnie rano wskoczyliśmy do pędzącego na złamanie karku i na południe autobusu. W obiecane pięć godzin, miał nas wywieźć z gór nad ocean, do Mirisy. Pędził tak szybko po krętych, górskich drogach, że 208km w pięć godzin okazało się możliwe. Gaz i hamulec, wyprzedzanie na zakrętach, wiraże bez marginesu bezpieczeństwa, hamowanie awaryjne przed każdym zakrętem, swąd palonych hamulców i bolące ręce. Bo jazda na stojąco w takich warunkach, to ciągłe, paniczne łapanie równowagi, przytrzymywanie kolanem przesuwającego się po podłodze plecaka i asekurowanie konduktora, bezustannie wędrującego po autobusie i sprzedającego bilety tym, którym udało się wsiąść w biegu, kiedy kierowca nieco zwolnił na kolejnym skrzyżowaniu. Lubię szybką jazdę po górskich drogach, ale co innego trzymać kierownicę, a co innego patrzeć jak rozbawiony rozmową z pasażerami, beztroski dzikus lekce sobie waży zasady rozsądku, brawurę biorąc za część swojej, codziennej pracy. Stanąłem więc tyłem do przedniej szyby, myśląc, że czego oczy nie widzą, tego rozum nie podpowie. Ale wtedy kolejne zakręty wzmagały tylko chorobę lokomocyjną. Wisząc na poręczach przy dachu jak małpa i obijając się o współpasażerów jak worek kartofli na furmance, trzeba było więc trwać w apatii i nadziei, że przecież tutaj autobusy rzadko się rozbijają.
      Po przerwie obiadowej, kierowca jechał nieco spokojniej, pewnie trawił ryż zmieszany z brązową breją na podobieństwo gówna z owsikami. Ja już nie trawię tego ich jedzenia. Ostatnio przerzuciłem się na ryż z dżemem endemicznego dla Sri Lanki, owocu woodapple. Smakuje trochę jak dżem z gruszek. Zjadam też jaja gotowane w misce grzałką elektryczną oraz roti. To takie trójkąty z ciasta naleśniko-podobnego. Wewnątrz trójkątów przysmażanych na patelni jest różnego rodzaju nadzienie. Od słodkiego dżemu, po paląco-ostro przyprawione warzywa lub kurczaka, czy rybę. Takie roti można w różnej formie i nazwie spotkać w całej Azji. Pamiętam te z makrelą w Rosji, zwane piroszki, sprzedawane w całej Azji centralnej. Spring role z Bangkoku. Nawet w Maroku, w lekko wypieczony placek chlebowy, zawijają sardynki z puszki. Też dobre. Tu na Sri Lance, mają takie wyśmienite, małe banany, o lekko kwaskowym smaku, podobnym do gruszki. W Indiach jest wiele gatunków bananów, ale takich jak tu nie spotkałem. Lokalnym przysmakiem są keksy, bardzo owocowe, niektóre zrobione prawie z samych owoców. W Polsce takich nie ma. Na ulicach czasami sprzedają rozrąbane owoce chlebowca, nadają się po ugotowaniu. Sri Lanka dziś kraina herbaty, tak naprawdę nie ma rozpowszechnionego zwyczaju picia herbaty. W Indiach czaj jest tak powszechny jak u nas chleb. A tu, na wyspie, trzeba długo się dopytywać o herbatę, zwłaszcza zieloną, a czaj to tylko w formie fast-food.
      Wreszcie zjechaliśmy na południowe wybrzeże Sri Lanki, 658km od równika. Koniec monsunu ciągle się przedłużał. Olbrzymie tereny pól ryżowych zniknęły pod wodą. Rzeki przepełnione były brązowym szlamem z gór. Morze było wzburzone i mętne. Jednym słowem kiepski czas na urlop na plaży. Jednak kiedy autobus dojechał do Mirisa, a deszcz ciągle rypał o szyby, trzeba było wysiadać i szukać noclegu. Tomek i Iwona nawet próbowali omijać kałuże na błotnistych ścieżkach wiodących do licznych hoteli i kwater prywatnych. Ale wkrótce woda wypełniła drogi jak koryta rzek. Na szczęście to nie Indie, monsun nie ma na celu spłukania i rozmycia wszelkich śmieci i zalegających odchodów z zapchanych rynsztoków, szaletów oraz dzikich sralni w krzakach. Tu na Sri Lance w kałużach pływają jedynie małe węże, zupełnie takie, jakimi straszył nas przewodnik na Ella Rock. Nie wiadomo co lepsze, przyklejone do kostki gówno Hindusa, czy wgryziony w łydkę lokalny zaskroniec.
