FWT Homepage Translator
wyprawa do Azji
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012








Wyjechaliśmy 4-go kwietnia 2008 roku. Tym razem naszym celem był Bliski Wschód, a konkretnie Syria i Jordania. Nie była to nasza prywatna podróż, postaraliśmy się połączyć przyjemne z pożytecznym i spróbować zapracować na koszty wyjazdu. Planowaliśmy dojechać do granicy Syrii w 6 dni, następnie poznawać Syrię i Jordanię w 13 dni, potem wrócić do Bułgarii aby zaszyć się na trochę w Góry Rodopy i Pirin.
Jak to zwykle bywa nie wszystkie plany zrealizowaliśmy, ale jednocześnie udało się nam zobaczyć i zrozumieć tematy, których się nie spodziewaliśmy. Tym razem nie mieliśmy wystarczająco wiele czasu, aby przygotować się merytorycznie przed wyjazdem. Dlatego moje emocje przed podróżą bazowały głównie na nastawieniu, tak zwanej, zachodniej opinii publicznej do Bliskiego Wschodu. Tym przyjemniejsze było zetknięcie z państwem, ludźmi, kulturą Syrii, która dla mnie okazała się najciekawszym miejscem w tej wyprawie. Jordania zaskoczyła mnie zaawansowanym stopniem rozwoju obyczajowego i gospodarczego. W trakcie podróży zapisywałem swoje spostrzeżenia i refleksje, zamieszczam je obok w tekście (można ściągnąć plik DOC z tekstem - 135kB).
Rok 2008 jest tym niezwyklejszy dla nas, że jest przepełniony wręcz podróżami. Okazało się, że tak jak kiedyś marzyliśmy o tym, aby często i daleko wyjeżdżać, tak teraz brak nam czasu na odpoczynek od podróży. Mam jednak nadzieję, że uda mi się przekazać jak najwięcej informacji o krajach, które poznajemy, w opisach i zdjęciach. Mam też nadzieję, że w przyszłym roku uda się nam zorganizować wyprawę dla Was, abyście sami mogli podziwiać Bliski Wschód. Bo tak na prawdę, najważniejszym motorem jaki mnie napędza w wyprawach, jest chęć dzielenia się z innymi wiedzą o świecie.
Zdjęcia prezentujemy na organizowanych przez nas imprezach turystycznych, ale można je także kupić na DVD drogą wysyłkową za 40zł + koszt wysyłki, wystarczy napisać email do nas. Zdjęcia są w kształcie prawie godzinnej prezentacji na DVD z muzyką i tekstem.
Gdybyście chcieli zobaczyć fragmenty ciekawych pejzaży jakie były naszym udziałem, to polecamy ruiny miast rzymskich w Syrii, ruiny Apamei, nocowanie pośród zabytków pustyni w Syrii jest całkiem normalne, tak dziś wygląda Rusfa kiedyś ważne miasto na pustyni i szlakach handlowych, albo Palmira duma królowej Zenobii. Do dziś chrześcijanie używają języka aramejskiego i kultywują tradycję w klasztorach w górach Syrii. Jordania to przede wszystkim wspaniała przyroda i jej ciekawe twory, jak ten kanion. Petra mimo nasilenia turystyki masowej nadal jest piękna. No i Wadi Rum, to osobny temat i może być celem całej podróży. Równie ciekawie było w bułgarskich Rodopach, w Pirinie, a także w Serbii.
Chętnie także udzielimy informacji tym, którzy się wybierają w podobną podróż i nie wiedzą jak się przygotować. Piszcie lub dzwońcie 0601771523.
mariusz

Opis podróży do Azji2003 znajdziecie na tej witrynie. A także wyprawę do Azji2005 i Azji2007.

      Syria od 1970 roku ma dyktaturę prezydencką. W 2000 roku zmarł pierwszy zarządca tych terenów - Assad senior, władzę po nim przejął jego syn, który nie ma już tak silnej pozycji politycznej, ale ludzie stojący w cieniu, a faktycznie sprawujący władzę, wybrali go na swą marionetkę. Wiele przykładów ościennych państw, dowodzi że system totalitarny najlepiej sprawdza się w tej kulturze i na tym poziomie rozwoju społecznego.
      Macki amerykańskiego wywiadu nie mogą sprawować kontroli nad Syrią, więc weszli tu Rosjanie. Szkolą tajniaków, wspierają sprzętem i myślą techniczną, szybko rozwijający się kraj. Zdobyli ważny przyczółek wojskowy i polityczny, blisko Izraela. Oczywiście propagandowcy Bush'a zaliczyli Syrię do państw 'osi zła', czyli wylęgarni terrorystów, sprawnie lansując tą opinię w zachodnich mediach. Rzeczywistą kością niezgody są Palestyńczycy i wzgórza Golan. Osobną sprawą są Kurdowie i ich walka o niepodległość.
      Nie tak dawno temu Syryjczycy uzyskali pozwolenie, od swego władcy, na używanie internetu. Popularnym stało się także oglądanie zachodnich stacji telewizyjnych. Są więc szerzej wyedukowani niż my, znają arabską i amerykańską propagandę.
      Tereny dzisiejszej Syrii są kolebką jednych z najstarszych cywilizacji. W dolinie Eufratu ludzie mieszkali już 65 wieków temu. Fenicjanie zakładali tu swoje miasta - ośrodki handlowe 45 wieków temu. Egzystowali z różnym szczęściem przez 15 wieków. Następnie podbili ich Akadyjczycy z Mezopotamii, dzisiejszy Irak. Około 1550 roku p.n.e. na scenę weszli Egipcjanie, którzy w pogoni za swoimi dotychczasowymi ciemiężycielami, zajęli tereny Syrii. Do 1480 roku p.n.e., w wyniku walk, ustaliły się granice południowe Syrii. Północne bezustannie były najeżdżane przez plemiona tureckie z środkowej Azji. Mimo, że kraina pozostawała pod panowaniem plemion Hittów, albo Egipcjan, miasta Fenicjan ciągle funkcjonowały i prężnie się rozwijały.
      Od XIII w p.n.e. imperium Egiptu zaczęło słabnąć, a tereny Syrii stały się poligonem migracji wielu nowych ludów. Na wybrzeżu osiedlili się Filistynowie, którzy dali początek Palestynie. W centrum kraju pojawili się Aramejczycy, do dziś niektóre grupy społeczne posługują się ich językiem, ludu z którego pochodził Chrystus. Aramejczycy opierali się najazdom z Judei, ale ulegli potężnym Asyryjczykom ze wschodu, którzy zapanowali na tych terenach od 732 roku p.n.e. Przez następne cztery wieki ścierali się z Babilończykami i królem Nabuchodonezarem. Potem nastąpił czas Greków i Rzymian.

      Było wiele bitew i wojen, rodzili się i umierali bohaterowie. Syrię dotknęły wpływy nowoczesnych trendów budownictwa, kultury i techniki. W 333 roku p.n.e. Aleksander Wielki podbił Syrię, a w 64 roku p.n.e. panowali tu już Rzymianie.
      W VII wieku n.e. Bizancjum upadło pod naporem Persów. Tereny Syrii stały się łatwo dostępne dla Arabów z południa i w 633 roku wkroczył tu Islam. Damaszek stał się stolicą dynastii Umajadów.
      W 1095 roku rozpoczął się najazd Europejczyków, czyli krucjaty. Były trzy krucjaty. Tak jak dziś w imię idei krzewienia demokracji, tak wtedy w imię Chrystusa i obrony jego ojczyzny, zabijano, palono i gwałcono. Dzielnie stawiał im czoło Saladyn, z pochodzenia Kurd. Krucjaty zakończyły się rozejmem w 1193 roku, na mocy którego wybrzeże dostali Europejczycy, budując tam swoje warownie. Natomiast centrum kraju przypadło Muzułmanom.
      Kolejne cztery wieki to najazdy Czyngis Chana, a potem Timura. Najazdy grabieżcze i wyniszczające gospodarkę. Następnie od XVI do XX wieku Syrię okupowały wojska Turków Ottomańskich. Podczas I wojny światowej na terenie Syrii toczyły się walki pomiędzy Turkami, sprzymierzonymi z Niemcami, a Brytyjczykami. Od 1920 do 1946 Syrią rządziła Francja, z ramienia Ligi Narodów. Następnie kraj przeszedł na własny rachunek.
      Wjechaliśmy na granicę turecko-syryjską od strony miasta Iskenderun. Tam gdzie kończy się Morze Śródziemne na wschodzie. Przez ponad godzinę przepychaliśmy się przez ziemię niczyją w tumanach spalin od setek TIRów. Droga była wąska a wyobraźnia kierowców tureckich jeszcze węższa. Jednym słowem chaos i bałagan. Samochody wykorzystywały każdy centymetr drogi, aby przeć naprzód. Nie obowiązywały żadne zasady, nawet zasady logiki. Zapewne niemiecki policjant zaprowadziłby tu porządek i usprawnił przepływ samochodów w godzinę, ale to byłoby zupełnie sprzeczne z naturą ludzi tej ziemi. Przepychałem się więc mozolnie do przodu, starając się odgonić myśli racjonalizujące ten bezmyślny burdel.
