wyprawa do Azji
index witryny
strona główna
wstecz
Ściągnij i skorzystaj. Jeśli ci się spodoba to wspomóż podróżnika, który poświęcił czas i energię aby to ci udostępnić. 100zł to dla mnie jeden dzień podróżowania, ale nawet za 5zł będę ci ogromnie wdzięczny.
mariusz reweda
74 1030 0019 0109 8513 9491 0012
Tym razem chcieliśmy spenetrować centralną Azję i być może przygotować grunt pod przyszłe imprezy z Waszym udziałem. Mówi się, że centralna Azja to kolebka białej rasy. Na pewno rodziły się tam wielkie imperia, ich stolice z pradawnych czasów odwiedziliśmy. Zaczęliśmy od rosyjskich republik Chakasji i Tuwy. Ta część Rosji jest silnie nacechowana kulturą kirgiską i mongolską. Mało tam białych Rosjan a wiele dzikiej przyrody. Zupełnie jednak odmiennej od tej północnosyberyjskiej. Potem dokładnie przyjrzeliśmy się dzikim górom Ałtaju, które zaprowadziły nas aż do Kazachstanu, nad granicę z Chinami. Dalej pojechaliśmy na południe do Kirgizji, tam zobaczyliśmy z bliska łańcuchy siedmiotysięczników Tien-Shanu. Zawróciliśmy jednak przed granicą Tadżykistanu i zagłębiliśmy się w starożytną kulturę Uzbekistanu. Stamtąd wyjechaliśmy na powrót do Kazachstanu aby wrócić do Rosji i przez Ukrainę do Polski.
Wyjechaliśmy 25-go czerwca 2007 roku. To była nasza czwarta podróż do Azji. Z zamiłowania i z zawodu jesteśmy podróżnikami, czasami wydaje się nam, że również na podróże chorujemy. Więc nie potrafimy wysiedzieć w Polsce i znowu niosło nas w nieznane. Staramy się aby nasze wyprawy nie były jałowym łykaniem kilometrów. Za każdym razem przywozimy jak najwięcej wiedzy o obcych Europejczykom kulturach i o niecodziennej dla nas przyrodzie. Dzielimy się tą wiedzą z Wami na spotkaniach przy slajdach czy nawet w każdej chwili na naszych imprezach komercyjnych. Służymy pomocą innym, którzy zapragną zrealizować swoje marzenia podróżnicze. Nasze głowy są pełne przygód i rzeczą naturalną jest, że chcemy abyście i Wy mogli podziwiać dzikie krainy. Staramy się więc wyciągać Was jak najczęściej w świat prawdziwych podróży na naszych imprezach. Inaczej niż zwykle, wyjechaliśmy w grupie, czterech samochodów i 7 osób. W zamierzeniach miała to być wyprawa doświadczonych i niezależnych podróżników, czas monotonii trasy ukazał jednak oczywistą prawdę, że w podróż najlepiej wyruszać samotnie. Każdy z uczestników miał inne wyobrażenie tej wyprawy. Dotrwaliśmy w grupie do Ałtaju. Tam Mario, Sławek i Michał odłączyli się aby zacząć wracać do Polski. Z Bohdanem i Bogną dojechaliśmy do Kirgizji, tam kontynuowaliśmy dalszą podróż z towarzystwie Macieja i Maji, aby skończyć trasę już samotnie w Rosji.
Jechaliśmy naszą Toyotą, była naszym domem i najbliższym współpracownikiem. Tym razem dopieszczona i wyremontowana przed wyjazdem, nie przyniosła nam wielu kłopotów. Poza złamanym mocowaniu resora i wyciekiem z chłodnicy, musiałem tylko wymieniać olej, filtry i regulować zawory.
Zobacz inne nasze podróże po Azji: 2003, 2005, 2008, 2008, 2009, 2010, 2010, 2011, 2013, 2013, 2013, 2014, 2014, 2014, 2014, 2016.
Artykuł o Uzbekistanie z Off-road PL.
Artykuł Iwony o tuwińskim szamaniźmie z magazynu Czwarty wymiar.
Artykuł o Ałtaju z Off-road Pl.
Artykuł o Samarkandzie z Czwarty wymiar.
Ta podróż była dopełnieniem naszego poznawania Azji. Byliśmy wcześniej na południu i północy. Powiązaliśmy to teraz podróżą do Azji centralnej. Zadziwiające jak bardzo wszystkie te krainy wpływają na siebie dziś i w dawnych czasach.