      Najpierw poszliśmy w kierunku plaży, tam gdzie luksus dla białtka. Niestety w Mirisa, główna, hałaśliwa droga jest blisko plaży, więc nie ma co liczyć na sielski, wiejski charakter wczasów. Kilka resortów z własnymi domkami, rozsianymi pośród przybrzeżnych palm kokosowych, przyciąga miejskie białtko, lubiące żyć w skupinie, tak jak na co dzień w 'wielkim mieście'. To wymarzone miejsce dla bywalców zadymionych pubów i modnych dyskotek. Liczne restauracyjki w stylu Boba Marleya omywa fala wieczornego przypływu i chłodzi zefirek od oceanu. Barmani nie zapewniają free-stylowej zabawy jak na pseudo dzikich plażach Jamajki, ale do pizzy w polskiej cenie puszczą Bee Gees, zabawią zestresowaną turystkę równie pustą co wciągającą znamionami flirtu rozmową. Rano można wskoczyć na deskę, bo fale jak w Portugalii, tylko ocean ciepły jak zupa. Kiedy wreszcie woda się wyklaruje po monsunie, można popłynąć na rafę. Generalnie wypoczywać i wypoczywać. Dzika plaża to nie jest, ale spacery o wschodzie i zachodzie słońca, ze świadomością że nasz hotel jest tuż obok, mogą być na szumiącej plaży wyjątkowo miłe. Ceny, komfort i piękne pejzaże są na nieco gorszym poziomie niż w podobnych kurortach, w Indiach. Tylko, że w Kovalam, Varkala czy Colva, nie ma rege-music, rafy i surfingu.
      My skorzystaliśmy z kwatery prywatnej, dalej od oceanu, w głębi osiedla wioski Mirisa. To sieć wąskich dróżek, zalanych żółtą wodą po każdym deszczu. Oplata małe domostwa z ogródkami. Jest czysto i schludnie. Można zaopatrzyć się we wszelkie produkty żywnościowe w maleńkich, garażowych sklepikach, sabotując wybujałe ceny w restauracjach.
      Wieczorem, kiedy monsun na chwilę odpuścił, wybraliśmy się z Tomkiem na poszukiwania sklepu monopolowego, ale z mizernym skutkiem. Tutaj pija się coś ze sfermentowanych kwiatostanów palm, zwie się arak. Ale tylko nazwa jest Wam znajoma, smak na pewno nie. Flaszki w sklepach nie są drogie, połowa cen polskich. 50ml wódki w restauracji na plaży to 2USD, w spelunie dla tubylców 0.8USD.
      Cóż można robić w deszczowy urlop nad morzem... rżnąć w karty. Stare pijaki grają o flaszkę, my graliśmy o czarną popitkę. Wieczorem obowiązkowa przechadzka po sześciuset metrowej długości plaży. Deszcz na chwilę dał sobie na wstrzymanie. Kawiarenki wybudowane wprost na wąskiej plaży, na palach, aby fale mogły swobodnie przepływać pod nimi, iskrzyły się kolorami świecidełek i ożywionymi rozmowami białych. Kolorowi inaczej restauratorzy prześcigali się w trudnej sztuce zaganiania turystów z plaży wprost do stolika, a zachodnia muzyka ulatywała pod chmury, w stronę Księżyca.