      Na granicy syryjskiej czekał nas chłód betonowych, schludnych budynków oraz pozorny porządek i spokój. Kontrola paszportowa minęła nam szybko i bezproblemowo. Urzędnicy pod czujnym okiem oficera, w osobnym okienku dla turystów, zajęli się nami ekspresowo. Dalej było już gorzej. Przeprawianie samochodu i w dodatku z silnikiem diesel'a to nie lada sztuka oraz koszty. Ubezpieczenie, opłata graniczna i ekonomiczna to wydatek w okolicach 200USD za samochód. Rząd Syrii dopłaca do oleju napędowego, aby utrzymać jego niską cenę, więc pobiera podatek od przyjezdnych, za to że wywożą pełne zbiorniki taniego paliwa. Wypełnia się przy tym stosy papierów i odwiedza niezliczone okienka. Druki są tylko w języku arabskim, ale to państwo tajniaków, więc zaraz się jakiś znalazł chętny do pomocy. Tajniaków szkolą rosyjskie służby specjalne, więc znakomicie znają rosyjski, z angielskim trochę gorzej. Podczas wypisywania dokumentów i kolekcjonowania pieczątek, tajniacy stwarzali sztuczny bałagan, aby wydębić trochę pieniędzy dla siebie i urzędników. Tym niemniej wszystko trwa dość krótko, jak na warunki azjatyckie, zaledwie dwie godziny.
      Tuż za granicą wpadamy na asfaltową drogę do Aleppo. Kultura jazdy syryjskich kierowców nie odbiega od norm azjatyckich, natężenie ruchy także. Szybko przedostajemy się do północnej metropolii Syrii. To największe miasto w kraju. Kiedyś było stolicą plemion aramejskich. Nie zwiedzamy jednak zabytkowej cytadeli. Lądujemy w dzielnicy handlowej, aby zrobić zakupy. Mieszkańcy są tak zaszokowani widokiem turystów, że często zatrzymują się na chodniku w osłupieniu, pytają jakim cudem trafiliśmy do ich dzielnicy. Jeszcze bardziej dziwią się, że przyjechaliśmy własnymi samochodami. Aleppo ma coś przyjaznego w sobie. Wizyta w tym mieście, nawet tankowanie paliwa w kolejce ciężarówek, nastawiły mnie do Syrii przyjaźnie. Rzadko się zdarza aby islamskie państwo zrobiło na mnie pozytywne wrażenie.
      Słów kilka o paliwie do diesel'i. Jak na razie zauważyłem, że stacji jest dużo, nawet na wsi. Jednak niewiele z nich ma na stanie olej napędowy, a jeśli już to ustawia się do niego długa kolejka samochodów. Koszt litra to około 0.35zł (2008), jakość średnia. Należy pamiętać, że w krajach islamskich, dniem wolnym od pracy jest piątek.

      Zagłębialiśmy się w wapienne góry, na południowy-zachód od Aleppo. Jeszcze przed nocą odwiedziliśmy kilka 'umarłych miast', jak nazywane są ruiny kamiennych, ufortyfikowanych pozostałości po czasach świetności Asyryjczyków z czasów od IV do VI wieku. Do złudzenia przypominają antyczne rumowiska greckich czy rzymskich miast, w krajobrazie wapiennych skał przetykanych zieloną trawą, przypominają Jurę Krakowsko-Częstochowską. Na wsiach nikt nas nie zaczepiał, okazywano nam wręcz niezwykłą gościnność i uprzejmość. Dzieci były zbyt zaskoczone naszym widokiem aby reagować histerycznie. Na nocleg zjechaliśmy do żyznej doliny Al Ghab, nad brudną rzeczkę, pośród uprawy rolników.
      Rano obudziły nas traktory i rolnicy zdążający na pola. Wyruszyliśmy na południe w kierunku Djabel Jubb Sulayma. Chcieliśmy zwiedzić trzy najważniejsze 'dead city'. Pierwsze było Al Bara. Ruiny wplecione w rolniczy krajobraz pól i sadów oliwek. Kamienne, równociosane bloki skalne leżały w rumowiskach i pojedynczo, pośród traw, i zaoranej, czerwonej ziemi. W wielu jednak miejscach zachowały się ponad dwupiętrowe ściany, a nawet całe domy. Stały łuki i kolumny. Pozbawione ścian, nie pełniły już żadnej funkcji. Miasteczko zajmowało kiedyś 6km2, miało własne ulice, rynsztoki, sieć czegoś w postaci wodociągów, domy połączone były w kwartały, jak nasze kamienice. Do dziś wyróżnić można pomieszczenia dla koni, łaźnie i mieszkania majętnych ludzi.
      Drugim miastem jakie odwiedziliśmy, było Baude. W charakterze bardzo podobne, ale mniejsze. Na tle ruin wyróżniała się kamienna piramida, do dziś stoi w całości. Takich miasteczek, często adaptowanych przez tubylców na pomieszczenia gospodarcze, jest w tej okolicy ponad 600. My zwiedziliśmy jeszcze jedno, najlepiej zachowane, być może dlatego iż utrzymane dla turystów - Serjilla. To miejsce jednak musieliśmy dzielić z wycieczkami przywożonymi tutaj autokarami. Mimo tej asysty można odnaleźć zagubione pośród traw kamienne portale, łuki, czy całe domy. Obejrzeć je w ciszy, co najwyżej w strachu przed wężami oraz zrobić kilka zdjęć, w nadziei, że będą to dzieła sztuki.
      Z Serjilli przebijaliśmy się dalej na południe. Wąskimi drogami łączącymi małe wioski, rozsiane pośród gór. Tak trafiliśmy ponownie do doliny Al Ghab i do ruin antycznej Apamei. Zbudował ją jeden z generałów Aleksandra Wielkiego, w III wieku p.n.e. Selekus stworzył sobie tu spokojne państewko, a dzięki jego umiejętnościom dyplomatycznym, dotrwało ono do czasów rzymskich w świetności i bogactwie. W tym kolumnowym mieście, którego dachy tworzyły jedyny cień w tym gorącym kraju, trzymano ponad 3000 koni i 500 słoni. W 64 roku p.n.e. jeden z generałów Pompei rozbudował jeszcze miasto, które w II wieku n.e. przeżyło swój drugi rozkwit. Dziś jednak niewiele z niego pozostało. Gdyby nie belgijscy archeolodzy i przemysł turystyczny, żadne z kilkuset kolumn nie stało by dziś w pionie. Miejsce robi wrażenie swoim ogromem. Rzut oka na całą kolumnadę sprawia wrażenie kolosalnej siły jaką miał jeden człowiek, dzięki swoim pieniądzom i statusowi. Można też zagłębić się w szczegóły by poczuć się odkrywcą rzeczy tak prozaicznych jak sedes, a jednak tak wartościowych jak złoto. Tylko jedna rasa ludzi, rasa biała, potrafi zauważyć upływający czas, zaklęty w kamieniu, ale czy rzeczywiście to ma jakąś wartość?
      Z Apamei ruszyliśmy główną drogą do Hama. W Syrii asfalty są w większości dobrej jakości, jak przystało na państwo z własna ropą. Asfaltuje się tu nawet boczne drogi, czy podjazdy do stacji nadawczych telefonów komórkowych. Więc dla chętnych off-roadu potrzebna będzie lupa i dobra mapa.
      Hama za czasów Justyniana zwana Epifanią, była niegdyś ważnym ośrodkiem cywilizacji w tej części kraju. Z ostatnich wydarzeń, w 1982 roku, stłumiono tu krwawo wystąpienia opozycji wobec reżimu Assad'a. Nie zatrzymaliśmy się tutaj na długo. Przejechaliśmy przez wyludnione, schludne centrum. Dziś piątek, wolny dzień.
      Wyjechaliśmy z miasta na wschód, dopytując się na stacjach o paliwo diesel'a. Nie było. Jutro już musimy zatankować.
      Na nocleg zajechaliśmy do Ksar Ibn Warden. To wspaniałe miejsce na rozbicie obozu. Ruiny wysokich murów, maleńka wioska, wokół uprawne pola. O zmroku pasterze owiec i długouchych kóz poganiają swe stada do zagród. W oddali słychać stary traktor, który z trudem odwraca skiby suchej, spalonej słońcem ziemi. Wokół, jak okiem sięgnąć, płaska równina. Według mapy powinniśmy znajdować się na środku pustyni. Ale cały ten płaskowyż, bez wyjątku, jest podzielony prostokątnymi polami uprawnymi.
      Ksar leży około 60km na północny-wschód od Hama. Został zbudowany za Justyniana, w VI wieku, jako siedziba władz bizantyjskich, na pustynnych terenach. Nie ma charakteru twierdzy, ani pałacu. Przypomina raczej wojskowe koszary, stawiane zwykle wewnątrz murów miast. Mury, dziś pozbawione dachów i stropów, sięgają ponad cztery piętra. Czarny bazalt przetykany jest żółtą cegłą i zaprawą. Wspaniale wygląda w ciszy nocy, pod granatowym, rozgwieżdżonym niebiem.

      Rano przywitała nas mgła, która szczelnie chroniła nas przed piekącym słońce. Przyszedł klucznik i wpuścił nas do Kasru.