Przemierzając tereny byłych, azjatyckich republik ZSRR mieliśmy jedyną w swoim rodzaju okazję zobaczyć efekty rosyjskiego kolonializmu. Dziś na tych terenach kwitną nowe państwa, z nowymi systemami gospodarczo-politycznymi. Studiując historię tego regionu świata, dowiedzieliśmy się, że nigdy wcześniej plemiona koczowników z terenów dzisiejszego Kazachstanu, ani odrębne księstewka z terenu dzisiejszego Uzbekistanu, czy Turkmenistanu, ani nawet silna grupa etniczna Kirgizów, nie tworzyły zorganizowanych społeczności, zanim nie pojawili się tutaj Rosjanie. Widzieliśmy jak starożytna kultura i religia Islamu przegrywa z nowoczesnym materializmem. Musieliśmy przestroić nasze uprzedzenia i sympatie. Okazało się, że demokratyczna Kirgizja przeżywa zapaść gospodarczą i moralną mieszkańców, że natłok turystów z Zachodu zmienił tradycyjną gościnność w pożądliwość pieniądza. Dyktatura w Uzbekistanie zaprowadziła porządek i spokój po odstąpieniu od ZSRR. A tradycja osiadłego trybu życia zainicjowała dobry początek rozwoju cywilizacji miejskiej i infrastruktury komunikacyjnej. W Kazachstanie natomiast dzięki funduszom z ropy ludność się bogaci, ale budownictwo miast i dróg pozostało na beztroskim poziomie tradycji wolnych od zobowiązań koczowników.
Czas podróży przeminął. Jak krótka chwila przeleciało 68 dni. Ta wyprawa jednak była ukoronowaniem wielu bliższych wypadów jakie przydarzyły się nam w szalonym roku 2007. Po powrocie nie zauważyłem już depresji powrotowej, dom w Polsce stał się tylko kolejnym przystankiem w drodze. Niedługo znowu wyjazd. Wyprawa przyniosła mi także osobisty sukces jakim jest ugruntowanie mojej świadomości zawodowego podróżnika. Podróż jest dla mnie domem, pracą, wolnym czasem i pasją. Od wielu słyszę, że mi zazdroszczą, tak sobie jeżdżę, a jednocześnie pracuję. Ale zazdrościć można tylko szczęścia, że udało mi się połączyć pracę z pasją. Podczas podróży jak zwykle powstała książka, możecie poczytać jej fragmenty, oraz ściągnąć (plik DOC/RAR 205kB).
Dziś podróżowanie, albo raczej turystyka, stały się diabelnie modne. Wielu ludzi ma czas i fundusze aby rozjeżdżać się po świecie. Podczas tej wyprawy spotkaliśmy wielu rowerzystów, motocyklistów, fanatyków off-roadu i wspinaczki wysokogórskiej. Takim magnesem stała się od niedawna Kirgizja, z piękną i dziką przyrodą. Idea podróżowania na własnych kołach zdobywa coraz więcej zwolenników także w Polsce, choć jeszcze nie tak dawno ludzie się z tego śmiali.
Każda wyprawa wymaga zgromadzenia funduszy. I tym razem mogłem liczyć na wsparcie mojej rodziny, ale także kilkoro przyjaciół dołożyło się do naszej kasy. Wśród nich znaleźli się: Sławek Wąsowicz, Krzysztof Tabaczyński, Arek Merta, Aleksander Prusimski, Zbyszek Ciemiński, Jerzy Adamowicz i Paweł Konieczny. W tym miejscu chcemy im podziękować i zapewnić, że odwdzięczymy się tak jak potrafimy.
W imieniu dzieciaków z miasta Czadan w Tuwie, chcemy także podziękować za materiały do nauki języka angielskiego, jakie im zawieźliśmy, a ufundowały je: Szkoła Języka Angielskiego Agnieszki Zjawin w Dzierżoniowie oraz Księgarnia Językowa Omnibus w Poznaniu.
Sukces przyciąga wielu ojców, ale przed wyruszeniem na wyprawę, to właśnie powyżej wymienieni ludzie uwierzyli w naszą pasję do podróży i wspaniałomyślnie zechcieli się do niej dołożyć.
W naszym posiadaniu znalazły się prezentacje multimedialne ze zdjęciami z końca XIX i początków XX wieku, na których można zobaczyć początki ustanawiania rosyjskiego porządku w środkowej Syberii oraz ostatnich, prawdziwych koczowników tajgi (z podziałem na grupy etniczne). Jeśli komuś z Was przyda się taka publikacja do kolekcji, możemy ją odsprzedać za 20zł (każda) + koszt przesyłki. Materiał jest na płytach CD.                  
szczątki skifów Chakasji