      O świcie pranayama w opuszczonej tawernie na plaży, na mokrych od słonej wody deskach, w ogłuszającym huku fal i przyjemnym, wstającym słońcu. O świcie kawiarenki na plaży wyglądają jak wygasła i zużyta choinka po świętach. Szarość dnia codziennego i powiew świeżości, rozmył gęstą atmosferę wieczornego bujania w obłokach. Mam coś takiego w głowie, że nie umiem cieszyć się tym miejscem w którym jestem. Takie fale, wschodzące słońce, przenoszą mnie od razu do zimnej, jesiennej Portugalii, na piaszczyste wybrzeże, na południe od Figueria da Foz. Tam moje serce zostało i jak na razie, żadna inna plaża go nie skradła. Już w głowie trybiki się rozpędzają i kombinują jak sprawić aby jeszcze raz skoczyć na golasa do zimnego Atlantyku, na bezludnej plaży wyciszonej eukaliptusowymi lasami.
      Tym czasem słońce na Sri Lance schowało się za chmurę i zaczęło kropić. Chociaż jest ciepło i duszno i deszcz orzeźwia. Iwona mówi, że w Polsce -15st.C i śnieg. Fajnie, ale jakie to ma znaczenie tutaj? Nie zostawiłem nic ważnego w Polsce.
      Przed południem wypożyczyliśmy skutery za 7.5USD i pojechaliśmy zwiedzać okolicę. Litr benzyny to około 1USD, trochę taniej niż w Indiach. Tuż przed Welighama zjechaliśmy z głównej wprost na plażę i kontynuowaliśmy po piasku. Było dość twardo, a stare przykazanie mówi, że wypożyczonego sprzętu nie trzeba szanować. Przekroczyliśmy trzy strumienie w bród, zdziwiliśmy kilku białych na leżakach i wzbudziliśmy śmiech pośród rybaków. Minęliśmy kilka przystani z wielkimi, drewnianymi łodziami wyciągniętymi na piasek plaży. Kolorowe cielska wyładowane były sieciami przygotowanymi na nocne połowy. Załoga tylko jednej łódki mocowała się z potężnym katamaranem, aby go zepchnąć do wody w czasie odpływu. Sześciu ludzi zapierało się głęboko w piach nogami, napierając plecami o przypory. Robili tak trzy suwy, po 20cm każdy, na komendę i potem odpoczynek. Jak nas zobaczyli przejeżdżających strumień uchodzący do morza, zrobili sobie dłuższą przerwę. Byliśmy, jak to na wyprawach bywa, równie niecodziennym dla siebie widokiem. Mozolili się jak mrówki toczące wielki, kolorowy liść. Ale zanim dojechaliśmy do końca plaży, ich łódź już odbijała od brzegu na pełnych obrotach 120-to konnego silnika Yamaha. Ich koledzy z wielkiego, sąsiedniego mocarstwa, machają wiosłami, bo rząd blokuje import dóbr luksusowych wysokimi cłami, a Tata jeszcze takich silników do łodzi nie produkuje.
      Wzięliśmy sobie kąpiel w ciepłym jak zupa oceanie i pojechaliśmy szukać stacji kolejowej, do Welighamy. To nieco większa wioska od Mirisy, ma nawet coś w rodzaju centrum, z dworcem autobusowym i licznymi sklepami.
      Okazało się jednak, że tory są w remoncie i dopiero z Galle można pojechać koleją do Colombo. Za trzy dni stąd wyjeżdżamy, chcemy więc się zorientować w temacie transportu.
      Nasza dzisiejsza trasa i tak wiodła do Galle, więc ruszyliśmy główną wzdłuż brzegu oceanu, na północny-zachód. Gęsto zaludnione wybrzeże Sri Lanki, od Hambantota do Colombo, to niezbyt przyjemne miejsce. Zdarzają się oczywiście, takie małe enklawy względnego spokoju i zachodniego świata, jak nasza Mirisa, ale większość to po prostu wioski rybackie, miasta, droga wiodąca wprost po plaży i niedostępne skały. Wschodnie wybrzeże zdaje się być bardziej przyjazne dla podróżnika. Można by wypożyczyć mopeda i pojechać z plecakiem i namiotem, dookoła wyspy. Mogła by to być całkiem fajna wyprawa i w dodatku tania. Tomek mówi, że trzeba będzie kiedyś się do tego przymierzyć.