      Pół dnia jechaliśmy przez równinę, której nazwy nigdzie nie znaleźliśmy. Im bliżej środka równiny, tym teren stawał się bardziej podobny do stepu, gdzieniegdzie tylko zazieleniony kolczastymi krzakami. Dróg było wiele. Szutrowe ścieżki rozchodziły się w różnych kierunkach. Łączyły małe wioski, ulepione z gliny i kamieni. W upalnym słońcu nie było widać ludzi. Kilka stad owiec i kóz pilnowały wielkie psiska. Czasami na horyzoncie pojawiały się rozlewiska, które otaczała przestrzeń zieleni pól uprawnych. Tam gdzie nie było wody powierzchniowej, rolnicy pompami spalinowymi wydobywali ją spod ziemi.
      W końcu wylądowaliśmy na głównej drodze, biegnącej wzdłuż Eufratu na południowy-wschód. Zatrzymaliśmy się w Maskanah aby zatankować paliwo. Najpierw poszliśmy zrobić zakupy żywnościowe. Dwupasmową drogą przetaczały się wiekowe ciężarówki, na przemian z busikami Daewoo i autokarami pełnymi turystów. Stare Mercedesy, te które nigdy się nie psują, ciągnęły naczepy na ogromnych kołach. Wyglądały jakby wyjęto je z lat '60-tych. Każdy kierowca dbał o swój wóz jak potrafił. Co się urwało, zostało przywiązane sznurkiem lub drutem, a każdy wyciek natychmiast był uzupełniany świeżym olejem lub wodą. Cała wioska żyje z tego kołowego ruchu, a my byliśmy jego częścią.
      Stanęliśmy w kolejce, pod stacją paliw, oczekując jak inni na swoją szansę zatankowania oleju napędowego. Podobno rząd nosi się z zamiarem podniesienia jego cen i dlatego są kolejki. Ale ja w to nie wieżę. Po przeciwległej stronie szosy znajdował się posterunek policji. Nie wiadomo czy bardziej z gościnności, czy z chęci poznania obcych, czy z obowiązku rejestrowania wszelkich obecności turystów, policjanci pomogli nam zatankować paliwo bez kolejki. Brat właściciela stacji przyjechał w odwiedziny z Aleppo i postanowił nas przyjąć gościną. Skorzystaliśmy z zaproszenia na herbatę, mimo iż wcześniej wiele razy odmawialiśmy takim namowom. Tym razem jednak mogliśmy porozumieć się z gospodarzem w języku angielskim. Mari jest inżynierem i pracuje dla rządu Syrii od 17 lat, zarabia 350USD miesięcznie. Po pierwszych, formalnych pytaniach, typu: a skąd, a dokąd, a po co, a jak długo, zrelacjonował nasze odpowiedzi po arabsku oficerowi policji, więc ten się uspokoił, zadość czyniąc obowiązkom służbowym. Kiedy poszedł mogliśmy porozmawiać na bardziej drażliwe tematy. Mari okazał się niezwykle ciekawym człowiekiem, pełnym mądrości życiowej oraz chęci poznawania innych poglądów. Tematy krążyły w rejonach gospodarki Syrii, jakości życia, wpływu polityki Amerykanów na cały region Wschodu. Zostaliśmy także obdarowani gazetą w języku angielskim, jaką wydaje rządowa agencja. Sądzę, że mieliśmy rzadką możliwość skonfrontowania naszych opinii i wrażeń, z poglądami jakie reprezentował inteligentny i wykształcony obywatel tego kraju.
      Pojechaliśmy dalej. Skwar już zelżał i miło było pruć równą drogą przez bezkresne pustkowia. Udało się nam dotrzeć nad zaporę na Eufracie, która spiętrza wodę i produkuje prąd. Zalano w ten sposób wiele wiosek, ale zbudowano także miasto i zelektryfikowano rozległe okolice, pełne maleńkich osiedli ludzkich. Zatrzymaliśmy się na przerwę obiadową w lesie eukaliptusowym, nieopodal rozlewisk Eufratu.
      Do końca dnia pozostało niewiele czasu, a noc zapada tu bardzo szybko, bez fazy przejściowej - zmroku. Udało się nam jednak dojechać do Ar-Rusafah i postawić samochody u stóp ruin warownego miasta z VI wieku. Fort zbudowano za Justyniana, niedługo potem służył arabskim najeźdźcom i dopiero w XIII wieku został zrujnowany przez najazdy Mongołów. Do dziś pozostały ruiny wewnętrznych murów, ciągnących się prawie 2km. Wewnątrz stoją ściany chrześcijańskich bazylik. Na pewno warto odwiedzić to miejsce o zmroku, kiedy kikuty gipsowo-glinianych ścian, w świetle księżyca, nadają dramatyzmu pustyni. Niestety w okolicy powstało kilka wiosek hałasujących agregatami prądotwórczymi i pompami nawadniającymi pola.
      Rano poszliśmy zwiedzać historyczne rumowisko. Bazylika św. Sergiusza trzymała się świetnie, jeszcze stały ściany i podpierające je kolumny. Słońce zaczęło już prażyć i skróciło cienie. Szarobrunatna ziemia i takież same ściany z pustymi oczodołami. Wszystko dookoła w tym samym kolorze. Odszukaliśmy dawne zbiorniki na wodę. Głębokie na kilkanaście metrów jaskinie obmurowano kamieniami. Ponad zbiornikami toczyło się życie miasta, ludzie chodzili po ulicach, stały domy.
      W dalszą drogę wystartowaliśmy po dziesiątej. Jechaliśmy ponad 150km wąską, asfaltową nitką pośród marsjańskiego krajobrazu pofalowanej, kamienistej pustyni. Upał szybko sięgnął ponad 30oC. Monotonnie, szaro czerwona pustynia powoli przesuwała się za oknami. Mijały godziny i nic się nie zmieniało. Na chwilę zjechaliśmy z asfaltu, ale dziurawa szutrówka jeszcze bardziej nas spowolniła. Mijaliśmy bardzo niewiele domostw, czasami tylko posterunki wojskowe. Więc z ożywieniem powitałem główną drogę, pędzące po niej starożytne ciężarówki, stacje paliw tłuste i czarne od rozlanego oleju napędowego, szum wielkich opon na rozgrzanym asfalcie i kontrast szarej, bezludnej pustyni w skwarze bezlitosnego słońca.
      Wjechaliśmy do Deir ez Zor, dużego, hałaśliwego miasta. Po chodnikach krążyli sennie mieszkańcy, niektórzy odziani w białe lub czarne jalaby i arafatki na głowie, inni nowocześnie, w jeansy i T-shirty. Kobiety prezentowały pełny przekrój mody, od wyuzdanej francuszczyzny po w pełni zasłaniające każdą część ciała i włosów togi. Niewiele poświęcali nam uwagi, łatwo mogliśmy wtopić się w codzienność miasta.
      Prawie 80km na południe, dobrą asfaltówką wzdłuż Eufratu, dotarliśmy do ruin greckiego miasta Dura Europos. Niewiele do dziś pozostało, głownie mury. Wznoszą się na kilkudziesięciometrowej wysokości skarpie ponad szerokim i zielonym Eufratem. Po przeciwległej stronie rzeki rozciągają się zielone pola i osiedla rolnicze. Krajobraz tutaj nie zmienił się od tysiącleci, pustynia rozdzielona życiodajną nitką rzeki, wokół której obrastają od zawsze osiedla ludzkie. Pierwsze ślady człowieka w tym regionie datuje się na 5000 lat wstecz. Eufrat od zawsze stanowił także naturalną granicę dla ludów pustyni. Wykorzystywali ją także Grecy i Rzymianie.
      Udało się nam zjechać samochodami nad brzeg rzeki. Chłodna woda wybuchała tu feerią zieleni, owadów i przyjemnej wilgoci. Jaka to przyjemna odmiana po całodniowej szarości i spiekocie pustyni. Siedzieliśmy i popijaliśmy herbatę, kiedy nadpłynęli łódką trzej młodzieńcy. Jeden z nich prezentował muskulaturę pod spraną, białą koszulką i ciągle celował do czegoś z karabinu. Łódka spłynęła z biegiem szybkiego nurtu tuż przed naszymi oczami. Drugi chłopak w tym czasie zawijał coś w reklamówkę i obwiązywał taśmą klejącą. Po chwili dał się słyszeć dudniący huk i z wody wystrzeliła fontanna na kilka metrów w górę. Sądziliśmy, że chłopcy łowią ryby, starym rosyjskim sposobem, ale oni tylko się bawili. Może to byli saperzy, którzy z narażeniem życia detonowali niewypały z I wojny światowej.
      Późnym popołudniem pojechaliśmy jeszcze 20km na południe do wykopalisk archeologicznych w Mari. Kiedyś było tu ważne miasto kultury mezopotamskiej, około 5000 lat temu. Dziś to tylko dziury w ziemi, wykopane przez archeologów i częściowa rekonstrukcja kilku ulic, nie godna uwagi. O wiele więcej można dowiedzieć się z książek i folderów sprzedawanych przy kasie biletowej. Można tam także kupić gliniane kopie znalezisk z Mari, przedmioty codziennego użytku, figurki, ozdoby itp. Miasto zostało całkowicie zniszczone przez babilońskich najeźdźców pod dowództwem Hammurabiego, w 1758 roku p.n.e.