brama Tuwy

przełęcz do Piku Pabiedy w Kirgizji

trasa w nieznane na 3800m n.p.m. w Kirgizji

jaki w tle w Kirgizji
w tle Pik Lenina

środkowa Syberia

Samarkanda

Samarkanda

Samarkanda
Buhara

cerkiew na Ukrainie

normalny obiad, jak codzień

mosty w Ałtaju

kanion Sharan w Kazachstanie
Ałtaj pod Biełuchą

zjazd z jeziora Kol w Kirgizji

przeprawy przez rzeki w południowej Kirgizji

Kirgizja wysokogórska

przedgórze Piku Lenina
naprawy w drodze pod Pik Lenina

gdzieś w wysokiej Kirgizji

czasami droga się kończy

w drodze do bazy trekingowej

sybirskie gzy contra Toyota
rzeki w Chakasji

piękno socrealizmu

Tuwa

stolica Tuwy - Kyzył

zawody w wyrawaniu sobie bezgłowego kozła
kanion Sharan w Kazachstanie

drogi Ałtaju




zdjęcia: Iwona Kozłowiec, Mariusz Reweda
fragmenty książki powstałej podczas podróży
całość można zamówić w wydaniu papierowym

(...) Rano ruszyliśmy w wypełnione gzami, nagrzane słońcem stepy. Te owady wielkości pudełka zapałek zmusiły nas do zjedzenia śniadania na wyasfaltowanym rynku Czastoozjero. To było najlepsze świadectwo ostatnich dni. Niektórzy woleli zostać na stacji benzynowej, ale my mieliśmy sposobność przez dłuższy czas pooglądać życie wioski, stojąc przed dawnym domem partii z sierpem i młotem w herbie. Oglądając blok z ruiną dachu zastanawiałem się co też oni o nas myślą. Oni - Sybiracy. Przechodzili mimo, ciekawie zaglądając nam w gary, a my zachowywaliśmy się jak w lesie na pikniku. Idylla długo nie trwała. Po pół godzinie podjechał milicjant i grzecznie, acz stanowczo, wyjaśnił nam, że nie należy naruszać majestatu urzędu gminnego koczowaniem na placu. Ruszyliśmy więc dalej przez podmokłe stepy. (...)

(...) Pojechaliśmy dalej już w trzy samochody. W Marińsku zajechaliśmy nad rzekę aby, jak inni mieszkańcy miasta, zażyć kąpieli. Upał, piątkowe popołudnie, przyjemnie chłodna woda, może nieco brudna ale zapewniała ochłodę po całym, gorącym dniu. Dziesiątki ludzi spacerowało po żwirowej plaży. Nurt rzeki był słaby i można było pływać. Białe jak papier ciała Marińszczan brodziły w płytkiej wodzie. Do nikogo nie zagadaliśmy, więc i nas nikt nie zaczepił. Taka tu zasada, od obcych lepiej trzymać się z daleka. Podszedł tylko młody żołnierz na przepustce. Był z Moskwy i tutaj odbywa służbę obowiązkową. Kąpiący się przyglądali się nam jak jakimś rzadkim, dzikim czaplom pod ochroną. Zastanawiali się skąd przyfrunęliśmy i do jakiego gatunku należymy. Z takimi ptakami można sobie zrobić zdjęcie, można je pokazać palcem dziecku, ale lepiej nie podchodzić bo nie wiadomo czy nie dziobnie. (...)