      Stare Galle to holenderski fort na cyplu wysuniętym w ocean, otoczony kamiennymi murami. Jest latarnia, wąskie uliczki obsadzone starymi, pochylonymi kamieniczkami. Jest nawet kościół z epoki i meczet. Galle to całkiem miła alternatywa dla szumu fal i plaży, dla pól ryżowych i palm kokosowych. Można tu odpocząć w kawiarni, w ratanowych fotelach na tarasie z baldachimem. Poczuć się jak dawni kolonizatorzy. Można pospacerować uliczkami, zaglądając do sklepików z lokalnym rękodziełem. Starówka nie ma jednak tej atmosfery co Dubrownik, Tavira czy Korcula. Z wierzchu wszystko wygląd podobnie, nawet ceny, ale w szczególe zdaje się być udawane, jak chińskie Audi na licencji. Brakuje tego czegoś, albo w obserwatorze brakuje bezstronności. Może to z góry powzięte nastawienie nie pozwala otworzyć się na coś nowego. Tym niemniej Galle trzeba odwiedzić koniecznie, będąc oczywiście na Sri Lance. Czegoś podobnego w Indiach się nie znajdzie. Kochi, ani pozostałości Portugalczyków na Goa, nie mogą się równać.
      Jednak dla mnie, najprzyjemniejszym etapem dzisiejszej trasy, okazał się powrót. Słońce już tak mocno nie prażyło, a dobry asfalt niósł nas długą pętlą przez pagórki porośnięte palmami. Przyjemny chłód popołudnia, miękka wilgoć w powietrzu i sielskość wiejskiego krajobrazu. Pagórki rozsuwały się, a pomiędzy nimi wyrastały wioski, czasami zalane wodą pola ryżowe. Zdarzyła się nam nawet piękna, stara świątynia buddyjska, połączona z drogą groblą ponad wodą pól. W wodzie brodziły ptaki, przy brzegu bawoły. Droga wiła się zakrętami i nawet nie była zatłoczona. Takie popołudnie to jak deser, jak nagroda po upalnym dniu pełnym wrażeń. Chciało by się zalegać w hamaku, z książką w ręku, a ponad głową tylko szum drzew. No i napisałem sporo słów o prostym pięknie. Bo jak się nie umie człek wysłowić, to zwykle przesadza w ilości.
      Oczywiście skoro wracając na siłę szuka się innej drogi, zwykle kończy się w krzakach. Nasza droga zmieniła się w wiejską dróżkę zalaną miejscami przez monsun. Pola ryżowe łączyły się ponad dziurawym asfaltem jedną, wielką taflą brunatnej wody. Droga znikała na 100-300 metrów w jeziorze ograniczonym z dala zielonymi wieńcami palm kokosowych. Pogasiliśmy skutery w lęku aby silniki nie zassały wody i człapiąc sandałami prowadziliśmy je w tej wiejskiej scenerii ciszy wieczoru. Kilka razy droga znikała nam pod wodą, a GPS mówił, że nie zmierzamy prosto do celu, tylko robimy coraz to nowe pętle. Wreszcie trafiliśmy na główną i już po ciemku, wróciliśmy do Mirisy. Radość znalezienia głównej może się tylko równać z radością jej opuszczania, kiedy dzień jeszcze długi. Ostatnie kilometry, to tradycyjna walka o miejsce i przeżycie pośród rozpędzonych autobusów i ciężarówek. Zwłaszcza kierowcy autobusów, jak to Tomek powiedział, czując misję od boga, ładują ile wlezie na długich, łamiąc wszelkie zasady rozsądku, spychają innych uczestników ruchu w palmy. Na Sri Lance mają lepsze drogi i lepsze samochody, mają też mniejszy ruch na drogach, więc jeżdżą szybciej i pewnie z tego powodu jest więcej wypadków niż w Indiach.
      Taki piękny dzień trzeba było zakończyć jakimś miłym akcentem. Zasiedliśmy więc w kawiarence na plaży. Tomek zamówił rybę, a my z Iwoną szarpnęliśmy się na pizzę. I rzeczywiście było miło, jak w hollywoodzkim filmie. Księżyc odbijał się w szumiących falach oceanu omywających słupy na których stała kawiarenka. Portret Boba Marleya, symbolu plażowego odpoczynku w tropikach, wisiał nam nad głowami, a z głośników płynęła muzyka. Strzecha z liści palm, kolorowe światełka, koślawe stoły z desek i dupska w plastykowych fotelikach. Brakowało tylko dobrej pizzy. Bo to co przynieśli za 8USD pizzy nie przypominało. Ale wieczór w stylu 'wymarzone wakacje' zaliczony, czas myśleć o czymś nowym, przejść do czynów.