      Mari było naszym najdalej wysuniętym na wschód punktem tej wyprawy. Jednocześnie najbliżej granicy irackiej, około 25km. Na noc wróciliśmy do ruin Dura Europos, na klif ponad Eufratem. Siedzieliśmy wieczorem, patrząc ponad rzeką na rozległą, zieloną równinę, wypełnioną wioskami, światłem latarń i hałasem życia. Bliżej, żaby dawały koncert w szuwarach rzeki. Pomyślałem sobie jak przyjemnie siedzieć tu, ponad tą cywilizacją żab. Rankiem słyszeliśmy strzały z kałasznikowa, w oddali na południu. Taka zwykła wymiana ognia.
      Rano ruszyliśmy na zachód, przez pustynię. Większość drogi pokonaliśmy po asfalcie, czasami tylko trafialiśmy na szutrówkę. Słońce paliło, powietrze stało w miejscu, a opony szumiały. Najpierw jechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów na południowy-zachód, po drodze prostej jak struna. Potem następne 200km wzdłuż rurociągu i kabli energetycznych na zachód, także nie widząc po drodze żadnego zakrętu. Idealną równinę zakłócały jedynie słupy, stada wielbłądów i wałęsający się pośród kamieni geolodzy z Torunia. Podobno szukają ropy dla Shell'a. Tuż przed wyjechaniem na główną minęliśmy wojskową bazę. Droga zakręcała tuż przed wielką bramą. Strażnik wziął nasze pojazdy za 'samochody pułapki' i z daleka machał rękami abyśmy się nie zbliżali i skrócili sobie drogę przez piach.
      W końcu dotarliśmy do Palmiry. Nowe miasto przywitało nas tabunami zabytkowych Mercedesów sprzed 30-50 lat. Zatrzymaliśmy się na głównym placu, pomiędzy hotelami dla rzeszy turystów, jakich przywozi się tutaj autokarami. Nagromadzenie przyjezdnych spowodowało zmianę cen w sklepach, które wzrosły o rząd wielkości. Nawet w uliczkach zarezerwowanych dla tubylców sklepikarze widząc białasów stosowali wysoką taryfę. Plusem było to, że powstały sklepiki z souvenirami i punkty z internetem. Przespacerowaliśmy przez pół miasta opędzając się od zaczepek dzieci i handlarzy. Turystów widzieliśmy niewiele, może dlatego tak uporczywie namawiano nas do kupna... czegokolwiek. Przykład Palmiry doskonale obrazuje zmiany jakie zachodzą w małych społecznościach w wyniku bezpośredniego zetknięcia z bogatą cywilizacją Zachodu. Każdy chwyta co tylko ma pod ręką i w nadziei, że jest to woda, a wokół przecież pustynia, próbuje to sprzedać. Im bardziej odmawiamy, tym bardziej jesteśmy namawiani. Skutkuje jednie cierpliwość i całkowity brak zainteresowania połączony z jednoczesnym stoicyzmem emocjonalnym. Kiedy siedziałem na murku, w cieniu, używając sobie długopisem po wszystkich, mogłem przyjrzeć się jak wygląda biznes naganiaczy od tyłu, nie będąc samemu do niego zamieszanym. To prosta, zwykła praca, emocje, prawie w całości są po stronie turystów, a łatwo ich pobudzić.
      Ruiny starej Palmiry leżą nieopodal nowego miasta. Nazwa pochodzi od Rzymian i oznacza 'miasto palm', kiedyś nazywano to miejsce Tadmor. Pierwsi ludzie osiedlili się tu 20 wieków przed Chrystusem. Dużo później wykorzystywali osadę Asyryjczycy i Persowie, głownie jako przystanek i centrum handlu na szlaku karawan. Potem miasto przechodziło z rąk do rąk, a to Aleksander Wielki, a to Rzymianie. Ci ostatni nadali Palmirze wielkie swobody w handlu i ustanawianiu podatków. Miasto szybko się bogaciło i rozrastało z dala od uwagi Rzymian. Czasami bywał tu cesarz Hadrian, głównie była to jednak domena Dioklecjana. W 267 roku władczynią tych terenów ogłosiła się królowa Zenobia, która pozbywszy się męża, wkroczyła na tron wraz ze swym nieletnim synem. Na czele swego zaciężnego wojska stawiała czoło armii Rzymian, w końcu jednak pokonana i pochwycona w ucieczce przez Aureliana, trafiła do luksusowego więzienia w Rzymie. Po odkryciach archeologów Zenobia stała się mityczną idolką dla pierwszych sufrażystek i podróżników płci żeńskiej. Mimo, że jej życie przepełniała żądza władzy i że nie cofała się przed wszelkimi środkami aby tą władzę dostać, stała się dla wielu uosobieniem silnej i stanowczej kobiety. Tymczasem Palmira odkąd została przejęta przez Muzułmanów popadła w niepamięć i dopiero w XVII wieku odkryto ją ponownie dla świata.
      Cóż pisać o urodzie starożytnych ruin. Każdy odbiera je na swój sposób. Zwłaszcza w zachodzącym słońcu tworzą swoistą atmosferę trwania w bezmyślnym spokoju. Palmira skażona przemysłem turystycznym jest trudna w odbiorze, zwłaszcza kiedy pięć dni siedzieliśmy w ciszy i spokoju pustyni. Pomiędzy leżącymi i stojącymi kolumnami przewalają się liczne grupy turystów, a za nimi, wokół nich i pomiędzy nimi, sprzedawcy na pierdzących mopedach, krzykliwie zachwalający swój towar. Najlepszym sposobem na uwolnienie się od nerwowego ścisku i hałasu jest zwiedzanie ruin samotnie. Kiedy tylko wyrwiemy się naganiaczom spod bramy, stanowimy zbyt nędzną zdobycz dla sprzedawców aby za nami gonili. Skupiają się na większych grupach turystów, mają wtedy większą szansę trafienie grosza.
      Dosyć strategii turystycznej, teraz o fotografowaniu. Warto o zachodzie słońca wjechać na wysokie wzniesienie ponad miastem i całą doliną, na którym Muzułmanie zbudowali ciekawą twierdzę. Zachody słońca na pustyni są biało-szare i mętne, trudno jest zdecydować się na konkretny kadr z szerokiej perspektywy. Przyjemnie jednak spojrzeć okiem ptaka na całe nowe i stare miasto.
      Kolejny dzień z życia ruin Palmiry. Nocowaliśmy w cieniu wież grzebalnych, czyli na cmentarzu z widokiem, trochę tylko gorszym od panoramy z zamku. W wierzeniach animistycznych, przed asyryjskich, ludzie tamtych czasów chowali zmarłych, znamienitych obywateli miasta, w grobowcach o kształcie wież. Wnętrze bogato zdobione, mieściło jakby kamienne szafy, a w nich zwłoki. Jeden z takich grobowców, zachowany w dość dobrym stanie, udostępniony jest do zwiedzania z przewodnikiem.
      Mówiąc o starożytnych zabytkach nie należy zapominać o archeologach, którzy w dawnych i całkiem nowych czasach odkrywali je i opisywali. Niestety wiele ciekawych ozdób, czy nawet całych mozaik, portali, zostało wywiezione do Europy. Oczywiście z chęci ochrony bezcennych okazów przed beztroską dzikusów. Do dziś tak się robi, na przykład w Iraku.
      Wyruszyliśmy około 10-tej w kierunku na południowy-zachód, do Damaszku. Nie pojechaliśmy główną drogą lecz użyliśmy skrótu wzdłuż rurociągu gazowego, przez pustynię. Było gorąco, mocno wiało, dziurawa szutrówka i mozolnie przesuwające się za oknami pustkowia. Zauważyliśmy nawet prawie metrowej długości jaszczurkę. Dojechaliśmy do gór okalających Damaszek od północy i zachodu. Chcieliśmy obejrzeć dwa klasztory chrześcijańskie. Wdrapaliśmy się więc na ponad 1600m n.p.m. i upał nieco zelżał, teraz było tylko 26oC. Pierwszy klasztor, powyżej miejscowości Maalula, powstał w IV wieku. We wiosce do dziś mówi się po aramejsku. Język ten pochodzi z rodziny semickiej i ma wiele wspólnego z arabskim i hebrajskim. Jak głosi legenda, w tym miejscu przed obliczem św. Tekli, rozstąpiły się skały by mogła uciec przed prześladowcami. Okolica jest piękna, a wioska wraz z klasztorem wciśnięta w potężną rozpadlinę pomiędzy wysokimi skałami. W małej restauracyjce można zjeść smakowite mini pizze. Przyjeżdża tu wiele turystów, wielkimi autokarami. Tuż obok stoi otworem kościół św. Sergiusza, z pięknymi ikonami.
      Następny klasztor zobaczyliśmy w miasteczku Seidnayya. Buduje się tu wielkie osiedla willowe dla bogatych mieszkańców Damaszku. Na skale góruje potężny klasztor o wyglądzie warownego zamku. Mieszkają tam mnisi wyznania ortodoksyjnego greckokatolickiego. Wewnątrz klasztoru panuje przyjemny chłód. Prawie wszystkie krużganki są dostępne za darmo dla zwiedzających. Można także podziwiać okolicę z dachów klasztoru i zagubić się w rozbudowanych korytarzach.