(...) Z Krasnojarska wyjechaliśmy w strugach orzeźwiającego deszczu. 45 kilometrów dalej skręciliśmy na Kuragino i Munisińsk. Po kilkunastu dniach spędzonych na głównych drogach, wreszcie zapuściliśmy się w interior. Skończyły się sznury ciężarówek i hałas. Droga powoli wspinała się na pierwsze na naszej trasie przełęcze Sajanów. W powietrzu unosił się zapach rozgrzanego igliwia świerków. Powoli zapadał zmierzch. Po upalnym dniu takie lekkie powietrze, przesiąknięte zapachami dzikiej przyrody, było jak kąpiel pod letnim prysznicem. Przed nami łagodne pagórki zachodziły za siebie jak chmury, jedna za drugą. Ciemna zieleń tajgi zapraszała nas na nocleg w gęstwinie. Zapomniałem nawet o komarach, nieodłącznym atrybucie podróży po Syberii. Kontrast tego naturalnego spokoju z zatłoczoną kopcącymi Kamazami główną drogą i wielkich miast, był przyjemnie szokujący.
Przy drodze zauważyliśmy duże jezioro obsiadłe dookoła przez letników z miasta. Porozstawiali stare namioty i samochody wianuszkiem wokół brzegów wody. Palili ogniska, a na nich smażyli złowione ryby. Próbowaliśmy znaleźć między nimi wolne miejsce, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że ciągłymi pytaniami 'a skąd wy?', 'a gdzie jedziecie?', 'nu dawaj popijom!', zamęczali by nas przez całą noc. Pojechaliśmy dalej. I trafiliśmy nad górską rzekę. Brzeg znowu był pełen wędkarzy, ale udało się nam znaleźć wolne miejsce na trawie. Było dużo mniej komarów i meszek niż ostatnio, tubylcy też nam się nie narzucali. Tylko rano jakiś pijanica, zbłąkana dusza, szukał schronienia, ale nawet nie ukradł leżącej na wierzchu, napoczętej butelki wódki. (...)

(...) Dalej droga łagodnie schodziła na 2700m n.p.m. a tam znowu zaczął się asfalt i to dość dobry. Wjechaliśmy do wysokiego kanionu z kotłującą się rzeką w dole. Była szara od mułu, który niosła. Skręciliśmy na wschód w wąską, kamienistą ścieżkę. Prowadziła wzdłuż innej rzeki, bo w takich górach, to tylko wzdłuż rzek można się jakoś poruszać. Wąsko, wysoko nad wodą, przechodziła osypiskiem brązowych łupków, a czasem przecinała szerokie łąki, na których pasło się bydło, konie i kozy. W końcu urwała się w ogóle, przegrała walkę o miejsce z rzeką i osypała się do wody. Dalej można iść pieszo albo konno. Zawróciliśmy więc na główną. Tam kontynuowaliśmy jazdę na Engilczek. Zrobiło się pięknie. Skały wznosiły się niczym ściany domu, a my skurczyliśmy się do rozmiarów myszki buszującej między krzesłami w kuchni. Kotłowanina szarej wody poniżej naszej drogi dodawała dramatyzmu sytuacji. Ciemnobrązowe skały nachylały się nad nami, a droga wymykała się spod ich uścisku to w lewo to w prawo. Omijaliśmy leżące na asfalcie głazy większe od ciężarówki, które spadając z wysoka wbijały się głęboko w nawierzchnię. Czasami widzieliśmy opuszczone sztolnie w zboczach gór. Do jednej z nich zaszedłem osypującą się ścieżką nad przepaścią. Właściwie to chciałem zawrócić w połowie, ale Iwona robiła zdjęcia i cała reszta grupy patrzyła na mnie z lękiem albo z nadzieją, sam już nie wiem. Wykuty w litej skale chodnik nie miał stempli podtrzymujących strop. Ciągnął się w ciemność daleko, a ja nie wziąłem latarki. (...)