      Tradycyjnie już przed świtem stawiliśmy się na plaży, w opuszczonej kawiarence. Dziś słońce bardziej zdecydowanie weszło na scenę. Nie staraliśmy się być dziś podróżnikami. Spędziliśmy czas w cieniu, z książką w ręku, na plaży w słońcu, na plaży w wodzie i spacerując po piasku. Nic bardziej nudnego, ale jakie odprężające. Jedyne co pobudziło mój zmysł analityczny to tabliczka 'only for forighners' na jednym z hoteli, jakie oglądaliśmy spacerując po Mirisie. Przypomniałem sobie zakaz wstępu dla lokalnych ze wsi na plażę w Varkala, w Indiach, gdzie wypoczywali biali. Tu na Sri Lance w sklepach, w miejscowościach turystycznych, sprzedaje się ciuchy dla białych, lokalni takich nie noszą. Nie jedzą też potraw europejskich, jak pizza, większość z nich nie umie czytać po angielsku, jednak miejsca opisane w Lonely Planet, są upstrzone angielszczyzną, a restauracje, hotele i kawiarenki internetowe, noszą nazwy związane ze światem Zachodu. To chyba taka nowa forma kolonializmu pieniądza. Uważam ją za zdrową i tak samo naturalną jak chleb na zakwasie z pełnego ziarna. Nawet jeśli to burzy niektórym dziewiętnastowieczne zasady humanizmu.
      Dziś po porannym przywitaniu oceanu, wybraliśmy się wypożyczonymi skuterami na dłuższą wycieczkę w interior, z dala od wybrzeża. Turystyczna, cienka warstewka przybrzeża, jak atmosfera ziemska, jest tak naprawdę poznaniem kraju w mikroskopijnym wymiarze. Nie wiem czy południowo-zachodnie wybrzeże Sri Lanki może mnie jeszcze czymś ciekawym zaskoczyć. Za to zupełnie nie turystyczny interior, może być ciekawy i bardziej prawdziwy.
      Pojechaliśmy więc do Matary obejrzeć mizerne pozostałości holenderskiego fortu. Stamtąd wyskoczyliśmy na podrzędną drogę, na północ, w stronę gór. Teoretycznym celem miał być park Somawathiya, z uznanym przez UNESCO, wzorcowym lasem deszczowym. Cel musi być, inaczej trudno działać.
      Nie pamiętam nazw wszystkich wiosek jakie mijaliśmy na 191-kilometrowej trasie. Ale większość z nich raczej biali nie odwiedzają. Niezwykle kręta droga, z coraz to gorszym asfaltem, wyniosła nas na 515m n.p.m., do podnóży lasu deszczowego. Czasami jechaliśmy w cieniu olbrzymich drzew fikusopodobnych, ze zwieszającymi się z rozłożystych gałęzi lianami i korzeniami napowietrznymi. Miejscami droga biegła na krawędzi przepaści. Wtedy otwierał się widok na doliny otoczone stromymi wzniesieniami i lasem. Na zboczach o łagodniejszym nachyleniu uprawiano krzaki herbaty. Z oddali widać było wąskie, gliniane ścieżki i strome, kamienne schody przecinające uprawy. W powietrzu bezustannie towarzyszył nam cierpki zapach kwiatów herbaty. Najbardziej przypominający mi wonne kwiaty drzew pomarańczowych w Hiszpanii. Bliżej oceanu przygaszała go duszna woń kwitnącej dżungli. Dna dolin zasiedlały ciche wioski i rozległe pola ryżowe, z całą siecią zapór i grobli do zatrzymywania górskiej wody. Niestety czysta, górska woda nie poprawia lankijskiego ryżu, który ma dość pastewny smak.