      Chwilę później zjechaliśmy w dół do Damaszku. Wpłynęliśmy rzeką samochodów przez bogate przedmieścia. Stolica jest o połowę mniejsza od Aleppo, ale panuje tu o wiele większy zgiełk i pośpiech. Trudno przepchnąć się przez śródmieście. My jednak nie skorzystaliśmy z obwodnicy. Sądziliśmy, że uda się nam zatankować paliwo na jakiejś stacji. Jednak stacji było bardzo mało, a takich co sprzedawały diesel'a prawie w ogóle. Wystrzeliliśmy więc na autostradę, na południe w kierunku Jordanii. Robiło się już ciemno kiedy zaczęliśmy szukać noclegu. Zwiedzanie Damaszku zostawiliśmy sobie na czas powrotu. Postanowiliśmy zjechać z autostrady na zachód, aby poszukać spokojnego miejsca na wzgórzach. To jedyne, wolne od pól uprawnych i wsi miejsca. Niestety na każdym rumowisku skalnym sterczał posterunek wojskowy. Kilka razy nas przegoniono, uprzejmie lecz stanowczo. W końcu zrozumieliśmy, że na zachód od wzgórz Golan wszystko obsadzone jest wojskiem. Zawróciliśmy więc na wschód i już po ciemku przekroczyliśmy autostradę. Dość szybko znaleźliśmy wzgórek z wierzą ciśnień, powyżej jakiejś wioski. Nikt nas nie wypędzał więc rozbiliśmy obóz. Jednak już po kwadransie pojawił się pierwszy gość na mopedzie. Zapewnił nas, że możemy tu nocować. Po pół godzinie przyjechali milicjanci, także na mopedach. Spisali nasze paszporty i uśmiechając się życzyli nam dobrej nocy. Minęło następne pół godziny i przyjechał tajniak na mopedzie. Ten również nas spisał i wylewnie pożegnał. Najwyraźniej spodziewali się desantu żydków, a ta powszechna armia na komarkach miałaby przyjąć na siebie pierwszy atak. Musieliśmy długo czekać aby skorzystać z prysznicu i toalety. Dzień był długi i męczący, zasnęliśmy szybko i nawet sporadyczne strzały z kałacha w oddali, nie zakłóciły nam nocy. Rano zauważyliśmy przysypiającego żołnierza, który miał rozkaz nas pilnować całą noc.
      Wyruszyliśmy na południe, autostradą do Jordanii. Nie udało się nam zakupić paliwa w Syrii, więc zrobiliśmy to za granicą. Koszt litra diesel'a w Jordanii to około 1.85zł (2008). Przejazd przez granicę przebiegł nam bardzo szybko i bezproblemowo. Razem z mnóstwem luksusowych limuzyn z Emiratów, Kuwejtu, Omanu itp. Sprawnie dojechaliśmy do budynków granicznych Jordanii. Tu przywitały nas nowe twarze na bilbordach i zdjęciach w każdym możliwym miejscu wolnej ściany. Sroga i tępa twarz dyktatora Syrii ustąpiła uśmiechniętej, inteligentnej i rozsądnej twarzy młodego króla Jordanii. Zresztą twarz niedawno zmarłego jego ojca, także przebija się tu i ówdzie.
      Urzędnicy na granicy byli rzeczowi i szybko nas obsługiwali. Niestety zostawiliśmy około 70USD za opłaty wjazdowe, ubezpieczenie samochodu, wizy i inne. Bogato odziani szejkowie z południowych, arabskich krajów, epatowali swym bogactwem, luksusem życia, drogimi amerykańskimi limuzynami. Dumnie prężyli torsy i potrząsali głowami nakrytymi chustami, błyskali złotem na rękach.
      Pojechaliśmy dalej na południe dziurawą autostradą. Na chwilę z niej zjechaliśmy, aby uzupełnić zapasy żywności w szarym i nijakim miasteczku Mafraq. Nieco dalej na południe, pędzeni wiatrem od gór, skręciliśmy na wschód w pustynię. Ale zanim się w nią zagłębiliśmy, odwiedziliśmy dwie budowle w ruinie, z czasów pierwszej dynastii muzułmańskiej. Były na tyle nijakie dla takich amatorów starożytnej sztuki budowlanej jak my, że nie zawracaliśmy sobie nimi głowy. Wyskoczyliśmy więc na główną drogę do Azraq i pognaliśmy silnie pchani zachodnim wiatrem. Z przeciwka mijały nas TIRy z przeróżnych państw półwyspu Arabskiego. Widzieliśmy lawety z nowymi Lexusami z Kataru, chłodnie z Iraku, puste lawety z Emiratów, wydawało mi się też, że spostrzegłem jakieś Volvo z Kuwejtu i było coś z Jemenu. Między nimi śmigały topowe wersje terenowych Lexusów i kilka krążowników z USA. Te kolorowe tablice rejestracyjne zrobiły na mnie wrażenie. Zatęskniłem za tym aby gnać dalej i dalej, aż nad południowe krańce półwyspu Arabskiego. Ciężarówki z obcych państw zawsze wzbudzały we mnie tęsknotę za czymś co leży za horyzontem.
      Dojechaliśmy do Azraq. Najpierw podjechaliśmy do rezerwatu przyrody na rozlewiskach, gdzie przebywa zimą wiele europejskich ptaków. Niestety bagna wysychają i przekształcają się w solanki. Przeludnione wielkie miasta Jordanii i Emiratów ściągają podziemną wodę dla siebie. Pojechaliśmy więc obejrzeć warowny ksar z VIII wieku. Powiem tylko tyle, że bardziej od jego pokracznych murów, przyciągnęły moją uwagę kampery z Europy, które w liczbie około 20 podjechały pod ksar. Stał tam też Land Rover 101 w wersji podróżniczej z Holandii.
      Zdegustowani Azraqiem pojechaliśmy główną w stronę Ammanu by znaleźć nocleg na kamienistej pustyni. Tutaj ma ona kolor czarny z powodu wulkanicznego grysu i bazaltowych kamieni. Po drodze zahaczyliśmy o ksar Amra. Został wpisany na listę UNESCO, chyba tylko z powodu fresków, bo nie z powodu swej urody. Freski są zniszczone przez czas i wandali. Do wysokości dwóch metrów są poznaczone różnymi napisami, wyrytymi w miękkim tynku. Są niezwykłe, bo przedstawiają nagie postacie, co w czasach protomuzułmańskich było nie do pomyślenia.
      Ksar Amra był ciekawy także z innego powodu. Razem z nami weszła do niego grupa turystów, którą dowieźli tu autokarem. Zachowanie ludzi z Europy stało się dla mnie bardziej interesujące niż freski z VIII wieku. Turyści w pierwszym odruchu chwycili za sprzęt uwieczniający obrazy, każdy miał swój, własny i każdy chciał zabrać obraz tego co widzi do domu, nawet jeśli nie zdaje sobie sprawy co widzi. Bo przecież zaczęli trzaskać zdjęcia zanim spojrzeli własnym okiem na freski, zanim przewodniczka wytłumaczyła z czym w ogóle mają do czynienia. Drzwi do ksaru otworzył grubawy Arab, usiadł z boku i znudzonym wzrokiem wodził po turystach energicznie biegających po wnętrzu z aparatami wycelowanymi w sufit i ściany, bo... mają metkę UNESCO. Sądzę, że byłby najlepszą osobą, która miałaby na tyle obiektywne spojrzenie, aby jaskrawo i celnie opisać takie zjawisko jak turystyka. Którego ja także jestem częścią.