(...) Z dołu doliny wybiegło stado owiec i ba-ranów. Jeździec na szarym koniu coś tam po-krzykiwał i zaganiał stado we wcześniej upa-trzone miejsce. Niekiedy zeskakiwał z siodła i biegł po stoku do jakiejś niesfornej sztuki aby ją upomnieć. Jego koń stawał wtedy jak moto-cykl ze zgaszonym silnikiem i zaczynał skubać trawę. Kiedy jeździec wskakiwał na niego ponownie, unosił głowę i truchtał dalej pod górę. Natomiast pies pasterza zupełnie się obi-jał, jakby nie wiedział co należy do jego obo-wiązków. (...)

(...) Mijając kolejną stękającą z ciężaru cięża-rówkę na zakręcie, przypomniałem sobie napis na murku, przed Naryn, na długim zjeździe z przełęczy 'kto ma hamulce ten tchórz'. W Eu-ropie praca szofera zmieniła swe oblicze. Ko-lekcjonerzy starych ciężarówek wspominają dawne czasy jak ich ojciec czy dziadek niemal na własnych plecach targał te tony towaru. Dziś tachograf mówi kierowcy kiedy ma zjeść obiad a kiedy odlać się pod koło. Tutaj chłopa-ki pakują tyle, że strach obok przejeżdżać, bo ciężarówka wygląda tak jakby miała się zaraz przewrócić. Walczą z tymi dziurami i ciągle psującym się sprzętem. Potrafią też znaleźć siłę aby uśmiechnąć się i pomachać ręką na widok turysty. (...)

(...) Rano było -1oC, a Ukrainiec, co przywiózł turystów z Francji, nocował na ziemi, obok samochodu, w którym spał kierowca - Kirgiz. Szron zalegał na trawie i samochodzie. Jeszcze w nocy oglądałem czyste niebo, tak wygwieżdżone że czarnej pustki było chyba mniej. Biedni ci Europejczycy, nigdy tylu gwiazd na raz nie widzą. Rano Pik Lenina ukazał się nam w pełnej krasie. Przeglądał się w turkusowym jeziorku wraz z innymi białymi szczytami. Dziś poniedziałek, ale trzynastego. Nie ujechaliśmy daleko w kierunku bazy alpinistów, a stukanie w przednim zawieszeniu wzbudziło mój lęk. Od dwóch dni próbuję znaleźć tego przyczynę, kasując najdrobniejsze luzy. A tu się okazało, że nie wytrzymało stałe mocowanie resoru do ramy. W Toyotach J6 rama jest z ceownika i mocowanie jest zbyt delikatne aby wytrzymywało wykrzyże mostu na elastycznych resorach Trail Master. W końcu urwało się razem z kawałkiem ramy. Bardzo wolno pojechaliśmy w kierunku wioski Sari Moghul, gdzie znaleźliśmy spawacza. Ten zdziwił się, że jeździmy takim starym samochodem, ale awaria była dla niego zupełnie normalna. W UAZach i bez elastycznych resorów czasami też tak się zdarza. Chciał razem z pomocnikiem sam wszystko naprawić, ale ja nie dopuszczam obcych do samochodu. Założyłem kombinezon mechanika, który zawsze worzę ze sobą i zdjąłem resor aby przygotować spawaczowi front robót. Ten wyciągnął starą elektrodową spawarkę i zabrał się wprawnie do pracy, stosując elektrody tak grube, że mógłby nimi w stoczni Warskiego kadłuby statków spawać. W godzinę sprawił się z problemem i nawet nie musiałem mu pokazywać jak ma pracować. Zaskoczył nas kiedy przyszło do płacenia. Zażądał, w przeliczeniu, 150zł, czyli tyle ile zarabia w miesiąc nauczyciel w Kirgizji. Korzystałem z usług mechaników w Indiach, Rosji, Maroku, Francji i w Iranie, ale nikt nie próbował mnie naciągnąć tylko dlatego, że jestem przyjezdny, wręcz odwrotnie, okazywano mi bezinteresowną pomoc, a nad Bajkałem mechanik w ogóle nie chciał przyjąć zapłaty. Musieliśmy się targować, stanęło na 24EUR. Kirgizi to najbardziej pazerny naród jaki spotkałem w swoich wieloletnich podróżach. Ale nie wszyscy są tacy, przez cały czas pomagał nam Mussa, Tadżyk mieszkający na stałe w tej wiosce od wielu lat. Zajmuje się informacją turystyczną. On okazał nam właśnie bezinteresowną pomoc. Jutro jak będziemy wracali spod Piku Lenina postaramy mu się jakoś odwdzięczyć. (...)