      Wjechaliśmy w cień skał jak do ożywczego edenu, chłodu i lekkich zapachów. Gdy tylko droga wychodziła na skwar słońca, duszne powietrze, ciężkie od gęstych zapachów, stojące jak ściana gorąca z ogniska, uderzała nas na chwilę nową odmianą. Droga nie pozwalała na więcej niż 30-50km/h. Mogliśmy więc chłonąć całą tą swobodę poznawania pięknej przyrody i poczucia wolności, jaką może dać motocyklizm. Jazda w krótkich spodenkach i T-shirtach, dodatkowo pozwalała czuć całym ciałem otaczające nas powietrze.
      Minęliśmy kilka świątyń buddyjskich, niekiedy białe stupy, czasami pomniki medytującego Buddy, oczywiście zawsze tajemniczo uśmiechniętego. W centrum zwykle stało rozłożyste drzewo, symbol drzewa, u stóp którego Budda doznał wszechzrozumienia. Przy jednym z nich, wymalowano na ścianie scenki z życia zwykłych ludzi, które w prosty sposób, bardziej strasząc po chrześcijańsku aniżeli ucząc rozumienia swych postępków po buddyjsku, pokazywały jak nędzni w swych naturalnych instynktach być potrafimy.
      Zatrzymując się w kolejnej wiosce na orzeźwiający sok z woodapple, poczułem się jak na interaktywnym safari. To naturalne uczucie towarzyszące prawdziwej podróży. Obydwie strony, Oni i My, wchodzimy z ciekawością, dystansem i niezrozumieniem w interakcję. Dziwimy się sobie nawzajem, każdy na swój sposób. Oni trochę jak dzieci, z beztroskim zainteresowaniem i otwartością. My bardziej jak zmanieryzowani dorośli, z cynizmem, rezerwą i lekkim, nie dającym się wyrzucić z umysłu, podstępnie skradającym się tuż za naszymi plecami, poczuciem wyższości. Narzędziem poznania, na takim safari, jest kamera i aparat fotograficzny. Ustrzelony z tego sprzętu dzikusek, albo scenka rodzajowa, jest zapamiętana, a więc pozostanie w naszym posiadaniu na zawsze. Oni też mają narzędzia do pamiętania. Przede wszystkim pamięć, nie zapełnioną śmieciem z Zachodu, więc ciągle chłonną i dobrze działającą. Mają też dużo lepszy, bo bardziej skupiony, choć przez to mniej analityczny, zmysł postrzegania. Wreszcie mają komórki z fotoaparatami. Tak jak na prawdziwym safari, biały myśliwy może strzelać i zabijać, a zwierz może zagryźć na śmierć. Tak i tu obydwie strony obrzucają się badawczym wzrokiem zapamiętując. Biały pojawiający się w małej wioseczce, szukający sklepu z lodówką i zimnymi napojami, burzy na chwilę porządek rzeczy. Ale jeszcze nigdy nie dowiedziałem się co po sobie pozostawia. Jaki ślad na zakurzonym placu, będącym centrum życia dla tych ludzi i jakie wspomnienia w pamięci tych ludzi. Zawsze zachodzi interakcja pomiędzy obserwowanym i obserwującym.
      Wieczorem po prawie dziesięciogodzinnej wycieczce, Tomek zaprosił nas do plażowej restauracji na kolację przy świecach. Była rybka z oceanu i był depresator w postaci wódecki z colą. Miło jest wyjechać ze świadomością, że można wrócić do znanego, do naszego. Różnimy się tylko kilometrem, jedni zapuszczają się dalej i na dłużej, ale każdy jest na smyczy.
      Dziś pierwszy dzień powrotu. Nie czekaliśmy długo na autobus, może trzy minuty. Wskoczyliśmy niemal w biegu. Młody kierowca z zapałem chwycił się kierownicy i jeszcze zanim usiedliśmy wciskał gaz do dechy bosą stopą. Przez godzinę mieliśmy pokaz głupiej brawury.
      W Galle pociąg był już podstawiony na peron półtorej godziny przed odjazdem. Bilet drugiej klasy, na stukilometrowy odcinek do Colombo, kosztował 1.7USD. Wagony zapełniały się na każdej, kolejnej stacji. Przybywało białych z kurortów, najwięcej w Hikkudawie i Ambalagondzie. Komfort jazdy nie odbiegał od znanego nam z trasy Colombo-Kandy.