      Jordania od zawsze była kluczowym terenem dla migracji ludów Bliskiego Wschodu, a także dla wojsk egipskich, asyryjskich, rzymskich, arabskich, tureckich, oraz dla krucjatowców. Pierwsze ślady na tym terenie odcisnął człowiek ponad 500 wieków temu. Wtedy jeszcze było tu miło i wilgotno. Pierwsze miasta w pobliżu palestyńskiego Jerycha i jordańskiej Petry, założono 110 wieków temu. To tutaj prawdopodobnie po raz pierwszy zaczęto hodować kozy i owce. Pierwsze wojny, które opanowały cały ten region, toczono 50-40 wieków temu z Kananejczykami. Około 35 wieków temu zawiązały się tutaj pierwsze plemiona używające języka hebrajskiego. W epoce żelaza, 32-23 wieków temu, rozwinęły się tutaj trzy królestwa Edomici na południu, Moabici nad Morzem Martwym, oraz Ammonici na skraju pustyni Arabskiej. Wtedy to tereny dzisiejszej Jordanii były scenerią wydarzeń opisanych w Starym Testamencie. Wtedy to Mojżesz przeprowadził Izraelitów z Egiptu nad brzegi rzeki Jordan. Kilkaset lat później, królowie Dawid i Salomon transportowali złoto z Afryki i przyprawy ze Wschodu przez pustynię Arabską. W 586 roku p.n.e. Nabuchodonozar zrujnował Jeruzalem i uwięził Izraelitów w Babilonie. W 333 roku p.n.e. Aleksander Wielki podbił te tereny w drodze nad Nil. Ludność Jordanii zyskała wtedy na rozwoju technologicznym. Wtedy to Amman nazywano Filadelfią. Południową Jordanią władały plemiona nomadów, zwane Nabatejczykami. Mieli swą stolicę w Petrze. W 64 roku p.n.e. Jordanię podbili Rzymianie. Imperator Trojan ostatecznie zagarnął południową Jordanię w 166 roku n.e. W 324 roku cesarz Konstantyn z Konstantynopolu przyjął chrzest i tym samym Jordanię, jego domenę, owładnęła religia chrześcijańska. W 640 roku Arabowie podbili Jordanię i nastąpiła zmiana panującej religii na Islam. Armie islamskie i chrześcijańskie starły się już w VII wieku, ale dopiero papież Urban II w 1095 roku wywołał poważną i niezwykle krwawą oraz brzemienną w skutkach wojnę, zwaną krucjatą do ziemi świętej. Do 1116 roku Europejczycy przejęli kontrolę nad zachodnią Jordanią, zbudowali też szereg warowni od Damaszku po Kair, które miały strzec granic wiary. W 1250 roku te tereny przejęli Mamelukowie, ale już 150 lat później zgładził ich groźny Timur z Uzbekistanu. Po nich przyszli w 1516 roku Turcy Ottomańscy, którzy z małą przerwą panowali w Jordanii aż do I wojny światowej. Wtedy to, w 1914 roku, osłabienie Turcji wykorzystali Arabowie i dzięki strategii porucznika brytyjskiej armii T.E. Lawrence'a połączyli swe siły z Anglikami w walce z Turkami. Tereny Jordanii, Palestyny i Izraela dostały się pod zarząd brytyjski, jak potajemnie uchwalono na posiedzeniu Ligi Narodów. Pozwolono Emirowi Faisal'owi proklamować twór o nazwie Transjordania, ze stolicą w Ammanie, obejmujący tereny niegdyś należące do tureckiej Syrii, czyli od rzeki Jordan po Irak. Pełną niezależność państwo otrzymało w 1946 roku, kiedy brat Emira Faisal'a - Abdullah ogłosił się królem Jordanii. Po II wojnie światowej Abdullah związał się w przepychankę pomiędzy Arabami i nowym państwem Izrael. Zginął w zamachu Al-Aqsy w 1951 roku. Jego syn rządził przez rok dopóki nie stwierdzono u niego schizofrenii. Wtedy na tron wkroczył wnuk Abdullah'a, który okazał się charyzmatycznym władcą, doskonale lawirującym pomiędzy młotem a kowadłem, bo tam właśnie znalazła się Jordanii wciśnięta pomiędzy świat Arabów a Izrael. Rządził i był uwielbiany przez swój naród oraz przez władców innych państw, do śmierci w 1999 roku, kiedy na tron wkroczył jego najstarszy syn. Tych dwoje można oglądać na zdjęciach w każdym domu, urzędzie, może nawet w każdym portfelu w Jordanii. Historia polityki Jordanii w czasach rządów Hussein'a i jego syna jest na tyle skomplikowana, że wykracza poza temat tego tekstu.
      Następnego dnia pojechaliśmy główną drogą do Madaby. To już tereny ściśle związane z opowieściami biblijnymi. W tym mieście odkryto w kościele mozaikę przedstawiającą mapę Ziemi Świętej. Ku mojemu zdziwieniu zauważyliśmy tu wielu turystów i całkiem rozbudowaną infrastrukturę turystyczną, chociaż samo miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym. Po dwóch dniach zauważyliśmy, że Jordania jest droższym i bardziej rozwiniętym krajem od Syrii. Przyjeżdża tu wielu turystów dlatego czasami ceny mogą zaskakiwać poziomem zachodniej Europy. O jeżdżeniu dzikimi drogami, nie ma mowy, poza pustynią. Wszystko jest wyasfaltowane, a to co poza i w górach to wojskowe.
      Z Madaby ruszyliśmy na zachód przez góry, w kierunku Morza Martwego, które pokazało się nam w pełnej krasie tuż za miastem. Mogliśmy zobaczyć miasto Jerycho i ujście rzeki Jordan, tam już Izrael. Asfaltowa nitka wije się pośród ciemnoczerwonych skał. To popularny szlak turystyczny, można tu spotkać wielu podróżników na rowerach, czy w samochodach. Widoczki zapierają dech w piersiach, gdyby tylko nie ten upał, powietrze by było bardziej przejrzyste. Co kilka kilometrów należy zatrzymać się na posterunku wojskowym i okazać paszport, w końcu to granica Jordanii.
      Zjeżdżamy na plażę Morza Martwego. To najgłębsza depresja na świecie, -400m n.p.m. W morzu nie ma życia, woda jest tak słona, że nawet taki neptyk pływacki jak ja, unosił się na powierzchni jak boja i nie mógł się zanurzyć choćby chciał. Po wyjściu z wody trzeba się długo myć aby spłukać tłustą maź. Warto wysmarować się morskim błotem, podobno odmładza. Jeżeli nie upierzemy slipków, będą sztywne i nieprzyjemne w dotyku jak wykrochmalone dziesięć razy z rzędu. Plaże są ogólnodostępne, może tylko trudno do nich zejść po kamieniach. Można znaleźć wiele miejsc na nocleg, czasami nawet pośród drzew, wojsko nie wygania. Trzeba tylko mieć dużo rezerwy do potężnego wręcz zaśmiecenia wybrzeża. Wieczorami zrywa się bardzo silny, północny wiatr, co jest ważne dla nocujących w namiotach.
      Po środku jordańskiego wybrzeża Morza Martwego znajduje się kanion rzeki Mujib. U jego wylotu zbudowano coś na kształt wiszącego mostu. Tuż obok stoją budynki zarządu parku krajobrazowego Wadi Mujib George. Tam można zasięgnąć informacji o trasach trekingowych i wspinaczkowych, wynająć przewodnika lub domki kempingowe. Ceny domków są zaporowe, bo Jordania chce uchodzić za cywilizowany kraj i stosować europejskie cenniki i zasady do realiów i komfortu usług rodem dzikiej Azji. My skorzystaliśmy z dwugodzinnej przechadzki kanionem rzeki Mujib, koszt 37zł od osoby za wstęp (2008). Oczywiście informacja jest niepełna i obsługa nie czyni kroków aby ostrzec turystów, że cały szlak prowadzi przez kaskady górskiego potoku. A więc trzeba zabrać ze sobą sandały, bo to chyba najlepsze obuwie do marszu w wodzie po kolana, a czasami po szyję. Skakania po głazach jak kozica i wdrapywania się po sznurowych drabinkach. Woda jest ciepła, ale kanion ma ponad 100m wysokości i jest szeroki na parę metrów, więc słońce do niego nie zagląda i po dwóch godzinach może być zimno. W każdym razie trasa zapewnia niezapomniane przeżycia i warta jest wydanych pieniędzy. Na końcu szlaku jest wysoki wodospad, za który można wejść.
      Znad morza wjechaliśmy 1600 metrów w górę, do miasta Karak, gdzie zwiedziliśmy ruiny zamku krucjatowców. Miasteczko posadowione jest na stromym szczycie, a ukoronowaniem jest warownia z XII wieku. Pozostał labirynt korytarzy wykutych w skale oraz mury obronne. Jak dla mnie nowe miasteczko ze stromymi uliczkami, kramami warzywnymi, restauracyjkami i piątkowym luzem, było ciekawszą atrakcją. Zamek w Karak stanowił jeden z punktów obrony krucjatowców przed Arabami. Był oblegany przez Saladyna i był siedzibą znanego, francuskiego sadysty Renauld de Chatillon dorównującego wymysłami tortur nawet Wladowi D.

      Przez następne 160km wspinaliśmy się, to znów stromo zjeżdżaliśmy ze szczytów górskich. Czasami, w okolicach Dhana Reserve, mogliśmy oglądać z okien samochodów niesamowite widoki na kolorowe skały zapadające się w przeogromne kaniony i ginące gdzieś w dalej w dolinie Arabskiej. Piękna to droga, zwana drogą królów. Godna polecenia każdemu podróżnikowi. Po drodze spotkaliśmy rodzinkę podróżującą rowerami. Ojciec ciągnął przyczepkę z bagażami, a mamusia jechała tandemem z córką. Oba rowery obładowane sakwami. Na tej drodze trzeba mieć jednak sprawne hamulce i mocarny silnik, ponieważ kilka razy zjeżdża się na pułap 400m n.p.m. by potem wskrobać się stromymi serpentynami na ponad 1600m n.p.m. i tak bez końca jak na karuzeli.
      Wreszcie dojechaliśmy do Wadi Musa. To nowe miasteczko, które stało się bardzo bogate, jak tylko ustabilizowała się sytuacja polityczna między Izraelem a Jordanią. Wtedy to masowa turystyka w tym regionie nabrała obrotów i nagle wszystko się zmieniło. Zbudowano luksusowe hotele, parkingi dla autokarów i całą tą otoczkę handlowo-usługową dla białasów. Tutejsi ludzie też się zmienili, trudno z nimi rozmawiać na inny temat niż handel i pieniądze. Zatęskniłem za bezimiennymi zabytkami na pustyni w Syrii.