(...) Obudziliśmy się pod niebieskim niebem. Razem z Maciejem i Mają ruszyliśmy na północ do Osh. Droga nieco nam się dłużyła. Tuż po południu zatrzymaliśmy się w centrum Osh na głównej ulicy. Postanowiliśmy spędzić tu nieco czasu. Skorzystaliśmy z internetu, Maciej wymienił olej w silniku, poszliśmy też na bazar. To chyba najciekawsze miejsce w Osh. Jest olbrzymich rozmiarów, nie starczy godziny szybkiego marszu aby go przejść wzdłuż. Praktycznie można tu kupić wszystko. Znalezienie odpowiedniego kramu z interesującym nas asortymentem nie jest łatwe, ale jeśli poświęci się temu dużo czasu, to sukces jest murowany. Nowoczesne wyroby chińskie są dziesięć razy tańsze niż w Polsce. Pośrednicy zarabiają bardzo dużo. Kramarze grupują się specjalnościami. W jednym miejscu są warzywa, w innym mięso, odzież, gospodarstwo domowe, elektronika itd. Można się w tym wszystkim pogubić i trudno po zrobionych zakupach znaleźć wyjście z labiryntu uliczek. Dachy i wiszące nad głowami klientów towary zupełnie zasłaniają słońce, czasami jest wręcz ciemno. Z megafonów dobiega głos reklamujący towary i czytający ogłoszenia nieruchomości. Podczas trzech godzin snucia się po tym żywym organizmie handlu, mogliśmy zaglądać w każdy kąt, nikt się nami nie interesował. Harmider głosów sprzedawców górujący nad nieśmiałymi pytaniami klientów, wzrastał w działach żywnościowych i cichł w strefie odzieżowej. Mijaliśmy sprzedawcę fig i czuliśmy zapach dojrzałych owoców, przypominała się nam Chorwacja we wrześniu. Na rogu uśmiechnięty staruszek oferował dziesiątki przypraw, od mielonego, suszonego pomidora po szafran. Zapach uderzał w nos egzotyką, przypominał Indie i targowiska Muzułmanów w Ahmedabadzie. Dalej worki z orzeszkami ziemnymi, zupełnie jak w Fesie w Maroku. Dziesiątki ubrań, kicz chiński, falowały miękko na wietrze, pachniały farbą dziewiarską, czasami w jakimś lustrze spostrzegłem swoje odbicie, od tygodni nie używam lustra. Handlarze starzyzną przypominali mi targowisko Turzyn ze Szczecina z dawnych lat. Gdzieś w tle beczały owce, gęgały gęsi. Niewidomy grajek akompaniował sobie do melodeklamacji Koranu na lutni ud. Głos wznosił się i opadał w przeciągłych sylabach gardłowego języka arabskiego. Iwona wsunęła mu w rękę nieco drobnych, grajek uśmiechnął się w podzięce. Miał małą twarz, jak wyciętą ze swojskiego kartofla. Potem człowiek kupuje płytę z klasyką folku i z okładki świeci gęba wymoczka ulizanego brylantyną. (...)

FWT Homepage Translator