      Większość trasy linia kolejowa poprowadzona jest bardzo blisko plaży i biegnie wzdłuż głównej drogi łączącej wszystkie miejscowości gęsto zaludnionego wybrzeża. Na dziesięć kilometrów przed Colombo, pociąg jedzie dwa, może trzy metry od fal oceanu. Najpierw przez slumsy, pobudowane na państwowej ziemi wzdłuż torowisk, a potem oddziela bogatą dzielnicę Spice Gardens od morza. Nie ma tu plaży, tylko niewysoki, kamienny falochron, na którym leżą tory i obok nich droga dla samochodów. Od ciągłych wiatrów niosących sól znad oceanu, tory i wszelkie metalowe konstrukcje pospawane z szyn kolejowych, są mocno pordzewiałe. Płot z szyn tak skorodował, że grube na kilkadziesiąt centymetrów sztaby litego żelaza, wyglądały jak cienkie ogryzki, nie grubsze od kciuka.
      W lokalnej gazecie pisali o rozbudowujących się bezustannie slumsach. Ludzie uciekają z biednej wsi, gdzie życie nie ma zachodnich perspektyw i lądują w puchnących z roku na rok nowymi falami uchodźców i ich dzieci slumsach, które na czystej plaży wyglądają jak ropiejący wrzód, albo wyrzut... sumienia. Wzmaga to zanieczyszczenie miasta oraz problemy z systemem ściekowym i przeciwpowodziowym. Podobno monsunu tego roku mocno podtopił rejony w głębi lądu, ponieważ ludzie ze slumsów zanieczyszczają odpadkami większość uchodzących, przez ich domostwa, do oceanu koryt rzek i kanałów. Czyli syndrom indyjski. Nikt tu nie panuje nad rozrostem slumsów i ludności w ogóle. Ale skoro zauważono problem, to może zaczną przeciwdziałać. Tylko, że slumsy to też ludzie, to też wyborcy. Nie da się tego wrzodu wyciąć spychaczem i pałą policjanta.
      Jadąc wzdłuż bogatej dzielnicy Colombo, oświetlonej zachodzącym, pomarańczowym słońcem, białe ściany wieżowców przypominały południowe miasta Hiszpanii. Wieczór niósł ulgę po całodziennym skwarze. Fale uspokajały swoim szumem i mieniły się na złoto w słońcu. Bogata dzielnica też się rozbudowuje. Zauważyłem kilka drapaczy chmur, jeszcze nie wykończonych. Dużo tu wojska strzegącego spokoju bogatych ludzi.
      Wylądowaliśmy na głównym, wprost w tłum poniedziałkowych, popołudniowych przyjezdnych. Rikszarze nie bili się o nas długo. Kiedy tylko zorientowali się, że nie śmierdzimy groszem i nie jesteśmy skłonni wydać na hotel i taxi dużych sum, przestali się nami interesować, jak koty martwą myszą. Nie ma tu tak dużej konkurencji jak w Indiach. Chcieli nas jeszcze przekonać, że w Colombo nie ma tanich hoteli, za mniej niż 12USD od pokoju, ale nie daliśmy się zwieść i poszliśmy sami szukać noclegu do dzielnicy muzułmańskiej, czyli handlowej. Najpierw trafiliśmy do hotelu z pokojami na godziny. Straszne nory bez okien, ale z karaluchami, na dodatek drogo. Potem jednak znaleźliśmy w miarę czysty hotel z TV i mydełkiem, za 7USD od pokoju. Nigdy tu nie widzieli białych, więc nie znali lankijskiej zasady, że biały płaci minimum potrójną cenę.
      Rano polecieliśmy samolotem do Chennai, do Indii. Na koniec jedno słowo o Sri Lance. Znowu potwierdziła się stara zasada - podróże uczą. Mnie Sri Lanka nauczyła wiele o Indiach, albo raczej o tym, czym Indie są w moim sercu. Tak właśnie uczą podróże. Dystans uczy nas patrzeć na stare śmieci nowymi oczami.
mariusz reweda

Zobacz inne nasze podróże po Azji: 2003, 2005, 2007, 2008, 2008, 2009, 2010, 2011, 2013, 2013, 2013, 2014, 2014, 2014, 2014, 2016.
FWT Homepage Translator