      Ruiny Petry to rozległe doliny i kaniony, wydziergane w miękkiej skale kolumnadowe fasady świątyń i domów. Mnóstwo jaskiń oraz domów ułożonych z kamiennych bloków. W ten cały, kamienny pejzaż dawnego miasta wpleciono kawiarenki i kramy dla odwiedzających. Codziennie przegalopowuje szutrowymi uliczkami tysiące, fotografujących bez końca wszystko wokół siebie turystów. My wybraliśmy się tam na dwie godziny przed zmrokiem, czyli przed zamknięciem. Na najkrótszą trasę potrzeba podobno pięć godzin. Kiedy szliśmy szlakiem, czyli wąskim kanionem powstałym z rozstąpienia się skał na skutek ruchów tektonicznych, nie było nikogo, kto by zdążał w tym samym kierunku co my, wszyscy, cały tłum, walił do wyjścia. Po godzinie zostaliśmy sami, co tutaj wydaje się niemożliwe. Niestety zdjęcia trzeba było robić ze statywem. Zdążyliśmy obejrzeć prawie wszystko, zanim ochrona nas skierowała do wyjścia. Bilet kosztuje 60zł za osobę (2008) i uprawnia do zwiedzania od wschodu do zachodu słońca. My wyszliśmy z Petry po omacku bo zapomnieliśmy latarek. Ale cieszę się, że nie poszliśmy zwiedzać miasta w środku dnia, w tłumie ludzi. Wieczorem, nawet po ciemku, było chłodno, przyjemnie, cicho, nastrojowo a przede wszystkim można było w spokoju nacieszyć się atmosferą tego miajsca.
      Petra to niewątpliwie super atrakcja całego Bliskiego Wschodu. Jej wielki urok dorównuje chyba skomercjalizowaniu tego miejsca. Wiem, że niewielu rozumie czego się czepiam, ale dla mnie noc pod murami twierdzy, na pustyni w Syrii, znaczy więcej niż wędrówka w tłumie turystów po Petrze.
      Największy urok Petry jaki ja dostrzegłem to skały same w sobie. Najbardziej twórczym budowniczym okazała się sama przyroda. Kolor i struktura kamieni, które wyglądały jakby ulepione z piasku na plaży Bałtyku i polane morską wodą, rozpływały się ciemnymi zaciekami w fantazyjne kształty, jak z wyobraźni Salvadore Dali. Ludzie dodali do tego pięknego tworu natury tylko kilka dziur i kolumn.
      Tak jak wcześniej pisałem Petra była stolicą imperium Nabateńczyków. Powstałego z łupienia karawan, a potem z okładania karawan podatkami przewoźnymi i wreszcie z pośrednictwa w handlu między Wschodem a Zachodem. Nabateńczycy byli narodem koczowników. Zbudowali jednak stolicę na miarę imperium chociaż władali tylko południową Jordanią. W zetknięciu z Rzymianami wyszli zwycięsko dzięki swemu bogactwu. Po prostu kupili sobie wolność. Kiedy jednak Palmira i szlaki morskie przejęły część handlu ze Wschodem, skarbiec zaczął świecić pustkami i Rzymianie podbili ich królestwo za zaleganie z podatkami. Największy rozkwit miasta datuje się na lata 8 rok p.n.e. do 40 rok n. e. Wtedy mieszkało tu ponad 30000 ludzi, a hydraulicy i budowlańcy tam wodnych z Petry słynęli na cały ówczesny świat. Panował wtedy król Aretas IV. W 106 roku Rzym przejął Petrę i całe królestwo Nabateńczyków, a w 131 roku miasto wizytował imperator Hadrian. Do XII wieku Petra była przebudowywana i rujnowana przez najeźdźców oraz trzęsienia ziemi. Dopiero w XIX wieku trafił tu charyzmatyczny podróżnik Johan Ludwig Barckhardt, który zmienił wiarę i kilka lat przygotowywał się żyjąc pośród Arabów, aby móc swobodnie podróżować po półwyspie Arabskim. Los Nabateńczyków dokonał się w chwili kiedy w 1994 roku buldożery zaczęły równać teren pod hotele dla masowej turystyki. Nomadów przepędzono bez ostrzeżenia, jako zbędny składnik krajobrazu. Tak chyba zaczęła się ostatnia faza zagłady królestwa Nabateńczyków.
      Po wieczornym zwiedzaniu ruin trafiliśmy na skalistą półkę, na dziki nocleg. Lekki wiaterek chłodził powietrze, a w oddali słychać było zawodzące śpiewy popijających w ciemności tubylców. Byłoby pięknie, tym bardziej że śpiewacy przy akompaniamencie gitary naprawdę pięknie śpiewali, gdyby nie odpowiedź młodzieży z zaparkowanego nieopodal samochodu. Musieli czuć się lepsi puszczając jazgot z głośników.
      Rano wyjechaliśmy w skwar, w góry. Mimo wysokości 1560m n.p.m. musieliśmy pootwierać okna aby chłodzić wnętrze samochodu podczas wolnej jazdy. Piękne krajobrazy, na zachód od drogi królów nie pozwalały skupić się na szosie i serpentynach. Ciemne skały stromych szczytów wybijały się z żółtego piaskowca, a głębokie kaniony, przez poszarpane ściany skalnych bram otwierały się na dolinę Arabską. Wreszcie skręciliśmy z głównej drogi na zachód, prosto w te kolorowe, księżycowe krajobrazy. Tej drogi nie ma na mapach, znalazłem ją tylko dzięki zdjęciom satelitarnym. Przez kilkadziesiąt kilometrów serpentyn spotkaliśmy tylko jeden samochód i kilka kóz. Trudno opisać piękno tego nieprzyjaznego życiu krajobrazu. Kolory od burgunda po żółć, przenikały się fantazyjnie powyginanymi warstwami skał i nakładały się na siebie w kanionach. Wyglądało to jak wielowarstwowy tort pocięty nożem przez weselników. Wolno człapaliśmy zakosami pod górę i wciskaliśmy hamulce do dechy na zjazdach. Wspaniała droga na dwa dni wycieczki rowerem, ale jest się tu zdanym tylko na siebie.
      Prosto z objęć gór wyskoczyliśmy na posterunek wojskowy. Byli bardzo zdziwieni naszym widokiem, długo sprawdzali nasze bagaże. Potem skręciliśmy na południe w dolinę Arabską, w kierunku Morza Czerwonego. Szeroką dolinę tworzyły wysokie, skaliste, ciemne góry. Powoli wszystko, prócz asfaltu, wypełnił żółty piasek. Minęliśmy jeszcze jeden posterunek wojskowy i ujrzeliśmy zatokę Morza Czerwonego i w dole bogate miasto portowe Akaba. Zielone skwery, fontanny, drogie limuzyny i w tle żurawie portowe.
      Na nocleg zjechaliśmy na kemping na plaży. 12zł od osoby, ale brak cienia dla samochodów. Popołudnie i wieczór spędziliśmy na snorklowaniu i oglądaniu podwodnego życia rafy koralowej. Trzeba tylko uważać na motorówki. Tylko w wodzie można było znieść upał.
      Rano, po kąpieli, wyjechaliśmy na północny-wschód, do rezerwatu Wadi Rum. Nową autostradą przekroczyliśmy łańcuch górski i zanurzyliśmy się w piaszczystą pustynię. Wjazd do rezerwatu jest płatny, 30zł od samochodu i 6zł od osoby (2008), na dzień. Teren jest dość obszerny i można poruszać się po nim tylko samochodem terenowym, ponieważ drogi, albo raczej ścieżki, są wyjątkowo piaszczyste i grząskie. Można jeździć własnym samochodem, lub wynajętym, albo też na grzbiecie wielbłąda. My zrobiliśmy ponad 70km po parku, cały czas z włączonym napędem na cztery koła. Rezerwat potwierdza moje zdanie o Jordanii, tutaj można doświadczyć wspaniałej przygody, zupełnie odmiennej od tej jaką znamy z Europy, zachwycała mnie wiele razy. W Wadi Rum ciemnobrązowe skały wyrastają wprost z pomarańczowego piasku pustyni. Wygląda to zjawiskowo. Wyobraźcie sobie mgłę, która spowija skalisty łańcuch górski, a szczyty wysuwają z niej tylko swoje głowy. Jeżeli zamiast mgły wyobrazicie sobie pomarańczowy piasek i siebie na tym piasku, to tak jakbyście byli w Wadi Rum. No... zapomniałem jeszcze o słońcu, tutaj pali jak diabli. Góry z piaskowca, podobnego do tego z Petry, przybierają przedziwne kształty, czasami kamiennych mostów, czasami pionowych iglic, czy grzybów. Poorane są kanionami, podobnymi do tych z Petry. Można znaleźć tu wiele inskrypcji naskalnych sprzed tysięcy lat. Ludzie jednak nie zbudowali tu żadnej, trwałej siedziby, prawdopodobnie trudno znaleźć tu wodę. Wadi Rum to także raj dla skałkowców, wspinaczkowców, czy jak ich tam zwał. To oni mogą oglądać rezerwat z najpiękniejszej perspektywy, z czubków gór. Wadi Rum w świecie kulinarnym byłoby ambrozją dla podniebienia, ale tak silny i wysublimowany smak, szybko otępia zmysły doznaniami na najwyższym poziomie i już po całym dniu podziwiania uroków rezerwatu ma się go dość i jeśli nie odnajdzie się czegoś interesującego w szczególe, w fakturze skały, śladach na piasku, to staje się nudny. Niestety dzień po jego opuszczeniu już się za nim tęskni.
      My zanocowaliśmy w jednym z kanionów Wadi Rum, a rano wyruszyliśmy w drogę powrotną na północ. Przez cały dzień przejechaliśmy ponad 550km autostradami, aby dotrzeć do Damaszku. Tym razem granica syryjska nas nie zaskoczyła. Wszystko było zorganizowane i łatwe do zrozumienia. Chociaż ilość pieczątek i druczków była tak duża, że w końcu straciliśmy w nich rozeznanie. Jednak urzędnicy byli kompetentni i mówili po angielsku. Bardziej zdziwiły nas opłaty za wyjazd z Jordanii. Ten drogi dla podróżników kraj zażądał jeszcze 45zł za znaczki skarbowe na druczkach wyjazdowych. Pozostawia to w mej głowie utrwalone wspomnienie Jordanii jako kraju nastawionego na zysk z turystyki masowej, dość prężnie się rozwijającego oraz stającego się powoli bezosobowym, nieczuły i globalnie zunifikowanym. Zwykle omijam takie kraje w swych podróżach, bo trudno mi jest doświadczyć tam czegoś więcej niźli tylko zwiedzania, ale w przypadku Jordanii przyroda jest silnym magnesem. Na pewno wróciłbym tu dla gór, kanionów, Morza Czerwonego i Wadi Rum. Syria na pozór, dla niewprawnego oka, może wydawać się podobna tylko biedniejsza. Ale dla mnie jest bardziej esencjonalna, jak dobrze zaparzona i dobrej jakości herbata. Jordanię może symbolizować Erl Grey z drugiego parzenia. Zdaję sobie sprawę, że mój obraz tych dwóch krajów jest dość mętny, a na pewno wysoce subiektywny, ale może dla kogoś jest to wskazówka. Porównanie tych dwóch krain może być przyczynkiem do zastanowienia się nad negatywnymi skutkami globalizacji. Jordania jest po prostu bardziej zaawansowana na drodze unifikacji i zbliżania wszystkich kultur do modelu zachodniego. Przez to wydaje się nudniejsza, trudniejsza do penetrowania i wymagająca nie lada wysiłku aby poznać jej prawdziwe oblicze. Syria natomiast, dzięki zamknięciu na Zachód przez wiele lat, silniej pachnie swym naturalnym, osobistym zapachem, a mniej perfumami paryskimi. Dlatego łatwiej poznać jej prawdziwą kulturę, obyczaje, sposób życia mieszkańców i dla podróżnika zdaje się wydawać bardziej ciekawa bo ludzie nie są tak zmanieryzowani Zachodnim sposobem bycia, bo są otwarci i nie czują kompleksów, bo nie dążą do budowania powszechnych zakazów i nakazów regulujących życie turysty, bo nie zdają sobie sprawy, że łatwo mogą zarobić na przyjezdnych i bo przyjezdnych się nie boją.

      Nocleg znaleźliśmy w Damaszku, na kempingu. Koszt samochodu i dwóch osób to 16USD (2008). Niestety nie łatwo go znaleźć, a może tylko my nie umiejętnie go szukaliśmy. To daje mi dobrą sposobność do zauważenia pewnej nauki płynącej z kontaktów z tubylcami. Jeżeli poprosisz o pomoc to tak jakbyś obarczał odpowiedzialnością za swój los drugiego człowieka. Prawdziwy Muzułmanin nie ustanie dopóki nie zadośćuczyni naszej prośbie, nawet jeśli niechcący wpędzi nas w kłopoty i zmarnuje nasz czas. Nie robi tego ze wstydu przed przyznaniem się, że 'nie wie, nie umie', ale raczej z wrodzonego od pokoleń przykazania, że gość nie może odejść niezadowolony. Także jeśli chcemy aby tubylec stał się naszym przewodnikiem, to wprzód upewnijmy się, że on na pewno wie gdzie chcemy trafić.
      Na kempingu, obok nas, rozstawili się młodzi ludzie z Anglii. Przyjechali w dużej liczbie starą ciężarówką, przerobioną na autobus. Wyprawy takimi pojazdami organizują firmy z Londynu. Turyści płacą niewiele, jak na warunki europejskie, podróżują w spartańskich warunkach, śpią we własnych namiotach. Stara Scania była mocno zmęczona. Kierowca i jednocześnie opiekun grupy, zajmował się wszystkim, również remontami. Powiedział, że od 9 lat był tylko raz w domu, w Anglii. Zaimponował mi pomysłem na życie i wyjątkową zaradnością oraz stoickim spokojem ducha. Patrzyłem na młodzież w obwisłych, nieco pogniecionych koszulkach, kręcących się na boso wokół ciężarówki. Mieli długie włosy, rozleniwione facjaty i ogólny tumiwisizm. Na odległość wydawali się typowymi koczownikami naszej ery, lekko niedomyci, niefrasobliwi, z bezmyślnym uśmiechem na twarzy, niezorganizowani, flegmatyczni, bez ambicji parcia do przodu, po prostu lekkoduchy. Pomyślałem sobie, że tak pewnie widzą nas nasi klienci i znajomi z Polski. Jemy i żyjemy na ziemi, trochę jak zwierzęta. Za nic mamy wartości, które są wyznacznikiem drogi życiowej dla większości. Przechodzimy do porządku dziennego nad różnicami kulturowymi w dzikich krajach, które innych przyprawiają o apopleksję. Nie szukamy komfortu życia, ale od niego uciekamy. Trudno to pojąc przyglądając się z boku, z rezerwą. Dla niektórych nie jesteśmy godnymi zaufania, za bardzo odbiegamy od normy, od obrazu podróżnika lansowanego przez filmy Nationale Geographic.

      Przez połowę kolejnego dnia zwiedzaliśmy centrum Damaszku. Miasto ma specyficzną atmosferę jaką posiadają wszystkie stolice. Życie płynie tu na wysokim poziomie i bardzo szybko. Mimo iż Damaszek jest bardzo starym miastem, udało się przeprowadzić przez centrum kilka szerokich, dwupasmowych dróg, co idealnie przewietrza motoryzacyjnie miasto. Przed upałem chroniliśmy się w zadaszonym targowisku, zwanym tu suqiem. To rozległy teren w centrum miasta, podzielony uliczkami i niską zabudową, coś w rodzaju centrum hurtowego, ale w wersji azjatyckiej. Nie jest tu jednak tak bogato i różnorodnie jak na suqu w Istanbule. Powszechny jest zapach tandety chińskiej i długo trzeba szukać lokalnych wyrobów. My skupiliśmy się na części spożywczej, gdzie naszą uwagę przyciągnęły oliwki w różnych marynatach. W Syrii stosuje się zwykle marynaty na bazie limonki. Przebieraliśmy także w owczych serach, chałwach i dżemach z egzotycznych owoców.
      Nie skorzystaliśmy z wejścia na teren wielkiego meczetu na starówce. Zniechęcił nas tłum kłębiący się przed wejściem, podsycany gromkim głosem płynącym z megafonów od nawiedzonego przewodnika duchowego. Nie dostaliśmy się także do muzeum etnograficznego, bo we wtorki zamknięte. Jednak zwiedzanie, łazikowanie po uliczkach, rozmowy z ludźmi, były przyjemne, a co ważniejsze pouczające. Nadal jednak, pośród miast syryjskich, moim ulubionym pozostaje Aleppo.
      Resztę dnia spędziliśmy jadąc na północ, właśnie do Aleppo, aby zrobić ostatnie zakupy spożywcze, a potem do Turcji. Wszystko szło dobrze dopóki nie dowiedzieliśmy się od celnika, że mamy zapłacić kolejny podatek od diesela w wysokości 100USD. Dodatkowo urzędnicy wzbudzili naszą nieufność, jakimiś szeptami, cichym namawianiem i uwagami z powodu niby naszych odbiorników GPS. Rozkręciliśmy więc dużą awanturę, trwającą ponad godzinę. Obudziliśmy przełożonych z wyższych pięter budynku celnego, co to kładli się właśnie do wieczornej drzemki. Zasięgnęliśmy także języka u TIRowców. Kazaliśmy wydać sobie odpowiednie przepisy na papierze, aby je sfotografować, w Polsce przetłumaczyć i wysłać wraz ze skargą do ministerstwa w Damaszku. Zresztą postępowaliśmy zgodnie z zaleceniami samego ministerstwa, które w angielskiej mowie informowało, na tablicach pozawieszanych w budynkach granicznych, aby zgłaszać wszelkie niejasności faksem lub telefonicznie bezpośrednio do nich. Skończyło się na tym, że zapłaciliśmy 100USD od samochodu, ale sprawy nie popuścimy i faks do ministerstwa pójdzie. Trochę to dziwne, że płaci się dwa razy ten sam podatek, ale tylko wtedy kiedy wyjeżdża się z Syrii do Turcji. Bo kiedy wyjeżdża się do Jordanii to się nic nie płaci. Po przeliczeniu kosztów opłat i ilości paliwa jakiego zatankowaliśmy w Syrii, wyszło, że litr diesel'a kosztował nas 5.89zł.

mariusz reweda

Zobacz inne nasze podróże po Azji: 2003, 2005, 2007, 2008, 2009, 2010, 2010, 2011, 2013, 2013, 2013, 2014, 2014, 2014, 2014, 2016, 2016, 2017.